Kraj

Po pierwsze: nie pozabijać się. Parę słów po Kongresie Kobiet

Konflikty o status i wpływ muszą trwać. Życzylibyśmy sobie, żeby dalej przesuwały Kongres Kobiet na lewo.

„Pozwólcie Polakom sobą rządzić, a sami się wykończą” – powiedział podobno guru pruskiego nacjonalizmu Otto von Bismarck. Cóż ten tytan Realpolitik powiedziałby o dyskusji, jaka rozpętała się po ostatnim Kongresie Kobiet? Zapewne uśmiechnąłby się złośliwie pod wąsem i przypomniał, że ta diagnoza sprawdza się także wówczas, gdy nie rządzimy, a jesteśmy w opozycji.

Iza Desperak pisała na Krytyce Politycznej tuż po Kongresie, że do czerwoności rozgrzała uczestniczki dyskusja o 500+. Niestety, pomyliła się (o czym sama dziś pisze). Do czerwoności rozgrzała bowiem nie tylko uczestniczki, za to już po KK, sprawa pracujących podczas Kongresu ochroniarek.

Dziesiąty Kongres Kobiet, czyli jak 500+ rozgrzało nas do czerwoności

Zaczęło się od tego, że Maria Świetlik publicznie wyraziła oburzenie sytuacją, w której jedna z ochroniarek „zmuszona była kilkanaście godzin stać (choć obok było dostępne krzesło) bez możliwości odejścia choćby na chwilę, by coś zjeść lub wypić”.

Na ten protest zasłużonej aktywistki społecznej Marii Świetlik najwyraźniej zbyt pospiesznie odpowiedziała zasłużona organizatorka Kongresu, Magdalena Środa, która skontrowała zarzuty o złe warunki pracy ochroniarek opowieścią o własnym wysiłku związanym z organizacją imprezy. W naszej oświeconej bańce komunikacyjnej Kongres został en bloc potępiony za klasizm. Jednocześnie szefowa KK, Dorota Warakomska, wykluczyła pierwszą sygnalistkę problemu z grona „kobiecego ruchu społecznego”. Co gorsza powiedziała również, że dla KK partnerem do rozmów nie są ochroniarki, ale ich pracodawca.

Po fali oburzenia w sieci Kongres w swoim oświadczeniu obiecał poprawę w przyszłości. Czytamy w nim: „wyrażamy ubolewanie wobec sytuacji, w jakiej znalazły się pracownice firmy ochroniarskiej, i postanawiamy, że kolejne Kongresy będą staranniej weryfikowane pod kątem przestrzegania praw pracowniczych osób, które pracują w miejscu, gdzie odbywa się Kongres”.

Po tym wszystkim inna działaczka Maja Staśko zanegowała wszelki sens współpracy z Kongresem i wezwała siostry do walki w gronie środowisk prawdziwie postępowych.

Siostrzeństwo to walka

Że do jakiegoś incydentu doszło, nie ma wątpliwości, sporne są jego szczegóły, najbardziej jednak kontrowersyjne – wzajemne ataki. O tym jest ten tekst.

W czym problem? Otóż prawo to jedno, a standardy dobrej działalności społecznej – drugie. Kongres powinien był rozmawiać z wszystkimi stronami sporu, w tym poszkodowanymi, a jeśli takie rozmowy się odbyły, poinformować o poczynionych ustaleniach. Wyrazy ubolewania i przyrzeczenie większej uważności za rok ze strony organizatorek to reakcja co najmniej spóźniona, a już teza, że pokrzywdzone pracownice w ogóle nie są partnerkami do rozmowy zasługuje na solidną reedukację (z wrażliwości, bo że z politycznego PR to nawet szkoda wspominać).

Lekcja z Kongresu Kobiet

Postawa liderek Kongresu to jedna strona medalu, jest także i druga – reakcje oburzonych. Czy zawsze każde święte oburzenie to tylko wyraz moralnej niezgody na wyzysk albo hipokryzję? Chyba od początków cywilizowanego świata wiemy, że gniew i wzmożenie, czyszczenie szeregów i piętnowanie to także środek mobilizacji, jeśli nie powszechnej, to na pewno sekciarskiej. Obok konfliktów interesów, wartości albo strategii (zderzenia ideału ze skutecznością) istnieje jeszcze stara, dobra wojna o prestiż, rząd dusz, choćby minimalną władzę. A także konflikt pokoleń – w którym młode (radykalne, pryncypialne) samce i samice próbują zrzucić z wyższej gałęzi samce i samice dobrze już na drzewie osadzone, a przez to bardziej rozsądne i umiarkowane.

Protest ujawnił też realne różnice, a już z pewnością napięcie między głównymi celami Kongresu (równouprawnienie płci) a kwestią klasową. Nie jest tak, żeby nie były one obecne wcześniej – tematyka Kongresu Kobiet, a przede wszystkim skład społeczny uczestniczek ewoluuje przez lata, głównie w wyniku ciągłej walki o „uspołecznienie” imprezy. Walkę tę toczą środowiska związkowe, działaczki społeczne, ale także intelektualistki, jak Agnieszka Graff, które wielokrotnie przypominały, że nie wszystkie uczestniczki Kongresu jadą na jednym wózku, bo patriarchat, nierówności i dyskryminacja znaczą różne rzeczy dla członkiń rad nadzorczych i pielęgniarek czy dla seniorek i młodych matek.

Te napięcia są i będą tak długo, jak długo istnieć będzie pluralistyczny ruch na rzecz praw kobiet – i nie chodzi tu ani o szukanie „złotego środka”, ani staropolskie „kochajmy się”, które zamknie debatę raz na zawsze. Konflikty o status i wpływ muszą trwać. Życzylibyśmy sobie, żeby dalej przesuwały Kongres na lewo, a w każdym razie, by wciąż poszerzały jego agendę w kierunku tematów „społecznych”. I nie chodzi tylko o składy paneli, ale także stronę praktyczną – spór o traktowanie pracownic imprezy to jakiś etap tego konfliktu w rodzinie.

Piszemy te słowa na łamach Krytyki Politycznej, więc możemy sobie uczciwie powiedzieć, że takie konflikty i napięcia występują nie tylko w rodzinie ruchu kobiecego, ale też szerzej, np. na lewicy.

Poza tym, historia ta może być dla nas wszystkich lekcją społecznej wrażliwości. Bo chociaż jesteśmy świadomi istnienia niesprawiedliwości i wyzysku, to na co dzień często nie dostrzegamy obsługujących nas ludzi – w sklepach, barach, publicznych instytucjach, nie mówiąc już o szwaczkach naszych ubrań z Bangladeszu czy pracownikach montowni używanych przez nas telefonów komórkowych. Chyba Maja Staśko tak bardzo się pod tym względem nie różni, skoro nie zauważyła sytuacji pracownic na Kongresie, na którym była przecież obecna, a odezwała się dopiero, kiedy inni zwrócili na to uwagę? Tak, świat jest skomplikowany i nie, nie jest sprawiedliwy.

Pojęcia „konflikt w rodzinie” użyliśmy nieprzypadkowo. Pytanie na dzisiaj brzmi, czy w tym niesprawiedliwym świecie nasza rodzina zdoła przetrwać. Dekada działalności Kongresu to czas trudnych kompromisów, ale i włączania do niego nowych grup i młodych działaczek. W warunkach inwazji prawicy i zachowawczego centrum była i jest to strategia gwarantująca nie tylko przetrwanie, ale i rosnącą moc. Przyciąganie nowych środowisk kosztem wzajemnych ustępstw buduje siłę; wyostrzanie różnic i eskalacja konfliktów rozbija może jedną z bardziej udanych inicjatyw ruchu kobiecego w Polsce. A my chcemy potężnego Kongresu Kobiet, a nie kobiecego Konwentu św. Katarzyny.

I właśnie dlatego jedna strona musi uznać, że jednak „pracownice są stroną”, a publiczna krytyka to nie zdrada ruchu kobiecego; druga – że jeden międzyludzki fakap i dwie niezręczne wypowiedzi nie przekreślają dorobku wielkiej pluralistycznej imprezy i wszystkich współorganizatorek – naprawdę biegających od rana do wieczora, a nie brylujących w panelach. Widzimy zasadniczą różnicę między filozofią Kongresu, który jest w swoich założeniach – lepiej lub gorzej realizowanych – pluralistyczny, a stanowiskiem, które dąży do zaostrzania różnic i nie widzi szans na siostrzeństwo ponadklasowe. W obecnej sytuacji politycznej musi być nam bliższe to pierwsze podejście.

Autyzm – czy unikniemy katastrofy?

czytaj także

Nauczyliśmy się – no dobra, uczymy się – miarkować język wobec przeciwnej nam strony fundamentalnego polskiego sporu. Wiemy już, że atakując przeciwnika politycznego nie należy upokarzać jego elektoratu, nie uogólniać diagnoz o przepaści między elitami a ludem na całość społeczeństwa, nie przyklejać moralnych i, co gorsza, estetycznych etykiet do wyborów politycznych całych grup ludzkich. Jakoś to idzie, i różne „soki z buraka” to już powoli obciach. Gorzej nam to wychodzi na własnym podwórku.

Czytaliśmy kiedyś Chantal Mouffe i marzyła nam się agoniczna sfera publiczna, w której toczą się spory zasadnicze, ale bez delegitymizacji przeciwnika – tymczasem trudno nam rozegrać napięcia we własnym gronie tak, by nie ścinać sobie głów i nie skazywać na banicję. Może jednak spróbujmy?

Bio

Michał Sutowski

| Publicysta Krytyki Politycznej
Politolog, absolwent Kolegium MISH UW, tłumacz, publicysta. Członek zespołu Krytyki Politycznej oraz Instytutu Studiów Zaawansowanych. Współautor wywiadów-rzek z Agatą Bielik-Robson, Ludwiką Wujec i Agnieszką Graff. Pisze o ekonomii politycznej, nadchodzącej apokalipsie UE i nie tylko. Robi rozmowy. Długie.
Agnieszka Wiśniewska

| Redaktorka naczelna strony KrytykaPolityczna.pl
Redaktorka naczelna strony KrytykaPolityczna.pl, w latach 2009-2015 koordynowała działania Klubów Krytyki Politycznej. Absolwentka polonistyki na UKSW, socjologii na UW i studiów podyplomowych w IBL PAN. Autorka biografii Henryki Krzywonos "Duża Solidarność, mała solidarność" oraz wywiadu-rzeki z Małgorzatą Szumowską "Kino to szkoła przetrwania". Redaktorka książek filmowych w Wydawnictwie Krytyki Politycznej. m.in."Kino polskie 1989-2009. Historia krytyczna", "Polskie kino dokumentalne 1989-2009. Historia polityczna". Współautorka książki "Współpraca. Przewodnik dla dzieci".

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.