Józef Pinior nie ma szczęścia. Kilku naprawdę ważnych gości bardzo chciałoby, żeby siedział. Po pierwsze ci, którzy nie siedzieli – choćby chcieli – za Solidarność w czasach, kiedy Pinior najpierw bezczelnie orżnął bezpiekę, potem się ukrywał, a potem go w końcu posadzili. Po drugie ci – akurat dziś w tej samej partii – którzy wtedy za Solidarność wsadzali, a dzisiaj krzyczą „precz z komuną” . Po trzecie, ci wszyscy, dla których pryncypialne domaganie się prawdy – w kwestii oddania suwerenności za 15 milionów dolarów i torturowania ludzi na polskiej ziemi – uznają za „łajdactwo” bądź wręcz zdradę. A to niestety pokaźna grupa, sięgająca od byłych liderów nominalnej lewicy po nominalnie chrześcijańskich piewców idei „zderzenia cywilizacji”. Jako osobną kategorię należałoby wymienić ludzi służb – wszelkich bodaj opcji ideowych – dla których pozbycie się lub kompromitacja Piniora to najlepszy sposób zemsty ubranej w opowieść o racji stanu. Trudno oprzeć się wrażeniu, że zwłaszcza ze względu na ten ostatni czynnik, przy opracowywaniu „materiału dowodowego” wszelkie wątpliwości rozstrzygane będą na niekorzyść oskarżonego.
A to tylko sprawy z przeszłości, te „osobiste”, a jest jeszcze przecież zapotrzebowanie jak najbardziej doraźne, natury ogólnej.
Po pierwsze, na jakiś „układ wrocławski” czy inną „sitwę dolnośląską”, gdzieś wokół PO, która przykryje Greyów, Misiewiczów i inne SKOK-i Wołomin.
Po drugie, na „skompromitowane elity dawnej Solidarności”, które jak nie ukradły 80 milionów, to przynajmniej wzięły w łapę 46 tysięcy, a teraz szkalują Polskę na wrażych salonach.
Po trzecie, po zapowiedzi nie startowania w wyborach samorządowych prezydenta Dutkiewicza, we Wrocławiu otwiera się pole walki o ważną twierdzę anty-PiS – ewentualna kandydatura Piniora (lub choćby jego lokalny autorytet wspierający innego kandydata w 2018 roku) mogły mieć znaczenie.
A może to wszystko tylko teorie spiskowe, a tak naprawdę „coś jest na rzeczy”? Może pan prokurator jest naprawdę wstrząśnięty i przytłoczony materiałem dowodowym, który zrzuca z pomnika legendę Solidarności? Do tego stopnia, że nie może wykrztusić odpowiedzi na proste pytanie, czy stosowne decyzje podjęła prokuratura w Poznaniu, czy może raczej „góra” z Warszawy?
To jasne, że nawet największe zasługi i najświetniejsza biografia nie gwarantują nieomylności, także w doborze współpracowników. Kryształowa uczciwość własna nie oznacza zdolności rozpoznania nieuczciwych we własnym otoczeniu. Realnej wagi zarzutów korupcji i płatnej protekcji – tzn. tego, jak solidne dowody za nimi stoją – wciąż nie poznaliśmy, podobnie jak sam zatrzymany, choć o winie Józefa Piniora zdążyli już przesądzić, jak zwykle najwcześniej poinformowani, śledczy dziennikarze niepokorni. My zdążyliśmy już zobaczyć spektakl w wykonaniu prokuratury i mediów narodowych, z kontrolowanymi przeciekami i dramaturgią porannego walenia do drzwi.
Usłyszeliśmy też o „ryzyku matactwa” w przypadku wyjścia oskarżonego na wolność, choć sprawa toczy się podobno od roku, a dowody już są ponoć rozstrzygające.
W swej autobiografii inny legendarny działacz Solidarności, a i przez jakiś czas wrocławski krajan Piniora tak wspomina sytuację sprzed niemal pół wieku, z okolic wydarzeń marcowych, gdy młodzi buntownicy planowali historyczny, jak się okazało, wiec na kampusie UW: „Do dziś pamiętam nocną rozmowę, jaką odbyliśmy pod koniec lutego we trzech – Jacek Kuroń, Adam Michnik i ja – w Ogrodzie Saskim. Zwłaszcza Jacek bardzo plastycznie tłumaczył Adamowi, że wiec spowoduje likwidację uniwersyteckiej enklawy względnej swobody politycznej oraz aresztowania, procesy i wyroki skazujące najaktywniejszych «komandosów» na kary więzienia. Adam nie mógł w to uwierzyć: – Nie wygłupiaj się! Posadzą? Skażą?! Za co? Na jakiej podstawie? Jacek tłumaczył mu z cierpliwością wychowawcy: – Nie za co, a po co i dlaczego”.
Ci, którzy zamknęli wtedy Michnika, mieli przed sobą ponad 20 lat władzy; zamykający Piniora w 1983 – już tylko sześć.
**Dziennik Opinii nr 336/2016 (1536)


















