Czytaj dalej

Reportaż nie może być tylko osobistą terapią [rozmowa z Anną Pamułą]

Moja książka nie wyrosła z poczucia winy, ona wyrosła z poczucia odpowiedzialności historycznej – mówi Anna Pamuła, autorka książki „Polacos. Chajka jedzie do Ameryki”.

Magda Majewska: Polacos to właściwie książka o kim?

Anna Pamuła: Na początku myślałam, że będę pisać o Żydach z Kostaryki, a okazało się, że muszę napisać też o tych z Kałuszyna, Żelechowa czy Wyszkowa, bo oni są i stąd, i stąd. Kiedy byłam w Kostaryce pierwszy raz w 2009 roku, po prostu szłam do ludzi i słuchałam ich historii. Wiedziałam, że ten Żelechów – i inne miasteczka, z których pochodzili – się tam pojawi, ale nie wiedziałam, w jakim stopniu to będzie ważne dla nich miejsce. Okazało się, że właściwie w każdym wywiadzie pojawiała się Polska, bo ja dla nich byłam Polską. Dla tych najstarszych byłam pierwszą Polką, którą spotykali po 85 latach, więc byłam dla nich językiem polskim, wspomnieniem dziadków, wspomnieniem sadów, ulic, po których biegali. Dlatego te spotkania były bardzo wzruszające.

Fot. Jakub Szafrański

 

Czy już wtedy zakładałaś, że napiszesz książkę?

Nie, to miała być tylko moja magisterka. Dotąd nie powstała, chociaż moja mama cały czas ma na to nadzieję. Teraz, kiedy wydałam książkę, powiedziała: „Słuchaj, a może byś śmignęła szybko tę pracę?” (śmiech).

Zawsze chciałam pisać, ale nie przyszło mi do głowy, że mogę napisać książkę, nie miałam takiej śmiałości. Bo to jest kwestia odwagi. Dojrzałam do tego wraz z ciążą i urodzeniem dziecka. I kiedy Józio miał roczek, zaczęłam wieczorami spisywać te historie kostarykańskich Żydów. Wysłałam jeden rozdział do Moniki Sznajderman z wydawnictwa Czarne, a ona w ciągu kilku dni odpisała mi, że chce książkę. To było dla mnie wielkie zaskoczenie.

A dlaczego pojechałaś do Kostaryki jeszcze raz rok temu? Wywiady sprzed 7 lat nie były wystarczająco dobre?

To nie były złe wywiady. Rozmawiałam z tymi ludźmi może i naiwnie, ale to służyło formie reporterskiej, bo zadawałam bardzo dużo otwartych pytań. Po prostu tak sobie płynęliśmy, w niektórych przypadkach się przy tym zaprzyjaźniając, ale brakowało mi uporządkowania. Kiedy wróciłam tam rok temu, miałam już większe doświadczenie reporterskie, wiedziałam, o co i kogo chcę dopytać. Jeśli ktoś nie chciał ze mną rozmawiać, to miałam już odwagę i sposób, żeby uzmysłowić tej osobie, że to spotkanie jest ważne. A za pierwszym razem w ogóle tak do tego nie podchodziłam. Więc ten kolejny miesiąc w Kostaryce był kluczowy dla książki. Właśnie wtedy odkryłam historię Jaime Goldenberga, poszukiwacza złota, której nie znałam wcześniej, i nawet gdybym miała jechać do Kostaryki po tę jedną historię, opłaciłoby się.

Poza rozmowami opierasz się też na materiałach archiwalnych. Do nich też dotarłaś w czasie drugiego pobytu?

Nie, w archiwach zaczęłam grzebać wcześniej, w końcu zbierałam materiały do pracy naukowej. Przekopałam absolutnie wszystkie archiwa kostarykańskie, co wyglądało tak, że pani otworzyła mi drzwi do pokoju, w którym było strasznie dużo szaf z różnymi niepodpisanymi teczkami, i powiedziała: „No to proszę sobie szukać”. Spędziłam tam kilka tygodni. Przejrzałam całą prasę z lat 20. i 30., leciałam strona po stronie, szukając historii o polskich Żydach kostarykańskich. Później, podróżując śladami jednego z moich bohaterów, Dawida, korzystałam też z ksiąg portowych. Dawid miał 6 lat, kiedy odbył podróż do Kostaryki, to był 1936 rok. Wyruszył pociągiem z Żelechowa, później płynął statkiem z Gdyni. Bardzo szczegółowo pamięta tę podróż – to jest najważniejsza historia jego życia. Łatając pewne dziury w jego pamięci, pojechałam do wszystkich portów, z których wypływał, i szukałam jego nazwiska w księgach portowych. Przejrzałam wszystkie księgi z lat 30., szukając narodowości Polaco, i jak tylko na coś trafiałam, często okazywało się, że już tych ludzi kojarzę z jakiejś historii.

Zdjęcie z archiwum Davida Tischlera

To może powiedzmy wreszcie, kim w ogóle są Polacos.

Polacos to… no właśnie… to polscy Żydzi w Kostaryce, to na pewno. Ale polaco to też obwoźny handlarz kostarykański, który chodził od domu, sprzedając guziki, materiały, buty, parasole, różne drobne przedmioty codziennego użytku – bo tym właśnie często trudnili się polscy Żydzi. Kiedy przyjechałam do Kostaryki i przedstawiałam się jako Polaca, Kostarykanie myśleli, że jestem Żydówką. Próbowałam im to wytłumaczyć, ale właściwie nie miało to większego sensu, bo mówili: „Jesteś z Polski?” „Tak”. „A, czyli Polaca”. Polaca, czyli Żydówka. I tak się zapętlaliśmy, bo dla nich to ostatecznie zupełnie nie ma znaczenia. Polaco to Żyd, Żyd z Polski i koniec. Oni nie zwracają uwagi na te podziały, dla nas tutaj tak ważne, mają inne, swoje.

To zamieszanie dobrze pokazuje anegdota o żydowskim papieżu…

Tak, kiedy Karol Wojtyła został wybrany papieżem, Kostarykanie dzwonili do zaprzyjaźnionych polskich Żydów, gratulując im i mówiąc, że to wspaniale, że papieżem został Żyd, to znaczy Polak. Tylko nie bardzo rozumieli, jak to możliwe, bo jednak wiedzieli, że ich znajomi mieli inną religię, myśleli, że może teraz papież będzie żydem. W żydowskich domach rozbrzmiewały wtedy wybuchy śmiechu i wznoszono toasty: mazeł tow, mamy papieża! Do dziś wspomina się to z rozbawieniem.

W żydowskich domach rozbrzmiewały wtedy wybuchy śmiechu i wznoszono toasty: mazeł tow, mamy papieża!

Tę konfuzję widać też w spisie Polacos, który powstał w 1940 roku.

To była po prostu lista obcych. Choć może nie – to była antysemicka lista polskich obywateli, na której uwzględniono też kilkoro innych cudzoziemców, którzy dotarli do Kostaryki w latach 20.: trafił tam jeden Arab, jeden Niemiec, jeden Chińczyk. Ale generalnie byli to polscy Żydzi i, w mniejszym stopniu, polscy katolicy, bo dla Kostarykanów to była jedna grupa. Niechęć do Polacos wynikała z zazdrości, że tak dobrze sobie radzili ze sprzedażą, lobby handlarzy uważało, że polscy handlarze zabierają im klientów. Pojawiły się wtedy pomysły wydalenia Polacos z Kostaryki, opowiadał się za tym m.in. León Cortés Castro, prezydent Kostaryki od 1936 roku.

Zdjęcie z archiwum Davida Tischlera

Wtedy polscy Żydzi zgłosili się po pomoc do polskiej ambasady w Meksyku.

A do kogo mieli się zgłosić? Przecież przyjechali z Polski. Dzięki kilkuletnim staraniom ambasady i Romana Rowińskiego, jedynego żydowskiego patrioty polskiego w Kostaryce, nie zostali wyrzuceni. Co ciekawe, akurat ta historia nie jest pamiętana przez żydowską wspólnotę.

Ale Romana Rowińskiego pamiętają?

Pamiętają, choć dla wielu z nich on był jakimś szaleńcem. Jako jedyny kochał Polskę, a przecież większość tej Polski nienawidziła, miała stamtąd same złe wspomnienia. On miał dobre, miał za sobą służbę w polskim wojsku, wspominał wszystkie bitwy, w których uczestniczył, był prawdziwym polskim patriotą.

Rowiński założył w Kostaryce Dom Polski, Casa de Polonia, klub zrzeszający Żydów z zachodniej Małopolski, który „zręcznie służył propagandzie sprawy polskiej”, jak stwierdzał polski ambasador. Dokumenty na jego temat znalazłaś w Archiwum Akt Nowych w Warszawie.

Przywiozłam im te dokumenty w zeszłym roku. Niestety nie żyje już syn Romana, straszna szkoda, że już nie mógł tego przeczytać. Za to żyje jego córka, która pamięta, jak tata organizował stragan polski, na którym sprzedawał papierosy i ciastka i zbierał pieniądze na polskich lotników. Ona uważała, że to było groteskowe.

Zdjęcie z archiwum Davida Tischlera

Dom Polski tworzyło prawie 40 osób – a na całą społeczność składało się wtedy około 500, więc te 40 to nie jest wcale mało. To oczywiście nie znaczy, że oni wszyscy kochali Polskę, ale najwyraźniej niektórzy widzieli w tym jakiś interes. Ale też w 1944 roku wszyscy zbierali składki na polskich lotników. Wspominają, że to Roman ich do tego namawiał, łaził za nimi, denerwował. W ich wspomnieniach on jest trochę postacią clowna. Wspominany jest raczej jako ktoś zabawny niż poważny.

Roman jest tak barwną postacią, że aż trudno uwierzyć, że nie jest wymyślony.

To prawda, to niezwykła postać, ale istniał naprawdę, widziałam zdjęcia, widziałam dokumenty, rozmawiałam z jego rodziną. W tej społeczności było jeszcze parę osób, które mogą wydać się wymyślone, a jednak istniały. Myślę przede wszystkim o Jaime Goldenbergu, którego historię opowiedziała mi jego córka. Ona od razu zastrzegła, że chciałaby, żeby to zostało zapisane w takiej formie, jak tę historię opowiadał jej ojciec. Więc to nie jest mój chwyt narracyjny, żeby nie weryfikować faktów – ona rzeczywiście podkreślała, że dla jej taty samo snucie tej opowieści było bardzo ważne i ona niespecjalnie sprawdzała, co z tego jest prawdą.

Zdjęcie z archiwum Davida Tischlera

Ja jednak trochę sprawdziłam – nie za dużo, to jedyny reportaż, do którego nie podeszłam tak obsesyjnie jak do innych. Myślę, że gdybym chciała dokładnie przestudiować historię Jaimego, musiałabym napisać osobną książkę tylko o nim. Jaime – wtedy jeszcze Jefim Goldenberg – w latach 20. popłynął z Polski na Kubę, ogarnięty wizją południowoamerykańskiego złota. Później pracował dla kompanii bananowej i w jej imieniu podróżował po karaibskim wybrzeżu Ameryki Środkowej. Potem trafił do Paryża, na kilka miesięcy znów do Polski, a później popłynął do Peru i tam, u Indian, wreszcie znalazł upragnione złoto. Późnej stał się komunistą, wylądował w kostarykańskim więzieniu, no i ożenił się z kobietą, która nazywała się Esperanza Guevara. Kiedy to usłyszałam, pomyślałam: „Boże, przecież ja bym w życiu tego nie wymyśliła!”.

Zdjęcie z archiwum Davida Tischlera

Chyba w życiu każdego reportera jest taki moment, że myśli: „Czy ja jeszcze kiedyś usłyszę taką historię?!”. Wróciłam wtedy około północy i do szóstej rano z wypiekami na twarzy opowiadałam tę historię mojemu mężowi, który był wtedy ze mną w Kostaryce. On jest operatorem filmowym i jego reakcja brzmiała: „Natychmiast kupujemy prawa filmowe, robimy film!”.

Często zaprzyjaźniasz się ze swoimi bohaterami? A może w przypadku rozmów do tej książki zdarzyło się coś wyjątkowego?

Chyba w życiu każdego reportera jest taki moment, że myśli: „Czy ja jeszcze kiedyś usłyszę taką historię?!”.

To rzeczywiście były wyjątkowe spotkania. Za pierwszym razem byłam tam rok i nie miałam nikogo oprócz moich bohaterów i znajomych w knajpie, gdzie dorabiałam jako kelnerka. Najstarsi Polacos mieli dużo czasu i chcieli mi ten czas poświęcić. A ja po pierwsze jestem gadułą, po drugie łatwo się zaprzyjaźniam. Ważne jest też to, że przyjaźniłam się z moją babcią i gadałyśmy strasznie dużo – jak mój Józio się urodził, to godzinę dziennie. I ja po prostu lubię rozmawiać ze starszymi osobami. Kiedy w zeszłym roku wróciłam do Kostaryki – pół roku po śmierci babci – to każda osoba, z którą rozmawiałam, wydawała mi się podobna do niej.

A jak to wygląda w przypadku bohaterów innych twoich tekstów?

Myślę, że od tych czterech lat, odkąd piszę reportaże z Francji, chyba z z każdego pozostaje mi ktoś, z kim staram się utrzymywać kontakt. Robiłam kiedyś reportaż o francuskich księżach i ostatnio był u nas na kolacji jeden z bohaterów tego tekstu, niezwykły człowiek. Czuję się jakoś zobowiązana za ten czas spędzony razem, myślę sobie: mogę chociaż zrobić kolację. A wtedy byłam niezadowolona, bo kupiłam gotowe pierogi w polskim sklepie, zamiast sama zrobić (śmiech). Z Fatihą, francuską nauczycielką, o której zrobiłam reportaż dla „Dużego Formatu”, co jakiś czas piszemy do siebie SMS-sy, rozmawiamy przez telefon, niedawno byłam też u niej w szkole w Tuluzie. Z kolei kiedy pisałam o poligamii, musiałam się zakumplować z Fantą, główną bohaterką, bo zanim ona w ogóle się otworzyła, przez trzy tygodnie pomagałam jej w stowarzyszeniu, na przykład myjąc naczynia.

Twoja książka jest też okazją do spojrzenia na politykę II RP wobec mniejszości.

Teraz na spotkaniach autorskich okazuje się, że ludzi właśnie to najbardziej ciekawi. Na spotkaniach czy w mediach jestem pytana głównie o relacje polsko-żydowskie przed wojną.

Jak myślisz, czemu właśnie to tak interesuje czytelników?

Wydaje mi się, że to częściowo dlatego, że nie dokonaliśmy rozrachunku – by użyć słowa, którym posługuje się Ed Vulliamy w przejmującym reportażu o Bośni Wojna umarła. Niech żyje wojna. Bośniackie rozrachunki. Pisze tam, że „historia, która została rozliczona, może się rozwijać, pozwala zarówno ofiarom, jak i tym, w których imieniu popełniono zbrodnie, ustosunkować się do samej przemocy i do siebie nawzajem”.

Wiele osób pyta mnie: „Co czułaś, gdy twój rozmówca powiedział ci, że jego rodzina została zamordowana przez Polaków?”. Pamiętam dokładnie, że zrobiło mi się gorąco i że to była trudna rozmowa, trudna emocjonalnie, fizycznie czułam się niekomfortowo, paliłam strasznie dużo papierosów. Na szczęście miałam na tę książkę dużo czasu, bo chyba inaczej bym sobie z tym nie poradziła.

Ostatnio rozmawiałam z antropologiem kultury, Francuzem, Żydem – i to jest ważne, że to był Żyd, zaraz zrozumiesz dlaczego. Rozmawialiśmy o francuskim kolonializmie i o tym, jak Francja się z tego rozlicza. I on powiedział, że gdy historycy w latach 70. zabrali się do pisania historii kolonializmu z nowej perspektywy, zrobili to z poczucia winy. I on mówi: „Wiesz, byłem tym zaskoczony, bo to jest strasznie chrześcijańskie”. Wydaje mi się, że kiedy czujemy się winni, czujemy się źle, piszemy pod wpływem emocji i wtedy cel tego pisania jest zaburzony. Pisanie reportaży – według mnie – nie powinno być tylko i wyłącznie osobistą terapią.

Moja książka nie wyrosła z poczucia winy, ona wyrosła z poczucia odpowiedzialności historycznej. To znaczy, że muszę opisać to, co zostało mi opowiedziane, ale nie dlatego, że czuję się winna i chcę coś rozwiązać dla siebie, tylko dlatego, że to jest ważne. I tyle.

Polacos to książka o emigracji i to skojarzenie jest dziś nieuniknione: kiedy pisze się o historii emigracji, jest to też głos w sprawie tego, co dzieje się dziś. Widzisz tę książkę także w tym kontekście?

Moja książka nie wyrosła z poczucia winy, ona wyrosła z poczucia odpowiedzialności historycznej.

Zdecydowanie, widzę dużo podobieństw między ówczesną emigracją a dzisiejszą. Po pierwsze: młodzi mężczyźni. Do Kostaryki na początku przyjeżdżali sami młodzi mężczyźni, tacy, jakich teraz się tak strasznie boimy. Tak to po prostu przebiega: zawsze najpierw jadą młodzi mężczyźni, bo rodzinę stać tylko na wysłanie jednego dziecka albo męża-ojca. Kiedy on zarobi, wyśle bilety albo pieniądze na podróż dla całej rodziny.

Drugą rzeczą jest wstyd w mówieniu o porażkach. Wydaje mi się, że w opowieściach emigracja to zawsze historia sukcesu, a kraje docelowe opisywane są jako miejsca wspaniałe. W zeszłym roku pojechałam do Izraela, żeby spotkać się z 96-letnią Toubą. Ona pamiętała polskich Żydów wyjeżdżających do Kostaryki, bo jej rodzice prowadzili sklep, w którym zaopatrywali się wyjeżdżający. I wyobrażała sobie tę Kostarykę jak oni wszyscy: Kostaryka – Ameryka. I kiedy powiedziałam jej, że żyło im się bardzo biednie, że to była strasznie ciężka robota, a żeby zarobić na bilet dla żony i dzieci, wielu z nich musiało pracować 7 lat, była zawiedziona. Spojrzała na mnie i powiedziała: „O nie, naprawdę? To była ta Kostaryka? Taka bieda? A ja myślałam, że im się tam od razu tak świetnie powodziło, że to był taki bogaty kraj”. Bo tak o tym opowiadali.

Rzeczywiście w tym wypadku mit kraju docelowego, wzmocniony jeszcze przez tę konfuzję: Kostaryka – Ameryka – działał chyba bardzo mocno. Ale przecież zdarzało się też, że wielu lądowało tam zupełnym przypadkiem, w wyniku oszustwa, albo dlatego, że nie było ich stać, żeby wysiąść w kraju, który wymagał od imigrantów więcej pieniędzy. Szerzej pisze o tym Martin Pollack w książce Cesarz Ameryki, którą ty również przywołujesz: skupia się tam przede wszystkim na procederze pośrednictwa w emigracji, na tych, którzy na tej biedzie, aspiracjach i marzeniach robili interesy.

Myślę, że to ważne, żeby przyglądać się historii migracji. Przecież żeby zrozumieć mechanizmy rządzące migracjami dziś, naprawdę w dużej mierze wystarczyłoby się przyjrzeć temu, co się działo wtedy. Ile było tych ludzi, dlaczego ruszali w drogę, co się z nimi działo, kiedy kraje docelowe zamykały granice. Wśród podobieństw można też wymienić rolę plotki. Na przykład od pracowniczki UNHCR-u wiem, że uchodźcy koczujący w Calais wymieniali się informacją, że we Francji jest taki burdel administracyjny, że nie warto tam zostawać, lepiej jechać do Anglii. I myślę, że wtedy to funkcjonowało dokładnie tak samo. Oczywiście teraz informacje można znaleźć w internecie, ale nawet tam – czy to nie funkcjonuje tak samo jak plotka? Jedźcie tam, bo tam może być lepiej, albo tam dają to, a gdzie indziej tamto – myślę, że mechanizm jest podobny. Przecież nie można winić ludzi, że się kierują takimi informacjami.

Uważam, że każdy powinien mieć wolność przemieszczania się i wybrania kraju, w którym może mieć lepsze życie. Moim zdaniem to w ogóle nie podlega dyskusji. I dotyczy to zarówno lat 20. czy 30., jak i obecnych czasów. I czy osoba uciekająca dziś z Syrii czy skądkolwiek w ogóle wie coś o Francji? Nie musi tego wiedzieć. Jedzie, bo chce lepszego życia dla swoich dzieci. Ma do tego prawo.

Emigracyjny przemysł [rozmowa z Martinem Pollackiem]

Kiedy w polskiej telewizji zabrałaś głos na temat uchodźców, stałaś się obiektem nienawistnego ataku.

Uważam, że każdy powinien mieć wolność przemieszczania się i wybrania kraju, w którym może mieć lepsze życie.

Zacytuję dokładnie to, co wtedy powiedziałam: Załóżmy, że polski rząd przyjmuje siedem tysięcy uchodźców. Jeden z nich to terrorysta. Organizuje zamach, w którym ginie dziesięciu Polaków. Wciąż jednak przed wojną, prawdopodobnie śmiercią, uratowane zostało 6999 osób. I powtórzę to, co napisałam w tekście, który napisałam dzień później dla „Gazety Wyborczej”: W mojej wypowiedzi zależało mi tylko i wyłącznie na jednym: by podkreślić, że życie każdego człowieka jest tyle samo warte. Obowiązek pomocy jest absolutny. Ale z pewnością argument utylitarystyczny był niefortunny. Po programie i artykule pojawiło się tysiące komentarzy, dostałam też wiele wiadomości na facebooku, pisanych z prywatnych kont, pod imieniem i nazwiskiem: „Ty kurwo jebana, jak slysze takie bzdury to aż mi krew buzuje, zdechnij szmato, no jaka tempa dzida”, „mam nadzieje, ze te 6999 uratowanych Pania wyrucha”. W internecie pojawiły się też moje zdjęcia z dzieckiem, opublikowane dwa lata temu na łamach miesięcznika „Dziecko”, z podpisami: „ciekawe co by było gdyby te 10 osób to byłaby twoja rodzina”.

Jak na to wszystko zareagowałaś?

To było kilka trudnych dni, dobrze że pomagali przyjaciele – bardzo wspierali mnie Ania Dziewit i Marcin Meller. Marcin, który jako pierwszy się ze mną nie zgadza! Ale gadamy, rozmawiamy, staramy się wzajemnie zrozumieć.

Największe wrażenie zrobiła na mnie moja mama, która postanowiła porozmawiać z osobą, która życzyła mi wielokrotnych gwałtów. Znalazła ją na którymś z forów, pani podpisywała nienawistne komentarze imieniem i nazwiskiem. Okazała się emerytowaną nauczycielką. Mama poszła do siedziby Związku Nauczycielstwa Polskiego. Pani była tam na zebraniu i odmówiła rozmowy. Mama powiedziała, że w takim razie spotkamy się w sądzie. Obeszła potem cały budynek i wszystkim pracownikom, łącznie z prezesem i jego sekretarką, pokazała wpisy ich członkini. Gdy wychodziła, pani czekała na nią na ławce: „Pani Pamuła, porozmawiajmy”. Powiedziała, że ją wystraszyłam, bo chcę do Polski sprowadzić „młodych byczków z pasami”. Jakimi pasami? „Wybuchowymi. Już na łódkach je zakładają”. Moja mama uczy polskiego dzieci uchodźców, zaprosiła panią na lekcję, by ich poznała, ale ta odmówiła. Powiedziała też, że to co napisała w internecie, było żartem, ale że nie chciałaby mnie poznać, bo na pewno jestem niemiłą osobą.

Potem mama zadzwoniła jeszcze do pracodawczyni kolejnej osoby, która życzyła mi gwałtów. Była to szkoła tańca. Pani błagała moją mamę, żebyśmy nie podawali jej do sądu, bo to „pół-Romka, z trudnego domu”. Nie zgłosiłam tego, nauczycielkę też zostawiłam w spokoju.

Zastanawiałam się, dlaczego moja mama to zrobiła. Akurat był u mnie wtedy z wizytą Mariusz Szczygieł, który powiedział: „Żeby zrozumieć”. Moja mama mówi, że od tej pory podejrzliwie patrzy na starsze panie w parku. A jest urodzoną optymistką, niezwykle serdeczną osobą.

Ja sama od razu zaczęłam działać z pomocą Joanny Grabarczyk z Hejt Stop, która sama przeszła przez piekło – to, co przeżyłam ja, jest nieporównywalne. Pomogła mi zdjąć zdjęcia Józia z Twittera i Google’a – to było dla mnie najważniejsze. Dalsze kroki podejmę we wrześniu, bo od tamtej pory nie byłam w Polsce.

Patrick Kingsley: Migracji nie da się powstrzymać

Jesteś przedstawicielką młodszego pokolenia autorek i zaczynałaś pracę w innych warunkach niż twoi starsi koledzy i koleżanki. Czujesz tę różnicę? Ty nie jesteś i nigdy nie byłaś w żadnej redakcji na etacie…

Chyba już mało kto z nas jest…

No właśnie, uczycie się zawodu w zupełnie innych warunkach niż reporterzy starszego pokolenia. Jak to jest? Jak się uczyć zawodu, kiedy odpada codzienność pracy redakcyjnej, która często była bardzo istotna: uczenie się od starszych kolegów po prostu?

Pięć lat temu skończyłam Polską Szkołę Reportażu. Pisałam już wcześniej, ale nie dużo. Zawsze pracowałam, mniej więcej co pół roku zmieniałam pracę i co pół roku chciałam być kimś innym: chciałam zajmować się marketingiem, przez kilka lat prowadziłam hostel w Krakowie, założyłam go w wieku 19 lat. Pracowałam w promocji w Wydawnictwie Otwartym, bardzo długo byłam kelnerką… Oczywiście pisanie zawsze mi towarzyszyło, ale to jest po prostu strasznie ciężka praca, i tak solidnie zaczęłam pisać dopiero, kiedy urodziłam Józka. Wtedy okazało się, że czas jest ograniczony, co znaczy, że muszę się zdyscyplinować; że jeśli chcę pisać, to muszę naprawdę się tym zająć, bo to właściwie ostatni dzwonek. Więc gdy Józek zasypiał o 19, brałam się do roboty.

Mój mąż, który zaczął pracować na planie filmowym w wieku 16 lat, cały czas mówił mi: „Rób jedną rzecz! Skoro tak naprawdę chodzi ci o pisanie, miej odwagę i to rób”. Ostatecznie to częściowo dzięki jego wsparciu finansowemu mogłam już dość regularnie zacząć pisać do „Dużego Formatu”, do „Wyborczej” i do innych tytułów. Mogłam też przez pół roku pisać książkę, choć nie było łatwo, bo przez większość czasu byłam sama z dzieckiem, a nie mam rodziny w pobliżu. Już od ponad półtora roku utrzymuję się tylko i wyłącznie z pisania, ale gdyby nie te kilkanaście miesięcy pomocy męża – i to, że Józek przesypiał noce – pewnie by się to nie udało. Opowiadam o tym tak szczegółowo, bo wydaje mi się to bardzo ważne.

Bo dziś te wszystkie życiowe okoliczności – i determinacja – chyba bardziej niż kiedyś decydują o tym, czy masz szansę wystartować w tym zawodzie. A co z uczeniem się na bieżąco od innych?

Tu moja sytuacja jest jeszcze bardziej skomplikowana, bo mieszkam w Paryżu, nie mam wokół siebie ani grona polskich czytelników, ani dziennikarzy. Mam masę znajomych, ale oni nie mogą mnie czytać, mój mąż też mnie nie może czytać, moje dziecko też nie (bo jeszcze nie umie), sytuacja jest patowa (śmiech). Naprawdę brakuje mi kontaktu z ludźmi. Kiedy oddaję tekst, to nie mam z kim o nim porozmawiać. I nawet nie chodzi o to, czy on się podoba, najbardziej chciałabym móc po prostu przedyskutować temat. Bo kiedy kończę tekst, to mam jeszcze jakiś miliard pytań.

A we Francji funkcjonujesz jakkolwiek w środowisku dziennikarskim?

Znam kilkoro dziennikarzy, ale nie jestem w środowisku, bo też w zasadzie tam nie piszę. Od roku mam razem z przyjaciółką stałą rubrykę w „Parents”, gazecie dla rodziców przypominającej nasze „Dziecko”. Co miesiąc publikuję tam portret matki z innego kraju, która mieszka we Francji i opowiada, jak to jest wychowywać dziecko w kraju, z którego pochodzi, a jak we Francji. W październiku wydajemy wspólnie książkę Mamans du Monde („Mamy świata”).

Po Polskiej Szkole Reportażu dalej uczyłaś się już z praktyki?

Największa nauka to dla mnie praca z Ariadną Machowską, moją redaktorką w „Dużym Formacie”. Ariadna jest bardzo wymagająca i wysyłała mi na przykład 9 wersji jednego tekstu. To jest nie do przecenienia. To była prawdziwa nauka – praca na tekście.

We Francji to, czego myśmy się uczyli w Polskiej Szkole Reportażu, w zasadzie nie istnieje. Nikt tam nie łazi do bohaterów po kilka razy, nie spędza się z nimi tyle czasu. W ogóle we Francji reportażu w takiej formie jak u nas praktycznie nie ma. Francuzi mają obsesję specjalistów – to ekspert musi się wypowiedzieć, bo on wie – dziennikarze mało chodzą do „zwykłych ludzi”. A jak już chodzą, to są bardzo oceniający. To jest w ogóle bardzo dalekie mi dziennikarstwo. Za to bardzo lubię na przykład „New Yorkera”, uwielbiam ich reportaże, które są przecież zupełnie inne od naszych. Czytanie „New Yorkera” i analizowanie anglosaskich reportaży to dla mnie też ogromna nauka.

A nie masz obaw, że wybrałaś sobie ginący zawód? W Polsce miejsca na reportaż jest coraz mniej.

Rzeczywiście, żeby się z tego utrzymać, muszę żonglować kilkoma tekstami naraz. To oznacza, ze teraz mam trasę promocyjną książki, a w nocy piszę teksty. Jestem naprawdę zmęczona. Do jutra mam oddać dwa teksty – jeden do „Wysokich Obcasów”, drugi do „Twojego Stylu”. Jeśli ich nie wyślę, nie zapewnię sobie tej najniższej francuskiej krajowej. Na Polacos jeszcze nie zarobiłam, ale już teraz podpisałam umowę na kolejną książkę i zaczyna się to kręcić – dostałam zaliczkę, napisałam też książkę dla francuskiego wydawnictwa, tu zaliczka była w euro… Wymaga to trochę ekwilibrystyki i zarwanych nocy, ale mogę powiedzieć, że jest OK.

Jest jeszcze jedna ważna rzecz: mając we francuskim „Parents” stały felieton, jestem zatrudniona na umowę o pracę, a więc mam prawo do urlopu macierzyńskiego i ubezpieczenie zdrowotne. Poza tym państwo dopłaca nam do Józiowego żłobka. To niewielka kwota, ale to zawsze pomoc.

I tak to wszystko wygląda na niezłe wyzwanie…

Szczególnie, jak masz małe dziecko. Myślę też, że mówienie o finansowej stronie tej pracy jest bardzo ważne. Ja w ogóle nie mam problemu, żeby mówić o tym, ile zarabiam, ile dostaję za tekst. Dzielmy się takimi informacjami, to może uda nam się zawalczyć o jakieś minimum. Tylko dzięki temu będziemy mogli dalej pisać. Uważam też, że zawsze powinniśmy pytać, ile ktoś nam zapłaci. Jak ktoś u nas zamawia tekst, powinniśmy mówić: „Dobrze, to za ile?”. To bardzo istotne. Oznacza to, że to, co robimy, jest dla nas ważne, że traktujemy się poważnie.

Jakiś czas temu przetoczyła się dyskusja dotycząca weryfikacji faktów w polskim reportażu. Jaki masz do tego stosunek?

Jak pracować na zaufanie czytelników. Szabłowski odpowiada Leszczyńskiemu

Na pewno jest to dla mnie bardzo ważne. Mam naturę sprawdzacza, zawsze obsesyjnie sprawdzam różne rzeczy. Widzę to nawet, jak pracujemy nad tymi matkami świata. Redaktorki francuskie najchętniej by to sobie całkowicie darowały, taki fact-checking. Więc ja to robię – nie tyle za nie, tylko po prostu dlatego, że to mój tekst. Z kolei w przypadku Polacos super było to, że miałam dwóch redaktorów. Łukasz Najder był redaktorem prowadzącym, a głównym redaktorem był Tomek Zając. I kiedy on odesłał mi pierwszą wersję tekstu, było tam 4700 komentarzy! Tomek był po prostu niesamowity. To, co on potrafił sprawdzić! Robił bardzo pogłębiony fact-checking. Często miał rację, bo albo ja się pomyliłam, albo bohater coś źle zapamiętał. Zrobił na mnie wielkie wrażenie swoją wiedzą, ale też uważnością. Uważam, że trzeba wszystko sprawdzać – absolutnie sobie nie wyobrażam, żeby inaczej pisać reportaż.

Domosławski: Biografia Kapuścińskiego była szansą na dyskusję o polskim reportażu. Szkoda, że ją zmarnowaliśmy

***
Anna Pamuła – (ur. 1984) – reporterka związana z „Gazetą Wyborczą”. Studiowała stosunki etniczne i migracje międzynarodowe na Uniwersytecie Jagiellońskim, a także afrykanistykę w Paryżu. Absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu, stypendystka The Ryoichi Sasakawa Young Leaders Fellowship Fund. Pisała m.in. dla „Newsweeka”, „Polityki”, „Przeglądu”, „Kuchni” i „Dziecka”. Jest autorką przewodnika po Portugalii. Mieszkała w Kostaryce i Portugalii, od czterech lat żyje w Paryżu. Książka Polacos. Chajka płynie do Ameryki to jej książkowy debiut.

Bio

Magda Majewska

| Redaktorka Krytyki Politycznej, animatorka kultury

W Krytyce Politycznej od 2010 roku, do 2013 odpowiedzialna za promocję Wydawnictwa Krytyki Politycznej, od lipca 2013 redaktorka Krytyki Politycznej. Absolwentka politologii UW, Podyplomowych Studiów Polityki Wydawniczej i Księgarstwa UW oraz Studiów Podyplomowych „Literatura i książka dla młodzieży wobec wyzwań nowoczesności” na UW. Zajmowała się promocją i PR-em w dziedzinie kultury (m.in. promocją TR Warszawa w latach 2006-2010) oraz animacją projektów społeczno-kulturalnych. Redaktorka książek i tłumaczka z języka niemieckiego. Inicjatorka akcji społecznej „Warszawa Czyta”, współprowadzi Mokotowski Dyskusyjny Klub Dyskusyjny. Feministka, weganka, rowerzystka. Mama Mirona.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.

Ja, tak analizując, myślę sobie w ten sposób. Że ile Polska miała przyjąć tych uchodźców? 7 tysięcy. No to załóżmy, że przyjmujemy te 7 tysięcy i wśród nich jest jeden zamachowiec. I wysadza w powietrze, ginie 10 Polaków. Ale uratowaliśmy życie tych 6999 osób, które uciekały przed wojną.

Ab alio exspectes, alteri quod feceris

Świetny wywiad

Kochana mamusia Pamuła.

Podziwiam i pozdrawiam!

Chciałbym usłyszeć jak Pamuła mówi, że można poświęcić 10 Żydów, żeby uratować 6999 uchodźców. Bo to, że życie Polaków dla takich ludzi jest nic nie warte, to wiadomo.

Liczba tych młodych mężczyzn w przypadku Kostaryki wynosiła 500 i to wszystko wyjaśnia. Do UE wbiły miliony i nadal gigantyczne tłumy ciągną a kolejne miliony już w blokach startowych czekają w Libii.

Wtedy USA, Niemcy, UK, czy choćby Szwecja upadną pod naporem i zamienią się w enklawy bezprawia, i co dalej?

A co z prawami tych, którzy zbudowali porządnie swój kraj -dom? Mają szeroko otworzyć drzwi i czekać aż szumowina z całego świata zechce w nim zamieszkać, mimo iż ma 5 pokoi a nie 1000, czy 100000?

Książka może być ciekawa. Interesujący wywiad.