Twój koszyk jest obecnie pusty!
Niemcy wypierają fakt, że USA ma coraz mniej wspólnego z Europą
Kto w Niemczech daje nadzieję, że nie spełni się czarny scenariusz z książki „Jeśli Rosja wygra”? Prof. Carlo Masala wierzy w obecny rząd i społeczeństwo, ale nie ma złudzeń, że tendencja do nieprzyjmowania pewnych rzeczy do wiadomości – jak nie wobec Rosji, to wobec innych wyzwań – wciąż ma miejsce w kręgach niemieckich władz.
Rozmowa
Michał Sutowski: Kanclerz Merz zapowiada, że Bundeswehra będzie za 10 lat najsilniejszą armią konwencjonalną Europy. Będzie?
Prof. Carlo Masala: Zależy, co rozumieć przez „najsilniejszą”. Bo z czym się porównywać? Nigdy nie będziemy mieli tyle mężczyzn i kobiet pod bronią, co w Polsce. Choćby dlatego, że ograniczyliśmy liczebność wojska w traktacie zjednoczeniowym 2+4. Ale mniej żołnierzy nie oznacza jeszcze, że będziemy słabsi, biorąc pod uwagę uzbrojenie.
A co dokładnie miał kanclerz na myśli?
W tym rzecz, że nikt nie wie. Zdanie brzmi dobrze, ale jak ktoś się tym bliżej zajmuje, to musi sobie odpowiedzieć na kilka pytań. No więc więksi niż armia polska raczej nie będziemy. A czy nowocześniejsi techniczne niż armia polska, francuska czy brytyjska – to już niewykluczone. Bo też jesteśmy chyba jedynym, poza Polską, krajem w Europie, w którym nie brakuje na to pieniędzy. Ale czy najlepsza technicznie armia to również najbardziej zdolna bojowo? To jest duży znak zapytania, bo na przykładzie Ukrainy widzimy, że obok sprzętu potrzebne są inne czynniki.
Armia „najlepsza” czy „najsilniejsza” to niejasne pojęcia, ale może „zdolna do działań wojennych”, czyli kriegstüchtig, mówi coś bardziej konkretnego? Będziecie mieli armię na wojnę?
Słowa użyte przez ministra Pistoriusa są o tyle ważne – widać to w niemieckiej debacie – że „obrona” i „prowadzenie wojny” to jednak nie to samo. Duża część obywateli Niemiec widzi to w ten sposób, że Bundeswehra służyć ma do obrony zagrożonego terytorium Republiki Federalnej Niemiec. A taka sytuacja wydaje się raczej mało prawdopodobna.
Słuchaj podcastu Michała Sutowskiego:
Faktycznie, też jakoś tych rosyjskich czołgów forsujących Odrę oczyma wyobraźni nie widzę.
Bo zanim nas Rosjanie zaatakują, muszą jeszcze przejść przez Polskę. Dużo bardziej prawdopodobny jest scenariusz – opisałem go w książce Jeśli Rosja wygra – ataku na kraje bałtyckie czy jakichś działań na granicy polsko-białoruskiej. Do tego też musimy przyzwyczajać ludzi w naszym kraju: zdolność do prowadzenia wojny nie znaczy, że mamy kogoś atakować, tylko jak zostaniemy zaatakowani, mamy się bronić – a obrona oznacza po prostu wojnę.
Friedrich Merz woli ponoć, by o tej zdolności do wojny wprost nie mówić. Już lepiej, że „musimy być zdolni się bronić, żebyśmy nie musieli się bronić”…
Ja bym został przy słowach bardziej precyzyjnych. Trochę zrywamy z językiem ostatnich 30 lat, który więcej skrywa niż wyjaśnia. Weźmy taki przykład, który ciągle mnie razi: „operacje kinetyczne”. Brzmi super, tak anonimowo. Tyle że „operacje kinetyczne” to jest coś, co nasi dziadkowie w II wojnie światowej jako po prostu walkę czy bezpośrednie starcia. Ale jak powiesz o walce i bezpośrednich starciach, to zaraz ludziom przychodzi do głowy: „O boże, w walce się zabija, a co gorsza umiera”. A „operacja kinetyczna” brzmi jakoś tak bezpieczniej, jakby się toczyła, powiedzmy, w cyberprzestrzeni. Trzeba do ludzi mówić otwartym tekstem: chodzi o zapobieżenie wojnie, ale jak się to nie uda, to trzeba być w stanie ją prowadzić.

A czy samo wojsko, niemiecki korpus oficerski – mówią otwartym tekstem o wojnie?
Nie mówią, bo w Niemczech, tak jak zresztą w całej Europie, obowiązuje cywilna kontrola nad armią. Jak Boris Pistorius, a po nim też Inspektor Generalny Bundeswehry zaczęli mówić o zdolności do prowadzenia wojny, spotkała ich fala krytyki, szefa MON-u także z szeregów własnej partii i różnych grup społecznych. Wtedy zdecydowano, że przestaje się o tym mówić, a skoro tak, to i wojsko tego języka nie używa.
W czasach Cesarstwa, a potem też w Republice Weimarskiej, elita wojska była najbardziej wojowniczą częścią społeczeństwa i jednym z politycznych motorów zbrojeń. Jak jest dzisiaj?
W naszym wojsku nie ma już takich jastrzębi. Niemal cała kadra od stopnia pułkownika w górę ma między 45 a 60 lat i oni zostali zsocjalizowani w starym mindsecie Republiki Federalnej Niemiec, tzn. są bardzo wstrzemięźliwi w kwestii użycia siły wojskowej, ale także zgłaszania jakichś żądań wobec polityków. W Bundeswehrze nie ma zatem militarystów, którzy poczuliby krew: o, teraz nadszedł nasz czas. Nikt czegoś takiego nie powie i to nie tylko w prasie, bo też znam tych ludzi i rozmawiam z nimi osobiście. Nie mówię, że to gołąbki pokoju, ale o jastrzębiach nie ma mowy.
Z polskiej perspektywy to jakoś pocieszające, bo niemiecki militaryzm z niczym dobrym nam się nie może kojarzyć. Ale polski szef MSZ podkreśla, że bardziej obawia się niemieckiej awersji do zbrojeń niż niemieckiej armii…
Nie wiem, czy naszych sąsiadów to pocieszy czy nie, ale problem, jaki mamy obecnie w Niemczech, polega na tym, że wprawdzie nastawiliśmy się już na potrzebę zbrojeń – pieniądze są, proces się jakoś posuwa, nawet jeśli zbyt wolno – ale jeszcze nie rozumiemy, jaka z tego wynika odpowiedzialność.
To znaczy jaka?
Przejęcie roli przewodniej w Europie: w porozumieniu z partnerami, ale jednak przewodniej. Tyle że my robimy zakupy: czołgów, samolotów, dronów, itp., ale wobec Polaków, Francuzów czy Brytyjczyków wciąż zachowujemy się jak przed 20 laty. To znaczy: you take the lead and we’re sitting in the back. Duża część niemieckich polityków po prostu nie pojęła wciąż, jakie polityczne zobowiązania wynikają ze stawania się najsilniejszą konwencjonalną armią Europy. Po prostu nie jesteśmy na to gotowi, postępujemy zachowawczo, zamiast posuwać Europę naprzód w sprawach bezpieczeństwa – wystarczy posłuchać debaty o europejskich siłach odstraszania w Ukrainie.
Mówił pan, jak wielu ludzi przez „obronę” rozumie sytuację, w której zostaliśmy zaatakowani. W naszym przypadku kluczowe jest pytanie, kim dla Niemców są „my”. Czy jeśli zaatakowani zostaną sojusznicy z NATO: Estończycy, Litwini czy Polacy, to Niemcy poczują się zaatakowani czy może raczej nie będą chcieli umierać za Narwę, Wilno, Suwałki czy nawet Gdańsk?
Pytanie jest oczywiste: czy Rosja w kolejnych latach zaatakuje któreś z państw bałtyckich lub kawałek Polski, a więc chodzi o zagrożenie flanki wschodniej. Mamy w Niemczech dość stabilną frakcję tych, którzy powiedzą wówczas: a właściwie czemu mielibyśmy umierać za jakieś miasta na wschodzie? Oni zdania nie zmienią, bo ich generalny obraz Rosji jest taki, że tych biednych Rosjan Zachód zmusił do najechania na Ukrainę i właściwie to oni w ogóle tej wojny nie chcieli… To jest jakaś ćwiartka do jednej trzeciej społeczeństwa i oni już tacy pozostaną. Jesteśmy na tyle oddaleni od Moskwy, że w Niemczech nie panuje podobne postrzeganie zagrożenia jak w Polsce, Litwie czy nawet w Szwecji – i właśnie ze względu na taką wyobraźnię co do zagrożeń, trudno jest znaleźć polityczną większość uznającą rosyjskie zagrożenie militarne.
Ale teraz niemieckie oddziały stacjonują na Litwie i tam na pewno mogą stać się uczestnikiem konfliktu zbrojnego…
Oczywiście, że tak, ale jeśli zapytam ludzi na ulicy tutaj, w Badenii-Wirtembergii, czy rozumieją, że jak tylko Rosja zaatakuje Litwę, niemieckie oddziały natychmiast znajdą się w starciu z żołnierzami rosyjskimi – to mogą nie być pewni. To dlatego, że w niemieckiej polityce nie mówi się rzeczy wprost. Niemiecka brygada na Litwie? Oczywiście, wysyłamy ją po to, by okazać… solidarność. Tylko nie mówimy, co to znaczy: że jak Rosjanie tam wejdą, to od pierwszej minuty pomagamy Litwie się bronić.
„Niemiecka polityka” to dość abstrakcyjne pojęcie. Tworzą ją ludzie, frakcje i całe partie. Jest chyba ktoś, kto ma inny przekaz?
Friedrich Merz mówi dość jednoznacznie, szef MON Pistorius też. W CDU są jeszcze ludzie tacy, jak Roderich Kiesewetter czy Norbert Röttgen i paru innych, ale to wszystko nie składa się na komunikowanie strategiczne, a więc przekaz idący od całego rządu, w poprzek spektrum politycznego.
W SPD znajdzie pan ludzi, którzy powiedzą: przecież nie prowadzimy z Rosją wojny. Ci w rządzie są po stronie Pistoriusa, ale we frakcji parlamentarnej jakieś 30 procent życzyłoby sobie innego kursu. W społeczeństwie to samo – ponieważ brakuje komunikacji strategicznej, bardzo wielu ludzi powie, że nie będzie się w taki konflikt angażować. Chyba tylko Zieloni w całości stoją jawnie na stanowisku, że będziemy bronić każdego metra kwadratowego terytorium NATO.
Jak byli w rządzie, też tak było?
Tak, w rządzie to oni byli siłą napędową np. ówczesnej debaty o pociskach dalekiego zasięgu Taurus: jako jedyna partia mówili konsekwentnie, że trzeba je Ukrainie dostarczyć.
Czy to ma jakieś znaczenie, że po raz dopiero drugi w nowoczesnej historii Niemiec kanclerz i minister spraw zagranicznych są z tej samej partii?
Żadnego, a to z dwóch powodów. Po pierwsze, od dawna trwa u nas tendencja, by naprawdę ważne kwestie niemieckiej polityki zagranicznej skupić w Urzędzie Kanclerskim, a nie w MSZ. To się zaczęło jeszcze za Helmuta Kohla i od tamtego czasu coraz więcej kompetencji z tego obszaru przechodzi do szefa rządu, obojętnie czy z CDU, czy z SPD. To u niego załatwia się sprawy Rosji, Chin, USA, Unii Europejskiej czy NATO, a w MSZ zostaje Afryka czy mniejsze państwa azjatyckie.
Po drugie, obecny minister finansów Lars Klingbeil – przy okazji przewodniczący SPD i wicekanclerz – stworzył w swoim resorcie swoisty wydział polityki zagranicznej z kilkunastoma urzędnikami, żeby jego partia w sprawach zagranicznych też miała coś do powiedzenia w rządzie. Gdyby skądkolwiek w rządzie miała pochodzić alternatywna wizja polityki zagranicznej, to właśnie stamtąd. Ale rząd, a dokładnie najważniejsi aktorzy – kanclerz, szef MON i minister finansów – mówią jednym głosem.
W 2001 roku Władimir Putin wygłosił mowę w Bundestagu, odebraną jako koncyliacyjna – mówił m. in. o Rosji jako życzliwym, przyjaznym państwie europejskim – ale przed komisją Bundestagu ds. zagranicznych był już dużo bardziej asertywny. Mimo to spotkał się z dość powszechnym entuzjazmem. Czy dało się słyszeć już wówczas głosy krytyczne? Były w Niemczech „putinosceptyczne środowiska” w tamtym czasie?
Wedle mojej wiedzy nie było wtedy większych kręgów krytycznych wobec Putina. W niemieckiej polityce wierzono, że wraz z nowym prezydentem otworzy się nowa era stosunków rosyjsko-niemieckich.
W niedawno wydanej książce, do której napisał pan blurba na okładkę – Porażka: historia śledcza niemieckiej polityki wobec Rosji – opisana jest m. in. historia tajnego raportu MSZ, którego autorzy już w 2007 roku jako jeden ze scenariuszy przewidywali konflikt zbrojny o Krym. Raport wylądował głęboko w archiwum. Czy dzisiaj coś podobnego mogłoby się wydarzyć?
Oczywiście, że tak. Weźmy niedawną historię: Europejczycy ślą Trumpowi plan pokojowy dla Ukrainy w nadziei, że prezydent USA poprze europejskie stanowisko. Choć dla wszystkich jest chyba oczywiste, że to nadzieja daremna.
Cały czas nie chcemy dostrzec realiów, w tym wypadku: że w relacjach z USA coś się gruntownie zmieniło. Wprawdzie Rosję uznaliśmy już za zagrożenie, ale spójrzmy na niemiecką debatę o Chinach: dominuje ton, że przecież nie będzie tak źle. Co z tego, że Chińczycy obcinają dostęp do surowców dla europejskiej zbrojeniówki? Byli ludzie, którzy już przed laty wskazywali na taką możliwość, ale słyszeli, że to przesada, jakieś bzdury. Inaczej mówiąc, tendencja do nieprzyjmowania pewnych rzeczy do wiadomości i nie uwzględniania ich w rozważaniach wciąż ma miejsce. Jak nie wobec Rosji, to wobec innych wyzwań.
Mówi pan, że Rosję jako zagrożenie – jak rozumiem, na poziomie elit – wreszcie uznano, choć wciąż nie docenia się skali zmiany w USA. Ale czy tegoroczne przemówienie wiceprezydenta Vance’a na konferencji w Monachium nie zrobiło większego wrażenia na publiczności, niż tamtejsza mowa Putina w roku 2007?
Tak i nie. Jeśli chodzi o tamto słynne przemówienie prezydenta Rosji, to mnie osobiście przy nim nie było, ale kiedy rozmawiałem z ówczesnymi współpracownikami Angeli Merkel, to w zasadzie każdy mówił to samo: że to jest szok, ale z tą Rosją nie będzie aż tak źle… Po wystąpieniu Vance’a było podobnie: wszyscy są głęboko poruszeni, ale mimo to wciąż wierzą, że możemy utrzymać Stany Zjednoczone jako partnera. Zaprzeczamy faktowi, że ich system polityczny ewoluuje w kierunku, który ma coraz mniej wspólnego z Europą.
Ale czym to się objawia?
Weźmy przykład unijnych rozporządzeń dotyczących mediów społecznościowych. Wszyscy się skarżą, że gdzie nie spojrzeć na X, Facebooka czy TikToka, to każda z tych platform świadomie rozpowszechnia prawicową propagandę. A w Europie mamy przecież instrumenty, żeby to uregulować. Ale nie robimy tego ze strachu przed amerykańską administracją, że nas obłoży sankcjami. Na swój sposób robimy coś analogicznego do postępowania wobec Putina: wypieramy fakt zasadniczej zmiany, jaka dokonała się po drugiej stronie.
Mówiliśmy o nastrojach społecznych i woli politycznej zmiany w Niemczech, w obszarze bezpieczeństwa. Czy nie ma pan wrażenia, że cały ten proces – uzbrojenia Niemiec i przygotowania na wypadek agresji rosyjskiej na wschodnią flankę NATO – może się rozbić o koszmarnie zbiurokratyzowane państwo?
Struktury, które powstawały w czasach pokojowych, nie zapobiegną temu procesowi, ale go spowolnią. Wszystkie mechanizmy działania administracji miały służyć doskonałemu realizowaniu zadań i być nieprzepuszczalne, tzn. niepodatne na jakieś zewnętrzne, polityczne wpływy. I dlatego trwa to bardzo długo.
Właśnie m.in. za powolność krytykowano przebieg tzw. Zeitenwende kanclerza Scholza. Co się zmieniło od tamtego czasu, poza tym, że zluzowaliście w budżecie kilkaset miliardów euro na cele obronne?
W obszarze regulacji i ogólnych zasad organizowania przetargów wydarzyło się wiele – wiele procedur odchudzono, uproszczono i uelastyczniono. Dlatego właśnie bardziej niż biurokracji, obawiam się o długotrwałe utrzymanie poparcia społeczeństwa dla nowego kursu. Tego, że znajdziemy się w sytuacji, kiedy zadłużamy się na zbrojenia, a równocześnie ograniczamy na coś wydatki budżetowe, ścinamy niektóre świadczenia socjalne, itd. Jeśli nie będziemy cały czas przekonywać społeczeństwa, dlaczego taka polityka wobec wojska jest słuszna i konieczna, to w końcu przyjdą takie partie – już są, ale będą silniejsze – które powiedzą: a czemu wydajemy na to tyle pieniędzy i jeszcze zabieramy z wydatków społecznych?
Podam tylko świeży przykład, którego na szczęście nie wykorzystano politycznie: kilka tygodni temu, dosłownie tego samego dnia pojawiły w prasie niemieckiej dwie wiadomości. Pierwsza: politycy debatują nad likwidacją tzw. I poziomu opieki, dla osób z lekką niepełnosprawnością, co pozbawiłoby kilkaset tysięcy osób comiesięcznego wsparcia finansowego, ale pozwoliłoby zaoszczędzić w budżecie nawet 7 miliardów euro…
A ta druga?
Minister obrony ogłosił na kongresie Związku Przemysłu Niemieckiego, że w ciągu kolejnych 5 lat wydane zostanie 35 miliardów euro na inwestycje w bezpieczeństwo w kosmosie, m.in. na własne systemy satelitarne podobne do Starlinków. Jeśli politycy nie zdołają skonsolidować trwałej większości na rzecz zbrojeń, to pytanie z pewnością zostanie postawione: dlaczego wydajemy tyle na budżet wojskowy i musimy równocześnie ciąć?
W latach 50. i 60. XX wieku ekonomiści pisali o tzw. keynesizmie militarnym, czyli podtrzymywaniu pełnego zatrudnienia i napędzaniu gospodarki zbrojeniami. Czy Niemcy mają nadzieję, że państwowe zamówienia pozwolą im na poradzenie sobie z kłopotami gospodarczymi?
Pod uwagę brane są dwie rzeczy. Po pierwsze, zachowanie miejsc pracy likwidowanych w przemyśle samochodowym i innych branżach, na co mamy już kilka przykładów. W Görlitz koncern KNDS przejął starą fabrykę Alstomu – producenta części do wagonów kolejowych, która teraz będzie produkować komponenty czołgowe. Rheinmetall rozważa wykorzystanie mocy fabryk samochodowych w Berlinie i Neuss, a nawet przejęcie zakładów Volkswagena w dolnosaksońskim Osnabrück. Oferuje też zatrudnienie pracownikom fabryki hamulców w Gihorn.
Inaczej mówiąc, chodzi o to, by dzięki rozbudowie zbrojeniówki uratować część starego przemysłu – na przykład jego wykwalifikowanych robotników, ale też dać impuls całej gospodarce. Ekonomiści spierają się, czy doda to 0,5, czy 1,2 procenta wzrostu PKB, ale mechanizm jest oczywisty: więcej się produkuje, ludzie zarabiają pieniądze, wydają je i to napędza gospodarkę.
Czy to znaczy, że sektor zbrojeniowy będzie wspierał utrzymanie kursu „obronnościowego” w Niemczech? Bo wiemy, że w przeszłości te wielkie firmy potrafiły równie dobrze pomagać w modernizacji armii… rosyjskiej. Choć może po próbie zamachu na prezesa największego koncernu w tej branży – robi pan do tego aluzję w swojej książce – coś im się trwale przestawiło…
Tak, oni akurat są w samym środku tego zwrotu politycznego. Raz, że zyskują na tym finansowo, na masowych zamówieniach rządowych. Ale po drugie rozumieją kluczowe znaczenie własnego sektora dla całego projektu: to od ich zdolności produkcyjnych ostatecznie zależy, czy Europa zyska zdolności obronne, czy nie.
A jak pan te zdolności produkcyjne ocenia? Czy pana zdaniem niemiecki przemysł ma ambicje – i możliwości – zasilania sprzętem nie tylko Bundeswehry, ale też innych armii europejskich?
To w dużej mierze zależy od tego, w jakim kierunku rozwinie się europejski przemysł zbrojeniowy. W Europie mamy np. 8 różnych typów produkowanych czołgów, ale tylko trzy spośród nich – Leclerc, Leopard i Challenger – wyróżniają się osiągami. Jeśli dalej będziemy wytwarzać wszystkie osiem rodzajów, to celu nie osiągniemy. Jeśli jednak przyjmiemy, że państwa, które produkują wyłącznie na potrzeby własnych sił zbrojnych, ale na rynku zewnętrznych nie grają żadnej roli, zrezygnują z czołgów własnej produkcji i zamiast tego zaczną robić na licencji któryś z wymienionej trójki typów – to wtedy uzyskamy odpowiedni efekt skali. Ale sprawa jest wciąż otwarta i zadecyduje o tym polityka, a nie sama branża. Niemniej jeśli nie skonsolidujemy zbrojeniówki w Europie, to nie damy rady.
Polska jeszcze za rządów PiS chciała zamówić w Niemczech czołgi, po tym jak swoje T-72 oddaliśmy Ukrainie, ale Niemcy nie byli w stanie ich dostarczyć.
Ponieważ liczba, której dostawy Polska natychmiast oczekiwała, była wówczas nieosiągalna, zresztą dziś byłoby tak samo. Dlatego właśnie mówię o europejskim rynku zbrojeń – w jego obecnym stanie nie damy rady. Gdyby jednak taki np. Rheinmetall mógł wykorzystać zakłady w Grecji czy Bułgarii, a więc tam, gdzie się produkuje czołgi, tyle że niekonkurencyjne rynkowo, do produkcji Leopardów, to wtedy moglibyśmy zaspokoić polskie oczekiwania.
Do najważniejszych „Putinversteherów” w gospodarce Niemiec zawsze zaliczał się przemysł chemiczny i część energetyki. Czy w ostatnich latach zdarzyło im się zmienić orientację pod wpływem geopolitycznych wydarzeń?
Jeśli chodzi o gałęzie przemysłu związane z surowcami – wydobyciem i przetwarzaniem – to chyba najlepszym przykładem jest BASF. W roku 2024 to był największy inwestor zagraniczny w Chinach, włożył tam 10 mld euro. I tak jak do 24 lutego 2022 cały nasz przemysł zamykał oczy na to, co się dzieje w Rosji, tak teraz zachowuje się branża surowcowa i samochodowa na kierunku chińskim. Prezes BASF-u gdzie tylko może opowiada, że przecież Chiny to nie Rosja, że przecież nie zaatakują teraz Tajwanu… I ja się nawet zgodzę, że Chiny to nie Rosja, bo są pod pewnymi względami jeszcze gorsze. Ale cała ta branża siedzi w Chinach po uszy, nasza motoryzacja po części też.
W książce Jeśli Rosja wygra opisuje pan scenariusz, w którym Ukraina de facto kapituluje, traci duże połacie terytorium na rzecz Rosji i staje się państwem quasiupadłym. Wtedy Rosja testuje NATO zajmując estońską Narwę, a sojusznicy nie zamierzają ryzykować III wojny światowej za jakieś tam miasteczko na wschodzie. Kto lub co w Niemczech daje panu nadzieję, że taki bieg wydarzeń nie nastąpi?
Szczególnie obecny rząd wydaje mi się mocno zdecydowany, żeby takiemu scenariuszowi za wszelką cenę zapobiec. I duża część niemieckiego społeczeństwa go w tym popiera.
*
Carlo Masala – niemiecki politolog, ekspert ds. bezpieczeństwa i konfliktów zbrojnych, profesor Wydziału Nauk Społecznych i Nauk o Państwie Uniwersytetu Bundeswehry w Monachium, autor książek, m.in. Weltunordnung. Die globalen Krisen und das Versagen des Westens (2022), a ostatnio Jeśli Rosja wygra (wyd. polskie 2025, W.A.B).
**

Materiał powstał w ramach stypendium dziennikarskiego Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej.






































Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.