UE

Nowy front antyimigracyjny idzie na Brukselę

orban-morawiecki-salvini-babis

Egzotyczna koalicja antyimigracyjnych polityków usiłuje zbić kapitał na ksenofobii i wjechać na nim wprost do Parlamentu Europejskiego. Czy to się może udać?

Nowy ponadnarodowy „front antyimigracyjny” w UE rozciągający się od Włoch i Austrii przez Węgry po kraje Wyszehradu usiłuje zbić kapitał polityczny na kryzysie uchodźczym i rosnących nastrojach ksenofobicznych we wszystkich niemal społeczeństwach krajów członkowskich. Ubiegłotygodniowe kordialne spotkanie węgierskiego premiera Viktora Orbána i włoskiego ministra spraw wewnętrznych Matteo Salviniego, a także ich wspólne oświadczenie wymierzone we francuskiego prezydenta Emmanuela Macrona świadczą o gwałtownym przegrupowaniu w europejskiej polityce przed zbliżającymi się wyborami do Parlamentu Europejskiego. Zła wiadomość jest taka, że ucierpieć mogą na tym plany reformy Unii i negocjacje budżetowe. Dobra – nowe sojusze nie będą raczej trwałe.

Ale na początek garść faktów. W ciągu pierwszej połowy bieżącego roku do Europy przybyło przez Morze Śródziemne ok. 37 000 migrantów (dla porównania w całym 2015 roku było to ponad milion osób). Czy mamy więc do czynienia z sytuacją kryzysową w skali ogólnoeuropejskiej? Nie, choć oczywiście presja na niektóre, zwłaszcza południowe kraje jest większa i stoją one przed wyzwaniem masowej integracji już przybyłych imigrantów.

Jednocześnie według European Islamophobia Report Polacy uważają, że w ich kraju imigranci-muzułmanie stanowią 7% populacji. W rzeczywistości jest to zaledwie 0,1%. Badania IfD Allensbach wskazują, że 47% Niemców jest poważnie zaniepokojonych polityką migracyjną (spory wzrost w porównaniu z 26% zaniepokojonych w zeszłym roku). A więc niezależnie od faktów chyba nikt nie polemizuje z tym, że w głowach Europejczyków (i nie tylko) nielegalna imigracja jest obecnie najpoważniejszym wyzwaniem i zagrożeniem.

Ślepy ksenofob patrzy na imigrację

czytaj także

Takie postawienie sprawy oczywiście uniemożliwia sensowną dyskusję na temat rzeczywistego losu ludzi z krajów Środkowej Afryki uwięzionych w Libii lub ciemnych stron układu UE-Turcja, który zatrzymał dopływ migrantów do Grecji. Narzuca jednak problem migracji jako główny temat polityki europejskiej i nadchodzącej kampanii w wyborach do Parlamentu Europejskiego – temat na tyle sugestywny, że jednoczący kraje i polityków o kompletnie sprzecznych interesach.

Porozumienie UE-Turcja ma poważne konsekwencje dla praw człowieka

Sojusze i konflikty na potrzeby wyborów

Na pierwszy rzut oka Węgry i Włochy mają w polityce migracyjnej zupełnie przeciwstawne postulaty. Matteo Salvini nalega na relokację azylantów do innych krajów Unii, ponieważ w kampanii wyborczej obiecał, że Włochy „przestaną być obozem dla uchodźców”. Tymczasem Orbán wraz z resztą Grupy Wyszehradzkiej nawołuje do zatrzymywania osób ubiegających się o azyl w pierwszym kraju UE, do którego przybyli. W przypadku większości tegorocznych uchodźców byłyby to właśnie Włochy.

Podobnie niespójnie nowy „front antyimigracyjny” prezentuje się w kwestiach negocjacji budżetowych. Kraje Grupy Wyszehradzkiej chciałyby utrzymania na dotychczasowym poziomie finansowania dla nowych państw UE. Włochy życzyłyby sobie koncentracji funduszy unijnych na rozwiązywaniu problemów społecznych w biedniejszych państwach starej UE. Tymczasem Austria forsuje drastyczne cięcia w budżecie. Jeszcze inaczej wygląda sytuacja w kwestii ewentualnego uzależnienia funduszy od przestrzegania prawa UE. Tutaj krucha jest choćby solidarność Grupy Wyszehradzkiej.

Tymczasem wszystkie własne propozycje wysuwane przez polityków „frontu antyimigracyjnego” trącą naiwnością. Począwszy od karykaturalnych prób nawiązania przez polską dyplomację stosunków z reżimem prezydenta Assada, poprzez zaproponowany przez premiera Czech Andreja Babiša „Plan Marshalla dla Północnej Afryki” czy obietnicę Salviniego, że odeśle wszystkich migrantów do innych krajów UE.

Jaki z tego wniosek? Nic nie wskazuje na to, żeby którykolwiek z tych polityków próbował znaleźć dla swoich pomysłów poparcie szersze niż wśród własnych wyborców. Na wspólnych spotkaniach premierzy jak ognia unikają deklaracji o wprowadzeniu swoich pomysłów w czyn na poziomie Unii, nie odwołują się też do już istniejących planów KE lub innych państw.

Wydaje się więc, że główną siłą spajającą „front antyimigracyjny” pozostanie krytyka działań „dawnych przywódców UE”, czyli tandemu niemiecko-francuskiego cieszącego się przychylnością Komisji Europejskiej. Salvini dał temu zresztą wyraz w komentarzu po spotkaniu z Orbánem. Stwierdził, że chcą „wspólnie zwalczać proimigracyjną politykę Macrona i Sorosa”. Francuski prezydent ochoczo podjął rękawicę i podczas wizyty w Danii oznajmił, że, jeśli Orbán i Salvini widzą w nim swojego głównego politycznego przeciwnika, to mają rację i on tym chętniej się tej roli podejmie.

Kto stawi czoła populistom?

Pomijając problematyczność nazywania polityki Paryża proimigracyjną, a tym bardziej kwestię mieszania do tego Sorosa, można by uznać, że od zeszłego tygodnia wykrystalizowały się w UE dwa stojące naprzeciw siebie bloki: wspomniany już prawicowo-populistyczny „front antyimigrancki” oraz reformatorsko-liberalny „obóz Macrona”.

Problem polega jednak na tym, że nie bardzo widać, kto oprócz francuskiego prezydenta miałby się w tej drugiej frakcji znaleźć. Komisja Europejska, osłabiona perspektywą końca własnej kadencji oraz utratą tradycyjnego wsparcia od krajów Beneluksu, wydaje się zmęczona wysuwaniem kolejnych płonnych propozycji reform. Ponadto rozpoczynające się negocjacje budżetowe będą raczej skłaniać KE do zwyczajowego poszukiwania kompromisów i jakiegoś minimum, na które zgodzą się wszystkie państwa członkowskie. Już słychać głosy, że negocjacje będą celowo przeciągane na czas po wyborach europejskich.

Osłabiona Angela Merkel również nie jest najlepszą partnerką dla Macrona. Jej rządem średnio co kilka tygodni wstrząsa kolejny konflikt. Pozycja Żelaznej Kanclerz jest na tyle mocna, by utrzymała się na stanowisku, ale jednocześnie na tyle słaba, że jej koalicyjni i partyjni koledzy nie przepuszczą żadnej okazji do konfrontacji. Najlepiej pokazał to lipcowy konflikt z liderem bawarskiej CSU Horstem Seehoferem, w którym właśnie kwestia deportacji nielegalnych imigrantów podzieliła niemieckich chadeków.

Uchodźcy i wojna o duszę Niemiec

W takiej sytuacji Merkel nie jest wystarczająco silna, by wynegocjować z Macronem jakiś niemiecko-francuski wielki projekt reform. Zaś zwykłe podporządkowanie się planom Paryża byłoby niezgodne z interesami Niemiec i oznaczałoby kompromitację Berlina.

W tej sytuacji rażące niespójności i prymitywizm propozycji „frontu antyimigracyjnego” wydają się zupełnie wystarczającą bronią przynajmniej na najbliższe wybory europejskie. Jedyny istniejący projekt reformy UE zamienia się powoli w osobistą krucjatę coraz bardziej zmęczonego francuskiego prezydenta, zaś o zeszłorocznych propozycjach przewodniczącego KE Jean Claude’a Junckera już mało kto pamięta:

Juncker mówi, jak nie jest

Jednocześnie paraliż niemieckiej polityki umożliwia postawienie Angeli Merkel w roli kozła ofiarnego, odpowiedzialnej osobiście za napływ imigrantów do Europy.

Francuski zwrot w Europie?

Inicjatywa ewidentnie znajduje się więc rękach prawicowych populistów, których pole manewru wydaje się na razie nieograniczone, a nikt nie zamierza ich przecież rozliczać z realności ich diagnoz i obietnic.

Wydaje się, że jedyna droga do wyjścia z impasu wiedzie przez Pałac Elizejski. Ustępstwa na rzecz Merkel być może wzmocniłyby jej pozycję w kraju i umożliwiły budowę tandemu francusko-niemieckiego z prawdziwego zdarzenia. Rezygnacja z części planowanych wydatków mogłaby natomiast pomóc przeciągnąć na stronę Francji część krajów Północy. Jednak znalezienie kompromisu między Realpolitik a ambicjami francuskiego prezydenta może okazać się trudne.

Macron dogaduje się z Merkel. Ale czy w ogóle da się uratować strefę euro?

Macronizm, czyli nadzieja płynie z mówienia, jak jest

Niezależnie od tego, czy „front antyimigrancki” rozbije w najbliższych wyborach europejskich „obóz Macrona”, czy też zostanie przez niego zatamowany, można już wyciągnąć dwa smutne wnioski na najbliższy rok. Po pierwsze, wszystko wskazuje na to, że kampania wyborcza i polityka europejska zostaną zdominowane przez zagadnienie wyimaginowanego „kryzysu uchodźczego 2018”, na którym kapitał polityczny zbija antyimigrancka prawica. Po drugie, w oczy rzuca się całkowita nieobecność w tych sporach europejskiej lewicy, która nie została nawet uznana za stronę konfliktu. Słabość niemieckiej, francuskiej czy włoskiej tradycyjnej lewicy, problemy tożsamościowe lewicy skandynawskiej czy nieobecność ruchu DiEM25 w politycznej grze zdają się dopełniać tego obrazu.

Wszystko wskazuje jednak na to, że po wyborach do PE czeka nas kolejne przegrupowanie. Nawet w przypadku ich triumfu, trudno sobie wyobrazić, żeby liderzy „frontu antyimigracyjnego” zgodzili się ze sobą w sprawie priorytetów budżetowych lub planów reformy Unii. Ich doraźny sojusz może zwyczajnie nie przetrwać próby czasu z powodu rażącej niezgodności interesów.

Jednak zanim to nastąpi, czeka nas bardzo nieprzyjemna kampania wyborcza. Co ciekawe – mająca wreszcie wymiar dyskusji o ogólnoeuropejskich problemach. Choć chyba nie takiej debaty o europejskiej demokracji oczekiwaliby eurofederaliści.

Piraci z Wyszehradu – ostatnia nadzieja antyestablishmentu

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.