Felieton

Krakowskim defetystom mówimy stanowcze nie

Czarny-Protest-2018-Warszawa-Szafranski (1)

Jan Sowa uważa, że sojusz na trupie praw kobiet to dziś jedyna szansa na lewicowy projekt. Jeśli ktoś nie widzi, jak bardzo różnią się preferencje wyborcze kobiet i mężczyzn, jak wielkim tematem cywilizacyjnym jest przemoc domowa i molestowanie, jak zmienił się przez dwa lata stosunek do aborcji – nie zauważa potężnego trendu społecznego. Fali, na której niewiarygodne centrum nie popłynie, a którą prawa strona spróbuje zdusić.

Jan Sowa jeszcze trzy lata temu wierzył, że „inna Rzeczpospolita jest możliwa”, dziś nie wierzy nawet w przyzwoity socjal w pakiecie z cywilizowanym prawem do aborcji. W wywiadzie udzielonym Łukaszowi Pawłowskiemu ogłasza klęskę – przypisywanego Krytyce Politycznej i partii Razem – projektu „uwrażliwiania” polskiego liberalizmu na sprawy społeczne, atrakcyjnego jedynie dla wąskich elit. Przyczyn porażki upatruje w nieprzystawalności inteligenckiego habitusu do oczekiwań ludu, następnie zaś gładko przechodzi do tezy o konserwatyzmie tegoż, o który rozbić się musi dziś każdy postępowy projekt.

Gdula o książce Sowy: Boleśnie polska

Wniosek Sowy? Jeśli w Polsce powstanie jakaś lewica, to zachowawcza, pomijająca zwłaszcza kwestię równouprawnienia – prawo do aborcji ma być bowiem granicą nie do przejścia dla najbardziej światłych i wychylonych w lewo środowisk konserwatywnych. Lewica liberalna nie wyjdzie zaś poza próg 3 procent, a zatem postępowcom „społecznym” i „tożsamościowym” pozostaje kultywowanie słusznych idei i czekanie na bardziej sprzyjającą koniunkturę. Sojusz na trupie praw kobiet – to dziś jedyna szansa na lewicowy projekt. To oczywiście skrót tez wywiadu dla „Kultury liberalnej”, ale bynajmniej nie karykatura.

W moim przekonaniu diagnoza niepowodzeń Razem jest częściowo słuszna, wnioskowanie z niej o konserwatyzmie ludu – nieuprawnione, przyjęcie poglądów Klubu Jagiellońskiego za granicę możliwej koalicji z udziałem lewicy – absurdalne, zaś wnioski o możliwej strategii politycznej lewicy – oparte na błędnych przesłankach, przeoczeniach społecznej empirii i katastrofalne w skutkach.

Zaczynając od plusów: Sowa słusznie mówi o wyczerpaniu „obietnicy liberalnej” głoszącej, że „dzięki wyrzeczeniom i pracy wszyscy staną się równoprawnymi obywatelami nowoczesnego świata”. Dopowiedzmy: Polacy zorientowali się, że nie każdy może zostać klasą średnią na swoim i że nawet wzrost gospodarczy, środki unijne i status „zielonej wyspy” nie zrównają naszego statusu – o standardzie życia nie mówiąc – z Niemcami czy Holendrami. Jeśli dodać do tego arogancję liberalnych elit i rządzącej 8 lat PO, klęska projektu III RP w roku 2015 staje się całkiem zrozumiała.

Tylko czy faktycznie wraz z nią załamała się „formuła budowy lewicy przez jej wypączkowywanie z liberalizmu: uwrażliwianie, pogłębianie, rozbudowywanie wartości liberalnych i dodawanie do nich polityki społecznej”? W kontekście zarzutów Sowy wobec KP nadmienię tylko, że wprawdzie szanowaliśmy Tadeusza Mazowieckiego, ale już w Balcerowicza waliliśmy jak w bęben przez 15 lat. I jeszcze, że w początkach naszej działalności „Gazeta Wyborcza” była hegemonem sfery publicznej, z którym ścieraliśmy się na każdy możliwy temat, na czele ze źródłami sukcesu PiS w 2005 roku. Współcześnie zresztą „GW” mówi już innym językiem o transformacji, Europie i polityce społecznej – na ile to nasza zasługa w „uwrażliwianiu liberalizmu”, niech inni ocenią. Tak czy inaczej, kiedy już liberalną hegemonię w Polsce szlag trafił uznaliśmy, że kopanie leżącego to mało twórcza zabawa i że to nie Balcerowicz jest dziś głównym problemem dla lewicy. Ktoś powie, że to wszystko niuanse, a te faktycznie mogły umknąć przeciętnemu wyborcy, ale też Krytyka Polityczna nie była partią polityczną i nie walczyła o głosy – bo jakiś podział pracy musi być. To tyle prywaty.

Polityka? Bez klasy, bez sensu [rozmowa z Maciejem Gdulą]

Co jednak z ogłoszoną przez Sowę porażką projektu Razem? To przecież nie klęska III RP, liberałów czy po prostu PO ciąży jej kamieniem młyńskim u szyi – Razem powstała na kontrze do elit, liberalnych i postkomunistycznych, co głosi aż nazbyt często. Wrzucenie jej do „liberalno-lewicowego” worka ma oczywiście pewien sens. Tak samo jak KP, Razem traktuje bowiem Unię Europejską i liberalny ustrój polityczny Polski jako warte obrony (choć niedoskonałe) wartości, a nie tylko przygodne okoliczności czy środki działania. Cały program tej partii mieści się w europejskim standardzie przyzwoitej socjaldemokracji – grzecznie, wrażliwie, trochę zielono (ale nie za bardzo), po europejsku. Jak na Polskę to i tak radykalnie, ale nie w nadmiarze radykalizmu – słusznie mówi Sowa – leży problem, którego przejawem jest nieszczęsne 2-3 procent w sondażach.

Zandberg: Razem zagłosuje za tym, by postawić Beatę Szydło przed Trybunałem Stanu

Leży on – tu znowu z Sową zgoda – w tzw. habitusie. Razem łaknie poparcia ludu, ale ich wizerunek, przekaz i styl budzą ufność głównie wielkomiejskiej, akademickiej lub działackiej inteligencji, nieraz młodej korpo-klasy średniej. Dużo lepiej z „polską powiatową” radzi sobie pod tym względem SLD, choć z tą ich „przaśnością” (określenie Sowy, nie moje) bym nie przesadzał. Sojusz jest bowiem partią inteligencką (nauczyciele, administracja, oficerowie, inżynierowie…), nawet jeśli nie wszyscy jej wyborcy mają tak piękny, profesorski rodowód, jak zgłaszający estetyczne obrzydzenie do jaguarów Ryszarda Kalisza autor Fantomowego ciała króla. To jednak z pewnością inteligencja bardziej „swojska” niż Razem. Mówiąc obrazowo: schludny sweterek i biały kołnierzyk w studiu TVN łatwo przełknąć klasie ludowej, inaczej niż hipster-proletariacki dres z kapturem.

I nie pomagają strajki i demonstracje, wspierane, a często organizowane przez młodą lewicę – bo lud jej estetyce po prostu nie ufa. Z kolei świadomego „elektoratu miejskiego” jest w Polsce zwyczajnie za mało, zaś ten mniej świadomy posądza Razem „tak naprawdę” o niechęć do liberalizmu, Europy, i generalnie idei „fajnopolski” (to już moje dopowiedzenie, ale domniemywam tu z Sową niesprzeczność).

Dotąd w zasadzie różnimy się pięknie i w szczegółach. Kłopot w tym, że Jan Sowa, przypisując obecnej lewicy liberalnej niestrawny dla ludu habitus liderów i działaczy, przechodzi do mocno „esencjalnych” tez na temat tegoż ludu, granic jego akceptacji dla postępowych idei, a następnie wyciąga dramatycznie błędne wnioski polityczne.

Tu obszerny cytat, co by uniknąć posądzeń o tendencyjność: „Miałem ostatnio trochę kontaktów z ludźmi z Klubu Jagiellońskiego. Ich wychylenie na lewo w sensie socjalnym jest dla mnie oczywiste. Starałem się zbadać, jak daleko sięga w innych sferach. Myślę, że lewica i konserwatyści z Klubu Jagiellońskiego mogliby się dogadać, ale musiałoby to nastąpić na «trupie kobiety». Prawa reprodukcyjne kobiet – a przede wszystkim: swobodny dostęp do aborcji – są dla środowisk konserwatywno-lewicowych nie do zaakceptowania. Uchodźcy – tak, prawa socjalne – tak, Unia Europejska – tak, myślę, że nawet związki partnerskie i prawa osób homoseksualnych, ale aborcja bezwzględnie – nie”.

Spięcie, czyli przebijamy medialne bańki

Z tego zaś – myślę, że trafnego – opisu krakowskiego środowiska – wyprowadza wniosek ogólniejszy: „jeśli kiedyś powstanie w Polsce jakaś «nowa lewica», która osiągnie sukces wyborczy, to wypączkuje raczej ze środowisk konserwatywnych niż miejskich środowisk liberalnych pod względem obyczajowym i lewicowych pod względem socjalnym”.

Zakładam, z maksimum dobrej woli, że Janowi Sowie taka perspektywa nie jest miła, ale nie widzi żadnej innej. Niczym jednak nie uzasadnia rzekomej konieczności spisania praw kobiet na straty przez szukającą elektoratu lewicę. Niby znowu czytamy o habitusie: „Obecna nowa lewica mogłaby się przebrać, założyć garnitury, udawać. Ale czy poszliby do kościoła, spotkać się z biskupem, żeby przypodobać się wyborcom? Myślę, że większość członków partii Razem – nie. Klub Jagielloński, czy szerzej środowisko konserwatywno-lewicowe, nie ma z tym problemu”. Pewnie to prawda, tylko co ma piernik do wiatraka?

Bo czy lud faktycznie jest en bloc przeciw aborcji? Kobiety i mężczyźni tak samo? Czy polski chłop, względnie drobny przedsiębiorca pragnie zapędzić baby z powrotem do garów? A te z kolei, rumieńcem na twarzy spowiadają się księdzu z fellatio, jak bohaterka ostatniego filmu Szumowskiej? I w ogóle, czy ten polski lud jest taki sam na Podkarpaciu i w Zachodniopomorskiem – gdzie wskaźniki urodzeń dzieci pozamałżeńskich różnią się bardziej niż między Azerbejdżanem a Hiszpanią? Sowa tego wprost nie twierdzi, wskazuje jednak, że „spotkanie się z biskupem” to w oczach ludu sprawa dla polityków zasadnicza.

Czarny Piątek jako pożegnanie z Kościołem

Przywołam tylko słowa Ludwika Dorna, który ludowy stosunek do katolicyzmu określił nieco inaczej: „Najświętszą Panienkę czcimy, dzieci chrzcimy, na pierwszą Komunię wyprawimy takie przyjecie, że sąsiadom kapcie pospadają, ale niech te katabasy za bardzo się nie szarogęszą. SLD-owskie ekspresje antyklerykalizmu najbardziej przylegają do tego typu wrażliwości”.

Dorn o Gduli: To nie nowy autorytaryzm, to sadyzm społeczny

Dodajmy, że badania postaw klasy ludowej wskazujące na jej „konserwatywną tolerancję”, praktycyzm i familiaryzm, nie mówiąc już o post-PRL-owskim stosunku do aborcji stwarzają lewicy duże pole manewru do walki także o te głosy. Sowa jednak w ogóle się nie zajmuje takimi drobiazgami, jak empiryczna diagnoza społeczna. Do swojej tezy o smutnej konieczności poświęcenia praw reprodukcyjnych na rzecz lewicowego projektu dochodzi bowiem przez kontakt… z Klubem Jagiellońskim.

Ja sam to środowisko bardzo cenię, ale traktowanie jego poglądów jako probierza atrakcyjności danych idei dla ludu uważam za ciężkie nieporozumienie. Klub Jagielloński jest bardziej inteligencki niż Tadeusz Mazowiecki z Pawłem Hertzem razem wzięci. A jeśliby PiS był późną sanacją, to Mazur z Kędzierskim byliby jak Bocheński z młodym Giedroyciem – fajnie, że tacy mądrzy, szkoda tylko, że własny obóz jest zbyt durny albo zbyt cyniczny, żeby ich posłuchać. KJ reprezentuje to, co na prawicy polskiej najlepsze, by wymienić tylko głębokie rozpoznania kryzysu państwa, świadomość powagi naszej sytuacji geopolitycznej czy niewątpliwy – jak w przypadku sprawy uchodźców – nonkonformizm wobec własnego obozu politycznego. Ich propozycje mogą być atrakcyjne dla intelektualistów i zamożniejszej klasy średniej o konserwatywnych, propaństwowych poglądach; diagnozy są inspirujące dla każdego, kto myśli na serio o współczesnej i przyszłej Polsce. Ale fakt, że akurat dla nich granicą kompromisu z lewicą jest Polska wieloetniczna i związki partnerskie, na postawy „ludu” przekłada się nijak.

Być może – obok krakowskich konserwatystów – Sowa utrzymuje też kontakt z Duchem Dziejów i to on właśnie mu podpowiedział, że ludzi skłonnych poprzeć partię progresywną zarówno pod względem ekonomicznym, jak i obyczajowym znajdzie się dziś w Polsce akurat 3 procent. Znów, filozofowie (zwłaszcza kontynentalni) nie zawsze przejmują się empirią, ale jednak warto przypomnieć, że w 2015 roku dość postępowe („liberalno-lewicowe”) programy miały i Razem, i Zjednoczona Lewica. Łącznie otrzymały 11 procent głosów – bez premii za jedność, z pamięcią kompromitacji Magdaleny O. z jednej i małą rozpoznawalnością z drugiej strony.

Sutowski: Gender, głupcy!

Sowa podkreśla wprawdzie, że tu „nie chodzi o idee”, ale z niechęci ludu do „warszawkowego” habitusu wyciąga tezę o tegoż ludu konserwatyzmie. I co ciekawe, jego granice wyznaczać mają poglądy środowiska o habitusie konserwatywno-inteligencko-krakowskim… Ignoruje badania sugerujące, że odpowiedni język – odwołujący się do praktycyzmu, familiaryzmu, wspomnianej już konserwatywnej tolerancji – może przekonać klasy ludowe do postulatów równościowych. Wreszcie, zupełnie pomija w swej analizie zjawiska subpolityczne, jak demonstracje i ruchy protestu.

Wystarczy co jakiś czas wyjść na ulicę, by dostrzec, jaką energię społeczną mobilizuje kwestia praw kobiet – tych samych, których poświęcenie krakowski intelektualista uważa za niezbędne, aby znaleźć wspólny język ze światłymi konserwatystami. To nie jest kwestia cynizmu, o który Sowy nie podejrzewam, tylko zwyczajnej ślepoty. Bo jeśli ktoś nie widzi, jak bardzo różnią się preferencje wyborcze (zwłaszcza młodych) kobiet i mężczyzn, jak wielkim tematem cywilizacyjnym jest przemoc domowa i molestowanie, ale także dostęp do opieki medycznej, jak rośnie społeczna wartość pracy opiekuńczej, jak wreszcie zmienił się pod wpływem 2 lat rządów PiS stosunek do aborcji – nie zauważa potężnego trendu społecznego. Fali, na której niewiarygodne centrum nie popłynie, a którą prawa strona spróbuje zdusić.

Sowa twierdzi również, że „przeciętny człowiek w Polsce nie odczuł w najmniejszym stopniu domniemanej katastrofy, która zdaniem «liberalnych» mediów obecnie ma miejsce”. Cóż, z pewnością setki tysięcy, a może miliony odczuły realny strach, że ktoś im odbierze najbardziej elementarną możliwość decydowania o własnym życiu – zmiany prawa dot. przerywania ciąży udało się chwilowo powstrzymać, ale praktyka aborcji w Polsce i bez tego pogorszyła się znacznie. Inne setki tysięcy przeraziły się, że sądy naprawdę będą wydawać wyroki na telefon, a dziesiątki tysięcy wyszły na ulice, by wymóc na prezydencie weto w sprawie reform wymiaru sprawiedliwości.

To prawda, że energia społeczna i masowa mobilizacja nie przekładają się łatwo na wyniki wyborcze – zasługi partii Razem dla „czarnego protestu” są ogromne, a jednak nie znajdują odbicia w sondażach poparcia. To również prawda, że wystąpienia uliczne były raczej „przeciw” niż „za”, a do tego często pod hasłem no logo. Te wszystkie protesty, a także sondaże i badania społeczne wskazują jednak, że na poziomie poglądów i postulatów istnieje potencjał dla polityki równościowej; w sprawach gospodarki zaś na lewo przesunęło się całe niemal spektrum.

Jak socjalizm skazany na porażkę zamienić w sukces?

Ani jednostki, ani klasy nie mają wdrukowanych na stałe poglądów na wszystkie sprawy. Ludzie potrafią przyjmować całe pakiety ideowe (lub przynajmniej ignorować obce im elementy) ufając politykowi za jakąś Sprawę, odnajdując się w jego opowieści lub po prostu ufając jego osobie. Z drugiej strony, jedną sprawę opowiada się różnie odbiorcom o innych nawykach i wartościach.

Skoro zatem, jako rzecze Jan Sowa, „zaufanie do komunikatu jest ściśle związane z zaufaniem do osoby, która ten komunikat nadaje”, to może – zamiast z kąpielą elitarnego habitusu wylewać dziecko postępowych idei – znajdźmy liderki i liderów? Takich, którzy o Sprawie zaświadczą swoją osobą i własną historią zamiast recytować partyjny przekaz? Którzy równie wiarygodnie mówić będą o prawie kobiety do decydowania o własnym życiu, co o potrzebie silnego wsparcia dla niepełnosprawnych, szkole kształcącej solidarnych obywateli i prawach pracowniczych? Którzy i które przemówią do salonów liberalnych, klas ludowych i ludu Twittera, ale i odwołają się do ruchów, które są na ulicach (a ostatnio w Sejmie)?

Łatwiej powiedzieć niż zrobić, jasne. Ale to bardziej chyba owocny kierunek poszukiwań niż czekanie na odbicie Wahadła Dziejów w postępową stronę. A tym bardziej składanie – jednocześnie – wartości i największego potencjału lewicy na ołtarzu źle zdiagnozowanej „mądrości etapu”.

Bio

Michał Sutowski

| Publicysta Krytyki Politycznej
Politolog, absolwent Kolegium MISH UW, tłumacz, publicysta. Członek zespołu Krytyki Politycznej oraz Instytutu Studiów Zaawansowanych. Współautor wywiadów-rzek z Agatą Bielik-Robson, Ludwiką Wujec i Agnieszką Graff. Pisze o ekonomii politycznej, nadchodzącej apokalipsie UE i nie tylko. Robi rozmowy. Długie.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.