Jakiś czas temu po fejsie snuł się link do bloga, na którym szumnie określono język polski najtrudniejszym na świecie. Polski trafił na szczyt piramidalnej infografiki, prześcigając suahili, chiński i węgierski. Autor opatrzył grafikę równie piramidalnym uzasadnieniem, twierdząc, że rodzimi użytkownicy języka polskiego opanowują go w pełni dopiero w wieku lat szesnastu.
Polski fejsbuk zadrżał z dumy i komentował, że „i speak polish” i że „what is your superpower”. Że wreszcie nie trzeba się będzie wstydzić przed obcokrajowcami, którzy pytają o znany polski produkt: w Finlandii jest Nokia, w Niemczech – Mercedes, a w Polsce – the most difficult language in the world. Kręcił co prawda fejsbuk nosem, że co to za siedem dżenderów*, o których mowa na blogu, sprawdzał na Wikipedii i wychodziło, że blogerowi się pokićkało, bo tak naprawdę jest ich pięć, ale to i tak przecież – rechotał oburzony fejsbuk – o trzy za dużo, bo dozwolone są tylko dwa: męski i żeński.
Bloger Mark i jego pokraczna metodologia zupełnie mnie nie przekonały, i jeszcze ten babol z rodzajami. W sukurs przyszła jednak empiria, czyli podróże koleją przez Polskę. W ostatnich miesiącach upływają pod znakiem najgorętszego słowa sezonu: „uchodźcy”.
Luty. Pociąg relacji Warszawa-Gdynia. Dwóch w garniturze pochłania piadę ze schabem.
– Taki uchodźca – mlaszcze pierwszy – to przecież nie da się rozpoznać, czy jest uchodźcą.
– Fałszywe paszporty kupują, na targu normalnie w tej Turcji – dodaje drugi.
Trudno się nie zgodzić, myślę sobie, więc się nie wtrącam. Pierwszy marudzi, że schab bez sosu chrzanowego to nie to, gdy wtem:
– A najgorsze jest to, że imigranci wciąż przybywają do Europy – ciągnie drugi – i że kryją się między nimi uchodźcy.
Marzec. Pociąg relacji Katowice-Lublin. Dwie studentki studiów trzeciego stopnia.
– Tkanka miejska w miastach średniej wielkości ulega degradacji – mówi pierwsza.
– To wszystko wina centrów handlowych – wyjaśnia druga.
Ochoczo kiwam głową z naprzeciwka.
– No bo wiesz – zwraca się do mnie pierwsza – u nas w mieście w centrum mieszkają już tylko uchodźcy.
– A skąd ci uchodźcy? – indaguję, bo w sumie byłoby to całkiem w stylu polskiej polityki społecznej, kwaterować uchodźców w zdegradowanych społecznie komunałkach w Radomiu czy innym Sosnowcu.
Pierwsza spojrzała na mnie jak na debila.
– No jak to skąd, nasi! Piją, biją, kradną. Bezrobotni, znaczy się.
Kwiecień. Pociąg relacji Wrocław-Przemyśl. Chłopaki z wojska plus wpatrzony w nich jak w obrazek harcerz.
– A co, Tomek, może ty też chcesz być uchodźcą? Wstawać się rano nie chce, a?
Strzygę uszami. Harcerz z oddaniem sprząta po chłopakach puszki po tyskaczach. Tomek wzrusza ramionami, wyraźnie obrażony.
– U nas to nie przejdzie jak u ciapatych, Antek [Macierewicz – przyp. aut.] by cię zajebał za to.
I tak dalej.
Europa Środkowa stała się w ostatnim czasie rajem dla lingwistów. Wystarczy, że polityk czy polityczka użyje słowa „uchodźca”, a wypowiedź natychmiast nabiera charakteru performatywnego:
a to sto tysięcy ludzi wyjdzie na kebaba protestować przeciwko kebabowi, a to nacjonalistyczna partia zbuduje rząd większościowy, a to społeczeństwo, które nie dalej jak trzydzieści lat temu przeskakiwało mury, przyklaskuje budowie nowych. „Sezamie, otwórz się” – już passé. „Uchodźca”.
Za żelazną kurtynę 2.0 nie wleją się – to już pewne – uchodźcy, a co najwyżej badacze aktów mowy w wieku poborowym. Kiedy zaczną zajmować Polakom miejsca w pociągach, zorientują się, że słowo „uchodźca”, ta czarodziejska różdżka Europy Środkowej, znaczy w Polsce również terrorysta, bezrobotny i dezerter. Wtedy ściągną do Polski swoje koleżanki leksykolożki (a wiadomo, że ci lingwiści zawsze pracują w kilkunastoosobowych stadach) i prawdziwych Polaków będzie można liczyć na palcach.
Blogerze Marku, zwracam honor. Język polski jest najtrudniejszy na świecie.
* Dla niewtajemniczonych: gender znaczy tutaj „rodzaj gramatyczny”
**Dziennik Opinii nr 129/2016 (1279)




















Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.