Kinga Dunin czyta

Kaczyński w Poznaniu

poniedzialek-czarnik

Najbardziej podniecająca jest prawica! A o opozycji demokratycznej, nie mówiąc już o lewicowej, anarchistycznej czy działaczach LGBT, nie da się nic ciekawego napisać. Obleśny biskup to jest temat, działacz broniący lokatorów to nuda. Kinga Dunin ogląda „K.” Strzępki/Demirskiego i czyta „Poznań” Kąckiego.

Jadąc do Poznania na premierę sztuki K. – tekst Paweł Demirski, reżyseria Monika Strzępka – czytałam sobie Poznań. Miasto grzechu, reportaż Marcina Kąckiego. Nawet po krótkiej lekturze należałoby wysiąść już w Kutnie i zawrócić. Bo z książki Kąckiego wyłania się obraz dosyć upiorny albo w przerysowany sposób stereotypowy. Ogromne wpływy Kościoła, straszni mieszczanie, bigoteria, endecka mentalność, nacjonalistyczny patriotyzm, homoseksualiści molestując młodych chórzystów (Krolopp, Kącki już tym pisał w Maestro), biskup Paetz molestujący kleryków i nadal brylujący w Poznaniu, Paetz w jednej loży w operze z Kulczykiem, i jeszcze Małgorzata Musierowicz, koniunkturalna hipokrytka, która nie chciała utrzymywać kontaktów ze swoim opozycyjnym bratem Stanisławem Barańczakiem. Kołtuństwo i centusie o ograniczonych horyzontach, tyle, że czyści, oszczędni, pracowici i punktualni…

Kącki: Nikt na pogrzebie Stasia nie zagrał, tylko Michał się popłakał

Nie będę streszczała tu szczegółów, bo to w dużej mierze Pudelek i sprawy, które przewijały się przez media, ale oczywiście świetnie się o tym czyta w pociągu. K., czyli sztuka o Jarosławie Kaczyńskim, znanego z mocno krytycznych spektakli duetu, jawi się na tym tle jako dysonans. W Teatrze Polskim, gdzie czerwone tapicerowane fotele, fidrygałki i złocenia.

Kaczyński jako bohater dramatu jest tematem i gorącym, i trudnym. Przedstawienie rozpoczyna coś w rodzaju stand-up, parodii Kaczora. Aktor parodiuje jego głos, body language, stoi na przygiętych kolanach, żeby nikt nie zapomniał o mikrym wzroście Prezesa. Chcieliście jaj z Kaczora? Po to przyszliście, to macie! I jasne, że takiej prostej farsy nie dostaniecie. Może zatem będzie to prowokacyjna obrona albo psychologiczny dramat poświęcony dwuznacznej postaci? Nie. Twórcy wybrali inną narrację, pozornie dość obiektywistyczną, opierając swój spektakl na trylogii Roberta Krasowskiego o historii politycznej III RP, jej ostatni tom to Czas Kaczyńskiego.

Dymek: Czas Kaczyńskiego, czyli czas, w którym żyjemy

Książki Krasowskiego czyta się jak kryminały i są one dość cynicznym opisem politycznych gier, w których biorą udział tylko ci, którym naprawdę udało się do tej gry wejść – nie na ulicy czy w sferze publicznej, lecz tam, gdzie bezpośrednio walczy się o polityczną władzę Jest też polityka silnie spersonifikowana, jej bohaterowie mają jakąś osobowość i nie jest to obojętne dla metod, jakie wybiorą, czy kształtu ich kariery. Wybór Krasowskiego na przewodnika jest wyborem perspektywy pozornie obiektywnej, chociaż Krasowski nie jest tylko niewinnym obserwatorem, bo jednak pisze prawą ręką. Nikt nie jest.

Była jeszcze jedna możliwość, którą brałam pod uwagę, przewidując, jak może wyglądać to przedstawienie. Myślałam, że może Demirski i Strzępka urefleksyjnią swoją własną pozycję. W końcu kiedyś bronili PiS-u i zapowiadali zagłosowanie na nich. Gdzie dziś się sytuują? Szczególnie, że robią teatr – to spore przedsięwzięcie, nie da się tego robić zupełnie niezależnie od okoliczności politycznych – no i zadebiutowali też jako twórcy serialu w telewizji publicznej. Tym razem jednak nie pojawili się w swoim spektaklu.

W K. w wielkim skrócie zostaje opowiedziana polityczna historia III RP, która ciąży nad aktualnym kształtem sceny politycznej. Nie tylko aktualnym, bo rzecz dzieje się w przyszłości, w październiku 2019, dniu wyborów parlamentarnych.

Polityka nie zmienia świata [rozmowa z Robertem Krasowskim]

Kto bierze udział w tej wyborczej grze i w jej poprzednich odsłonach? Jarosław Kaczyński (Marcin Czarnik) – uzależniony od matki, pozostający w związku z bratem, trochę neurotyczny. No i jego akolici. Donald Tusk (Jacek Poniedziałek) – swój chłopak, nieco leniwy, ale zmuszony do wzięcia odpowiedzialności. I jest jeszcze Partia Clownów, reprezentuje ją błazen, ktoś w rodzaju Leppera i Kukiza. Poza tym wciąż jeszcze kręci się po scenie groteskowa i rozhisteryzowana Unia Wolności (Joanna Drozda), która chciałaby znowu nauczać społeczeństwo i oczekuje na reaktywację „GW”. Przemknie pijany Kwaśniewski. Wałęsa wykona swój słynny manewr z koalicją ze Stronnictwem Ludowym i Stronnictwem Demokratycznym. Kaczyński z Tuskiem będą walczyć albo splatać się w niedająca się rozłączyć parę.

Oglądamy więc tę okropną klasę polityczna, która spieprzyła transformację, jest zajęta sobą, czasem straszna, czasem śmieszna – sawsiem kak tigra jebat’. Najbardziej żałosna w tym wszystkim jest Unia Wolności, mdlejący pan Tadeusz. Wiemy, o co chodzi, można się trochę pośmiać. Przecież wiemy, że polska polityka jest żałosna, więc szoku nie będzie.

Koniec końców nie jest to jednak skrzyżowanie House of Cards z Pożarem w burdelu. Kaczyński tworzy potwora – zalanego krwią mięśniaka, symbol zagrożenia antydemokratyczną przemocą. Zza sceny dochodzą wieści o zamieszkach i demonstracjach. Może to tylko kilka namiotów, a może barykady na ulicach miast, majdan? Przez miasto pędzi płonący koń. Są jeszcze dwie postacie kobiece. Dziewczyna w zniszczonych adidasach z zakrwawiony tasakiem, „Powiatowa”, która bez względu na to, kto rządzi, będzie opowiadała o swoich krzywdach, braku mieszkania i perspektyw. Jest też „Anonymous”, dziewczyna z komputerem, przedstawicielka milenialsów, wplatająca w swoje wypowiedzi jakieś komputerowe kody, tak że stają się one niezrozumiałe. Przez moment polityka ją wciąga – „za włosy odciąga od Netflixa”, ale szybko wróci do swego laptopa. Pomijając groteskową i, dodajmy, od dawna nieistniejącą, Unię Wolności, to kobiety prezentują głosy spoza politycznego układu, który jest czysto męski. Są to jednak głosy nieskładne, chociaż wydaje się, że antysystemowy głos kobiet jest od czasów Czarnego Protestu bardzo wyraźnie i jasno wyartykułowany.

Graff, Korolczuk: Gender to śmiertelnie poważna sprawa

Kto w 2019 wygra wybory? Są pierwsze wyniki, potem odwołane, następne – odmienne od nich. Podejrzenia o manipulacje i fałszerstwa. Czyli nie wiadomo albo wszystko jedno.

Na koniec „Powiatowa” mówi, że jeśli jeszcze raz przyjdzie jej do głowy pójść na wybory, to splunie sobie w twarz. A my, patrząc w lustro, widzimy twarz Kaczyńskiego, bo koniec końców – z nas on.

Co zatem ma wynikać z tego spektaklu? Czyje lęki i frustracje pokazuje i obsługuje? Nieszczęsnych symetrystów o lewicowej wrażliwości, którzy nie chcą PO ani PiS-u, ani nawet POPiS-u i nigdy nie zagłosują na Partię Clownów? Tych, którzy boją się, że to wszystko źle się skończy, może nawet we krwi, ale nie widzą nadziei – bo spontaniczne protesty nie mają żadnej reprezentacji ani jasnego celu, a młodzi odwracają się od polityki zapatrzeni w swoje smartfony? Po prostu jesteśmy w czarnej dupie. Poza nędzą polityki istnieje tylko nieskoordynowany gniew. A w spektaklu Strzępki/Demirskiego nie znajdziemy żadnego katharsis, jedynie potwierdzenie własnych lęków i frustracji.

Poza nędzą polityki istnieje tylko nieskoordynowany gniew.

Wracając z Poznania, kończę czytać reportaż Kąckiego. Wygląda na to, że poza strasznymi kościółkowymi mieszczanami w Poznaniu jeszcze żyły i żyją nadal ich ofiary. Staczający się chłopiec, który był kiedyś molestowany przez Kroloppa. Ksiądz Węcławski, dziś Polak, który odszedł z Kościoła po aferze z Paetzem, w której odegrał role sygnalisty, i jego żona (Polak, siostra prymasa, bo w Poznaniu jednak każdy ma coś wspólnego z Kościołem), z którą prowadzą niewielką Pracownię Pytań Granicznych na UAM, niedocenioną i mieszcząca się w piwnicy. Agnieszka Ziółkowska i jej rodzina płacący cenę za wyznanie, że była pierwszym polskim dzieckiem z in vitro. Syn uczestnika wydarzeń 1956, oczywiście też był molestowany przez Paetza, ale to biskup zostaje zaproszony na obchody, a on może tylko stać w tłumie. W PRL było tak samo – nikt nie pomógł poecie Bąkowi, nikt nie zajął się Marią Rataj (to pseudonim Marianny Rudowicz).

Za tę ostatnią opowieść jestem Kąckiemu naprawdę wdzięczna. Maria była córką Niemki i Polaka. Matka opuszczona przez męża przyjechała w okresie międzywojennym do Poznania, gdzie stoczyła się w nędzę i patologie. Jej córka poznała Poznań od najgorszej strony: bezdomności, przemocy, bezrobocia, biedy, prostytucji, przestępczości… W czasie wojny, żeby przeżyć, podpisała volkslistę. Była lesbijką i złą matką dla swoich dzieci. Po wojnie napisała wspomnieniową powieść, która ukazała się w okrojonej formie – bo też do PRL-owskich narracji jej historia niezbyt pasowała. Książka stała się bestsellerem, ale nie była wznawiana. Rataj nie została przyjęta do Związku Literatów i nie uzyskała wsparcia. Po ’89 udało się cudem odnaleźć oryginalny maszynopis i już w pełnej wersji został opublikowany w maleńkim nakładzie pod tytułem Miasto grzechu. Dziś to absolutny biały kruk, tytuł książki został przez Kąckiego wykorzystana jako podtytuł.

Czytając Kąckiego, właściwie trudno uwierzyć, że prezydentem Poznania jest Jacek Jaśkowiak, wspomniany przez bohaterów reportażu kilkoma zdaniami – jego wybór był pomyłką, oddał Poznań rowerzystom i pedałom, ale to się zaraz skończy. Nie zasłużył jednak na opisanie swojej historii. Co prawda zaczynał jako dyspozycyjny pracownik Kulczyka, ale potem odnalazł się w ruchach miejskich, a początki tych ruchów w Poznaniu sięgają pierwszej Parady Równości. I powiedzmy, że jest to sympatyczniejsza twarz PO niż Schetyna. Zresztą po lekturze Poznania chyba nikt nie wpadnie na to, że w ostatnich wyborach wygrało tam PO, najwięcej głosów dostała Joanna Schmidt, a w sejmie znalazłaby się także Katarzyna Kretkowska, gdyby Zjednoczona Lewica przekroczyła próg wyborczy.

Podobnie zupełnie niewarci uwagi okazali się poznańscy anarchiści, Rozbrat, czy to, że w Poznaniu bardzo wcześniej podnosiły się protesty przeciwko czyścicielom kamienic. Za to np. sporo miejsca poświęca Kącki dosyć kuriozalnej postaci prof. Mikołajczaka, założyciela propisowskiego Akademickiego Klubu Obywatelskiego, i próbom odbudowania pomnika Wdzięczności i coś z Sercem Jezusa (chodzi o pomnik wdzięczności za wyzwolenie zbudowany przed wojną i zburzony przez Niemców). Postać Chrystusa już nawet dojechała do Poznania z asystą wojskową przyznaną przez Macierewicza. To oczywiście ekscytujące, ale ja może wolałabym przeczytać o chyba bardziej znanym poznańskim naukowcu i charyzmatycznym nauczycielu z innej opcji politycznej – Przemysławie Czaplińskim. Wszystko to jednak nie pasowałoby do tezy o polsko-wielkopolsko-katolickim i konserwatywnym, od czasów zaborów aż dziś, PiS-owskim Poznaniu. Po prostu – najbardziej podniecająca jest prawica! A o opozycji demokratycznej, nie mówiąc już o lewicowej, anarchistycznej czy działaczach LGBT, nie da się nic ciekawego napisać. Obleśny biskup to jest temat, działacz broniący lokatorów to nuda.

Mamy mapę, nie mamy narracji [rozmowa z Przemysławem Czaplińskim]

Powróćmy tu do spektaklu K. Kaczyński to jest temat! Paweł Demirski w wywiadzie mówi, że chciałby z nim przez pół godziny porozmawiać, mnie też zdarzyło się publicznie wyznać, że wolałabym zjeść kolację z Jarosławem Kaczyńskim niż z Bronisławem Komorowskim, za co natarto mi uszu. Dziś podtrzymuję to, ale pod warunkiem, że Kaczyński byłby podłączony do wariografu. I dlatego może zrozumiałe jest, że jeśli czegoś w całej tej politycznej układance w K. nie było, to najmniejszego śladu lewicy, która aspiruje do miejsca na scenie politycznej. Znając konwencję tego teatru, mogłoby to być słaniające się na nogach widmo, które samo okłada się pięściami, albo chociaż ratlerek z przywiązaną do ogona flagą Razem. Bo naprawdę nie chodzi mi o jakąś propagandową agitkę, tylko o jakąkolwiek reprezentację symboliczną.

I to wydaje mi się znamienne, podobnie jak brak w książce o Poznaniu reprezentacji tej części poznaniaków, którzy jednak nie wybrali PiS-u i nie są jedynie ofiarami kołtunerii. Nas po prostu nie ma, a jak jesteśmy, to i tak jesteśmy kompletnie nieinteresujący. A to z kolei oznacza, że jesteśmy w jeszcze bardziej czarnej dupie, niż nam się wydaje.

Sutowski: Gender, głupcy!

Bio

Kinga Dunin

| Socjolożka, publicystka, pisarka, krytyczka literacka
Socjolożka, publicystka, pisarka, krytyczka literacka. Od 1977 roku współpracowniczka KOR oraz Niezależnej Oficyny Wydawniczej. Po roku 1989 współpracowała z ruchem feministycznym. Współzałożycielka partii Zielonych. Autorka licznych publikacji (m.in. „Tao gospodyni domowej”, „Karoca z dyni” – finalistka Nagrody Literackiej Nike w 2001) i opracowań naukowych (m.in. współautorka i współredaktorka pracy socjologicznej "Cudze problemy. O ważności tego, co nieważne”). Autorka książek "Czytając Polskę. Literatura polska po roku 1989 wobec dylematów nowoczesności", "Zadyma", "Kochaj i rób".

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.

Mój Boże, co to za żenująca szmira. Nie ma się co dziwić, że normalni ludzie mają was za zgraję niepełnosprytnych ułomów.