UE

Chrześcijańskie Węgry wstały z kolan? To bzdura

Jaroslaw-kaczynski-Victor-Orban

Retoryka Orbana odnosząca się do suwerenności i chrześcijaństwa to czysta fikcja. W rzeczywistości pod jego rządami Węgry tracą pod względem gospodarczym do krajów regionu i są jednym z najbardziej uzależnionych od kapitału zagranicznego krajów w Europie. Za to poziomem laicyzacji Węgry przypominają raczej Europę Zachodnią.

Viktor Orban przed Parlamentem Europejskim nie przepuścił okazji, by zaprezentować tradycyjny zbiór haseł, z którymi się obnosi przy każdej możliwej okazji. Jego wystąpienie można streścić w jednym zdaniu – wybijający się na suwerenność naród węgierski jest szykanowany przez zlaicyzowaną Europę za to, że stoi na straży cywilizacji chrześcijańskiej.

Dwa bratanki w oślej ławce

Ten przekaz niezwykle trafia nie tylko do wyborców Fideszu, lecz także do dużej części prawicy zarówno w Polsce, jak i generalnie w Europie. Polska prawica traktuje Orbana wręcz jak wyrocznię. Według nich Orban to przywódca, który przywrócił Węgrom suwerenność i godność, a sami Węgrzy to nasz bratni naród, z którymi będziemy chrystianizować Europę. Przed nadejściem Orbana Węgry stanowiły kolonię, jednak od 2010 roku zaczęło się to zmieniać i Węgry pod jego przywództwem odzyskują niepodległość, szczególnie w ekonomicznym i geopolitycznym wymiarze. Dodatkowo rzekomo niezwykle religijni Węgrzy to nasi bliscy bracia kulturowi, z którymi przeciwstawimy się islamizacji i laicyzacji.

Główny problem z tą opowieścią jest taki, że jest ona od początku do końca wyssana z palca. Jeśli Węgry przed nadejściem Orbana były kolonią, to jego rządy tylko ten stan utwierdziły. A sami Węgrzy nie są ani trochę bardziej chrześcijańscy niż zachodni Europejczycy.

Węgierska montownia

Według powszechnie głoszonej teorii, Viktor Orban przeciwstawił się zagranicznemu kapitałowi, który kolonizował Węgry. Trudno o większą bujdę.

Podstawowym instrumentem polityki przemysłowej prowadzonej przez Fidesz są ulgi podatkowe dla zagranicznych koncernów, głównie motoryzacyjnych. Przykładowo za budowę nowego zakładu Audi w Gyor Węgry nie tylko udzieliły koncernowi ulgi wartej 41 mln euro, ale jeszcze wyremontowały tamtejsze lotnisko. Do budowy fabryki opon koncernu Apollo, mającego zatrudnić tysiąc osób, rząd Węgier dołożył się kwotą 96 mln euro, którą uzyskał oczywiście od… nielubianej Unii Europejskiej.

Verhofstadt: Unia Europejska musi przestać finansować nieliberalne rządy

Rozdawane lekką ręką ulgi podatkowe rzeczywiście przyciągają kapitał, to jednak sprawia, że Węgry są najbardziej uzależnionym od kapitału zagranicznego krajem w regionie. Bezpośrednie inwestycje zagraniczne w 2017 roku odpowiadały 67 procentom węgierskiego PKB. W dwa razy mniejszej Słowacji stanowiły one jedynie 57 proc. PKB, a w Polsce 45 proc. Węgierskie inwestycje są też najbardziej w Europie uzależnione od środków europejskich – w zakończonej perspektywie budżetowej 2007-2013 fundusze unijne odpowiadały za 57 proc. inwestycji publicznych. To najwyższy wynik w Europie (w szóstej Polsce odpowiadały za ok. 40 proc.). Bardziej wyszukane instrumenty polityki przemysłowej, takie jak Funding for Growth Scheme, mające w zamierzeniu wspierać rodzime przedsiębiorstwa, spaliły na panewce.

Można oczywiście twierdzić, że Węgry szeroko otwierają się na kapitał zagraniczny, by zwiększyć potencjał swojej gospodarki. Inwestycje zagraniczne wysokiej jakości zwiększą węgierska produktywność, dzięki czemu szybciej dogonią Zachód niż inne kraje regionu. Problem w tym, że nic takiego się nie dzieje, a pod rządami Orbana Węgry jeszcze tracą do swoich sąsiadów.

Sierakowski: Nowy podział w Europie – prawica vs prawica populistyczna

W 2010 roku, czyli gdy Orban dochodził do władzy, produktywność węgierskiego pracownika stanowiła 73 proc. średniej unijnej, czeskiego 77 proc., a polskiego 70 proc. W 2017 roku produktywność Węgra stanowiła już jedynie 68 proc. średniej unijnej, czeskiego 81 proc., a polskiego 76 proc.

W 2010 roku PKB na głowę na Węgrzech stanowiło 65 proc. średniej unijnej, w Polsce 62 proc., a w Czechach 83 proc. Obecnie poziom rozwoju Węgier to 68 proc. średniej unijnej, Polski to już 70 proc., a Czech 89 proc. A więc w obu tych kluczowych wskaźnikach Węgry wylądowały za nami i wyraźnie straciły do Czech. Jedyne, co w latach 2010-2017 Orbanowi wyszło, to ograniczenie dług publicznego z 80 proc. do 74 proc. PKB. Tyle że w Polsce również on spadł z 53 do 51 proc. PKB, a w Czechach z 37 do 35 proc. Węgry nadal są więc zdecydowanie najbardziej zadłużonym krajem Grupy Wyszehradzkiej.

Dobrobyt? Nie na Węgrzech

A jak wygląda ekonomiczno-społeczna sytuacja węgierskich obywateli? Orban wiele mówi o węgierskich rodzinach, wprowadził też sporo zmian w systemie ekonomiczno-społecznym. Między innymi niski liniowy PIT na poziomie 15 proc. Problem w tym, że w zamian podwyższył on VAT do absurdalnego poziomu 27 proc. (najwyższego w Europie), a także ograniczył wiele świadczeń socjalnych. Polityka niskich i liniowych podatków dochodowych w połączeniu z wysokimi podatkami pośrednimi i cięciami socjalnymi to oczywiście gotowa recepta na eksplozję nierówności.

Co też dokładnie miało miejsce – w 2010 r. wskaźnik Giniego wynosił na Węgrzech 24,1 i był jednym z najniższych w Europie. Obecnie Gini na Węgrzech wynosi 28,1 i jest już niemal na poziomie Polski (nad Wisłą spadł on w tym czasie z 31,1 do 29,2). W 2010 roku odsetek osób zagrożonych ubóstwem lub wykluczeniem ekonomicznym na Węgrzech i w Polsce był na bardzo podobnym poziomie (odpowiednio 30 proc. i 28 proc.). W 2017 roku wciąż aż 26 proc. Węgrów jest zagrożonych ubóstwem, co jest zdecydowanie najgorszym wynikiem wśród krajów V4. W Polsce w tym czasie wskaźnik ten spadł do 19 proc., na Słowacji wynosi 18 proc., a w Czechach 12 proc.

Nowe węgierskie podręczniki uczą dokładnie tego, czego nie chcecie uczyć swoich dzieci

To może chociaż zarobki klasy średniej na Węgrzech się poprawiły? Niestety także tutaj rządy Orbana nie mają się czym pochwalić i węgierska klasa średnia traci do krajów sąsiednich. Średni godzinowy koszt pracy w 2008 roku wynosiły na Węgrzech 7,8 euro i był wyższy od polskiego (7,6 euro). W 2017 roku przeciętna godzina pracy nad Wisłą kosztowała już 9,4 euro, a na Węgrzech 9,1 euro. Według parytetu siły nabywczej (PSN) na Węgrzech wygląda to jeszcze gorzej. W 2010 roku przeciętny Węgier zarabiał rocznie netto równowartość 9,6 tys. euro, a Polak 10,9 tys. euro. W 2015 roku Węgier zarabiał równowartość 11,7 tys. euro, Polak 15,1 tys. euro, Czech 14,1 tys. euro, a Słowak 12,3 tys. euro.

Oczywiście przewaga Polaków w tym zestawieniu wynika przede wszystkim z faktu, że przepracowujemy najwięcej godzin rocznie z krajów V4, więc przekłada się to na większe roczne zarobki. Nie zmienia to faktu, że pod rządami Orbana Węgry relatywnie tracą do nas pod względem uśrednionych dochodów i to w szybkim tempie.

Węgierski rząd ogłosił zwycięstwo w walce z ubóstwem dzieci

Laicyzacja znad Dunaju

Jak widać trudno pojąć, dlaczego polska prawica traktuje Orbana jako skutecznego przywódcę z perspektywy suwerenności ekonomicznej czy dobrobytu obywateli. Równie idiotyczne są koncepcje, według których Węgrzy mieliby się stać naszymi sojusznikami w naszej krucjacie religijnej przeciw zlaicyzowanej Europie.

Węgrzy są tak samo zlaicyzowani jak Europa Zachodnia. Według Eurobarometru 2012, 22 proc. Węgrów zadeklarowało się jako ateiści lub agnostycy. W Belgii takich osób było 23 proc., w Danii 25 proc., a w Niemczech 27 proc. Polska pod tym względem przypomina południową Europę, nie Węgry. W Polsce agnostyków lub ateistów według tego badania było tylko 5 proc., we Włoszech 6 proc., w Portugalii 7 proc., a w Grecji zaledwie 3 proc.

Węgrzy mają też jeden z najwyższych w Europie wskaźników aborcji. Dokonywanych jest tam 340 aborcji na tysiąc urodzeń, czyli dużo więcej niż w zdegenerowanej podobno Francji (268) czy w Niemczech (135). Nawet w Szwecji (334) odbywa się mniej aborcji rocznie niż na Węgrzech. Trudno też powiedzieć, żeby Węgrzy byli bardziej przywiązani do instytucji małżeństwa. Na Węgrzech 47 proc. dzieci rodzi się poza małżeństwem, czyli więcej niż przeciętnie w UE (43 proc.). Tymczasem w Niemczech pozamałżeńskich urodzeń jest tylko 35 proc., a we Włoszech zaledwie 28 proc. Tutaj także najbardziej przypominamy Włochy (w Polsce co czwarte dziecko przychodzi na świat poza małżeństwem), a nie Węgry.

Doprawdy trudno powiedzieć, dlaczego polska prawica wybrała sobie akurat Orbana na swojego idola. Efekty jego rządów są mizerne – Węgry tracą do sąsiadów pod względem gospodarczym, a uzależnienie od kapitał zagranicznego ani trochę się nie zmniejsza, jeśli nie zwiększa.

O tym, że długoterminowe interesy geopolityczne Polski i Węgier nie są zbieżne, nawet nie warto już przypominać. Węgrzy są też bardzo średnim kandydatem na sojusznika w krucjacie kulturowej. Nie są co prawda tak zlaicyzowani jak Czesi, ale chrystianizowanie Europy dla przeciętnego Węgra również wydałoby się pomysłem z kosmosu.

Polskie interesy geopolityczne łączą nas raczej z krajami nordyckimi, a religijnością i familiaryzmem przypominamy kraje południowej Europy, szczególnie Włochów. Z Węgrami nie łączy nas nic, a Orban nie jest żadnym wzorem do naśladowania.

Ágnes Heller o Orbánie: To nie populista, tylko tyran

I do szabli, i do szklanki, i do antysemityzmu, i do illiberalizmu

**
Piotr Wójcik – Publicysta ekonomiczny. Współpracownik kwartalnika Nowy Obywatel. Wcześniej związany z Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego, kwartalnikiem Pressje i portalem Jagielloński24. Zainteresowania: rynek pracy, podatki, polityka społeczna, polityka przemysłowa, kolonializm

Bio

Piotr Wójcik

| Publicysta ekonomiczny
Publicysta ekonomiczny. Komentator i współpracownik Krytyki Politycznej. Stale współpracuje z „Nowym Obywatelem”, „Przewodnikiem Katolickim” i REO.pl. Publikuje lub publikował m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, magazynie „Dziennika Gazety Prawnej”, dziale opinii Gazety.pl i „Gazecie Polskiej Codziennie”.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.