Felieton

Prawdziwy problem z polskimi miliarderami

sebastian-dominika-jan-kulczyk

Jachty, odrzutowce, podróże do Azji helikopterem czy domy na Majorce i Mauritiusie muszą żenować, ale to nie luksusowe zakupy stanowią najpoważniejszy problem z rodzimymi bogaczami.

Dziesięciu najbogatszych Polaków posiada tyle samo majątku, ile siedem milionów najuboższych – robi wrażenie, prawda? Może nie aż takie, jak liczby podawane niedawno przez Oxfam (ośmiu facetów ma tyle, ile połowa ludzkości!), ale skala nadwiślańskich nierówności i tak wydaje się porażająca.

10 najbogatszych osób w Polsce ma tyle, co 6,8 miliona najuboższych

W ostatnich latach, przywołując dane GUS-u czy Eurostatu, zastanawialiśmy się, czy nierówności spadają, rosną czy stoją w miejscu – pośrednio dywagując, czy przemiany gospodarcze w Polsce (czy ktoś jeszcze pamięta „zieloną wyspę”) są niesprawiedliwe i czy za zwycięstwo PiS odpowiada raczej „baza” (jak głosi lewica wskazująca na wzrost nierówności) czy „nadbudowa” (liberałowie opiewający gospodarcze sukcesy PO). Osobiście bardziej przekonujący byli dla mnie ci, zdaniem których tradycyjne wskaźniki są dość optymistyczne (np. współczynnik Giniego stojący w miejscu przez ostatnią dekadę), ale zwyczajnie nie oddają wszystkich różnic, np. w dostępie do usług publicznych, obciążeniu pracą niepłatną (kobiety!) czy wynikających z rozwarstwienia regionalnego. Tym, czego brakowało najbardziej, były jednak dane o rozwarstwieniu majątkowym – tym samym, na którym skupił się w swej głośnej książce Thomas Piketty – i które czyniły wiele z naszych tez (o sprawiedliwym bądź niesprawiedliwym kapitalizmie nad Wisłą) sprawą raczej intuicji i spekulacji niż twardych danych.

Choćby z tego powodu raport z pilotażowego badania NBP na temat majątków (Zasobność gospodarstw domowych w Polsce), z którego pochodzą otwierające ten tekst dane wnosi naprawdę wiele – i dlatego cieszy mnie bardzo bajka (!), jaką inspirowany raportem opowiedział czytelnikom Marcin Gerwin. Bajka o tym, dlaczego polscy bogacze są zbyt bogaci i co z tym fantem zrobić. Autor obrazowo wyjaśnia, „ile oni posiadają”, uwidacznia czym są – albo mogłyby być – w realu abstrakcyjne przecież miliony i miliardy. Wskazuje też kilka tropów, jak można by horrendalne różnice ograniczyć. Niestety, czasem nawet w bajce – zwłaszcza takiej z morałem – można się innym moralistom podłożyć.

Bo przecież tak naprawdę życie miliardera nie jest aż takie proste. Jeśli wyobrażony krezus Gerwina postanowi nagle spieniężyć swoje warte 10 miliardów aktywa („w akcjach spółek i w nieruchomościach”), by potem zamienić je na inne dobra, to z jego dziesięciu miliardów zostanie mu dużo mniej. Po prostu, jeśli jakiś duży gracz (a 10 miliardów to w polskich warunkach byłby nawet nie rekin, a kaszalot – tyle mniej więcej posiada Zygmunt Solorz-Żak, drugi na liście polskiego „Forbesa”) pozbywa się aktywów w jakimś segmencie rynku, spowoduje spadek ich wartości; dla przykładu cały rynek nieruchomości komercyjnych w roku 2016 był wart około 17 miliardów złotych. Ale przyjmijmy, że to szczegół, dla wywodu mało istotny.

Dużo większy problem polega na tym, że wizerunek naszego bogacza w tekście Gerwina przypomina Sknerusa McKwacza z komiksów o Kaczorze Donaldzie – tamten kąpał się w basenie złotych monet i precjozów, ten wydaje gotówkę bez sensu na dobra, z których nawet nie korzysta. W tym wypadku na mieszkania. Znowu – rozumiem, że chodzi o zrozumiały dla czytelnika przykład. Rzecz w tym, że miliarderzy gros środków inwestują, a nie wydają na konsumpcję. Przykłady zakupu jachtów, odrzutowców, podróży do Azji helikopterem, domów na Majorce i Mauritiusie muszą żenować, tym bardziej, gdy dotyczą ludzi nie zhańbionych własną pracą (autor z wrodzonej grzeczności usunął w trakcie redakcji przykładowe nazwiska obsypanego niedawno miliardami rodzeństwa), ale to nie luksusowe zakupy stanowią najpoważniejszy problem.

Miliarder, który postanowiłby wykupić dziesiątki tysięcy mieszkań, nie kierowałby się jakąś abstrakcyjną „żądzą posiadania”, którą przypisuje mu Gerwin („nie będziemy przecież wynajmować mieszkań innym ludziom, bo kupiliśmy je za nasze ciężko zarobione pieniądze. Te wszystkie mieszkania się nam po prostu należą. Są nasze!”), ale żądzą zysku. To istotny szczegół. Bo przecież wspomniany przez autora efekt, który taki masowy wykup nieruchomości musiałby wywołać – czyli wzrost cen – przekłada się na strumień dochodu. Swoje hipotetyczne mieszkania nasz miliarder mógłby albo z czasem odsprzedać z zyskiem (jeśli uprzednio nie nastąpiłby krach na rynku), albo właśnie wynajmować, korzystając z wywołanego przez siebie niedoboru lokali własnościowych (w połączeniu, dodajmy, z chronicznym w III RP brakiem mieszkań komunalnych czy TBS-ów). Taka alokacja zasobów mieszkaniowych i kapitału byłaby wysoce nieefektywna (duży zysk dla jednego podmiotu monopolizującego rynek, wzrost cen dla konsumentów) – tyle że właśnie w złej alokacji, a nie w irytujących świat rozkoszach klasy próżniaczej tkwi główny problem z miliarderami.

Dziś dużo bardziej opłaca się inwestować w rynek nieruchomości czy rozmaite instrumenty finansowe niż w tzw. gospodarkę realną, czyli w produkcję jakkolwiek użytecznych dóbr i usług. W efekcie koncentracja dochodów (i majątków) powoduje, że nie tylko relatywnie mniej idzie na konsumpcję (która przynajmniej generowałaby popyt na produkowane „realnie” towary), ale i oszczędności nie służą inwestycjom. Skoro bowiem większy zwrot uzyskuje się z instrumentów pochodnych na zagranicznych giełdach, spekulacjach na walucie czy surowcach, wreszcie na pompowaniu wartości giełdowej spółek niż na inwestycjach w lepsze technologie, nowe miejsca pracy czy infrastrukturę, to wielkie majątki krezusów bardzo często bywają bezproduktywne.

Tym bardziej w specyficznych warunkach Europy Środkowej, które autor pominął, a które sprawiają, że „nasi” miliarderzy są często jeszcze mniej „produktywni” niż ich zachodni koledzy. Na przykładzie historii wzbogacenia się Jana Kulczyka, pierwszego biznesmena III RP, świetnie opisał ten problem Jakub Majmurek – wielki majątek polskich kapitalistów zazwyczaj nie tworzy adekwatnego do skali „rodzimego kapitału”, adekwatnej ilości miejsc pracy ani rozpoznawalnych na świecie marek; wreszcie mechanizmy budowy nadwiślańskich majątków rodzą zasadne pytania o historyczną sprawiedliwość i uzasadnienie statusu społeczno-ekonomicznego ich twórców.

Dobry doktór idzie do nieba

Gerwin słusznie wskazuje na najpoważniejszy chyba problem związany z nadmierną koncentracją majątków – zaburzenie mechanizmów demokracji przez wpływy lobbingowe na system polityczny i kontrolę sfery publicznej, od nadzoru właścicielskiego po banalne zakupy reklam dla zapewnienia sobie przychylności mediów. Ma również rację, gdy punktuje filantropię miliarderów, jako niekoniecznie służącą progresywnym celom społecznym, choć pewnie należałoby dodać, że w wielu przypadkach tworzenie fundacji charytatywnych wprost wykorzystuje się do celu uniknięcia opodatkowania, a kierunek ich działalności może być wówczas sprawą wtórną.

Szukając odpowiedzi na problem nadmiernej koncentracji majątków Gerwin słusznie wskazuje na podatek majątkowy – warto rozważyć takie rozwiązanie choćby dlatego, że przynajmniej z częścią aktywów (jak nieruchomości) naprawdę nie da się łatwo uciec za granicę, co bardzo sprzyja skuteczności opodatkowania. Gorzej jednak z kolejnymi propozycjami: dochód maksymalny, a zwłaszcza „maksymalny majątek” brzmią niestety mało poważnie. Ten pierwszy praktycznie wydaje się wykonalny tylko w wypadku umów o pracę, co oznaczałoby – niekorzystną także z punktu widzenia stabilności zatrudnienia – dyskryminację. Silna progresja dla bardzo wysokich dochodów, najlepiej traktowanych łącznie, wydaje się rozwiązaniem dużo korzystniejszym. To samo dotyczy „maksymalnego majątku”: o ile podatek ad valorem (nie tylko od nieruchomości) wydaje się sprawiedliwy i potencjalnie skuteczny, o tyle ustalanie górnego progu stanu posiadania ma sens ewentualnie z punktu widzenia reguł konkurencji (np. zakaz koncentracji własności w danym segmencie rynku, na danym obszarze, itp.).

Polscy krezusi posiadają wiele, a podatków płacą bardzo mało – regresywny system danin publicznych to być może największa niesprawiedliwość transformacyjnej Polski. Często powiększają oni tylko majątek „portfelowy” (papiery wartościowe, instrumenty finansowe), zbyt rzadko tworzą instytucje będące miejscem pracy o wysokiej jakości i wartości dodanej. Wielu z nich dorobiło się w sposób budzący, delikatnie mówiąc, wątpliwości – niejednokrotnie głosząc idee wolnorynkowe i prezentując się jako udani „kowale własnego losu” dyskretnie przemilczają rolę swych powiązań społecznych i politycznych w akumulacji i reprodukcji majątków. Wszystko to prawda. Redukcja nierówności nie nastąpi jednak drogą wprowadzenia jednego, cudownego rozwiązania a’la „zniesienie bogactwa ustawą” (poprzez np. próg maksymalnego majątku). Mówiąc najkrócej: to, jak nasi krezusi konsumują, to drobiazg; ważniejsze jest to, jak zarabiają. I jak nie dają zarobić innym.

List do miliarderów

Bio

Michał Sutowski

| Publicysta Krytyki Politycznej
Politolog, absolwent Kolegium MISH UW, tłumacz, publicysta. Członek zespołu Krytyki Politycznej oraz Instytutu Studiów Zaawansowanych. Współautor wywiadów-rzek z Agatą Bielik-Robson, Ludwiką Wujec i Agnieszką Graff. Pisze o ekonomii politycznej, nadchodzącej apokalipsie UE i nie tylko. Robi rozmowy. Długie.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.

Kiedyś ów święty mąż co to rzekł: Niemoralnym jest domagac sie wyższych danin od tych co więcej pracują i myślą.
Spójrzmy wiec jak ów mąż opatrznościowy ,,więcej pracował i myślał".
,,Pierwszy milion"? Od Taty
Pierwszy wielki deal? Sprzedaż niezbyt udanego modelu Volkswagena - Vento. Biednejjak mysz policji. 10 lat później w o ile zamożniejszej Holandii podstawowym pojazdem był Golf. Mniejszy kraj - mniejsze auta? U nas kupujący - PAŃSTWO.
Zakup browaru Lech - sprzedano go mu jako polskiemu kapitałowi. Problem w tym, Kulczyk Investments był zarejestrowany wtedy w Holandii. Kto sprzedawał - PAŃSTWO. Browar odsprzedał z wielkim zyskiem SAB bo potrzebował kasę ,,na autostrady".
Autostrada - zawsze płacąc na bramkach Doktora a teraz Rodzeństwa ciepło myślę. By zbudować autostradę Doktor dostał od PAŃSTWA w użytkowanie odcinek autostrady zbudowany jeszcze przez nieboszczkę komunę. Poza tym nie budował bo czekał na PAŃSTWOWE gwarancje kredytowe. Przy czym koncesja jaką mu PAŃSTWO udzieliło obejmowała obszar najłatwiejszy gdyż już Niemcy wykonali pewne prace przygotowawcze a tzw. komuna nie pozwoliła na zabudowę.
Ostatni deal - Ciech
Nie darmo A. Kwaśniewski dostał fuchę ,,doradcy" Doktora. Zapewne nie za walkę o prawa pracownicze...

Nierówność społeczna istnieje, ponieważ nasze społeczeństwo opiera się na tej nierówności. Bez obecnej nierówności, nie mielibyśmy takich samych struktur władzy, a nasza gospodarka opierałaby się na zupełnie innych zasadach. Bogaci potrzebują biednych żeby pracowali na ich utrzymanie. Za dużo bogatych, a pojedynczy bogaty ma mniej, i musi działać w środowisku gdzie istnieje wzmożona konkurencja (ze strony innych bogatych, rzecz jasna). A więc nasz wspaniały darwinizm społeczny (znany dzisiaj jako kapitalizm wolnorynkowy) stwarza takie warunki, że nierówność jest rzeczą pożądaną dla bogatych, którzy jednocześnie zazwyczaj sprawują władzę (niezależnie od strony barykady ideologicznej - są bogaci). Dlatego to się nie zmieni bez jakiejś robotniczej rewolucji, która jednak nie nastąpi póki klasa średnia istnieje i ma się dobrze. A po takich rewolucjach, następuje jedynie zamiana ról.

Nie zrozumcie mnie źle, nierówność dzisiaj jest i tak nieporównywalnie mniejsza od nierówności która istniała dawniej na świecie, a to za sprawą właśnie kapitalizmu wolnorynkowego (o ironio!), który dał szansę większym gronie się wybić. Główny problem w tym, że rządy nie są "poza wolnym rynkiem" w praktyce (bo w teorii mają być - chociaż "big money in politics" już zaczyna znajdywać poparcie prawne w niektórych krajach).

Piszę o tym, bo wszelkie propozycje racjonalnych reform są skazane na porażkę gdy nie służą interesom kasty rządzącej i kumpli owej kasty. Czyli można powiedzieć, że każda propozycja racjonalnej reformy, takiej co by służyła narodowi, jest skazana na porażkę. Historia nam to pokazuje - wystarczy popatrzeć na historię USA czy Wielkiej Brytanii - kolebki kapitalizmu swoją drogą. Są epizody typu "New Deal", ale one blakną przy ogólnej tendencji do faworyzowania korporacji - które są dziś postrzegane jako jedyny, nieodzowny napęd dla gospodarki światowej. Trwaj nierówność, jesteś piękna.

Podatek "ad valorem" to dobry pomysł, ale maksymalny majątek jest niemożliwy. Księgowi pochowają wszystko w spółeczkach, aby było wszystko cacy księgowo. Ale podatek "ad valorem" to już tak się nie da jak powyżej. i to jest dobry pomysł.

Niebezpieczne jest myślenie, że bogaty powinień oddawać biednym. Ale dzisiejszy poslki bogaty, nie jest tym bogatym, który żył w Polsce przed II woją swiatową i po. Polska przeżywała podobną ideę, na mocy której mój b. bogaty dziadek został wywłaszczony - ze wszelkiego dobra, pomimo, iż dzielił się nieustannie, pomagał nieustannie. Mafia zagarnęła wszystko, a w czasach pozornej odwilży oddać też nie chciala i wymagała, by udowodnić własność! Za dużo było do stracenia - i jest nadal, te zawłaszcozne majątki są, niczymstudnia bez dna, bo wypracowane przez setki lat i wiele pokoleń. Po zawłaszczeniu cudzej własności bogacili się inni - wielu z nich to dzisiejsi polscy bogacze i tzw.: "biznesmeni". Gdzie jest pies pogrzebany? Wiemy, oni wiedzą, ale mafia jest silna i jeśli popuści pasa, to tylko ciut, ciut, tak, by nie miało to wpływu na jej szemrane "biznesiki"

Jestem zwolenniczką naprawienia przeszłych krzywd. Niech więc po procesie uczciwej reprywatyzacji, potomkowie chłopów-niewolników zyskają prawo do ubieganie się o odszkodowanie za niewolniczą pracę swoich przodków od potomków właścicieli ziemskich. Z odsetkami. Dlaczego wyrównanie krzywd ma dotyczyć tylko potomków jednej klasy społecznej?

,,zawłaszcozne majątki są, niczymstudnia bez dna, bo wypracowane przez setki lat i wiele pokoleń". Tja np. Wilanów dla Branickich. Już widzę praszczura Branickiego jak w polu macha...nie nie motyką ale kijem karbowych i dybami ekonoma...

@Maria
Rozumiem, że ów zagrabiony przez bolszewików majątek powstał w wyniku pracy czy operacji handlowych przodków Pani a nie w wyniku pracy niewolników dla niepoznaki zwanych chłopami pańszczyźnianymi?

Został zagrabiony przez komunistów-bolszewików, a moi przodkowie za wspieranie, pomaganie, uczenie biednych ludzi - także chłopów pańzczyźnianych - przez wieki, osadzani byli obozach koncentracyjych, np.: w Talerhof, Berezie Karuskiej, Jaworznie... Ktoś napisał w komentarzach o Branickich... Cóż - znamy historię i "zasługi" tego rodu dla Polski, jak wielu polskich królów - ci przez wieki leżeli plackiem u tronów carów Rosji, podobnie, jak polska mangnateria i szlachta. Moi przodkowie byli ludźmi, którym Braniccy do pięt nie dorastali i jestem dumna z moich korzeni. Nie jestem dumna z systemu w Polsce, który nadal nie chroni ludzi uczciwych, nie wywiązuje się z obietnic, nie naprawia wielu krzywd - także tych, których doświadczali ludzi osadzani w polskich obozach koncentracyjnych.

To bardzo ładnie, że jest Pani dumna ze swoich korzeni, ale nie odniosła się Pani do kwestii bogacenia się polskiej szlachty i magnaterii na niewolniczej pracy. Oczywiście problem braku odszkodowań dla potomków niewolników nie został rozwiązany także w innych krajach, na przykład w USA, ale nie zmienia to faktu, że reprywatyzacja, zwłaszcza oddawanie budynków użyteczności publicznej, jest procederem niesprawiedliwym z punktu widzenia całości społeczeństwa. Już nie wspomnę o braku etycznych podstaw dla reprywatyzacji w Warszawie, która została całkowicie zniszczona i odbudowali ją ludzie w czynie społecznym. Mówię to jako osoba wywodząca się z rodziny posiadaczy ziemskich, która straciła w XX wieku 3 majątki. Upominanie się o nie teraz uważam za niemoralne, dlatego nie zrobiłabym tego, nawet gdyby ich odzyskanie było możliwe.

Nie zmienia to faktu, że moi przodkowie byli de facto niewolnikami Pani przodków. Zgodzi się Pani chyba, że sprawiedliwości w tym nie było. Za pracę należy się wynagrodzenie. Skoro uznajemy, ze należy naprawić historyczne krzywdy Pani klasy, to proszę odnieść się do krzywd wyrządzanych moim przodkom przez Pani przodków. A najlepiej zadośćuczynić.

Przecież New Deal to był pomysł korporacji,które denerwowała konkurencja.Polecam dostępną jedynie w anglojęzycznej wersji książkę Wall Street and FDR.

Herbert Hoover stracił poparcie Wall Street bo nie chciał podjąć decyzji o New Deal.Za bardzo mu się to kojarzył ten program z włoskim faszyzmem i komunizmem.

"Dziś dużo bardziej opłaca się inwestować w rynek nieruchomości czy rozmaite instrumenty finansowe niż w tzw. gospodarkę realną, czyli w produkcję jakkolwiek użytecznych dóbr i usług." I w ten sposób "napompowywać" kolejną spekulacyjną "bańkę"? Więc grozi powtórka z bankowego kryzysu w USA?

Krzysztof Mazur

Opłacalność spekulacji finansowych bierze się z polityki monetarnej państwa, którą red. Sutowski niezmiennie popiera: 'pobudzania popytu' pustym pieniądzem pompowanym w banki. Skutkiem tego 'pobudzania popytu' jest inwestycyjne szaleństwo. Jest to po prostu redystrybucja majątku od zwykłych właścicieli kapitału z własnych oszczędności do spekulantów. To jest skutek, a nie przyczyna. Czy red. Sutowski jest gotowy zmienić swoje preferencje polityki gospodarczej, żeby ułatwić inwestowanie w realną gospodarkę, zamiast nieskutecznego 'pobudzania popytu' na spekulacje, czy trzymać się będzie dalej swojego keynesizmu?

Nie jest prawdą jakoby nie było inwestycji w realną gospodarkę. We wszystkich krajach względnie ubogich (poza tymi gdzie jest wojna lub socjalizm), w tym w Polsce, zatrudnienie oraz płace rosną. Rodzina Kulczyków inwestuje w Afryce, czyli tam gdzie inwestycje są najbardziej potrzebne społeczeństwu. Gdyby ich majątki zostały opodatkowane, te afrykańskie inwestycje by prawdopodobnie spadły, to by było dobrze czy źle z punktu widzenia wyrównywania nierówności? Czy jakieś państwo europejskie chciałoby inwestować w Afryce, tak jak 'chciwi bogacze'?

Cała patologia bierze się z dzisiejszego modelu kapitalizmu. CO ROKU MUSI BYĆ WIĘCEJ!!!!!Od tego zależą byt i premie zarządów. WIĘCEEEEEEEJ! A przecież nadal mamy jeden żołądek i odbyt. Kiedyś wiadomo jak było więcej to było super ale taknapeawdę wystarczało też jak było na +.

Krzysztof Mazur

Żeby zarząd miał więcej, firma musi więcej zarobić, czyli więcej lub lepiej wyprodukować (co w tym złego?) lub dostać dotację od państwa, co akurat jest pomysłem lewicy w tym red. Sutowskiego, a nie moim. Patologią są państwowe dotacje do banków i spekulantów w postaci polityki monetarnej, ale to nie jest kapitalizm, tylko interwencjonizm państwa. Znamienne, że Sutowski nic o tym nie wspomina. Pozdrawiam.

Nie ma czegoś takiego (i nigdy nie było) jak kapitalizm bez interwencjonizmu państwa. Pytanie tylko, w czyim interesie państwo interweniuje. W obecnym neoliberalnym modelu państwo interweniuje w interesie 1 proc. najbogatszych.

Ciągły wzrost jest konieczny do ciągłej obsługi długu.A dług w takiej skali powstał bo państwo zaczęło interweniować w gospodarkę i min zlikwidowało pieniądz oparty na złocie.

A zarządy firm świetnie się miały nawet przy surowej polityce pieniężnej w XIX wieku.To demokratyczne społeczeństwo chciało i będzie chciało poluzowania zasad w imię lepszego dziś,bez martwienia się o jutro.W jaki sposób to się stanie,czy poprzez dług czy inflację,to już ludzi nie interesuje.Tu dochodzimy do istoty socjalizmu.Jedyny sposób narzucenia nierynkowych stosunków społecznych to bolszewicki zamordyzm.Większość ludzi trzeba siłą zmusić,żeby zamiast najnowszych smartfonów używali starych samsungów.

Józef Robotnik

A jakby wyglądał ten artykuł gdyby autor włączył w niego sprawę wzrostu PKB i wzrostu a raczej jego brak ( wzrostu ) współczynnika udziału płac w PKB . ! % wzrostu PKB to 1 bilion 800 miliardów PLN , a 3 % wzrostu to 5 bilion 400 miliardów a z tego 37 % ( wskaźnik z 2014 r ) , obliczyłem ze na rynek za ostatni rok nie trafiło do obiegu ( tzw prokreacja pieniądza ) ok 2 biliony płac . Te pieniądze gdzieś są i czekają na zainwestowanie .