Kraj

„Dobra zmiana” w polskim Middletown

Beata Szydło, Andrzej Duda

Czy badani przez zespół Macieja Gduli są rzeczywiście autorytarni? Można w to wątpić.

W latach 20. XX wieku do niewielkiego Muncie w stanie Indiana trafili Robert i Helen Lyndowie. Na podstawie pogłębionych badań społeczności zamieszkującej Muncie stworzyli chyba najbardziej znaną socjologiczną monografię miasta w epoce wielkiej zmiany: Middletown. A Study in Modern American Culture. Obserwując jedną społeczność Lyndowie próbowali zrozumieć współczesną im Amerykę małych miast. Opisując los mieszkańców Middletown, Lyndowie wyróżnili dwie klasy społeczne, których los, postawy i preferencje były skrajnie odmienne – klasy pracującej i biznesmenów.

Neoautorytaryzm, a nie populizm. Skąd się wzięła „dobra zmiana”

Podobne wyzwanie postawili przed sobą Maciej Gdula i współpracownicy, wybierając się do jednego z niewielkich miast Mazowsza. Postanowili wyjaśnić rewolucję „dobrej zmiany” analizując jedno, anonimowe miasto przez pryzmat doświadczeń i przekonań przedstawicieli dwóch klas społecznych: klasy ludowej i klasy średniej. Ich przedsięwzięcie jest jednak skromniejsze niż w wypadku Lyndów, którzy wykonali kompletną antropologiczną pracę terenową, badając źródła zastane, prasę, itp. Zespół Gduli ograniczył się do trzydziestu wywiadów biograficznych z mieszkańcami „Miastka”, uzupełniając je pogłębionymi wywiadami o polityce z tymi samymi osobami.

Czy opierając się na rozmowach z mieszkańcami małego miasta można zrozumieć sukces wyborczy PiS i stosunkowo powszechne w Polsce poparcie dla „dobrej zmiany”? Gdula i współpracownicy dają na to pytanie odpowiedź twierdzącą – dla nich małe miasto to „prawdziwa Polska”. W rzeczywistości jednak w małych miastach mieszka jakieś 10% Polaków (dla porównania: w dużych miastach około 30%, na wsi 40%, w średnich miastach 20%). Dzisiejsza Polska zdecydowanie nie jest krajem małych miast, szczególnie biorąc pod uwagę trendy migracyjne.

Nie znaczy to oczywiście, że małych miast nie warto badać – są one rzeczywiście bastionem poparcia PiS, a badań społecznych dotyczących tych społeczności brakuje.

Wywiady przeprowadzone w Miastku sugerują, że o ile poparcie dla „dobrej zmiany” jest tam stosunkowo powszechne – to zupełnie odmienne są jego przyczyny w klasie ludowej, a inne w małomiasteczkowej klasie średniej. Gdula i współpracownicy zauważają, że np. niechęć do imigrantów jest stosunkowo powszechna w obu grupach, jednak o ile dla klasy średniej sprowadza się ona do wartości i kwestii ideologicznych (muzułmanie postrzegani są jako zagrożenie dla Europy), tak w wypadku klasy ludowej dominuje przekonanie, że imigranci będą Polakom zabierać pracę – ale co najważniejsze: będą „siedzieć na zasiłkach”. W języku psychologii społecznej można by to odnieść do dwóch rodzajów lęku przed imigrantami, jakimi są zagrożenia symboliczne i realistyczne (za typologią Waltera Stephana). Gdula pokazuje, że w Polsce te dwa rodzaje poczucia zagrożenia mają wyraźnie klasowy wymiar. Zdaje się to potwierdzać tezę głoszoną od lat przez Tomasza Warczoka i Tomasza Zaryckiego, że polska klasa średnia, a dokładniej inteligencja, ma pewną obsesję kwestii duchowych i ideologicznych, ignorując kwestie materialne. Dla klas ludowych problemy społeczne są głównie problemami bytowymi.

Podobne różnice zespół Gduli zaobserwował w odniesieniu do programu 500+. Choć jest on oceniany raczej pozytywnie, to największy opór wobec tych świadczeń pojawia się właśnie wśród przedstawicieli klasy ludowej. Dla uboższych mieszkańców Miastka program 500+ to „prezent dla patologii”. Powszechne jest przekonanie, że beneficjenci tego programu przepijają otrzymane środki zamiast wydawać je na utrzymanie swoich rodzin. To w sumie ciekawe, że program mający na celu poprawę sytuacji najuboższych – dla których utrzymanie dzieci stanowi ogromne obciążenie finansowe – jest tak powszechnie przez nich krytykowany.

Wyjaśnieniem tego paradoksu może być specyficzny dysonans, którego doznają tzw. „working poor” (by użyć określenia z modnej przed dekadą książki Davida Shiplera). Osoby takie wykonują bardzo ciężkie, choć nisko opłacane prace. Praca nie daje im więc wystarczającej gratyfikacji finansowej. Pojawienie się programu 500+ tworzy paradoksalną sytuację, w której „working poor” mogą potencjalnie zarabiać tyle samo, co ich niepracujący wielodzietni sąsiedzi. Stąd, poszukując dobrego uzasadnienia dla swojego wysiłku, będą oni w naturalny sposób dyskredytować świadczenia socjalne podobne do programu 500+. Zjawisko to było od lat opisywane przez amerykańskich psychologów politycznych: wskazują oni na paliatywną funkcję podobnych przekonań merytokratycznych, które pozwalają znieść ból wynikający z ciężkiej i źle opłacanej pracy i odnaleźć zadowolenie w swojej trudnej sytuacji dzięki poczuciu pewnej moralnej wyższości nad „nierobami”. Stąd niechęć uboższych mieszkańców Miastka do beneficjentów programu 500+, ale i do uchodźców „żerujących na socjalu”.

Głównym wyjaśnieniem poparcia dla PiS, które formułują Maciej Gdula i współpracownicy w swojej pracy, jest koncepcja „neoautorytaryzmu”. Co jest wskaźnikiem neoautorytaryzmu badanych? Radość z działań skierowanych przeciw dotychczasowym elitom i bezwarunkowe poparcie dla polityki PiS nawet wtedy, gdy kłóci się ona z własnymi poglądami i doświadczeniami. Jest to dość osobliwe, moim zdaniem, rozumienie autorytaryzmu. Autorytaryzm można rozumieć na dwa sposoby: jako formę rządów (przeciwną demokracji) bądź jako ideologię polityczną. W tym drugim rozumieniu osoba autorytarna to człowiek konwencjonalny (przywiązany do tradycji, obyczajów, norm, prawa, zasad), uległy wobec władzy (autorytarne posłuszeństwo) i wrogi odstępcom i osobom nieszanującym zasad (autorytarna agresja). Pierwsze badania tego zjawiska prowadził w latach 40. w Stanach Zjednoczonych zespół Theodora Adorno próbując poszukiwać osobowościowych źródeł poparcia dla faszyzmu.

Gdula w „GW”: Kaczyński buduje neoautorytaryzm

Czy badani przez zespół Gduli są rzeczywiście autorytarni? Można w to wątpić. Nienawiść wobec elit, niechęć do prawa i prawodawców, w końcu zgoła anarchistyczna potrzeba „rozwalenia tego wszystkiego”. Są to odczucia bardzo dalekie od autorytaryzmu. Co więcej, badania przeprowadzone w naszym zespole wskazują, że osoby autorytarne potępiają antyimigrancką mowę nienawiści częściej niż liberałowie. Osoba autorytarna nie znosi bowiem chaosu, nieporządku, ale też przemocy. Na tą ostatnią – zdaniem autorytarysty – monopol ma mieć policja i instytucje państwa. Niedawne analizy Polskiego Sondażu Uprzedzeń przeprowadzone przez Mikołaja Winiewskiego i Dominikę Bulską wskazują, że Polacy o poglądach autorytarnych są największymi przeciwnikami przemocy wobec obcokrajowców i imigrantów. Jednocześnie zaś dają największe przyzwolenie na przemoc państwa. Dla nich państwo uginające się przed chuliganami z Marszu Niepodległości jest państwem słabym i nie spełniającym swojej funkcji. Oczywiście można przyjąć, że neoautorytaryzm to nie to samo co autorytaryzm – jednak myślę, że stosowanie nieostrych pojęć raczej nie przybliży nas do wyjaśnienia „dobrej zmiany”. Tym bardziej, że niedawne badania porównawcze francuskiego instytutu Fondapol wskazują, że poparcie dla autorytarnej władzy, która nie przejmowałaby się parlamentem i wynikami wyborów, jest w Polsce najniższe w całym regionie (Polacy okazują się mniej autorytarni od Bułgarów, Litwinów, ale też Czechów i Chorwatów), a nawet niższy niż średnia europejska. Trudno więc w autorytaryzmie właśnie doszukiwać się przyczyn tak gremialnego poparcia Polaków dla „dobrej zmiany”.

Istnieje jedna kategoria przyczyn poparcia „dobrej zmiany”, którą zespół Gduli wyraźnie dyskredytuje. Są to wyjaśnienia ekonomiczne. Badacze piszą, że „sytuacja gospodarcza przez ostatnią dekadę wyraźnie się poprawiała i to nie tylko wtedy, gdy mierzy się ją wzrostem PKB, lecz także gdy uwzględni się inne wskaźniki, jak wzrost płac realnych czy zagrożenie bezrobociem”. Ludzkie doświadczenia sytuacji ekonomicznej nie są jednak sprowadzalne do obiektywnych wskaźników PKB czy stopy bezrobocia. Warto przywołać tu analizy Jamesa Daviesa z lat 60., który próbował wyjaśnić, w jakich sytuacjach historycznych dochodziło do rewolucji. Zauważył on, że rewolucje wybuchają wtedy, gdy przez dłuższy czas ludziom dynamicznie poprawiała się stopa życia, jednak w którymś momencie poprawa się zatrzymała. Sytuacja wcale nie musi ulec pogorszeniu – jednak aspiracje rosną proporcjonalnie do wcześniejszej koniunktury. Davies nazwał to „krzywą J” politycznych przewrotów.

Podobnie sytuacja wyglądała w Polsce. Po akcesji do Unii Europejskiej sytuacja gospodarcza wyraźnie poprawiała się z roku na rok. Widoczne było to nie tylko w stopie życia, ale również (a pewnie głównie) w rozwoju infrastruktury, usług publicznych, itp. Po okresie dynamicznego rozwoju w pierwszej dekadzie XXI wieku około roku 2012 następuje stagnacja, co widać choćby w dynamice wzrostu PKB w tamtym czasie. To początek potrzeby rewolucyjnej zmiany. Czasy po dojściu do władzy PiS to znów okres dobrej koniunktury, co zresztą nowy rząd skwapliwie wykorzystał wprowadzając świadczenia socjalne na nieznaną wcześniej skalę. Obecna koniunktura raczej nie daje nadziei na rychłą antypisowską rewolucję. Możliwe jednak, że dynamicznie rozwijające się aspiracje Polaków w którymś momencie znów zderzą się z relatywnym spowolnieniem gospodarczym. Wtedy zaś ten, kto wykorzysta resentymenty klas ludowych i trafi w wartości klas średnich (trafnie opisane przez zespół Gduli), może trwale zastąpić „dobrą zmianę”, o ile tylko jego rządy przypadną na czas dobrej koniunktury gospodarczej.

**

Tekst powstał w ramach seminarium wokół raportu Dobra zmiana w Miastku

Neoautorytaryzm, a nie populizm. Skąd się wzięła „dobra zmiana”

Gdula-Nowy-autorytaryzm (1)Raport Dobra zmiana w Miastku. Neoautorytaryzm w polskiej polityce z perspektywy małego miasta został opracowany przez Macieja Gdulę przy współpracy Katarzyny Dębskiej i Kamila Trepki. Sfinansowano ze środków Fundacji im. Friedricha Eberta.

Recepty polityczne dla lewicy, jakie wynikają z raportu, będą przedmiotem książki Macieja Gduli Neoautorytaryzm, która ukaże się na początku przyszłego roku nakładem Krytyki Politycznej.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.

Komentarze archiwalne

  1. @krzywa j, czyli o aspiracjach rosnących szybciej niż gospodarka
    1. Rządy PO wprowadziły sporo „kryzysowych” regulacji pogarszających warunki pracy: deregulację zawodów, przymus habilitacji, uealastycznienie rynku pracy wspominając kilka.
    2. Przedkryzysowa poprawa też nie jest taka do końca pewna, skoro np. takie kosztowne zabawki jak samochody przestały być dobrem luksusowym, a zaczęły być dobrem koniecznym do możliwości partycypacji społecznej (co swoją drogą wyjaśnia trochę poparcie dla szyszkizmów).

    Co do głównego przesłania artykułu oczywiście zgoda.

  2. Wydaje mi się, że nie ma sensu badać pod mikroskopem elektronowym zjawisk, które widać gołym okiem, a brutalna prawda jest taka, że nie tyle PiS wygrał, co PO przegrała i się w jakimś stopniu rozleciała, nawet na tym najbardziej podstawowym poziomie pracy partyjnej, PR-u, pracy w kampanii mogliśmy obserwować jakiś dramat, coś próbował robić Michał Kamiński, ale było to niespójne, na zasadzie zrywów.
    Mając świadomość, że na PO swego czasu głosowało ponad 40 procent wyborców, a PiS wygrał wybory z wynikiem 38 nie ma sensu tego sporu rozpatrywać w kategoriach klasowych, owszem PO ma więcej wyborców w dużych miastach, być może pewną nadreprezentację klasy średniej, przedsiębiorców, ale w swoich złotych latach PO uzyskiwała dobre wyniki na terenach i w grupach wyborców, gdzie zdaniem Krytyki Politycznej jako neoliberałowie nie powinni mieć szans.
    O sukcesie PiS zdecydowała dobra kampania, mądry plan połączenia kampanii prezydenckiej z parlamentarną, gdzie sukces Dudy dodał skrzydeł PiS, natomiast PO totalnie nie potrafiła się odnaleźć i nie miała czasu na przetrawienie szoku, jakim była porażka Komorowskiego – stało się coś co kilka tygodni wcześniej nie było w ogóle brane pod uwagę.
    Dajcie mi budżet i ludzi, a za dwa lata PiS nie będzie już rządził – tak powiedziałby mój znajomy PR-owiec, który przeprowadził nie jedną medialną nagonkę.

    1. Masz rację, trochę dziwią badania nad wynikiem wyborczym PiSu, tak jakby stało się coś niespotykanego. Z tej perspektywy bardziej uzasadnionym byłoby zbadanie samych badaczy! Jeśli miałbym coś dodać do głównego tematu (badań Gduli), to uważam że utrzymujące się (a nawet wzrastające) poparcie dla PiS wynika również z tego, że partia może się pochwalić dużą skutecznością i w miarę czystą linią polityczną – cechą, która również imponuje wielu Polakom i jest jakże rzadka nad Wisłą.

      1. Przecież nawet w latach gdy PiS przegrywał wybory to miał cały czas dobre wyniki i z różnych kolejnych sondaży, wyborów wynika mniej więcej, że mocny elektorat tej partii, może nie cały jest twardy wynosi ponad 30 procent – jeśli dodamy do tego te kilka punktów procentowych zdobytych podczas kampanii, za sprawą 500 plus, wziętych z pewnego rozpędu po wygranych wyborach prezydenckich Dudy, zmęczenie rządami PO, które było dość powszechne nawet wśród elektoratu tej partii, to mamy po prostu porażkę.
        Natomiast z tego autorzy Krytyki Politycznej wysuwają absurdalny wniosek, że jedynie mocny skręt w lewo pozbawi PiS władzy, jest to o tyle groźne, że poparcie ze strony tych, którym się w Polsce udało mimo wszystko trzyma jeszcze opozycję na powierzchni.
        Jestem oczywiście zdania, że PO przydałaby korekta programowa i jednym z największych błędów było trzymanie Hanny Gronkiewicz Waltz i nie przecięcie spraw reprywatyzacji 2 lata temu pod hasłem – spierdoliliśmy – wybaczcie, składamy do sejmu projekt ustawy, która radykalnie ogranicza zasady reprywatyzacji, likwiduje rynek wtórny roszczeń, określa górny limity o które można występować choćby do 500 tysięcy złotych i zamyka reprywatyzację mienia dla kleru.
        Dwa jak większość osób uważałem, że liderem i nowym szefem PO powinien był zostać Rafał Trzaskowski – co prawda nie jest to polityk idealny, ale przynajmniej młody, dobrze wyglądający, który powinien przejść szybkie kursy medialne, polityczne i przez te lata dojrzeć do roli lidera formacji. Wybór pozbawionego charyzmy Schetyny jest jakimś przykładem samobójstwa.
        Wydaje mi się, że taki kilku punktowy program dla opozycji, w tym głównie PO i realizacja pewnej pracy minimum, dałby już jakiś skutek, a tymczasem przez 2 lata opozycja wykonała pracę ujemną, żaden z liderów nie ma jakiejś wizji docelowej swojej partii i środowiska.
        Nie wiem może niech ogłoszą otwarty konkurs – jak będą atrakcyjne nagrody to napiszę.^_^

  3. „niedawne badania (…) wskazują, że poparcie dla autorytarnej władzy (…) jest w Polsce najniższe w całym regionie”
    inne badania wskazują na wyjątkowo wysokie poparcie dla UE; szereg statystyk dotyczących przemocy wobec kobiet, antysemityzmu, tolerancji, etc… etc… wskazuje zupełnie inny obraz Polski, Polaków (a nawet obecnej władzy) niż się w wielu – w tym KP – mediach przedstawia.
    Logicznie nasuwają się dwie możliwe odpowiedzi:
    – albo te wszystkie badania są do chrzanu (względnie, ostatnio to też w niektórych kręgach modne) – Polacy w badaniach celowo oszukują
    – albo ten obraz (i jego malarze) są do bani

    To fascynujące, że o ile pierwsza opcja jest odmieniana na wszelkie możliwe sposoby, to drugiej nikt zdaje się nawet (chociażby po to by po głębokiej analizie odrzucić jako błędną) brać pod uwagę 😉

    btw.”Osoba autorytarna nie znosi bowiem chaosu, nieporządku, ale też przemocy. Na tą ostatnią – zdaniem autorytarysty – monopol ma mieć policja i instytucje państwa.” serio? chęć „sprywatyzowania” i wolnego dostępu do przemocy ma być wyróżnikiem nieautorytarysty? Nie spodziewałbym się, że na KP znajdę ideowego brata najbardziej sobiepańskich sarmatów z XVIII wieku.

    1. @Jakub
      ‚Logicznie nasuwają się dwie możliwe odpowiedzi’

      Jest i trzecia – Polacy nie mają żadnych problemów z łączeniem sprzecznych poglądów, zasad etc. Mój ulubiony przykład to konserwatywni znajomi (jeden to zwolennik PiSu, brat księdza) którzy oglądali sobie porno z przerwą na pójście do kościoła (była akurat niedziela). Polak chce żeby było dobrze, żeby politycy dobrze rządzili i nie zawracali mu głowy głupotami (a więc ogólnie poparcie dla rządów silnej ręki), ale jednocześnie chce aby politycy słuchali go i robili co on chce (czyli rządy silnej ręki powinny robić to co chce obywatel a nie posiadacz silnej ręki). Że to w zasadzie niemożliwe? To nie powód aby nie mieć takich poglądów… Kwintesencją takiego podejścia były sondaże gdzie najwięcej Polaków popierało pomysł aby rządziła koalicja wszystkich istniejących partii.

      Bo Polak nie ma poglądów politycznych. Polak chce żeby było dobrze.

      1. Bez przesady, powyższy opis i pewna… elastyczność… odpowiada wszystkim oprócz świętych i fanatyków.
        Zresztą nie mówiłem o deklaracjach… no chyba, że jesteśmy narodem autorytarystów, antysemitów, mizoginów i Bóg raczy wiedzieć czego jeszcze… „bezobjawowych”…
        fakt, tego nie wziąłem pod uwagę 😉

      2. Porno i kosciol, nie widze nic sprzecznego. Moze gosc sie potem wyspowiadal? A moze spotkal z ksiedzem i popijali sobie winko.

  4. +++
    Dziekuję za artykuł, dla mnie sporo nowego o niektórych procesach społecznych i ich dynamice. Może na poziomie intuicyjnym czułem w czym rzecz w przejęciu władzy przez PiS lecz ten tekst daje pewną podbudowę naukową w wyjaśnienie zaistniałych procesów. I podobnie jak Pan Bilewicz, czytając raport Pana Gduli, miałem wrażenie że niedoceniany jest czynnik ekonomiczny jako element sprawczy reorientacji wyborców. Przecież zawsze chodzi o „kiełbasę i wędlinę” i… aspiracje by w końcu zjeść cienko krojoną szynkę serrano.

  5. „[…] Istnieje jedna kategoria przyczyn poparcia „dobrej zmiany”, którą zespół Gduli wyraźnie dyskredytuje. Są to wyjaśnienia ekonomiczne. Badacze piszą, że „sytuacja gospodarcza przez ostatnią dekadę wyraźnie się poprawiała i […]”

    .
    Typowe. Generalnie lewica nawet nie rozumie, że jest obiektem manipulacji w tym zakresie.

  6. Tak myślę, że w przypadku polskiej kultury akurat brak poszanowania norm/zasad/prawa jest przywiązaniem do tradycji i obyczajów. Swawola i sobiepaństwo są powszechnie widoczne w życiu codziennym.

    Nienawiść wobec elit w Polsce nie jest też w sprzeczności z posłuszeństwem wobec władzy. Tchórzostwo również jest powszechnym zjawiskiem do zaobserwowania w życiu codziennym.

    Agresja wobec niestosujących zasad jest normą- zasady są rozumiane jako „nasze zasady” a nie prawo/przepisy. Wystarczy popatrzeć na język jakim posługują się Polacy przy konflikcie.

    Więc właściwie to jest autorytaryzm. W polskim wydaniu, ale jest.

    1. To akurat nazywamy orientacją na dominację społeczną, nie autorytaryzmem. Marzenie by „nasi” byli na szczycie i poniżyli tych drugich. Marzenie by zdobywając władzę nie musieć się przejmować jakimikolwiek normami, zasadami i konwencjami. Marzenie o świecie pełnym przemocy, w którym nikt nie może czuć się pewnie i bezpiecznie, bo zawsze rano może wkroczyć CBA by wymierzyć sprawiedliwość kolejnym „zdrajcom”. Ten rodzaj przekonań wyrasta z darwinizmu społecznego, głębokiego poczucia, że silniejsi mają rację a słabsi powinni zginąć bądź się dostosować.