Świat

Battistoni: Potrzebujemy cyborgicznego socjalizmu

Porażki lewicy w działaniach na rzecz środowiska sprzyjają ekspansji neoliberalizmu.

Dzień Ziemi obchodzono po raz pierwszy 22 kwietnia 1970 roku. Był to również dzień setnych urodzin Lenina. To akurat zbieg okoliczności.

Jednym z założeń Dnia Ziemi było oddzielenie tworzącego się wtedy ruchu na rzecz ochrony środowiska od nowolewicowej krytyki społeczeństwa konsumpcyjnego, wylewania się miast na przedmieścia i składowania odpadów promieniotwórczych. By uniknąć oskarżeń o prowadzenie polityki „arbuza” – zielonej na zewnątrz i czerwonej w środku – przesłanie ruchu na rzecz środowiska, podobnie jak jeden ze sloganów organizacji Greenpeace, brzmiało: „Nie jestem z Czerwonych, jestem z Zielonych”. Kiedy ruch ten wchodził do mainstreamu, zielone organizacje non-profit stawały się coraz bogatsze i coraz bardziej wpływowe dzięki wsparciu korporacji i promowały kompromisowe rozwiązania „zazielenienia” świata.

Dziś ruch na rzecz środowiska jest równie eklektyczny co sama lewica: nieokiełznane fantazje, newage-owy mistycyzm i średnioklasowy romantyzm stoją w jednym szeregu z lokalnymi protestami przeciwko wykorzystaniu energii jądrowej, kampaniami przeciwko miejskiemu smogowi, wiejską nostalgią z cyklu „wróćmy na prowincję” i zielonymi technologiami w biznesie. Jednak ostatnio powrót wojowniczej ekologii zbiega się w czasie z powrotem państwowych prób rozbijania ruchów na rzecz środowiska. I nawet najbardziej mainstreamowe wcielenia tego ruchu ciążą ku lewej stronie. Zmiana klimatyczna ma szczególny potencjał radykalizujący. Coraz więcej ludzi ma krytyczny stosunek wobec panującego obecnie systemu gospodarczego z powodu jego destrukcyjnego wpływu na środowisko.

To, czego mainstreamowe organizacje na rzecz ochrony środowiska wciąż jednak nie mają, to spójna krytyka zgubnego oddziaływania kapitalizmu i projekt alternatywy wobec tego systemu.

To śmieszne, że ciągle klasyfikujemy zmianę klimatyczną czy kwestie związane z wodą jako sprawy wyłącznie „środowiska”: problemy te wchodzą w zakres ekonomii politycznej i kolektywnych działań.

Czyli, mówiąc wprost, są to sprawy, na temat których lewica ma zazwyczaj dużo do powiedzenia. Jednak mimo rosnącego zainteresowania problemami zaliczanymi do problemów „środowiska”, stosunek lewicy do powyższych kwestii jest dyskutowany w jej kręgu nie dość często. To musi się zmienić. Nie możemy w kółko cytować Naomi Klein, za każdym razem gdy pojawi się ten temat, to za mało. Lewica powinna zabierać głos i podejmować ostrą krytykę, by uczynić kwestie władzy i sprawiedliwości centrum debaty na „zielone” tematy. Możemy zacząć od wspierania i angażowania się w pracę obrońców środowiska, którzy od dawna próbują zapobiegać degradacji środowiska, uderzającej najmocniej w klasę robotniczą – szczególnie w jej niebiałych przedstawicieli i inne marginalizowane grupy. To jednak nie wszystko.

Lewica zainteresowana problemami środowiska zwykle skłania się ku anarchii – kojarzy się z antyglobalistami, aktywistkami Earth First!, obrończyniami praw zwierząt i zapalonymi rowerzystami. A ponieważ kwestie związane ze środowiskiem rozgrywają się najczęściej wokół określonego miejsca, działania na ich rzecz przyjmują postać kampanii na niewielką skalę. Jednak zmiana klimatyczna i inne globalne problemy wymagają podejścia bardziej kompleksowego niż alternatywne lokalne akcje.

Ruch ekoanarchistyczny nie działa na odpowiednią skalę, a odważna krytyka z cyklu „to wszystko kapitalizm, głupcy” raczej nie pomaga skonkretyzować taktyki. Socjaliści również zwykle unikają pytania o to, jak zaprowadzić sprawiedliwość ekonomiczną na świecie, nie polegając na dominujących obecnie sposobach produkcji energii i degradacji środowiska. Nawet jeśli zapomnieć o fakcie, że ZSRR nie było raczej światem, o jaki walczą ekologowie, odwieczne socjalistyczne marzenia o maksymalizacji produkcji przy jednoczesnej pogoni za dostatkiem i równością wydają się zupełnie nieosiągalne. Co ma je zastąpić?

Nie chodzi o opracowanie serii długoterminowych akcji na rzecz środowiska. Biorąc pod uwagę problemy generowane przez kryzys klimatyczny, nietrudno się domyślić, że nie mamy szans na zbudowanie ekotopii. Nasze położenie wymaga walki o „niereformatorskie reformy” – projekty, dzięki którym pozyskamy więcej czasu i które pozwolą społeczeństwom przystosować się do zmiany klimatycznej i zaspokoją ich podstawowe potrzeby, jednocześnie otwierając drogę dla głębszych przemian. Bez wizji i konkretnych pomysłów na realizację takiego założenia skończymy z jaskrawozielonym centrum wspierającym budowę ścieżek rowerowych i cięcia budżetowe, drony zasilane energią słoneczną i więzienia z własną mikrosiecią – czyli coś przypominającego działanie niemieckich Zielonych, którzy zapowiadali się obiecująco, ale teraz są opisywani przez samego rozczarowanego współzałożyciela jako „neoliberałowie na rowerach”. A tych mamy już wystarczająco dużo.

Zapomnijmy o socjalizmie w jednym kraju – ekosocjalizm w jednym kraju jest jeszcze mniej realny. Problemy związane z ekologią przekraczają granice państwowe i instytucjonalne, co często stosuje się jako wymówkę dla bierności prowadzącej do stanu chronicznego kryzysu negocjacji klimatycznych na świecie. Ta współzależność powinna jednak być impulsem do działania dla międzynarodowej lewicy – potrzeba globalnej solidarności, aby zrównoważony rozwój mógł zaistnieć.

Jednocześnie konsekwencje agresywnych akcji na rzecz ochrony środowiska w USA mają duże znaczenie w kontekście nieprzerwanej amerykańskiej hegemonii, nie wspominając już o statusie Stanów jako państwa produkującego najwięcej zanieczyszczeń. USA nie tylko raz za razem łamią postanowienia międzynarodowych traktatów i programów ograniczenia emisji gazów, ale także naciskają na zastąpienie kategorycznych kryteriów odpowiedzialności i finansowania proponowanych przez kraje rozwijające się mechanizmami rynkowymi forsowanymi przez przedstawicieli korporacji i sponsorów, którzy dostrzegają możliwość optymalizacji kosztów w kompensacji emisji dwutlenku węgla – często przy wsparciu amerykańskich NGO-sów ustalających warunki debaty.

Nieskuteczność amerykańskiej lewicy w działaniach na rzecz środowiska skutkuje ekspansją neoliberalizmu na całym świecie. Historia ruchu na rzecz środowiska ma niechlubne znamiona maltuzjanizmu, ekologicznego determinizmu, biologicznego esencjalizmu i neokolonialnego konserwatyzmu. Sceptyczny stosunek lewicy – a może raczej obojętność – wobec zaangażowania w politykę ekologiczną jest zrozumiały. Nie chodzi tu jednak o pielęgnowanie wyidealizowanej koncepcji czystości środowiska i dziewiczej natury – chodzi o świat, który tworzymy, o świat, na którym przyjdzie nam żyć.

Kolor zielony dominuje w pejzażu tej dyskusji, od rozmytego seledynu spod znaku „zrównoważonego stylu życia” po ciemnozielonych zaangażowanych ekologów. Jednak ruchowi na rzecz ochrony środowiska nie powinny być obce takie zjawiska, jak pylica płuc u górników, inwestycje typu brownfield [nowa inwestycja na uprzednio zagospodarowanym terenie – przyp. red.], opalizujący połysk wycieku ropy i oślepiający blask topniejących lodowców.

Dlatego też krzywię się na dźwięk terminu „ekosocjalizm” – zbyt wyraźnie pobrzmiewa w nim odniesienie do Ziemi jako takiej. Potrzebujemy cyborgicznego socjalizmu zorientowanego nie na prymat ekologii, ale na integrację środowiska i społeczeństwa, natury i przemysłu, ekologii i technologii, uznającego zmiany wprowadzane przez człowieka w świecie bez przyznawania człowiekowi władzy nad środowiskiem naturalnym. Nie ma sensu, by lewica stawała się zielona – aby chronić planetę i jej mieszkańców, powinna stać się czerwona.

Przeł. Dominika Dymińska

Alyssa Battistoni – redaktorka najważniejszego socjalistycznego magazynu w Stanach „The Jacobin”, dziennikarka zajmująca się tematyka współczesnej lewicy, pisze m.in. dla portalu „Salon” i „Mother Jones”

     
Tekst ukazał się na stronach magazynu Jacobin.

 

__
Przeczytany do końca tekst jest bezcenny. Ale nie powstaje za darmo. Niezależność Krytyki Politycznej jest możliwa tylko dzięki stałej hojności osób takich jak Ty. Potrzebujemy Twojej energii. Wesprzyj nas teraz.

Zamknij