Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Przekaż Przekaż

Requiem dla futrzanego kosmity

Kosmita z planety Melmac z domowego kitka potrafił zrobić tatara, a z mieszczańskiej hipokryzji uczynił sobie poligon doświadczalny. Na planie dowcipnego serialu nikomu nie było jednak do śmiechu.

Rodzina Tannerów i ALF
Walka

Jesienią 1986 roku w amerykańskim primetimie wylądował stwór, który wyglądał jak ofiara wypadku w fabryce zabawek, a zarazem operował bon motami i timingiem godnym zawodowego standupera z zadymionego klubu komediowego. ALF (akronim od Alien Life Form) zadebiutował na antenie telewizji NBC 22 września 1986 roku i przez cztery kolejne lata systematycznie i z klasą glanował skostniały format familijnego sitcomu.

ALF jest moim rówieśnikiem, jestem od niego „starszy” tylko o 10 dni. Znacząco wpłynął na całe moje pokolenie, z wypiekami oczekujące na kolejne odcinki emitowane w poniedziałkowe wieczory, pierwotnie w TVP1, a później m.in. w Polsacie, RTL7 i TVN7. W tym roku mija 40 lat od premiery.

Czytaj także Boom satyryczny: kiedy humor leczył z dwulicowości Olga Drenda

Gordon Shumway – bo tak „naprawdę” nazywał się bohater z planety Melmac – był bezczelnym środkowym palcem wystawionym w stronę sentymentalizmu spod znaku Spielberga albo kosmity-filozofa z Mojego własnego wroga. Tam, gdzie E.T. uosabiał kruchą niewinność i potrzebę opieki, ekipa Paula Fusco (pomysłodawcy i twórcy serialu, który żelazną ręką kontrolował proces produkcji) zaserwowała nam trickstera, który miał w głębokim poważaniu ziemską etykietę. „Koty są przysmakiem na planecie Melmac” – rzucał z kamienną twarzą, sprawdzając, ile jeszcze wytrzyma konwencja komedii rodzinnej, zanim rozleci się pod ciężarem absurdu.

Widzowie pokochali ALF-a za humor, który z rzadką gracją łączył czytelny nawet dla małych dzieci slapstick z inteligencką ironią i podtekstami zrozumiałymi dla dorosłych. W jednym z ikonicznych odcinków ukryty w pralce po przypadkowym włączeniu cyklu prania, ociekający wodą kosmita rzucał: „Przypomnijcie mi, bym nigdy nie kupował ziemskich urządzeń”. Innym razem z właściwym sobie tupetem zamawiał przez telefon pizzę, podszywając się pod pracownika tajnej agencji kosmicznej, co było stałym motywem ogrywania zimnowojennych lęków u schyłku tej ery.

W głębszym odczytaniu ALF był metaforą uchodźcy – przybyszem z planety, która uległa nuklearnej zagładzie (spowodowanej tym, że wszyscy mieszkańcy Melmacu włączyli jednocześnie suszarki do włosów), szukającym schronienia w obcym kulturowo miejscu. Jego asymilacja stanowiła bolesną, choć ubraną w komediowy kostium paralelę losu emigranta. To zderzenie outsidera z kalifornijską klasą średnią rezonowało na całym świecie – od Stanów, przez Niemcy, gdzie Alf podbijał listy przebojów (o czym za chwilę), aż po Polskę okresu transformacji, gdzie serial stał się niemal symbolem nowego, kolorowego świata, do którego aspirowaliśmy.

Sukces rynkowy był potężny. W sezonie 1987-1988 produkcja osiągnęła rating Nielsena na poziomie 18,8, co oznaczało kilkanaście milionów widzów tygodniowo. Popularność bohatera błyskawicznie skonsumował rynek franczyzowy, który tylko w 1987 roku wygenerował obrót rzędu 250 milionów dolarów, głównie ze sprzedaży gadżetów i maskotek, a później nawet singli i całych albumów muzycznych. Tak, Jan Paweł II ze swoim nieszczęsnym Pater noster nie był pierwszym pozbawionym wokalnego talentu celebrytą, który chciał zmonetyzować swoją popularność na nieznanych sobie wcześniej polach eksploatacji.

Choć single takie jak Stuck on Earth czy Hallo ALF trafiały na listy przebojów (np. czwarte miejsce w Holandii), to już albumy kompilacyjne, jak Super Hitparade (wytłoczony w Niemczech przez Polygram), nie biły rekordów sprzedaży – były bardziej prezentem dla najzagorzalszych fanów. Z dzisiejszej perspektywy ciężko się tego słucha na trzeźwo, uderza kampowość nuty i po prostu zły smak nawet jak na standardy epoki, ale na przełomie lat 80. i 90. te produkcje dowodziły jedynie statusu ALF-a jako międzynarodowej supergwiazdy.

Pod całą tą barwną orgią showbiznesu czaił się jednak technologiczno-produkcyjny horror, o którym świat dowiedział się dopiero po latach. Dom serialowych Tannerów, gospodarzy ALF-a, gdzie kręcono prawie wszystkie ujęcia, przypominał plaster szwajcarskiego sera: uniesiona ponad metr nad ziemię podłoga była naszpikowana zapadniami, przez które rzesze animatorów musiały operować lalką. Scena pełna groźnych pułapek wymuszała na aktorach granie „do ściany”, a przed każdym ujęciem spece od analogowych efektów musieli precyzyjnie ustawiać kukłę ALF-a, co zabijało jakąkolwiek spontaniczność. Zdarzało się, że statyści albo świeżo zatrudnieni pracownicy techniczni po zrobieniu paru kroków lądowali pod podłogą, bogatsi o kontuzję.

Czytaj także Najntisy jako żart: humor dekady, która nie chce się skończyć Jakub Majmurek

Anne Schedeen, wcielająca się w Kate Tanner – modelową figurę matki, opisała to w rozmowie z magazynem „People” w 2000 roku: „Od strony technicznej to był istny koszmar. Ustawianie każdego ujęcia trwało wieki, wszyscy byli potwornie zmęczeni, także od absurdalnie wysokiej temperatury i duchoty generowanej przez kupę sprzętu do animacji. Nakręcenie półgodzinnego odcinka zajmowało niekiedy dwadzieścia pięć godzin. Na planie nie było żadnej radości”.

Co ciekawe, mimo morderczego tempa pracy budżet i czas produkcji jednego odcinka były ułamkiem tego, co poświęcano wtedy na pełnometrażowe filmy z użyciem animatroniki. Podczas gdy sztaby inżynierów dopieszczały każdą część Laleczki Chucky miesiącami, Paul Fusco musiał „dostarczać towar” co tydzień. Dziś wyraźnie widać tam „szwy”: niedoskonałe oświetlenie maskujące braki lalkarskie, rwaną animację czy zmęczenie na twarzach obsady.

Najwyższą cenę zapłacił Max Wright, grający ojca rodziny, Williego Tannera. Aktor o ambicjach szekspirowskich nie potrafił znieść faktu, że jest tłem dla kawałka futra. „To była ciężka praca i bardzo ponure doświadczenie. Bardzo chciałem, żeby ALF wreszcie się skończył” – wyznał Wright w tym samym wywiadzie dla „People”. Frustracja była tak wielka, że pewnego razu miał w przypływie furii zaatakować kukłę, traktując ją jak wroga z krwi i kości.

Finał czwartego sezonu z marca 1990 roku, zatytułowany Consider Me Gone, przeszedł do historii jako jedna z największych traum dziecięcej widowni. W ostatniej scenie ALF, gotowy do powrotu na rodzimą planetę, zostaje osaczony na pustyni przez wojskową jednostkę Alien Task Force. Gdy na ekranie pojawił się napis „Ciąg dalszy nastąpi…”, nikt nie przypuszczał, że innego końca nie będzie. Produkcję przerwano z prozaicznej, choć dla fanów niezrozumiałej przyczyny: spadająca w czwartym sezonie oglądalność sprawiła, że NBC najpierw przerzuciła emisję na mniej atrakcyjne godziny, a później uznała serial za zbyt drogi w stosunku do zysków. Spekuluje się też, że czołowe nazwiska z obsady chciały się wypisać z ewentualnej kontynuacji. Planowano piąty sezon, w którym ALF miałby przebywać w bazie wojskowej, ale i te plany stacja porzuciła.

Dzieciaki zostały więc z obrazem swojego idola wpadającego w ręce wojskowych eksperymentatorów. Dopiero w 1996 roku, aż pięć lat po emisji ostatniego odcinka serialu, powstał film telewizyjny Project: ALF, który zamiast ukojenia przyniósł jeszcze większą konfuzję. Tannerowie zostali z fabuły całkowicie wymazani (Fusco tłumaczył to lakonicznie fabularnym zabiegiem umieszczenia ich w „programie ochrony świadków”), a przetrzymywany w bazie wojskowej ALF musiał radzić sobie sam w otoczeniu nowych, mniej charyzmatycznych bohaterów.

Prasa i widownia przyjęły film bardzo chłodno – brak chemii między kosmitą a nową obsadą obnażył fakt, że siłą serialu nie był po prostu pluszak, ale jego zderzenie z tradycyjną, „nuklearną” rodziną z Kalifornii. Nie pomógł nawet Martin Sheen, który grał tak, jakby pomylił plany i chciał się stamtąd jak najszybciej urwać.

Czytaj także Odebranie prawicy monopolu na śmiech to kwestia życia i śmierci Piotr Sadzik

Po zakończeniu emisji losy obsady potoczyły się w sposób, który można by nazwać klątwą Melmacu. Max Wright stał się bohaterem tabloidowych skandali i choć wrócił do teatru, jego kariera telewizyjna legła w gruzach. Andrea Elson (grająca starszą córkę Tannerów, Lynn) walczyła z bulimią, a Benji Gregory, filmowy Brian (najmłodszy z całej obsady) dał nogę z showbiznesu, twierdząc, że trauma z czasów ALF-a zniszczyła mu dzieciństwo. Zaciągnął się do marynarki, całe lata zmagał się z chorobą dwubiegunową; zmarł w dość tajemniczych okolicznościach w wieku zaledwie 46 lat.

Sam Paul Fusco nigdy nie powtórzył sukcesu. Próbował reanimować markę w programie telewizyjnym ALF’s Hit Talk Show (2004), ale projekt przetrwał zaledwie siedem odcinków. Twórca stał się więźniem własnej kukły, pojawiając się z nią w kampaniach marketingowych sieci RadioShack czy serii reklam w tylu retro zatytułowanych Maximum Moments.

Mimo tych ponurych historii zza kulis ALF na stałe wpisał się w popkulturową tkankę współczesnej Ameryki. Nawiązania do niego znajdziemy wszędzie: od Simpsonów (słynna scena, w której Milhouse wymienia duszę Barta na kartki z ALF-em), przez Teorię wielkiego podrywu, aż po film Strażnicy Galaktyki, gdzie jego obecność na Ziemi lat 80. jest traktowana jako jeden z fundamentów tożsamości Petera Quilla. ALF był brakującym ogniwem w ewolucji showbizu – pomostem między ejtisowym konsumeryzmem, ugrzecznionym humorem i turbokonserwatyzmem czasów Reagana, a erą postmodernizmu, zdominowaną przez ironię, kryzys autorytetów i gatunkowy eklektyzm. Dziś już nie robią takich kosmitów.

**
Jacek Dziduszko – dziennikarz i animator kultury. Prezes DKF „Maciste”. Autor cyklu pokazów filmów eksploatacji, „Pora Zwyrola”, który czeka na lepsze czasy. Współautor Encyklopedii kina (2010) i tomu Czuli barbarzyńcy. O kulturze czeskiej w XX wieku (2013). Publikował m.in. w „Kinie”, „K MAG-u”, Wirtualnej Polsce, Onecie, Interii, Dwutygodniku, Krytyce Politycznej.

Komentarze

Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
Komentarze w treści
Zobacz wszystkie