Czytaj dalej

Wszystkie wojny dziennikarzy

O korespondentach wojennych – od tych tworzących reportaże z Wietnamu, po tych donoszących z Syrii – pisze jeden z nich.

Dziennikarz na wojnie to dziwne zjawisko. Przyjeżdża w miejsce, z którego wszyscy uciekają. Na własne życzenie, bo rzadko się zdarza, by redakcja wysyłała go tam na siłę. Dlaczego więc to robi? „Pojechałem na wojnę wiedziony prostackim, choć poważnym przekonaniem, że trzeba umieć patrzeć na wszystko – napisał Michael Herr w Depeszach. – Poważnym, bo wprowadziłem je w czyn, a prostackim, bo nie wiedziałem – dopiero wojna mnie tego nauczyła – że jesteś tak samo odpowiedzialny za to, na co patrzysz, jak za to, co robisz”.

Czasem na wojnę trafia się przypadkiem. Tak się stało wiele lat temu z autorką Tamtego ranka, kiedy po nas przyszli. Depesze z Syrii Janine di Giovanni. Ten „pierwszy raz” naprawdę ją wciągnął. Od pierwszej intifady pod koniec lat osiemdziesiątych relacjonowała niemal wszystkie kluczowe konflikty – chociaż po Bośni przysięgła sobie, że więcej się nie wybierze na wojnę, która zaangażuje ją emocjonalnie i wzbudzi poczucie bezsilności. Jak sama przyznaje, to się nie udało. Pojechała do Syrii.

Od końca 2016 roku w Polsce ukazało się przynajmniej kilka książek poświęconych wojnie. Szczególnie interesujący jest w tym kontekście renesans reportaży o Wietnamie, jednym z najbardziej krwawych konfliktów od zakończenia drugiej wojny światowej.

Za prekursora gatunku uważa się Williama Howarda Russella, który relacjonował wojnę krymską w latach 1854–1856. To jednak właśnie Wietnam uważa się za ważny okres dla rozwoju reportażu wojennego. Dziennikarze mogli sobie poużywać. Mieli łatwy i niemal nieograniczony dostęp do frontu, co widać szczególnie w Depeszach. Herr lata z miejsca w miejsce wojskowymi helikopterami niczym powietrzną taksówką (co prawda czasami musi na nią długo czekać). Ogląd tej strasznej wojny z bliska nie spowodował jednak, że wszyscy korespondenci z Wietnamu były krytyczni wobec działań amerykańskiej armii. Wielu z nich wyrozumiale i lojalnie podawało kolejne oświadczenia planistów, którzy raz po raz zapowiadali koniec działań.

To między innymi książki i relacje takie jak Depesze czy Prawdziwa wojna Johnathana Schella, rozwój wydarzeń politycznych i skandale, a także popkultura – Full Metal Jacket, Czas apokalipsy (zresztą w oba zamieszany był Herr), Pluton i tak dalej – utrwaliły to przekonanie. W czasie wojny pisanie niezgodnie z oficjalną linią Pentagonu narażało na zarzuty o brak patriotyzmu. Spotkał się z nimi między innymi Schell, którego – jak przypominał „New York Times” – krytycy uznawali za naiwniaka, panikarza i osobę zbyt pewną swoich ocen moralnych.

Dwie perspektywy

Depesze ukazały się w Polsce po niemal czterech dekadach od amerykańskiego wydania. Prawdziwa wojna, która do naszych księgarń trafiła na początku 2017 roku, swoją premierę miała w 1988. Są to pozycje różne jak ogień i woda, a mimo to mają wiele wspólnego.

Herr w czasie wojny w Wietnamie był korespondentem „Esquire”. Jego relacja jest pełna opisów jak na narkotycznym haju. To zapis przeżyć dziennikarza, który sam już nie wie, kim jest na tej wojnie. Udało mu się stworzyć niepowtarzalny styl, oddający zmiany zachodzące w ludziach w trakcie konfliktu, a także jego bezsens i absurdy. Książka Herra była objawieniem dla kolejnych pokoleń dziennikarzy, którzy zetknęli się z wojną. Udało mu się uchwycić to „coś” (a tłumaczowi Krzysztofowi Majerowi oddać to w polskim przekładzie). Cytaty z Depesz można można czerpać bez końca. Jak na przykład ten:

Pisanie o wojnie, też sobie fuchę wymyśliłeś, chcesz się dowiedzieć jednej rzeczy, a dowiadujesz się innej, zupełnie innej i potem już nie możesz zamknąć oczu, krew zamarza, w ustach tak sucho, że haust wody znika, nim zdążysz przełknąć, a oddech cuchnie gorzej niż trup jad.

Schell trafił do Wietnamu, wracając ze studiów podyplomowych w Japonii. Po prostu postanowił, że go odwiedzi. Chociaż nie miał doświadczenia dziennikarskiego i kontaktów, po roku napisał pierwszy reportaż. Miał wówczas dwadzieścia cztery lata. Prawdziwa wojna to rozszerzone wydanie jego dwóch książek – Wioski Ben Suc i Wojskowej połowy. Schell utrzymuje ogromny dystans i nie daje się złapać patriotycznemu uniesieniu panującemu wówczas w mediach. Bez skrupułów opisuje działania amerykańskiej armii, zapisuje rozmowy żołnierzy. W przeciwieństwie do Herra unika pierwszej osoby, ale nie rezygnuje z niej zupełnie („Stwierdziłem, że moim zdaniem to w gruncie rzeczy technika ostrzału snajperskiego przy użyciu bomb”). Podczas gdy autor Depesz skupia się na zblazowanych wojskowych i korespondentach, Shell stara się przedstawić szerszy kontekst konfliktu w Wietnamie, by dać czytelnikowi wiedzę na temat tego, co się działo, a także przedstawić perspektywę cywilów.

Ta wojna mnie „wyprała” [Lichnerowicz rozmawia z Pieniążkiem]

Dlatego Prawdziwa wojna rozpoczyna się od pytań, które dekadę po zakończeniu wydarzeń w Wietnamie wciąż Schella nurtowały. Kto był wrogiem w trakcie tej wojny? (Nie wykluczając, że Stany Zjednoczone były wrogiem same dla siebie). Jaki był jej charakter? O co Stany Zjednoczone walczyły? Schell nie odpowiada na wszystkie z nich, ale z każdym jakoś się mierzy.

Czy można stać z boku?

Herr od początku odpuścił neutralność i rozważanie tego rodzaju ogólnych kwestii. Ostro krytykował Amerykanów, nie wierzył w tę wojnę – co upodabnia go do Schella – ale zżył się z żołnierzami do tego stopnia, że zza worków z piaskiem ostrzeliwał partyzantów z Wietkongu. Schell siedzi z boku, przygląda się i prowokuje. Jeśli już opowiada się po którejś ze stron, to cywilów, którzy padają ofiarą bezkarności amerykańskiej armii.

Nie każdemu reporterowi to się udaje. Czasami trudno stać z boku i spokojnie patrzeć na to, co się dzieje, gdy przytłacza cię bestialska przemoc. Wiele na ten temat pisze dziennikarka Janine di Giovanni w książce Tamtego ranka, kiedy po nas przyszli. Depesze Syrii. Zamieszczone w niej reportaże opisują wydarzenia z 2012 roku, gdy arabska wiosna przeistaczała się w krwawą wojnę, a epilog daje perspektywę 2015 roku. To wówczas wydawało się, że tzw. Państwa Islamskiego nie da się powstrzymać.

Chociaż książka pisana jest na gorąco, autorce udało się uchwycić sporo uniwersalnych obrazów wojny: zaskoczenie konfliktem, unikanie go do samego końca, koniec normalności, frustrację i strach. Pozwoliło jej na to doświadczenie pracy w Bośni, o którym nie mogła zapomnieć. Giovanni przyznaje, że unikanie porównań między Syrią a Bośnią było niezmiernie trudne, bo powtarzały się te same sceny:

[S]potykałam tu te same potoki uchodźców, te same spalone wioski, te same przerażone kobiety, które uciekły ze swoich domów, gdyż bały się, że zgwałcą je bojownicy z działających w pobliżu oddziałów paramilitarnych. Po lekcjach, jakich udzieliły nam brutalne wojny ostatniej dekady XX wieku – w Rwandzie, Somalii, Liberii, Sierra Leone i Czeczenii – dopuściliśmy do powtórki tego wszystkiego.

Giovanni ma pretensje do Zachodu, że tak niewiele zrobił i pozwolił na rozwój strasznych wydarzeń. Zresztą sama nie jest „tylko” dziennikarką – pozostając konsultantką Biura Wysokiego Komisarza ONZ do spraw Uchodźców.

Łączenie elementów

Wbrew pozorom na rolę dziennikarza podczas wojny nie wpływają nowe technologie i coraz większa dominacja kultury wizualnej. Iwan Krastew mówi, że większa transparentność nie oznacza większej demokracji. Podobnie jest w przypadku konfliktów: wszędobylskie kamery i aparaty, dzięki którym możemy oglądać niemal na żywo ostrzały, wcale nie powodują, że wiemy więcej i możemy czemuś zapobiec. Być może zachodzi wręcz odwrotny proces: epatowanie scenami z wojen zmniejsza naszą wrażliwość. Do tego mierzymy się z kolejnym poziomem braku zaufania do dziennikarskich relacji – kiedyś korespondent przedstawiał napisany materiał, który wystarczał za dowód, że to, co opisuje, naprawdę się wydarzyło. Później były zdjęcia. Dzisiaj wideo ma być takim niepodważalnym dowodem na prawdziwość wydarzeń. A przecież ono też już traci swoją moc, bo zawsze można czegoś nie pokazać czy wyrwać z kontekstu.

W sklepie nie rozmawiać o wojnie!

W świecie porozrzucanych obrazków i niedopowiedzianych historii szerzących się przez internet i puszczanych dalej bez sprawdzenia ich wiarygodności łatwo się pogubić. Nie oznacza to, że rozwój technologii jest wrogiem dziennikarstwa, wręcz przeciwnie: mamy bardzo przydatne narzędzia, które coraz lepiej pomagają nam uświadomić, co niesie za sobą wojna (nic tak nie przytłacza jak widok z drona zrujnowanego miasta). Niemniej wciąż potrzebny jest ktoś, kto opowie o mrocznych kartach historii ludzkości od początku do końca. Książki Giovanni, Schella i Herra są dowodem, że nadal nie ma na to lepszego sposobu niż dziennikarstwo.

***

Janine di Giovanni, Tamtego ranka, kiedy po nas przyszli. Depesze Syrii, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2017; Micheal Herr, Depesze, tłum. Krzysztof Majer, Wydawnictwo Karakter, Kraków 2016; Jonathan Schell, Prawdziwa wojna. Wietnam w ogniu, tłum. Rafał Lisowski, Wydawnictwo Czarne Wołowiec 2017.

Wojna, która nas zmieniła

__
Przeczytany do końca tekst jest bezcenny. Ale nie powstaje za darmo. Niezależność Krytyki Politycznej jest możliwa tylko dzięki stałej hojności osób takich jak Ty. Potrzebujemy Twojej energii. Wesprzyj nas teraz.

Paweł Pieniążek
Paweł Pieniążek
Dziennikarz, reporter
Relacjonował ukraińską rewolucję, wojnę na Donbasie, kryzys uchodźczy i walkę irackich Kurdów z tzw. Państwem Islamskim. Stały współpracownik „Tygodnika Powszechnego”. Autor książek „Pozdrowienia z Noworosji” (2015), „Wojna, która nas zmieniła” (2017) i „Po kalifacie. Nowa wojna w Syrii” (2019). Dwukrotnie nominowany do nagrody MediaTory, a także do Nagrody im. Beaty Pawlak i Nagrody „Ambasador Nowej Europy”. Stypendysta Poynter Fellowship in Journalism na Yale University.
Zamknij