Czytaj dalej

Co czytaliśmy w 2013 roku

Bargielska, DeLillo, Gilligan, Judt i Snyder – przedstawiamy pierwszą część naszego subiektywnego zestawienia najważniejszych lektur 2013 roku.

Przedstawiamy subiektywny wybór książek, które nas w 2013 roku zafrapowały, poruszyły, które uważamy za warte polecenia. Ważne tegoroczne lektury (niekoniecznie pozycje wydane w tym roku) prezentują autorki i autorzy Dziennika Opinii, zespół i przyjaciele Krytyki Politycznej. Dziś pierwsza część zestawienia.

Ingeborg Bachmann, Malina, przeł. Sławomir Błaut, Wydawnictwo a5, 2010

„Na lekko ośnieżonym stoku za naszym domem po raz pierwszy jeżdżę na nartach. Muszę nabrać takiego rozpędu, żeby […] nie zatrzymać się na wypisanym w śniegu zdaniu”. W tej prozie zdania są materialne. To zdania poetki, czytasz pod wiatr, próżno szukać wyślizganych znaczeń, ale nie musisz nabierać rozpędu. Czytasz powoli, zatrzymujesz się, czytasz od nowa, fragmentami. „Gdyby nie było wiatru w plecy, płakałabym gorzko” – emocje Bachmann to opera doznań, jej rytm to szarpane libretto, jej smutek to belcanto. Niepowtarzalne. Jelinek, zachwycona, napisała o niej scenariusz, Herta Müller rozpisywała ją intertekstualnie. Poetka stulecia, napisał Bernhard.

Bohaterką Maliny jest pewna Ja. A mimo tego brak tutaj „ja”, które byłoby pewne. Symbioza/rozłam: z Maliną (partner Ja, ale też anagram jungowskiej Animy), ze światem poza własnym pokojem, z Ojcem, wreszcie z Ivanem. Ivan: Bachmannowska autofikcja na temat Paula Celana. Celan i Bachmann: ocalały żydowski poeta i córka nazisty, kochankowie. „Każdy by powiedział, że Ivan i ja nie jesteśmy szczęśliwi […] Ale każdy nie ma racji. Każdy to nikt”.

W tym roku przeczytałam Malinę po raz kolejny, specjalnie na klub czytelniczy KP. Chcieliśmy zajrzeć poza to, co najnowsze. Było warto.

Marta Konarzewska, w Dzienniku Opinii pisze o literaturze, prowadzi Dyskusyjny Klub Czytelniczy Krytyki Politycznej


***

Justyna Bargielska, Małe lisy, Wydawnictwo Czarne 2013

Małe lisy Justyny Bargielskiej przeczytałem na Mokotowski Dyskusyjny Klub Książki. I tak chyba należy tę książkę czytać: mając w perspektywie kogoś, z kim o niej porozmawiasz. Bo zostawiona sama sobie i samotnemu czytelnikowi może zniknąć zaraz po lekturze, zostawiając jedynie kilka niewyraźnych śladów w pamięci, trzy czy cztery genialne zdania (np.: „Bywa tak, że słońce chowa się za górę i zapada noc, ale to nie znaczy, że od razu możesz powiedzieć, że masz za sobą dzień, w którym umarłeś albo się zakochałeś”). Kiedy jednak zaczynamy rozmawiać z kimś o Małych lisach, okazuje się, że ta poetycka proza na ledwo stu stronach mówi rzeczy straszne i śmieszne, bolące i kojące, wdziera się w nasze zakamarki i między rozważaniami o „obciąganiu konduktorowi” oraz o tym, czy pamięć stanowi o tożsamości, wydziera nam z nas jakieś nasze własne ukryte prawdy i kłamstwa.

Bargielska jest być może jakąś kieszonkową Munro z ADHD. Opowiada nam tysiąc pozornie nieistotnych historii, w których tak łatwo możemy przeoczyć coś, co dogłębnie wstrząsa. Codzienne tragedie eksplodują u niej za dźwiękoszczelną szybą poetyckiej logorei. Musimy się wczuć w te tragedie, by je usłyszeć. By eksplodowało też coś w nas.

Krzysztof Cibor, współpracownik Dziennika Opinii, redaktor naczelny portalu ekonomiaspoleczna.pl, współtwórca akcji Warszawa Czyta


***

Wiesław Baryła, Pieniądze w umyśle. Jak myślenie o pieniądzach wpływa na motywacje, Smak Słowa 2013

Wiesław Baryła kazał mi przemyśleć na nowo, czym jest pieniądz i ile zła może wyrządzić relacjom społecznym. Baryła podejmuje przystępną polemikę z nurtem badań nad wpływem obecności pieniędzy w umyśle na zachowania prospołeczne, lecz ani na moment nie wychodzi z roli akademika.

Amerykańska badaczka Kathleen Vohs wykazała, że nawet nieświadoma obecność pieniądza w umyśle aktywizuje postawę samowystarczalną: sprawia, że mniej chętnie pomagamy innym, w mniejszym stopniu oczekujemy czyjejś pomocy oraz zwiększamy dystans fizyczny do ludzi. Logikę relacji społecznych zastępuje logika relacji rynkowych oparta na kategorii zysków i strat. Wyniki te zostały wielokrotnie potwierdzone przez innych badaczy i wydają się zgodne z tym, co myślimy o pieniądzu.

Baryła dostarcza nowy, fascynujący trop. Pokazuje, że pieniądz w umyśle może tak naprawdę wzmacniać te zachowania, które są dla nas po prostu naturalne: może nasilić agresję, ale i gotowość do pomocy. Choć jego analiza redefiniuje wpływ pieniądza na ludzkie zachowanie, każe mi jednak zadać niepokojące pytanie: jak często wybory antyspołeczne i „wolnorynkowe” są dla nas naturalne i niezachwiane przez myślenie o drugim człowieku?

Michał Pytlik, Klub Krytyki Politycznej w Opolu


***

John Boyne, Lekkie życie Barnaby’ego Brocketa, przeł. Tina Oziewicz, Wydawnictwo Dwie Siostry 2013

Tak się składa, że najpiękniejsza książka, jaką przeczytałam w tym roku, to książka dla dzieci. Zdobądźcie ją, dopadnijcie jakieś dziecko – jeśli nie macie własnych, znajomi na pewno chętnie wam użyczą – i do dzieła. Czytanie jej na głos zajmuje tylko 2–3 dni.

Otóż Barnaby Brocket nie podlega prawu grawitacji. Od kiedy tylko wyskoczył z łona matki, unosi się w powietrzu i gdyby go nie przytrzymywać, odpłynąłby w kosmos. A więc jest to opowieść o latającym dziecku – ale to latanie nie jest magiczną zdolnością, lecz niezbywalną cechą, a w oczach rodziców chłopca, którzy chcą być postrzegani jako „normalni” – ułomnością.

Motyw dziecka jako nieakceptowanego Innego pojawia się w wielu książkach dla dzieci – sztandarowy przykład to oczywiście Harry Potter i nienawidzący go wujek i ciotka. Jednak Boyne wyostrza tę sytuację. Nie ma tu żadnych złych dalszych krewnych czy macochy. Barnaby zostaje odrzucony przez własnych rodziców, którzy pewnego dnia, nie mogąc dłużej znieść jego „nienormalności”, wypuszczają go, świadomie skazując na niechybną śmierć w przestworzach… Która na szczęście nie nastąpi, bo autor zdaje sobie sprawę, że drżącym głosem i łykając łzy czytamy tę książkę na głos swojemu dziecku i że byśmy tego nie znieśli. A poza tym chodzi mu o pokazanie właśnie tego, czego można się trzymać, kiedy brakuje podstawowych więzi, takich jak grawitacja czy kochający rodzice. A więc lecący w stronę kosmosu Barnaby uderza głową o dno balonu, którym dwie stare lesbijki zmierzają na swoją plantację kawy w Brazylii – a to tylko pierwsze z serii niezwykłych spotkań, które przydarzą mu się w drodze powrotnej do domu, gdzie Barnaby jeszcze raz, bardziej świadomie, zmierzy się z brakiem miłości.

Od czasu Braci Lwie Serce nie czytałam tak znakomitej i tak smutnej, a zarazem tak pokrzepiającej książki.

Agata Diduszko-Zyglewska – zajmuje się promocją Wydawnictwa KP, w Dzienniku Opinii pisze o kulturze



 ***

Aleksandra Domańska, Ulica cioci Oli. Z dziejów jednej rewolucjonistki, Wydawnictwo Krytyki Politycznej 2013

Przeoczyłem premierę tej niezwykle ważnej książki, a okazję do lektury miałem dopiero w wakacje, podczas tegorocznej letniej czytelni w Białymstoku. Było to już po skandalicznych zajściach podczas wykładu Zygmunta Baumana na Uniwersytecie Wrocławskim i w tym kontekście wydźwięk książki Domańskiej był jeszcze mocniejszy. Autorka ze strzępków informacji próbuje wydedukować, co kierowało jej babką na poszczególnych etapach życia, co mogło spowodować chęć działalności w KPP i PPR, i udowadnia, że historia nie jest czarno-biała, a także pokazuje, jak ciężko nam zrozumieć wybory młodych ludzi sprzed kilkudziesięciu lat.

Michał Sydow, Klub Krytyki Politycznej w Białymstoku



***

Artur Domosławski, Kapuściński Non-Fiction, Świat Książki 2010

Chwilę przed sylwestrową libacją stacje telewizyjne poświęcają kilkadziesiąt czarno-białych sekund na listy znanych, którzy odeszli. Właściwie bez większych przetasowań można byłoby publikować nazwiska tych samych postaci pod szyldem „Spektakularnie zmarnowane biografie roku…”. Dziesiątki interesujących książek nie powstaną, bo rodzina postanowi sprywatyzować jakąś osobę publiczną; bo za rogiem czyhają zastępy niepokornych lustratorów – raz po raz przebierających liberalne autorytety w sowieckie mundury; bo chwilę po śmierci każdy już zdążył napisać ciepłe, czułe, a przy okazji mało prawdziwe wspomnienie o zmarłym lub zmarłej. Słowem: albo dobrze, albo wcale. No to już lepiej wcale.

Trzy lata temu zdecydowanie ciekawsza od treści biografii Kapuścińskiego wydawała mi się burza wokół jej autora, łamiącego bezceremonialnie tę milczącą zasadę polskiego życia publicznego. Dopiero w tym roku wróciłem do samego tekstu, który posłużył mi za ucieczkę od kolejnej „narodowej żałoby”. I była to ucieczka skuteczna, w rejony, w których biograf jest zupełnie pozbawiony kompleksów wobec wyobrażonych adwersarzy, za to konsekwentnie kreśli portret legendy – przerabiając siermiężny pomnik na subtelne, ale realistyczne dzieło. Domosławski porządkuje skrupulatnie zebrane fakty w historię reportera reprezentującego nieskończoną paletę konfliktów: wewnętrznych, zewnętrznych, politycznych, towarzyskich, klasowych i międzykontynentalnych. Kapuściński Non-Fiction nie musi martwić się o czytelników – niestety wciąż pozostaje jednym z niewielu przykładów dobrej literatury sytuującej w centrum zainteresowania zmarłą legendę.

Dawid Krawczyk, Klub Krytyki Politycznej we Wrocławiu


***

Don DeLillo, Mecz o wszystko, przeł. Michał Kłobukowski, Oficyna Literacka Noir sur Blanc 2013

„Jeżeli coś mnie w ogóle trzyma przy życiu, to zamęt, ukryta w rzeczach i ludziach szansa dezorganizacji” – mówi jeden z trzecioplanowych bohaterów powieści Mecz o wszystko Dona DeLillo – nauczyciel egzobiologii Alan Zapalac, którego mogę sobie wyobrazić jako skrzyżowanie Huntera S. Thompsona i bohatera filmu Rushmore Wesa Andersona, występującego w jednym z epizodów Cremastera Barneya. Szeroki rozstrzał? Witamy w świecie DeLillo.

Jeśli coś mnie w ogóle trzyma przy życiu, to lektura tak zaskakujących rzeczy, jakie znajduję w każdej powieści Amerykanina. Na 200 stronach Meczu o wszystko dostaję informacje o życiu osób dorastających w USA na początku lat 70., pseudohistorię miłosną, radosne opisy letnich pikników, fragmenty nieistniejącej powieści mongolskiego twórcy sience-fiction, rozdział opisujący mecz amerykańskiego futbolu czy rozważania o tym, dlaczego niscy mężczyźni noszą długie szaliki.

DeLillo to pisarz, u którego rozważania na temat atomowej zagłady przeplatają się z fascynacją bohatera pomarańczową sukienką z aplikacją w kształcie atomowego grzyba. Jest groźnie, ale i dowcipnie. Mrocznie albo tak, jak mówi maksyma ojca głównego bohatera: „Kiedy życie stawia twarde warunki, twardziel stawia się życiu”.

DeLillo parodiuje książki dla młodzieży – mamy tu np. dwóch studentów – zawodników szkolnej drużyny, zadających sobie nawzajem pytania w stylu „Kto według ciebie był większym człowiekiem: Edward Gibbon czy Archimedes?”, dialogi typu:
– Gites!
– Dawaj dawaj dawaj!
– Gites! No, gitowsko!
I rozważania nad stołówkowym żarciem. I piękną scenę absurdalnego meczu w śnieżnej zamieci. Ale nie dajmy się zwieść młodzieżowej otoczce, bo Mecz o wszystko to także popis erudycji – już na pierwszej stronie odwołuje się np. do powieści Niewidzialny człowiek Ralpha Ellisona z 1952 roku, a więc książki o dwie dekady wyprzedzającej Mecz

Don DeLillo mówi w (nielicznych) wywiadach, że nie zostałby pisarzem, gdyby nie zabójstwo Johna F. Kennedy’ego. Pewnie ja nie byłabym wierną czytelniczką DeLillo, gdyby nie ten powiew paranoi z jednocześnie śmiertelnie przerażającym poczuciem humoru.

Marta Sikorska, członkini Dyskusyjnego Klubu Czytelniczego Krytyki Politycznej

***

Carol Gilligan, Chodźcie z nami! Psychologia i opór, przeł Sergiusz Kowalski, Wydawnictwo Krytyki Politycznej 2013

Mażę się ostatnio jak baba, ale to pewnie przez patriarchat, który „oddzielając ojców od matek, córek i synów i kategoryzując l u d z k i e cechy jako męskie lub żeńskie, powoduje też rozszczepienie psychiki, oddziela każdego i każdą od części ich samych”. Więc jeszcze gorzej niż gender, bo niszczy nie tylko rodzinę, ale nas samych.

Powyższy cytat pochodzi z książki Chodźcie z nami! Psychologia i opór. Trochę głupio mi chwalić książkę wydaną przez wydawnictwo, w którym pracuję. Ale co poradzę, że jest naprawdę dobra. Zresztą do jej publikacji nie przyłożyłem nawet palca, więc czuję się w swojej opinii zupełnie obiektywny. Po prawdzie, gdybyśmy to nie my ją wydali, to pewnie bym nie przeczytał, bo o książce nie było zbyt głośno. A szkoda. Bo można się z niej dowiedzieć o gender rzeczy, które nie śniły się naszemu episkopatowi.

Kościołowi nie szczędzi Gilligan drobnych złośliwości: „Badania wypadków samolotowych i pomyłek lekarskich dowodzą, że grupy oparte na współpracy, w których każdy może wypowiadać się bez skrępowania, częściej unikają tragedii. Czy nie warto byłoby uznać ich za model dla systemu prawnego, edukacji i Kościoła?”. Oczywiście wiemy, że unikanie tragedii nie jest  priorytetem tych instytucji.

Znajdujemy zresztą w książce tezy jeszcze jeszcze bardziej godzące w tradycję i normalność:  „W środowisku wczesnych hominidów przetrwanie dziecka wymagało, by oprócz matki zadbali o nie inni (…) mamy dowody, że bez allorodzicielstwa, czyli zbiorowego wychowywania dzieci, «gatunek ludzki nigdy by nie powstał». Nie mamy zakodowanej w genach rodziny nuklearnej ani wyłącznie matczynej opieki, tylko zdolność wzajemnego zrozumienia i rozszerzoną rodzinę”. Krótko mówiąc: promocja zboczeń.

Twierdzenie, że człowiek jest z natury empatyczny, a nie egoistyczny, ma poważnych przeciwników. Ale nie musimy im wierzyć. Możemy zamiast tego spróbować wsłuchać się w w tłumiony przez tradycję i autorytety głos dziewczynek. Mają nam dużo do powiedzenia.

Jaś Kapela, felietonista „Dziennika Opinii”, autor książek Janusz Hrystus i Jak odebrałem dzieci Terlikowskiemu, redaktor w Wydawnictwie KP


***

Ben Goldacre, Złe leki. Jak firmy farmaceutyczne wprowadzają w błąd lekarzy i krzywdzą pacjentów, przeł. Anna Sznajder, Wydawnictwo Sonia Draga 2013

Listę najbardziej przełomowych książek, które do tej pory miałem okazję przeczytać, od tego roku, otwierają Złe leki Bena Goldacre’a. Brytyjski lekarz i dziennikarz prezentuje nam kulisy działalności przemysłu farmaceutycznego – najpotężniejszego gracza globalnego biznesu. Jeśli do tej pory myśleliśmy, że firmom farmaceutycznym zależy na naszym zdrowiu i byliśmy przekonani o tym, że możemy czuć się bezpiecznie, zażywając ich leki, to czas najwyższy przestać się oszukiwać.

Kilka faktów, które ujawniają Złe leki, to m.in. ukrywanie i fałszowanie badań klinicznych, regularna praktyka firm farmaceutycznych. Lekarze i naukowcy nie mają dostępu do obiektywnych danych, a co najgorsze udział w tym procederze biorą czołowe czasopisma medyczne. Koncerny opłacają profesorów, aby ci przekonywali społeczeństwo i medyków do wątpliwych zalet farmaceutyków. Na dodatek swój udział w tych praktykach mają także publiczne uniwersytety. Zwolnienia naukowców, którzy nie chcieli współpracować z koncernami, nie są rzadkimi przypadkami, podobnie jak kontrowersyjne działania międzynarodowych agencji, które niszczyły ważne dokumenty. Wszystko to przyczynia się do niszczenia naszego zdrowia, a nawet śmierci wielu osób. Czy coś robimy, aby temu zapobiec? Jedynie udajemy. Złe leki to dopiero początek właściwej drogi.

Marcin Rodzinka, Klub Krytyki Politycznej w Krakowie


***

Tony Judt i Timothy Snyder, Rozważania o wieku XX, przeł. Paweł Marczewski, Rebis 2013

Rozważania o wieku XX szczególnie po Fantomowym ciele króla Janka Sowy pozwalają zrozumieć, dlaczego przeszłość nadal czeka na przerobienie, dlaczego Orwellowskie nawoływanie lewicy do przepracowania problemów sprawiedliwości i podległości to warunek rozwoju we właściwą stronę. Demitologizują również pośrednio przesadne podkreślanie znaczenia Polski w dyskursach wszelakich na arenie lokalnej i globalnej. Za to rozbrojenie polskiej wyjątkowości jestem autorom szczególnie wdzięczna.

Joanna Wowrzeczka, Świetlica Krytyki Politycznej w Cieszynie


Czytaj także:

Kinga Dunin, Lajki 2013. Zwierzęta, feministki i bieda

Jakub Dymek, 5 książek, o których mówiła Ameryka

Zobacz też, co czytaliśmy w 2012 roku:

część 1

część 2

część 3


Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.