Teatr

Policja? Proszę przyjechać do teatru!

prawicowa-prasa-klatwa

Czy figura papieża na teatralnej scenie jest „przedmiotem czci religijnej” w rozumieniu Kodeksu karnego?

Stwierdzenie, że Klątwa Oliviera Frjilcia sprowokowała żywe kontrowersje, byłoby eufemizmem. Zaraz po premierze w mediach tradycyjnych i społecznościowych wybuchła burza. Recenzje i fragmenty nagrań wideo ze spektaklu wywołały oburzenie różnych kręgów (mniej lub bardziej związanych z Kościołem rzymskokatolickim i polityczną prawicą). Spróbujmy przyjrzeć się tu głównym pojawiającym się zarzutom i żądaniom wobec sztuki oraz ich prawomocności.

Zarzuty da się właściwie pogrupować w cztery grupy:

1. Spektakl obraża uczucia religijne chrześcijan (szczególnie katolików) oraz nawołuje do mordu na Jarosławie Kaczyńskim i jako taki narusza polski kodeks karny.

2. Spektakl jest wulgarnym, pozbawionym wartości artystycznej atakiem na katolików, jako taki jest wyłącznie przejawem zdziczenia teatru i debaty publicznej w Polsce.

3. Spektakl jest tanią, koniunkturalną prowokacją, niemającą nic wspólnego ze sztuką. Jest to wyłącznie polityczna gra, środowiskowo-towarzyska autopromocja twórców.

4. Gdyby spektakl był prawdziwie odważny, zaatakowałby symbole religijne muzułmanów albo wyznawców judaizmu. Atakując chrześcijan porusza się w ramach politycznej poprawności i nic tak naprawdę nie ryzykuje.

Jak widać, zarzuty te operują w różnych porządkach: prawno-karnym, normatywnym (związanym z normami, jakimi wysuwający je chcieliby regulować kształt debaty publicznej w Polsce), artystycznym (ocena jakości dzieła), wreszcie odnoszącym się do oceny motywacji twórców (zarzuty koniunkturalizmu, złej woli itd.).

Teatr, który nie strąca

Co jest przedmiotem kultu

Zacznijmy od zarzutów wobec spektaklu i najpoważniejszego z nich: złamania prawa. Prokuratura wszczęła już z urzędu śledztwo w tej sprawie, złożenie zawiadomień zapowiadali także poseł Tarczyński z PiS i Roman Giertych.

Chodzi o dwa artykuły kk. Pierwszy z nich, art. 196, brzmi następująco:

Kto obraża uczucia religijne innych osób, znieważając publicznie przedmiot czci religijnej lub miejsce przeznaczone do publicznego wykonywania obrzędów religijnych, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2.

Pojawia się tu bardzo ważne pytanie: co jest w zasadzie „przedmiotem czci religijnej” w rozumieniu tego artykułu? Czy jest nim figura papieża na teatralnej scenie? Krzyże, którymi posługują się aktorzy?

Jan Paweł II faktycznie został przez Kościół katolicki uznany świętym, może być więc dla wiernych tego obrządku obiektem religijnego kultu. Ale czy to czyni każdy wizerunek Jana Pawła II (i każdego innego świętego) obiektem kultu w rozumieniu kodeksu karnego? To samo dotyczy krzyża. Czy każdy krzyż jest obiektem kultu religijnego? Przecież symbol ten wielokrotnie używany był w innych kontekstach. Po stłumieniu powstania styczniowego postępowe Europejki (w tym jedna z córek Marksa) nosiły żelazne, czarne krzyżyki jako wyraz solidarności z polską sprawą, zupełnie poza religijnymi odniesieniami tego symbolu.

Drugi zarzut dotyczy art. 255 par. 2: kto publicznie nawołuje do popełnienia zbrodni, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3. Tu mamy do czynienia z zupełnym nieporozumieniem. Rzekome „zbieranie pieniędzy na zabójcę Kaczyńskiego” to czysta dziennikarska (nomen omen) kaczka. W tej scenie ani się to nie dzieje, ani nie o Kaczyńskiego w nim chodzi – a o gorzką, prześmiewczą refleksje nad konformizmem widzów, teatru, jego twórców, o badanie granic wolności w sztuce.

Teatr dzikich

Nawet jeśli spektakl nie łamie prawa, pozostaje pytanie o to, czy jest on miejscem do atakowania religijnych symboli. W tym kierunku idą zarzuty podsumowane w punkcie 2, mówiące o zdziczeniu teatru Chorwata. W tą stronę, przed zobaczeniem spektaklu, po przeczytaniu recenzji z tych łamów (gdzie tak naprawdę bardzo niewiele ujawniam, co się właściwie dzieje w sztuce) poszedł Piotr Zaremba. Na łamach wPolityce porównał spektakl z Powszechnego do „małp w zoo przedrzeźniających gapiów”, nazywając go „doraźnym mordobiciem przebranym za sztukę”.

W podobne tony uderzał naczelny „Do Rzeczy” Paweł Lisicki „To forma pseudosztuki, gdzie bardzo istotnym elementem jest urażenie tych, którzy ją zobaczą. To obrzydliwe” – mówił w TVP.

„Klątwa” – ta sztuka to koszmar dobrej zmiany

Problem z tymi wypowiedziami polega na tym, że opierają się one na ocenie wyrwanych z kontekstu scen. Tymczasem właściwy sens każdej sceny, jej emocjonalne tony i intelektualne kontury odsłaniają się dopiero w zestawieniu z poprzednimi i następnymi. Jak na łamach „Dwutygodnika” pisze Paweł Soszyński:

Klątwa zachwyca zniuansowaną konstrukcją, precyzją narracji, trzyma mocno i kieruje emocjami widzów i to wbrew pozorom forma, która dla Frljicia nie jest istotna, a w każdym razie ma ustępować treści, sprawia, że mamy do czynienia z jednym z najlepszych przedstawień teatralnych ostatnich (wielu) lat.

Widziane w kontekście szerszej konstrukcji sceny podejmujące różne działania z katolickimi symbolami otwierają się na wieloznaczne znaczenia, niekoniecznie prowokacyjne czy wymierzone w katolików, religię, czy nawet Kościół. W spektaklu dostaje się zresztą także reżyserowi, dramaturgom, widowni, środowisko teatralnemu.

Nie zapominajmy też, że wulgarność, obscena, przekroczenie są narzędziami sztuki od dawna, jeśli nie od zawsze. Spektakle, książki, filmy, oskarżane o to samo, co dziś Klątwa, stanowią obecnie kanon kultury. Dzieła dostawały się do niego często przez usłaną cierniami drogę kontrowersji, protestów, a nawet zamieszek ulicznych. Złoty wiek Buñuela to dziś klasyka kina. Gdy w 1930 roku miał premierę w Paryżu, przedstawiciele Ligii Patriotów podczas jednego seansu rzucili kałamarzem w ekran (!) i zaczęli bić obecną w kinie publiczność. Skandal wywołał obraz Jezusa, który w filmie okazuje się być jednym z libertynów ze 120 dni Sodomy, biorącym udział w wymyślnej sadycznej orgii.

Nie zapominajmy, że wulgarność, obscena, przekroczenie są narzędziami sztuki od dawna, jeśli nie od zawsze.

Nie twierdzę, że ataki na Klątwę dowodzą jej miejsca w kanonie. O tym miejscu rozstrzygają dekady, nie tygodnie po premierze. Ale czytając to, co o tym spektaklu pisze prawica, zarzucając mu najgorsze zdziczenie, warto pamiętać, że w podobnym tonie wcześniej pisano o Buñuelu, Pasolinim, Bernhardzie itd.

Tania prowokacja?

Zarzut nr 3 twierdzi jednak, że zdziczała sztuka ma jedynie na celu sprowokowanie strony katolickiej, szarganie jej świętości. Ma być w dodatku tania i obliczona na promocję twórców. W te tony uderzał w swojej facebookowej recenzji spektaklu krytyk muzyczny Grzegorz Brzozowicz. Czy jednak faktycznie prowokacja, jaką może być Klątwa, jest „tania” w IV RP?

Sprawą już zajęła się prokuratura, na artystów i teatr wylały się pomyje hejtu. Pod teatrem gromadzą się narodowcy. Bliska obecnej władzy, związana z prawicowymi tytułami krytyczka teatralna Elżbieta Morawiec, nawołuje na łamach portalu Niezależna.pl, by grających w spektaklu aktorów „spotkała taka sama infamia” jak aktorów grających w kręconej w Polsce 1941 roku hitlerowskiej gadzinówce Powrót do ojczyzny.

Do tej pory odważna gra z religijnymi symbolami raczej nikomu nie pomogła w artystycznej karierze w Polsce. Artyści i instytucje z pola sztuki testowały to na sobie najbardziej boleśnie. Przypadki ataków na papieską rzeźbę Maurizio Cattelana w Zachęcie czy proces Doroty Nieznalskiej nauczyły aktorów pola sztuki daleko posuniętej ostrożności w tym temacie.

Ta autocenzura była obecna także w innych polach. Spektakl diagnozuje ją, a przy tym sam bada swoje uwarunkowania. Jest nie tyle, a przynajmniej nie tylko prowokacją, co medytacją nad warunkami możliwości prowokacji i transgresji w Polsce dziś.

Jakimiak: Zamykanie ust artystom jest niebezpieczne

Czy Polska leży na Bliskim Wschodzie?

Za zarzutem nr 3 podąża 4: twórcy są tak koniunkturalni, że obrażają chrześcijaństwo, rzekomo zewsząd atakowane, a nie mieliby odwagi zrobić czegoś podobnego z religijnymi symbolami judaizmu czy islamu. W tym tonie wypowiada się rzesza anonimowych internautów, ale także postaci publiczne, jak znana ze Smoleńska aktorka Dominika Figurska.

Zarzut ten wydaje się szczególnie mało trafny. Prowokacje w sztuce mają sens wtedy, gdy skierowane są przeciw różnym ośrodkom władzy. W Europie od dawna teatr, czy szerzej, sztuka jest miejscem, gdzie społeczeństwo rzuca wyzwaniem swoim władcom, przedrzeźnia ich, wykpiwa ich pretensje. Kościół katolicki jest dziś w Polsce częścią układu władzy. Organizacje islamskie i judaistyczne nie.

Prowokacje w sztuce mają sens wtedy, gdy skierowane są przeciw różnym ośrodkom władzy. Kościół katolicki jest dziś w Polsce częścią układu władzy.

Choć niektórych prawicowych trolli i publicystów może to zdziwić, ale Polska nie leży na Bliskim Wschodzie albo w Afryce Północnej. Naszym problemem nie jest władza rabinów czy mułłów, dominacja szariatu w systemie prawnym, represje za bluźnierstwo wobec proroka Mahometa czy Jehowy. Problemem jest to, że w imię kultu papieża-Polaka i zasług Kościoła dla polskości (często niewątpliwych) pozbawiono kobiety praw reprodukcyjnych, wpisano wszędzie „chrześcijańskie wartości”, obwieszono krzyżami szkoły i urzędy. Jest więc oczywiste, że w tych warunkach krytyczna sztuka będzie mówić o Kościele rzymskokatolickim, nie o ajatollahach.

Z kim warto rozmawiać

Te cztery zarzuty służą jako punkt wyjścia czterech żądań:

1. Zdjęcia „obraźliwej sztuki z afisza”
2. Ukarania jej autorów
3. Odcięcia podobnych przedstawień od finansowania z publicznych środków
4. Infamii twórców

We wszystkich tych sprawach jesteśmy winni teatrowi i twórcom solidarność, niezależnie od tego, jak oceniamy sam spektakl. Bo także na lewicowo-liberalnej stronie głosy są głęboko podzielone. Błędem byłoby wyciszanie we własnym obozie głosów krytycznych wobec samego spektaklu, taktyk, jakie przyjmuje, tego, w jaki sposób stawia sprawy w sferze publicznej w Polsce 2017 roku.

Ale nie można godzić się na propozycje cenzorskie, czy to twarde i bezpośrednie („zdjąć sztukę, zamknąć twórców”), czy bardziej subtelne („taka sztuka nie z publicznych pieniędzy”!). Cokolwiek myślimy o Klątwie, autonomia teatrów, prawo dyrektorów do ustalania ich repertuaru i eksperymentu jest wartością, której koniecznie trzeba bronić.

Czy jednak wystawiając Klątwę teatr sam się o zamieszanie i ataki nie prosił? Czy w oburzonej reakcji prawicy nie ma tego, na co czekał? Oburzenie to przybiera formy groźne, czasem mimowolnie śmieszne, ale jest też trochę smutne. Myślę, że mieliśmy też prawo liczyć na to, że spektakl sprowokuje naszą sferę publiczną trochę mądrzej.

Cokolwiek myślimy o „Klątwie”, autonomia teatrów, prawo dyrektorów do ustalania ich repertuaru i eksperymentu jest wartością, której koniecznie trzeba bronić.

Mądrzejsze głosy też się pojawiają, ale są w mniejszości. Prawicowy publicysta i historyk, Wojciech Stanisławski, mówił w środę w PR24, że chciałby zrozumieć, co pchnęło grupę kilku 30-latków do tego, że sięgnęli po taki język. Co czuli, co myśleli, jaka koncepcja dobra za tym stała. Od tego może zacząć się dyskusja. Bo nawet jeśli Klątwa jak cepem macha na wszystkie strony, ślepo rozdając ciosy, to  agresja i bezsiła, jakie za tym stoją, skądś się wzięły. Nie odpowiada za nie wyłącznie obecny układ rządzący i jego medialne zaplecze, emocje, jakie wyraża ten spektakl dojrzewały przez ostatnie ćwierć wieku, a nawet dłużej. Jeśli jeszcze kilka osób odrzucających to, co dzieje się na scenie, zacznie zastanawiać się nad tym samym problemem, co Stanisławski, to będzie to punkt do rozmowy, którą warto podjąć.

Czyj jest teatr narodowy? [rozmowa z Oliverem Frljiciem]

**

Oglądaj #TVKP

Porozmawiajmy na serio o burzy wokół Klątwy w Teatrze Powszechnym w Warszawie. Głos zabierają: Paweł Łysak (dyrektor Teatru Powszechnego), prof. Monika Płatek, Joanna Wichowska (dramaturżka Klątwy), Joanna Scheuring-Wielgus – polityczka (Nowoczesna), Agata Diduszko-Zyglewska (Krytyka Polityczna).

Bio

Jakub Majmurek

| Publicysta, krytyk filmowy
Filmoznawca, eseista, publicysta. Aktywny jako krytyk filmowy, pisuje także o literaturze i sztukach wizualnych. Absolwent krakowskiego filmoznawstwa, Instytutu Studiów Politycznych i Międzynarodowych UJ, studiował też w Szkole Nauk Społecznych przy IFiS PAN w Warszawie. Publikuje m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Gazecie Wyborczej”, Oko.press, „Aspen Review”. Współautor i redaktor wielu książek filmowych, ostatnio (wspólnie z Łukaszem Rondudą) "Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej".

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.

Majmurek, gorąco broniąc otwartości sztuki, sam stawia jej granice.
Pierwszą z nich stanowi terytorium. Będąc w Polsce można krytykować to, co w Polsce. Jedynie "niektórych prawicowych trolli i publicystów może to zdziwić, ale Polska nie leży na Bliskim Wschodzie albo w Afryce Północnej". Czego, zachwycony przenikliwością i ostrością swej ironii Majmurek, niestety nie dostrzega to, że dokładnie tym samym terytorialnym argumentem posługują się owi trafieni przez niego tak dotkliwie "trolle i publicyści", odbierając prawo do wypowiedzi na temat Polski Chorwatowi. Rozumiem też, że Majmurek dystansuje się wobec promowania przez Krytykę Yael Bartana - artystki kontestującej politykę Izraela w imię tej samej maksymy, nakazującej pamiętać, gdzie mieszkamy i które konflikty są naszymi konfliktami. Szczególnie, że w związku z brakiem izraelskich ataków na Europę a występowaniem muzułmańskich, krytyka Izraela powinna być nam według zasady terytorialnej, jeszcze bardziej obca.
Drugą granicą jest granica wyznaczana przez starą, dobrą post-marksistowską dychotomię "władzy" i tych, którzy tej władzy podlegają. Inaczej mówiąc, "dominujących" i "zdominowanych". Pomijając myślową tandetę tej koncepcji, skąd ta pewność, kto w tym wypadku jest którą stroną tego podziału? Dominacja światopoglądowa kościoła w Polsce i jego powiązanie z polityką są faktem. Ale to nie jest jedyna perspektywa, w jakiej rozgrywa się ta dyskusja. "Figurkowa" religijność ma, jakby to powiedziała lewica, "aspekt klasowy". Szczególnie częsta jest wśród ludzi biednych, starych o niskim kapitale społecznym. Może więc można "Klątwę" postrzegać jako "przemoc symboliczną" uprzywilejowanych ludzi kultury wobec wykluczonych ludzi prostych? Ale ja nie wiem, tak tylko pytam... .
Nie od dziś w Krytyce lubicie uprawiać przytulaski z uciemiężonym ludem na zmianę z traktowaniem go jak gówno. Te ciągłe wahnięcia między neo-chłopomanią a pogardą, czynią was podobnie śmiesznymi jak prawica - zamknięta w podobnym wewnętrznym konflikcie. I podobnie jak lewica, szukająca wciąż dobrych argumentów, by zezwalać na najbardziej kretyński eksces zgodny z jej linią i zabraniać najdrobniejszych przejawów tego, co z nią niezgodne.
Jedyna słuszna obrona "Klątwy" to - stwierdzam to z przykrością - wychodząca z pozycji libertariańskich. Fanatycznie broniących wolności słowa, ale przynajmniej o tyle uczciwych intelektualnie, że przyznających prawo do niej każdemu poglądowi a nie tylko temu, który sama uznaje za właściwy.

Po stłumieniu powstania styczniowego postępowe Europejki (w tym jedna z córek Marksa) nosiły żelazne, czarne krzyżyki jako wyraz solidarności z polską sprawą, zupełnie poza religijnymi odniesieniami tego symbolu."

Haha, jasne. A swastyka to również hinduski symbol słońca, co nie? A uniesiona w górę wyprostowana ręka to wyraz uznania dla dziedzictwa kulturowego starożytnego Rzymu. Nadawałby się pan autor do białostockiej prokuratury.

"Haha, jasne. A swastyka to również hinduski symbol słońca, co nie?" - tak, wszystko zależy od kontekstu. W kulturze azjatyckiej swastyka jest wciąż symbolem szczęścia, np. w Japonii niedługo do kin będzie wchodzić film o dobrym samuraju, który nosi kimono ze swastyką na plecach. Przez cały film. Do tego jest to jedna z najdroższych produkcji tego roku w Japonii, współfinansowana przez wielką amerykańska wytwórnie. Ten dobry samuraj w jeden ze scen zabija 300 osób, a przez cały film ok. 1000. A to zapowiedź filmu: https://www.youtube.com/watch?v=SHQiWqvh1fo

Jak widać, swastyka może być elementem bardzo lekkiej rozrywki. Ja się przyglądałem w japońskich mediach ta swastyka jest wręcz eksponowana, służy napędzeniu widzów.

Nie omówił Pan bardzo często pojawiającego się zarzutu: dlaczego ten spektakl jest robiony za pieniądze publiczne, a nie prywatne zainteresowanych osób?

A dlaczego sport np. piłka nożna jest sponsorowana ze środków publicznych a nie zainteresowanych osób (kibiców)?
A dlaczego w świątynie opatrzności bożej były pompowane pieniądze publiczne, a nie prywatnie zainteresowanych osób (wyznawców)?
A dlaczego Związek Muzułmański w Polsce jest sponsorowany ze środków publicznych a nie zainteresowanych osób (wyznawców islamu)?
Takich "dlaczego" jest zylion. Na każde z tych pytań odpowiedź brzmi : bo wśród podatników, którzy tworzą budżet są reprezentacje każdej z wyżej wymienionych grup - kibole, ateiści, katole, lewacy, prawacy, islamiści i inne społeczności. Na tym polega demokracja. I dlatego, ja ateistka i islamofobka płacę na krzewienie zaboboniarstwa i głupoty (w tym muzułmańskich związków :O) - choć wcale na to nie mam ochoty. I dlatego Ty również, powinieneś płacić na kulturę, nawet jeśli jej forma Ci nie odpowiada. Bo nie musi. Innym widocznie się podoba.

Pan Majmurek, jak zwykle nie wie o co chodzi... Nie dziwię się, lewica od dawna jest w ideologicznym i intelektualnym rozkładzie a w ostatnich latach rzeczywistość brutalnie rewiduje wiele lewicowych postulatów i idei.

Po pierwsze: nie rozumie, że zdecydowana większość polaków ma zupełnie inne wyobrażenie o teatrze i nie zdaje sobie sprawy, że całkowicie zindoktrynowany ideowo teatr współczesny kieruje się zupełnie innymi kryteriami estetyki. Dla lewicowego „inteligienta” ilość aktów kopulacji/defekacji/etc jest wprost proporcjonalna do „wartość artystycznej” całego przedsięwzięcia – o czym świadczą wyniki finansowe takich iwentów... a chyba nikt nie zarzuci ich twórcom aż tak niskich pobudek ekonomicznych?

Po drugie: nie wie, że przedstawienie nie jest już ważne, nikogo nie obchodzi o czym ono było jaki był jego przekaz, co autor chciał powiedzieć itd. W rzeczywistości nas otaczającej liczy się już tylko to co jest w medialnym przekazie a jest to:
1. Frljić reżyseruje obsceniczny spektakl za pieniądze polskiego podatnika.
2. Wyszyńska robi laskę na scenie papieżowi.
3. Wyszyńska kwestuje na morderstwo Kaczyńskiego.
4. Wielgusowa z Nowoczesnej promuje ten spektakl.
5. Thun z ratusza(rodzina tej Thun z Platformy) broni spektaklu.
Nic już tego przekazu nie zmieni, ani Majmurek ani żadna inna mądra głowa twierdząca, że kto nie widział ten nie może oceniać, spektakl ewidentnie został stworzony właśnie po to by zaistnieć poza teatrem – udało się. Nie zmieni tego nawet wynik postępowania prokuratorskiego czy sądowego, ludzie będą wiedzieć swoje.

Po trzecie: nie zdaje sobie sprawy z kolejnej porażki obozu młodej lewicy, porażki intelektualnej i wizerunkowej. Cele krótkoterminowe zostały osiągnięte, wywołano skandal i nic poza tym... otwarta debata została zamieniona na debatę w towarzystwie wzajemnej adoracji, Petru już się odcina... no cóż jak ktoś lubi kąpiele w szambie to niestety musi sobie zdawać sprawę, że teoretyczni sprzymierzeńcy mogą od niego uciekać. Jedynymi beneficjentami tego spektaklu będzie sam Frljić, który skasuje i pojedzie dalej w aurze skandalisty co jest najlepszą rekomendacją w światku lewicowych „inteligientów” a także Jarosław Kaczyński który nie oszukujmy się bardzo skutecznie wykorzysta politycznie i wizerunkowo wszystko co mu teatr powszechny podał na tacy wystawiając tą sztukę. Najwięksi przegrani to natomiast Łysak jako dyrektor, osoba odpowiedzialna za repertuar, Wyszyńska jako najczęściej wymieniany z imienia i nazwiska aktor(z pewnością najbardziej „oddany sprawie”) i cały obóz młodej lewicy... no niestety jak już pisałem na początku to środowisko cierpi na swoistego rodzaju uwiąd intelektualny... środowisko które popadło już w taki narcystyczny samozachwyt, że zaczyna egzystować we własnej alternatywnej rzeczywistości, kompletnie nie zważając i nie analizując skutków własnych działań a także błędów jakie popełnili ich protoplaści w zachodniej europie.

Papież nie jest przedmiotem kultu religijnego.

A dlaczego nie? Jeśli ktoś uzna go za przedmiot kultu to czemu nie? Ja np. oddaję cześć Nergalowi, bo uważam go za boga i co ? Wolno mi. Jeszcze tego by brakowało, aby władza ustalała kto jest dla nas przedmiotem kultu a kto nie. Mamy konstytucyjna wolność światopoglądu.

peniswzwodzie

Przykro mi kretynko - to państwo określa, które związki religijne są legalne (a co za tym - ich kult podlega ochronie).

przedstawiciele Ligii Patriotów
- co to jest Ligia?

„Język teatralny którym operują spektakle, które lubią się nazywać politycznymi, jest już jakoś oswojony. Bez używania mocnych środków, a w takich środkach, reżyser Oliver Frljić, się niejako specjalizuje. Tej rozmowy bardzo poważnej, która wyjdzie też poza mury teatru, nie będzie. Ważne jest to jakim językiem teatralnym mówi się o problemach. My przyzwyczailiśmy się w Polsce do tego że to ma być język wyrafinowany, zmetaforyzowany, operujący aluzjami, nie nazywający rzeczy wprost i oszczędzający takie rzeczy jak symbole z którymi Polacy się identyfikują, które zresztą na scenie stają się znakami jak wierzymy i przestają być symbolami. Myślę że mocny język teatralny, to nawet nie chodzi o to że mówiący wprost, tylko taki który nie chce się poddać temu dyktatowi, że teraz będziemy na bardzo wyrafinowanym poziomie dyskutować o różnych rzeczach, że ten język teatralny – tutaj - jest też powodem ataków i tego jak mocna jest reakcja.” – słowa Joanny Wichowskiej, dramaturżki spektaklu „Klątwa” podczas debaty „Zły dotyk władzy”. Dlatego do dzisiejszego dnia żaden cyfrowy twór nie jest w stanie sprawnie skopiować ludzkiego języka ponieważ nie jest to system który opiera się na jednopoziomowym spójnie ukierunkowanym kodzie. Jest tworzony przez nas wszystkich i dla wszystkich. Język nie jest własnością i bogactwem poetów i wybitnych pisarzy, którzy w uproszczonej formie wypożyczają go przeciętnym obywatelom. Może mieć swoje mniej lub bardziej doskonałe formy, ale każdy z nas na równi ma prawo korzystać z przeogromnych możliwości jakie daje nam mowa i pismo. Uważam że tak samo jest ze sztuką. Nie mogę znieść jak słyszę że ktoś stwierdza, że nie rysuje, maluje bo nie ma takich zdolności. A co to ma do rzeczy? Od razu musi zostać wybitnym malarzem, a jak nie to już ‘rozrywka’ na którą marnuje się czas? Potem mamy dziwny bum na idiotyczne malowanki, bo okazuje się że każdy ma ochotę sobie coś tam podłubać dla relaksu. Rysować, malować bez ramek, wyrażając siebie, nie wypada, bo nie ma się wybitnych zdolności, ale w wytyczonych w drukarni kreseczkami granicach można się bezmyślnie pobawić bo to teraz jest na to moda i inni też tak robią to już wypada. Pamiętam że moja plastyczka miała dla mnie tylko jedną negatywną uwagę i równocześnie surowy zakaz: „Przestań malować i rysować w tych bezpiecznych ramkach i konturach które próbujesz wcisnąć przy każdej okazji, gdzie się tylko da. Jak najmniej ograniczających linii i konturów, bo to hamuje wyobraźnię.” Oczywiście nie mam tu na myśli osób które są profesjonalistami i mają już wypracowane swoje umiejętności, styl, techniki i warsztat. Ja właśnie mówię w imieniu tych osób które po prostu chciały by sobie coś na bazgrać dla relaksu. A skąd ta moda na malowanki? Przebijały nakładem najlepsze powieści. Dlatego że były od nich wartościowsze? Moim zdaniem dlatego że ludziom brakowało tego co było uważane za coś czym powinny zajmować się tylko osoby uzdolnione w tym konkretnej umiejętności, dziedzinie sztuki. Bardzo często taka samo mówi się o czytaniu książek. Tylko jako o formie rozrywki a nie czymś co wzbogaca naszą świadomość, osobowość, poszerza wiedzę i światopogląd, wzbogaca język. Jest maniera segregacji społecznej rozrywek i form relaksu. Może nie każdy koniecznie chciałby przeczytać akurat tą książkę, ale bardzo wiele z osób zrezygnuje z przeczytania tej książki bo „to nie dla mnie”. Oczywiście nie wszyscy muszą się interesować tym samym, na tym samym poziomie, ale bardzo wiele osób rezygnuje z pewnych form relaksu przez sztukę nie dlatego że im to osobiście nie przypadło do gustu, tylko dlatego że społecznie zostało ustalone „że to nie dla nich”, a oni te role, widząc że tak faktycznie wokół nich to funkcjonuje, bez oporu przyjęli. Oni nie przyjdą obejrzeć, nie przeczytają. Po co jak już wiedzą że to nie dla nich i że nic z tego nie zrozumieją. Tak właśnie działa samospełniająca się przepowiednia. Chętnie włączą się do walki z czymś spoza ich obozu, grupy, rzeczywistości. I to w dużej mierze będzie wina nie ich, tylko jakiejś nauczycielki, nauczyciela z przeszłości, jakiś ludzi z otoczenia które z góry narzuciły tym ludziom że sztuka to coś spoza ich świata, rzeczywistości. Muszą bronić swojego świata przed najazdem obcych i ich obcych środków przekazu. Dlatego jeżeli sztuka nie jest dla sztuki, tylko tworzona przez ludzi dla ludzi, to musi używać języka który w danej rzeczywistości trafi do swoich odbiorców. Skoro ludzie dzisiaj mniej czytają, muszą borykać się z bardziej surową rzeczywistością pokryzysową w której zbytni sentymentalizm może być wyrokiem skazującym na niepowodzenie w tak ułożonej rzeczywistości, to nie ma wyjścia jak dostosować przekaz do tej smutnej rzeczywistości i wychowanych w niej ludzi. Nie można mieć pretensji do nastolatków chłodnych rozgarniętych praktyków, że zostali wrzuceni i ukształtowani przez ten świat, bo to nie był ich wybór i po prostu muszą się nauczyć tu przetrwać i tak zachowywać i myśleć aby w tym świecie przeżyć. Nie są źródłem złych zmian, tylko ich ofiarami którym powinno się pomóc. Jeżeli jednak ktoś miał szczęście wychować się w innych czasach i rzeczywistości to powinien próbować coś zmienić i pomóc zmienić im ten świat, aby też mieli szansę na życie podobnym życiem. Zamiast krytykować, czasami lepiej zmienić język i środki przekazu tak aby była szansa na nawiązanie dialogu. Łatwo krytykować że my żyliśmy bardziej otoczeni na co dzień muzyką, sztuką, książkami i bez zastanowienia automatycznie szło się do kina czy do teatru myśląc dopiero po drodze na co konkretnie pójdziemy, zapominając że my się już często w takim środowisku rodziliśmy bez naszych starań, tak jak oni urodzili się bez ich woli w surowym pokryzysowym krajobrazie w którym trzeba oszczędzać każdą minutę i sekundę i myśleć oraz działać jak najbardziej praktycznie. Wolałabym bardziej wyrafinowany, łagodniejszy przekaz, ale gdybym to ja mogła podjąć decyzję, to też bym była za tą formą która została zatwierdzona, ponieważ jeżeli to ma trafić ze swoim przekazem do społeczeństwa to niestety lżejsze formy faktycznie już w dzisiejszych czasach nie wchodzą w grę. A skoro uważam że sztuka powinna być ważnym elementem życia codziennego nas wszystkich to nie można tu odrzucić wagi tego argumentu przekazu społecznego. Tak jak z dawnym Teatrem Polskim we Wrocławiu. Większość twierdzi że powinni go bronić tylko najwierniejsi widzowie. Ja uważam że nawet jeżeli pewne formy będą dla mnie za trudne, ale nie uznam je za złe w swojej formie albo przekazie i nawet gdybym nigdy osobiście na te sztuki potem nie poszła, to dlaczego nie można bronić „wolnego wyboru”? Dlaczego mam bronić tylko tego „co mi osobiście na pewno się przyda, będzie potrzebne, ja na to osobiście pójdę”. Rozumiem że chodzi tu pewnie o argument pełnej świadomości o co toczy się bój, ale polityków też czasami wybierałam po przeczytaniu i wysłuchaniu ich szerokiego planu działań a potem i tak rzeczywistość wyglądała zupełnie inaczej. Zresztą ci na których głosuję i tak zawsze gdzieś odpadają. Uważam że mam prawo walczyć nie tylko o coś co mi jest w tej chwili bardzo przydatne, ale też o prawo do wyboru, do ewentualnego dokonywania przyszłych zmian w polu moich zainteresowań. Nie każdy ma pełną wolność wyboru w wolnym świecie. I to nawet nie chodzi o jakieś zakazy, czy nakazy tylko o to że nasze życia idą różnymi ścieżkami i nie zawsze każdy kto nie jest stałym widzem nie jest nim z powodu swojej niechęci do danego repertuaru czy teatru. Czasami życie jest troszeczkę bardziej skomplikowane. Dlatego wierzę też że ta armia tak bardzo zaciekłych przeciwników poprzedniego repertuaru jest częściowo też wychowana przez samych teatromanów. Kiedyś, jak więcej jeździłam, dosyć często przy okazji podpytywałam przeróżne dzieciaki z najbardziej przedziwnych środowisk zadając im proste pytania o ich nastawienie do edukacji, czy do sztuki i odpowiedzi były szokujące. Strzelały mi utartymi formułkami z których wynikało właśnie to co napisałam powyżej. Przecież sztuka powinna zmieniać naszą rzeczywistość na lepsze i ja wierzę że ma taką moc. A ta rzeczywistość jest nasza wspólna, nas wszystkich i ‘ich’ też. Na wykładach z naszą wspaniałą Panią Psycholog zapytaliśmy czy to moralne gdy dorośli okłamują dzieci opowiadając im bajki zamiast odpowiadając mówić im prawdę. Odpowiedziała że trzeba używać takiego języka żeby odbiorca miał z tego pożytek będąc w stanie go zrozumieć. Inaczej nasze słowa niczemu nie służą skoro i tak pozostaną niezrozumiane i na nic się nie przydadzą. Jak na siłę zrobimy dziecku jakiś mądry wykład BHP to możemy doprowadzić do tragedii bo odbiorca nadal nie będzie miał świadomości na co ma uważać. Zapytała nas czy to by było moralne gdybyśmy tą logiką przyczynili się niejako do wypadku takiego dziecka? No nie. Uczyła nas też technik ‘manipulowania’ zachowaniami i tu, z racji że miałam szczęście do grupy sympatycznych dobrych ludzi, pojawiło się to samo pytanie o etykę takiej manipulacji. Jeżeli widzicie złą rzeczywistość i wiecie że bezpośrednio nie macie szans bez przemocy jej zmienić to po to dostajecie te narzędzia aby je wykorzystać dla dobra innych nie będąc zmuszonym używać tej przemocy. Wątpliwością było że działanie nie jest bezpośrednie i osoba nie świadomie jest manipulowana pod pozorem innej sytuacji. Świadomie jednak stawiała by opór który by tej osobie zaszkodził. Więc lepiej podświadomie zastosować opcję bez przemocy dla czyjegoś dobra. Sztuka jest taką formą zawoalowanego wpływu na świadomość ludzi którzy z nią obcują. Nie zawsze znajdzie się szansa na świadomą zgodę na przyjęcie podanych tam przekazów. Nasza Psycholog powiedziała że ostatnią i najlepszą radą „na drogę” jaką nam da to jest nie formułka z badań czy podręczników, ale to abyśmy zawsze wykorzystywali naszą wiedzę dla czegoś moralnie pożytecznego, dobrego, że jak nie będziemy oszukiwać, kombinować, tylko starać się być prawdziwi i szczerzy w tym co robimy to każdy to zawsze wyczuje i że to przebije wszystkie psychologiczne sztuczki i formułki. Dodała niestety że teraz niestety rzeczywistość jest trochę inna i skoro norma jest zła to według normy nasze postawy mogą zostać zakwalifikowane jako złe i może to się wiązać niestety nawet ze zwolnieniami, ale przestrzegła że jeżeli się po takich doświadczeniach ugniemy to rzeczywistość się nigdy nie będzie miała szansy zmienić na tą „nową normę”. Tak z tą moralnością jest. Moralny ma być wpływ, efekt, osiągnięty cel. Nie pamiętam czy to z wykładu tej Psycholog czy jeszcze tej z Wrocławia, ale też mi się podobało takie podsumowanie: „Jak po prostu powiesz grupce ludzi ‘Nie idźcie za ten płot’ to prawie wszyscy na bank, nawet ci którzy o tym wcześniej o tym w ogóle nie myśleli, za ten płot wyjdą”. Zakazy i kary wręcz prowokują i dodatkowo budzą chęć zemsty. Normy muszą być formułowane w innej formie która próbuje nas nakierować na jakieś alternatywy a nie zamykać w klatce. I znowu widzę, że nie jestem mistrzynią streszczeń…

"I znowu widzę, że nie jestem mistrzynią streszczeń…"

Służę pomocą: "Cel uświęca środki".

Nie wystarczy wiedzieć - trzeba rozumieć.Wspieraj nas!