Film

Prawica i prawa człowieka

dobra-zmiana

To nie „dobra zmiana” stworzyła podział na liberałów i konserwatystów. Takie ramy pojęciowe dla podstawowego konfliktu w Polsce były proponowane od początku transformacji, kiedy pojawiło się określenie „dwie Polski”. Kinga Dunin ogląda „Dobrą zmianę” Konrada Szołajskiego i „Czeskiego Allaha” Zuzany Piussi.

Watch Docs. Prawa człowieka w filmie. To prawom człowieka poświęcony jest festiwal, który właśnie odbywa się w Warszawie. A oto dwa filmy, w których prawa człowieka kwitną. Przynajmniej tak może się wydawać. Prawo do wolności słowa, zgromadzeń, zrzeszania się, wyrażania własnych opinii… Tylko czemuś nas to nie cieszy.

*
Dobra zmiana, reż. Konrad Szołajski, Polska 2018

Dobra zmiana to film tutejszy i wymaga znajomości tutejszego kontekstu, chociażby po to, żeby zrozumieć tytuł – to, że jego na pozór normalne lub nawet miłe konotacje w Polsce wzbudzają emocje. Dobra zmiana nie wszystkim dobrze się kojarzy.

Dwie bohaterki tego filmu różnią się od siebie w sposób przewidywalny i schematyczny.

Młodsza, Tita, jest działaczką KOD-u. Wielkomiejska klasa średnia, jak z obrazka. Sympatyczny mąż, nastoletnia córka. Bierze udział w demonstracjach, organizuje je, przemawia, krzyczy przez megafon… O co jej chodzi? O wolność i demokrację. Po co jej ta wolność? To pytanie nie pada, ale odpowiedź jakoś się wyłania: żeby realizować swoje indywidualne strategie życiowe.

Młodym nie jest wszystko jedno. Tylko nie chcą krzyczeć „Precz z Kaczorem dyktatorem!”

Starsza, Marta, kieruje Klubem Gazety Polskiej w Gliwicach i działa w Strzelcach Rzeczypospolitej. Nawet jest w tych Strzelcach dowódczynią oddzialiku, a na ćwiczenia w lesie zabiera też swoich małych wnuków w małych mundurkach moro. Będą też ćwiczyli z nią na strzelnicy. Chodzi do kościoła, kocha Piłsudskiego i ogólnie wszystkie te patriotyczne historie. Bierze udział w smoleńskich miesięcznicach, wierzy w zamach (bo wie, w jaki sposób pęka parówka podczas gotowania). Cieszy się, że w Polsce nie ma dzielnic, do których biały człowiek boi się wejść. Popiera rząd, bo robi on coś dla biednych ludzi. Tita oczywiście rządu nie popiera.

Jednak autor, skupiając się na portretach bohaterek, zachęca nas raczej do rozumienia „różnych stron” niż do dostrzegania konfliktu w jego całej złożoności. Albo do tego, żeby z żalem powtórzyć mantrę: oto jak bardzo podzielone jest polskie społeczeństwo, jakie to smutne. Tak właśnie wygląda „dobra zmiana”.

Jednak to nie „dobra zmiana” stworzyła ten podział – na liberałów i konserwatystów. Takie ramy pojęciowe dla podstawowego konfliktu w Polsce były proponowane od początku transformacji, kiedy pojawiło się określenie „dwie Polski”. Podziału tego wcale nie wymyślił PiS na użytek kampanii wyborczej 2005, przeciwstawiając Polsce liberalnej solidarną, bo ostatecznie chodziło o to samo. To rozróżnienie nie jest całkiem oderwane od rzeczywistości, wiążą się z tym jednak pewne problemy.

Pierwszy jest taki, że liberalizm może być rozumiany jako swego rodzaju metateoria polityczna, czyli przywiązanie do ogólnych podstawowych zasad – demokracji, praworządności, ochrony praw mniejszości. To – w uproszczeniu – zestaw reguł, który ma pozwolić różnym ludziom żyć w jednym państwie, szanując nawzajem swoje aspiracje, i wypełniać to państwo jakąś treścią. Nie wiadomo jednak, jaką konkretnie. I taką właśnie postawę – jak się wydaje – reprezentuje Tita.

Jednak „liberał” nabrał w polskim dyskursie wiele innych znaczeń, najczęściej prowadzących do liberalizmu gospodarczego, egoizmu elit albo kulturowych różnic dotyczących kwestii obyczajowych. W pierwszym znaczeniu niekoniecznie musi wchodzić w konflikt z konserwatyzmem, mówi raczej konserwatystom: posuńcie się, zróbcie miejsce dla innych, a my oferujemy wam wolność i tolerancję. Za drugim z nich kryją się konflikty ekonomiczne, godnościowe urazy, zmazane podziały klasowe i gorące wojny kulturowe.

Kolejny problem wiąże się właśnie z tym określeniem – „kryją się”. Podporządkowanie się temu schematowi myślowemu utrudnia bowiem dostrzeżenie złożoności interesów, rozmaitych krzyżujących się podziałów, wybrzmienie rozmaitych projektów, jak urządzić tę liberalną demokrację, o ile na nią w zasadzie się zgadzamy. Jeszcze parę lat temu wydawało się, że można już wymknąć się temu podziałowi, jednak dziś znowu tworzy się oś konfliktu wokół niego. Można zrozumieć, dlaczego tak się dzieje, i trudno jest z tym walczyć. W każdym razie film Szołajskiego z pewnością temu nie służy.

W ostatniej scenie Tita krzyczy na mocno już przerzedzonej demonstracji KOD: „Obudźcie się! Mówię do tych, którzy nie przyszli!”. To nie jest zbyt optymistyczne. A poza tym rodzi pytanie: a jeśli się obudzimy, to co dalej? Obronimy to, co było, i co potem?

*
Czeski Allah, reż. Zuzana Piussi, Czechy 2017

Rok 2015, w Czechach pojawiają się uchodźcy. Nie jest ich zbyt wielu, raczej chcą wyjechać niż zostać. Ostatecznie w ciągu dwóch lat o azyl poprosi około 200 osób, głównie kobiety i dzieci.

Eva Hrindova wygląda na całkiem sympatyczną kobietę, założyła na FB stronę, później stowarzyszenie Nastvane Matky (Wściekłe Matki). Będą one w imieniu matek chroniących swoje dzieci domagać się, aby Czechy nie wpuszczały uchodźców, siać nienawiść, atakować islam. Czy to polityczna zagrywka czy autentyczny odruch? Naiwność? Głupota? Szybko przestaje mieć to znaczenie. Nastavne Matky stają się częścią Bloku przeciwko Islamowi, a tam już jasno widzimy polityczny cynizm. Potem Blok ten wejdzie w koalicję z prawicowym, populistycznym Usvitem, partią Okamury, później niedoszłego prezydenta. Dość szybko Blok zostanie z Usvitu wykolegowany, dojdzie do rozłamu, konfliktów. Te polityczne gierki prawicy mogą nas nawet bawić, Usvit też już nie istnieje, ale nastroje nacjonalistyczne, antyimigranckie, populizm w Czechach pozostał. Tego jednak już w filmie nie widzimy.

Po drugiej stronie widzimy za to grupę aktywistów, ze szczególnym uwzględnieniem dwóch kobiet, którzy pomagają uchodźcom. Wszystko jasne? Tam faszyści, a tu wolontariusze pomagający uchodźcom, demonstrujący poparcie dla Unii Europejskiej. Jasne, ale życie – tym razem uczuciowe – jest bardziej skomplikowane.

Jedna z wolontariuszek, Eva, poznaje muzułmanina, uchodźcę, ale sprzed lat, z Kaukazu, już zasymilowanego w Czechach. Porzuca męża i z dziećmi przeprowadza się do Issaka. Będzie próbowała razem z nim wejść do meczetu w Brnie – nie uda się, mimo chusty. Odwiedza 4. Kongres Muzułmanów z Czech i Słowacji poświęcony pozycji kobiet w islamie. Po wyjściu z niego powie: „Coś jest z tym islamem nie tak”. W końcu się rozstaną. Issak zostanie zraniony nożem. Z powodów rasistowskich? Sam się zranił, bo jest mitomanem? To próba odzyskania partnerki?

Jednak w tej części historii naprawdę nie chodzi o islam, tylko o to, że związki nie zawsze się udają. W życiu nikt nie jest tylko „wolontariuszką pomagającą uchodźcom” albo „muzułmaninem”. Ani tylko „faszystką”. W polityce jednak liczą się wybory polityczne. Nie jestem aż taką liberałką, aby uważać, że wszystkie są równie dobre.

Daliborek – wzruszający naziol

**
Festiwal WATCH DOCS. Prawa człowieka w filmie trwa w Warszawie do 13 grudnia. Krytyka Polityczna jest patronem festiwalu.

Bio

Kinga Dunin

| Socjolożka, publicystka, pisarka, krytyczka literacka
Socjolożka, publicystka, pisarka, krytyczka literacka. Od 1977 roku współpracowniczka KOR oraz Niezależnej Oficyny Wydawniczej. Po roku 1989 współpracowała z ruchem feministycznym. Współzałożycielka partii Zielonych. Autorka licznych publikacji (m.in. „Tao gospodyni domowej”, „Karoca z dyni” – finalistka Nagrody Literackiej Nike w 2001) i opracowań naukowych (m.in. współautorka i współredaktorka pracy socjologicznej "Cudze problemy. O ważności tego, co nieważne”). Autorka książek "Czytając Polskę. Literatura polska po roku 1989 wobec dylematów nowoczesności", "Zadyma", "Kochaj i rób".

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.