UE

Juncker mówi, jak nie jest

Jean-Claude Juncker

W środę przewodniczący Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker w dorocznym przemówieniu o stanie Unii Europejskiej rysował swoją wizję przyszłości Europy.

Unia Europejska to my, a nie okupant, od którego trzeba się wyzwolić, jak chciałaby prawica. Ale też nie jakiś świecki Watykan, przed którym należy bić pokłony, jak życzyliby sobie tego liberałowie. W środę przewodniczący Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker w dorocznym przemówieniu o stanie Unii Europejskiej rysował swoją wizję przyszłości Europy.

Znajdzie się cela dla Jean-Claude’a Junckera?

Juncker mówił o międzynarodowych umowach handlowych, o migracjach, o filarze socjalnym, o europejskiej obronności, o połączeniu funkcji szefa Komisji Europejskiej i Rady Europejskiej. Wspominał też o powołaniu europejskiego ministra finansów i europejskiej inspekcji pracy, o poszerzeniu strefy Schengen, o zmianie finansowania europejskich partii politycznych i zmianie ordynacji w wyborach do Parlamentu Europejskiego, o inwestycjach, bankach, dumpingu socjalnym… o dziesiątkach nieprawdopodobnie ważnych spraw. Nie zgadzałam się z nim prawie w ogóle, ale nie to było najsmutniejsze. Najsmutniejsza była świadomość, że polityka europejska nie jest w Polsce tematem codziennych dyskusji.

Środowe wystąpienie Jean-Claude’a Junckera ma rolę i wagę podobną do expose premiera: poznajemy plany władzy wykonawczej na najbliższą przyszłość. Możemy zgadzać się lub nie z jego diagnozami i sposobami rozwiązywania problemów. Możemy i powinniśmy chwalić, ganić, pomstować, lamentować, domagać się i żądać, bo tu chodzi o naszą przyszłość.

Po decyzji o wyjściu Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej, wiele rzeczy nagle stało się łatwiejsze. Wielka Brytania była hamulcowym wielu zmian w UE, a teraz jej głos przestaje mieć znaczenie. Ale już samo przyglądanie się, jakim godnym pożałowania chaosem i kompromitacją jest Brexit, zniechęca polityków do grania na rozpad Unii. Jednocześnie nie ma w Europie chwilowo żadnych nowych, niespodziewanych pożarów do gaszenia. Po długiej i wyczerpującej walce na wielu frontach jest przez chwilę przestrzeń, by Unię pchnąć na tak jej potrzebne nowe tory. O nowym otwarciu mówią wszyscy, a i sama Komisja Europejska kilka miesięcy temu przedstawiła hasłowo pięć wariantów takiego otwarcia. Środowe przemówienie Junckera nie nawiązywało bezpośrednio do żadnego z nich i było zapowiadane jako „szósty scenariusz dla Unii Europejskiej”. Czy jest to scenariusz dobry? Lepszy niż można się było obawiać, ale nadal słaby.

Kłopot najważniejszy i podstawowy: Juncker nie wychodzi od spójnej diagnozy sytuacji i problemów UE. Wprawdzie samo przemówienie nazywa się State of the European Union, ale opis stanu Unii wedle szefa KE można by sparafrazować tak: uf, fuksem się prześliznęliśmy przez najgorsze, kilka wskaźników zaczęło się poprawiać, więc oczywiście trzeba ulepszyć to i owo, ale Boże broń ruszać coś naprawdę istotnego. Juncker użył metafory domu: oto będziemy powoli budować kolejne piętro integracji europejskiej. Świetnie. Szkoda tylko, że kolejne ulewy podmywają nam fundamenty, ale ponieważ od tygodnia nie padało, to nie będziemy się teraz martwić ich kondycją. Ma swoją wymowę fakt, że wśród szefów grup Parlamentu Europejskiego najbardziej zadowolony z przemówienia Junckera był liberał Guy Verhofstadt.

Juncker sporo miejsca na początku przemówienia poświęcił umowie CETA, którą ma nadzieję niebawem sfinalizować i analogicznym umowom z Japonią, Australią i Nową Zelandią. Mówił o zbawiennym rzekomo wpływie programu inwestycyjnego swojego autorstwa, który „pozwolił bankom pożyczać pieniądze firmom, aby te tworzyły miejsca pracy”. Wprowadzenie euro w całej Unii uznał za rzecz oczywistą i jeden z priorytetów, a można było odnieść wrażenie, że nieprzystąpienie do wspólnej waluty jest w jego mniemaniu rzeczą naganną. O tak, w wielu miejscach retoryka „jest dobrze, więc potrzebujemy więcej tego samego” mogła przyprawić o potężny ból zębów. Widać, że ani protesty przeciw CETA, ani krytyka sposobów wychodzenia ze stagnacji gospodarczej, ani wreszcie niemożliwa do przeoczenia klęska wspólnej waluty nie wywarły na Komisji Europejskiej wielkiego wrażenia. Do tego w przemówieniu znalazły się oczywiście rytualne ogólniki o wzmocnieniu granic, lepszej kontroli imigracji, czy prztyczek w nos dla Polski i Węgier za nieprzestrzeganie praworządności. W końcu usłyszeliśmy też gładkie postulaty równego dostępu do szczepień czy ujednolicenia jakości produktów spożywczych w UE.

CETA jest korzystna tylko dla wielkiego biznesu

Nie należy jednak sądzić, że cała debata o Unii spłynęła po Komisji Europejskiej, jak woda po kaczce. Przemówienie aż się roiło od pomysłów nowych i jeszcze niedawno trudnych do wyobrażenia. Nacisk na stworzenie własnych, europejskich sił zbrojnych to odpowiedź na kryzysy militarne za wschodnią granicą UE, ale też na fakt, że dwa najbardziej liczące się państwa NATO to dziś Stany Zjednoczone pod rządami Trumpa i Turcja pod rządami Erdogana. Obietnica uczynienia z Unii lidera w powstrzymywaniu zmian klimatycznych to absolutna konieczność w obliczu druzgocących doniesień naukowców i widocznego gołym okiem rozchwiania klimatu. Juncker zapowiedział daleko idące zmiany samych instytucji unijnych: paneuropejską listę w wyborach do Parlamentu, połączenie funkcji pełnionych obecnie przez Junckera i Tuska, czyli szefa Komisji i szefa Rady Europejskiej, czy przekształcenie funkcji odpowiedniego komisarza w stanowisko europejskiego ministra finansów. Wszytko to są reakcje na poważne zastrzeżenia wobec sposobu, w jaki Unia funkcjonuje jako instytucja.

Wreszcie, swoje małe zwycięstwa po długim biciu na alarm może odtrąbić też lewica społeczna: oto powstać ma nowa instytucja europejska stojąca na straży standardów pracy, czyli coś w rodzaju europejskiej inspekcji pracy. Kontynuowane będą prace nad filarem socjalnym UE. Komisja domagać się też będzie równego wynagrodzenia za tę samą pracę (niestety na razie tylko „w tym samym miejscu”), czyli zmiany dyrektywy o pracownikach delegowanych.

Niestety, wysłuchawszy tego wszystkiego nie sposób nie zgodzić się – dość niespodziewanie – ze zdaniem wypowiedzianym w debacie przez Nigela Farage’a. Cały ten plan bardzo łatwo stanie się wodą na młyn populistów. Małe kroki czyniące Unię bardziej „społeczną” nijak nie równoważą jej zasadniczego technokratycznego głównego kursu. Nie spowodują, że Unia stanie się radykalnie bardziej sprawiedliwa i równa. Przekształcenia instytucji spowodują tylko coraz głośniejsze pytania: kto wybrał nowego „prezydenta Europy” i „ministra finansów”, że mają tak wielką władzę? Po co nam szopka z paneuropejską listą do Europarlamentu, skoro wybrani przez nas przedstawiciele nie mają nawet inicjatywy ustawodawczej?

Juncker w swoich propozycjach nie dotknął nawet sedna problemu Unii. Nie powiedział ani słowa o strukturalnej, głębokiej nierównowadze między krajami centrum, a krajami peryferii. O tym, jak instytucje unijne i silniejsze rządy wymuszają na krajach południa cięcia socjalne i pozbawiają perspektyw całe pokolenie młodych ludzi. O tym, że bez całkowitej zmiany podstawowych mechanizmów strefy euro nie ma wyjścia z impasu, nawet jeśli chwilowo kryzys jest ciut mniej widoczny we wskaźnikach. O tym, że nierówności majątkowe i dochodowe są tak potężne, że tylko masowa redystrybucja na skalę kontynentu, wspólna polityka podatkowa, eliminacja rajów podatkowych w samej Unii i radykalne środki polityki społecznej mogą uratować nas przed kolejnymi wybuchami gniewu społecznego. A są to przecież kwestie coraz lepiej zbadane i opisane. O takich nieruszonych jeszcze porządnie sprawach, jak nierównowaga płac pomiędzy wschodem a zachodem Unii, wyludnianie się wschodniej flanki UE, powiększanie się masy obywateli Unii, którzy de facto pozbawieni są praw politycznych, bo mieszkają poza swoim krajem ojczystym – o tym wszystkim nie ma nawet co wspominać.

Unia potrzebuje więcej niż zmiany. Więcej niż nowego otwarcia. Nie było nim środowe przemówienie przewodniczącego Komisji Europejskiej.

DiEM25 zaprasza partnerów politycznych do współpracy

Bio

Marta Tycner

| Historyczka, ekonomistka, publicystka
W 2007 r. ukończyła studia magisterskie w Szkole Głównej Handlowej oraz w Instytucie Historycznym UW. W 2013 r. obroniła pracę doktorską. W latach 2007-2011 pracowała jako asystentka naukowa dyrektora Niemieckiego Instytutu Historycznego w Warszawie. Od 2014 r. zatrudniona w Instytucie Historycznym UW w projekcie realizowanym wspólnie z Uniwersytetem Oksfordzkim. Członkini Partii Razem.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.

Wiele z tego co proponuje pan Juncker wymaga renegocjacji traktatów europejskich, co jest w tej chwili niepodobieństwem. Wspólna polityka obronna możliwa będzie po wstąpieniu Irlandii, Austrii i Finlandii do NATO, na co się nie zanosi. Powstanie strefy euro w składzie 26 krajów (Dania ma wieczystą derogację) nie leży w planach większości rządów UE posiadających jeszcze własną walutę. Przypomnę, że w Szwecji było w tej sprawie referendum, Szwedzi byli przeciw. Obecna strefa euro w składzie 19 krajów nie jest optymalną strefą walutową. Postulat wspólnej polityki fiskalnej jest tyleż racjonalny, co pozbawiony poparcia politycznego.
Trudno też mówić o stabilnym funkcjonowaniu Unii, skoro jej prawa mogą zostać jednoosobowo zawieszone decyzją kanclerza Niemiec, jak to miało miejsce w roku 2015. Decyzja może była i słuszna, ale tryb skandaliczny. W ten sposób najlepsze co rzeczywiście można zrobić, to pokazać, że UE jest w stanie funkcjonować w sposób zgodny ze swoim własnym prawodawstwem. Nie pora budować kolejne piętro, kiedy piwnice zalane.

W kontekście praworządności Juncker nie wymienił ani Węgier, ani Polski i jeśli to miał być prztyczek w nos dla tych krajów, to dla Niemiec, czy Francji to potężny kopniak. Praworządność w UE to przede wszystkim przestrzeganie traktatów unijnych. Które państwo ze strefy euro spełnia dziś warunki traktatu z Maastricht ? Kto jednostronnie złamał układ z Schengen ? Kto pogwałcił reguły Dublin III ? Kto złamał zasadę no bail-out zapisaną w traktacie Lizbońskim ? Kto „ratował” Grecję (czytaj: niemieckie i francuskie banki) pieniędzmi z EBC (czytaj: pieniędzmi wszystkich europejczyków) ? Na samym „ratowaniu” Grecji Niemcy zarobili 1,34 mld euro.

Autorka nie dostrzega, że 50 lat UE, którą same państwa członkowskie odważyły się tak nazwać dopiero w 1992, to bardzo wolna ewolucja i dopracowywanie kompromisów. Dojrzałe demokracje tak działają, że kompromisów szuka się długo, ale ostatecznie jak to zacytował Tusk "Samemu można iść szybko, ale razem dalej". W wystąpieniu Junckera jest zapowiedź: budżetu strefy euro, ministra gospodarki strefy euro, wspólnej polityki azylowej, obronnej, socjalnej, europejskiego FBI i uściślenia polityki zagranicznej, a także stworzenie list paneuropejskich do europarlamentu. A autorka tekstu p. Tycner narzeka, że te kroki za mało radykalne. I to rok po tym, jak UE groził rozpad! I jeszcze to cytowanie Nigela Farage'a, największego brytyjskiego cynika i oszusta. "Niestety, wysłuchawszy tego wszystkiego nie sposób nie zgodzić się – dość niespodziewanie – ze zdaniem wypowiedzianym w debacie przez Nigela Farage’a. Cały ten plan bardzo łatwo stanie się wodą na młyn populistów. "

Przypominam, że nawet Le Pen niedawno ogłosiła, że nie chce by Francja wyszła z UE ani nawet ze strefy euro. To chyba znaczy, że jest w UE siła a nie młyn na populistów.

Otóż nie. UE to nie kompromisy a konsensusy (wyrażone wprost napisane w traktatach).
Kompromis - Polska trochę ustępuje, Niemcy trochę ustępują, Francja, Komisja Europejska, itd..
Konsensus - Polska, Niemcy, Francja, KE siadają do rozmów i muszą stworzyć JEDNOLITE stanowisko.

Kto silniejszy (oczywiście nie Polska), ten narzuca swoje zdanie stawiając sie w pozycji "dążącego do konsensusu".
Gdy słabszy sprzeciwia się temu zdaniu, jest stawiany automatycznie w pozycji obstruktora, mąciciela i przeszkody na drodze postępu.
Neomarksistowskie taktyki negocjacyjne w praktyce.

W języku polskim są dwa słowa oznaczające dokładnie to samo a wywodzące się z łaciny: konsens i konsensus. Konsens przyszedł bezpośrednio z łaciny, konsensus to zupełnie niepotrzebny anglicyzm. W dodatku oba te słowa mają to samo znaczenie co słowiańskie słowo zgoda. Warto to wiedzieć aby uniknąć pretensjonalności.

Stworzenie własnych, europejskich sił zbrojnych to słowo w słowo spisane z planu komunisty Spinellego w manifeście z Ventotene z roku 1941, na którego podstawie stworzono w 1984 oficjalny już dokument UE pt. "Plan Spinellego":

„Chodzi o stworzenie państwa federalnego, które stoi na własnych nogach i dysponuje europejską armią zamiast armiami narodowymi. Trzeba ostatecznie skończyć z gospodarczą samowystarczalnością, która stanowi kręgosłup totalitarnych reżimów. Potrzeba wystarczającej ilości organów i środków, żeby w poszczególnych państwach związkowych wprowadzić zarządzenia wydane w celu utrzymania porządku ogólnego.”

Sam jeszcze 5 lat temu śmiałem się z Korwina, Michalkiewicz i innych "teoretyków spiskowych" - teraz już widzę że mieli rację i czerwona zaraza bierze otwarcie Europę w swe szpony.

Czytaj dalej Korwina to zamiast mozgu bedziesz mial salceson.

Młody człowieku, europejski federalizm nie jest nowością od czasu poczciwego abbe Saint Pierre'a. Nie trzeba do tego komunistów.
W dziejach wspólnot europejskich były już plany wspólnoty politycznej. Dość wspomnieć plan Plevena i traktat o Europejskiej Wspólnocie Obronnej, zawarty ale nieratyfikowany. Są to sprawy dobrze opisane w literaturze historycznej i politologicznej, a nie żadne spiski. Miłej lektury!

Mysle ze przedstawienie pozycji prawicy w sprawie unii jest niesprawiedliwe. Dla mnie kluczem jest pytanie czy istnieje realistyczny scenariusz w którym w interesie polski byłoby wyjść z eu. Są tacy co mówią nie - nie ma przyszłości poza unia. I są tacy, którzy mówią - owszem - to się NIESTETY może zdarzyć.

"Szkoda tylko, że kolejne ulewy podmywają nam fundamenty" - oh yeah? jakie to ulewy? bo populistyczno-histerycznymi ogólnikami to ja się nie najem.

"Szkoda tylko, że kolejne ulewy podmywają nam fundamenty" - oh yeah? jakie to ulewy? bo populistyczno-histerycznymi ogólnikami to ja się nie najem.

Nie wystarczy wiedzieć - trzeba rozumieć.Wspieraj nas!