Kraj

Czy dziwka to człowiek?

Globalizacja globalizacją, ale zachowajmy resztki zdrowego rozsądku i może na początek ograniczmy się do rozmowy o Polsce. Święta ladacznica odpowiada na polemikę dr Magdaleny Grzyb.

Pewna feministka – biała, mająca stałe zatrudnienie w prestiżowej instytucji kobieta, która chyba nigdy nie słyszała haseł „nic o nas bez nas” i „moje ciało – mój wybór” ani nie bardzo wie, że nie wypada tłumaczyć mniejszościom i innym grupom społecznym, jak naprawdę powinny myśleć o swojej sytuacji – zamieściła niedawno artykuł na łamach Krytyki Politycznej.

Usługi seksualne czy eksploatacja i niewolnictwo? [Polemika]

Dr Magdalena Grzyb z Katedry Kryminologii Uniwersytetu Jagiellońskiego postanowiła w nim wyjaśnić mnie, głupiej kurwie, jak naprawdę wygląda świat usług seksualnych oraz co naprawdę postuluję w swoim artykule (myślałam, że dekryminalizację trzecich stron, ale oczywiście byłam w błędzie). Pozbawiła mnie jakiegokolwiek prawa do wypowiedzenia się we własnej sprawie, bo podobno jestem niereprezentatywna (reprezentatywna jest dziewczynka z obskurnego burdelu w Kambodży). Zaproponowała również, jako najlepsze, akurat takie rozwiązanie „problemu prostytucji”, jakiemu najgłośniej sprzeciwiają się aktywne pracownice seksualne z wielu stron świata.

Celowe epatowanie okrucieństwem

Najpierw rozprawmy się z obrazkiem smutnej dziewczynki z obskurnego burdelu w Kambodży. Choć los dziewczynki z Kambodży zaiste jest przerażający, ten przykład jest mniej więcej tak samo na miejscu w dyskusji o usługach seksualnych, jak zdjęcie ośmiomiesięcznego płodu ilustrujące artykuł przeciwko aborcji. To po prostu populistyczna manipulacja. Dziewczynka z Kambodży jest ofiarą przemocy, a nie dobrowolną pracownicą seksualną. Mieszanie tych dwóch zjawisk jest nieetycznym nadużyciem godnym katolickich fundamentalistów, a nie świadomej feministki.

Nadużyciem jest też wiązanie traumatycznych doświadczeń dziewczynki z sytuacją przeciętnej pracownicy seksualnej w Polsce – kraju o zupełnie innym kontekście ekonomiczno-kulturowo-społecznym. To z kolei tak, jakby losy małych pracowników przymusowych z Chin zestawiać z dobrowolną pracą w fabryce w Europie. Globalizacja globalizacją, ale zachowajmy resztki zdrowego rozsądku i może na początek ograniczmy się do rozmowy o Polsce, zamiast rzucać wyrwanymi z kontekstu przykładami z całego świata.

Polecam pozostawienie takich zabiegów fanatykom z nurtu anti-choice, którzy pod sztandarem „zabijania nienarodzonych dzieci” również upychają zjawiska w jakiś sposób spokrewnione, ale bynajmniej nie tożsame. Oni, podobnie jak dr Grzyb, widzą świat bardzo monochromatycznie, podczas gdy rzeczywistość wokół nas bynajmniej nie jest czarno-biała.

Niestety w obu przypadkach manipulacje trafiają na podatny grunt: z powodu braku rzetelnej edukacji ludzie nie mają zielonego pojęcia ani o aborcji, ani o pracy seksualnej. Kształtowanie ich opinii za pomocą głodnych kawałków o biednych dzieciach to kaszka z mleczkiem, czego dowodem jest powszechne udostępnianie artykułu dr Grzyb przez osoby z partii „Razem” oraz niepowiązane z nią feministki i feministów.

Dobrowolna, uprzywilejowana…

Jako autentyczna pracownica seksualna, która napracowała się w agencjach towarzyskich i poznała wyniszczone kobiety z poważnymi problemami psychologicznymi oraz uzależnione od alkoholu i narkotyków, zarabiające na kolejne dawki używek, mam specyficzną definicję „dobrowolności”. Chcecie wiedzieć jaką? Najpierw opowiem Wam trochę o sobie.

Seksworkerka: Dlaczego chcę pełnej dekryminalizacji usług seksualnych

Jak zapewne wiecie z mojego poprzedniego tekstu oraz być może z mojego bloga, praca seksualna jest w moim odczuciu fajna (zazwyczaj, bo na przykład kilka dni temu byłam mocno sfrustrowana niemiłym spotkaniem) i daje mi dużo satysfakcji. Problem w tym, że ja w życiu chciałabym robić coś innego. Coś, o czym mogłabym mówić publicznie bez lęku przed dyskryminacją i przemocą i co mogłabym robić także w wieku sześćdziesięciu kilku lat. Niestety mnie na to nie stać. Żeby pracować tak, jak mi się marzy, muszę poczynić na start dużo inwestycji, a pieniądze ciągle idą na coś innego, związanego z biedą, z jakiej się wywodzę.

Tak, miałam poważne problemy finansowe. Wciąż mam problemy finansowe, mimo że zarabiam powyżej średniej krajowej. Wychodzenie z ubóstwa trwa latami i wymaga ogromnych nakładów finansowych. Samo podreperowanie zdrowia i zębów pochłania majątek. Jako przedstawiciele lewicy na pewno to wiecie. Prawda?

Majmurek: Godność pornografki

Dzieciństwo i czasy nastoletnie miałam w miarę komfortowe: dorobiłam się komputera jeszcze przed boomem „dzieci Neostrady” i pojechałam kilka razy za granicę. Jednak na swoje pierwsze studia chodziłam głodna, często nie mając nawet na ksero, że o ciepłym posiłku w ciągu dnia nie wspomnę. Tak, jedzenie stało w mojej hierarchii wartości dalej niż utrzymanie się na studiach, a jeszcze nie było wtedy materiałów w internecie, które mogłabym czytać choćby z monitora. Jedyną metodą zaliczenia roku było wydawanie skrzętnie zebranych złotówek na kserówki. Dla oszczędności starałam się mieścić cztery strony na jednej. Mogłabym snuć długo takie obrazki, bo do grupy najuboższych Polaków należałam prawie dekadę, ale nie chcę. Myślę, że większość z Was świetnie wie, czym jest bieda. Z autopsji bądź z otoczenia. Powiem jeszcze tylko, że z drżeniem patrzyłam na osoby żebrzące na ulicach. Bardzo bałam się, że za kilka miesięcy będę wśród nich.

Decyzję o pierwszym kontakcie seksualnym za pieniądze podjęłam kilka lat później. Chciałam móc utrzymać siebie i rodzinę przez następne dwa-trzy tygodnie. Byłam przerażona, ale i zdesperowana: nie mieliśmy nic. Zero perspektyw zdobycia zatrudnienia, a w lodówce tylko druty i światło, które zresztą mieli nam lada moment odciąć. Kilku klientów później nadszedł lepszy okres i zarzuciłam pracę seksualną. W tym czasie wielokrotnie próbowałam pracować na etacie, ale z uwagi na specyfikę moich problemów zdrowotnych każdorazowo kończyło się to źle.

Wielokrotnie próbowałam pracować na etacie, ale z uwagi na specyfikę moich problemów zdrowotnych każdorazowo kończyło się to źle.

Dwa kryzysy finansowe później przeprosiłam się z pracą seksualną jako bardziej komfortową niż inne dostępne dla mnie posady. Przede wszystkim pozwalała mi dopasować pracę do stanu zdrowia, była też lepiej płatna i umożliwiała mi znalezienie czasu na zajmowanie się innymi ważnymi dla mnie sprawami. Tak trafiłam do mojej pierwszej agencji. Z doświadczenia wiedziałam, że wolę pracować jako prostytutka niż jako kasjerka. Ta druga opcja skończyłaby się rychłym pobytem w szpitalu. Cóż, wielu rzeczy po prostu nie mogę robić bez szkody dla siebie, a z renty przecież bym się nie utrzymała. Na szczęście tak się składa, że praca seksualna mi nie szkodzi, a powiedziałabym wręcz, że mi służy. Jestem pewniejsza siebie, bardziej kompetentna, lepiej się czuję ze sobą samą i wchodzę w zdrowsze relacje niż te kilka lat temu. Kilka lat temu przeprowadzono kontrowersyjną kampanię społeczną o pracy seksualnej pod hasłem: „I chose the job that suits my needs” (Wybrałam pracę, która odpowiada moim potrzebom). Mogę się podpisać pod tym stwierdzeniem.

Moje ciało, mój wybór? Tak, dlatego pracuję na czacie erotycznym

Można powiedzieć, że jestem z tych nieuprzywilejowanych, zmuszonych do pracy seksualnej przez realia rynkowe. Cóż, wolałabym prowadzić inny biznes, ale nie stać mnie jeszcze na spełnienie swoich marzeń. Podejrzewam, że sporo z Was jest w podobnej sytuacji: pracujecie gdzieś z przymusu ekonomicznego (jak mniej więcej trzy czwarte ludzkiej populacji) i może nawet lubicie swoją robotę, choć marzyłaby Wam się zmiana. Dlatego nie narzekam, bo i nie ma na co. Jednak kiedy nie mówię głośno o problemach finansowych, zdrowotnych i innych, przypina mi się łatkę „niereprezentatywnej” i „radosnej”. Z kolei kiedy mówię o nich głośno, działają one przeciwko mnie. Nikt nie chce słuchać głosu przedstawicielki mojej mniejszości. Chyba, że mówimy dokładnie to, czego otoczenie spodziewa się po nas usłyszeć.

Inna sprawa, że – jak zauważył Pan Szary w swojej polemice z dr Grzyb – to dość smutne i zarazem straszne, że lewica nagle ślepnie na problemy pracowników, kiedy ci nie są już najubożsi.

Pomimo minusów

Praca seksualna nie jest różowa. Nawet dla mnie. Kilka razy zetknęłam się z przemocowym klientem, doświadczyłam gwałtu oraz musiałam uciekać z miejsca pracy przed niebezpiecznym klientem. Niektórzy klienci rzeczywiście podchodzą do mnie przedmiotowo. Jednak skupianie się na cieniach to nie jest moja prawda o usługach seksualnych.

Skupianie się na cieniach to nie jest moja prawda o usługach seksualnych.

Lubię tę pracę pomimo jej mrocznych stron. Nie lubiłabym powszechnie szanowanej pracy weterynarza, który czasem musi usypiać zwierzątka. Nie lubiłabym dobrze płatnej na Zachodzie pracy opiekunki do osób starszych, która czasem doświadcza śmierci swojego podopiecznego. Bałabym się pracować jako policjantka lub strażaczka, bo mogłabym zostać ranna w czasie pracy, a to przeraża mnie bardziej niż jakikolwiek z moich klientów. Natomiast lubię pracę seksualną. Lubiłam ją, kiedy pracowałam w agencji i dzieliłam się opłatą za usługę z moją menedżerką w zamian za organizację mi miejsca pracy, marketingu, transportu i bezpieczeństwa. Lubię ją teraz, kiedy robię to wszystko sama (choć czasem naprawdę chciałabym, żeby ktoś dopilnował, bym dotarła do pracy na umówioną godzinę, odpowiedział za mnie na maile i SMS-y i zorganizował mi dzień).

Przepracowani? Wypaleni? To przestańcie się samowyzyskiwać

Wiecie, co jest super w pracy seksualnej? Jeśli trafi się cięższy klient, to zawsze mogę podjąć w pełni autonomiczną decyzję, co dalej. Decyduję, że wyjdę lub że zostanę. Myślę sobie przy tym, że jeśli będzie niefajnie, to nigdy więcej go nie zobaczę. Wiecie, jaka to ulga po użeraniu się kilka lat ze znienawidzonym szefostwem? Pracując na etacie, często budziłam się chora z nerwów, bo wiedziałam, że z rana przywita mnie awantura. Teraz mogę po prostu wyjść i już nigdy nie wrócić. Tak, z agencji też. Bez problemu rozstałam się z dwoma miejscami pracy. Nikt mnie nie ścigał, nikt mi nie groził, nikt mnie nie szantażował. Byli niezadowoleni i smutni, ale każdy by był, tracąc nagle pracownika. W tym sektorze usług jest dużo dobrych ludzi.

Rewelacyjni są także klienci. W większości. Choć jedna z komentatorek z fanpage’a Feminoteki roiła sobie, że mają wobec nas zerowy szacunek i traktują gorzej niż dziewczynę wyhaczoną na Tinderze (oryginał sugerował, że dziewczyny z Tindera to jakiś pośledniejszy gatunek kobiety), większość odwiedzających mnie panów odnosi się do mnie naprawdę przyjaźnie i traktuje całkowicie podmiotowo. Z kilkorgiem zostaliśmy dobrymi przyjaciółmi, kochankami lub jednym i drugim. Wielokrotnie doświadczyłam bezinteresownej pomocy z ich strony, a także naprawdę wzruszających gestów. Wiele im zawdzięczam.

A co z forami dla klientów, głównym źródłem wiedzy SWERF-ów (radykalnych feministów i feministek wykluczających pracowników i pracownice seksualne) o tym, jak bardzo jesteśmy uprzedmiotowione? Cóż, wielu naszych gości brzydzi się tymi miejscami. Nawet ci, którzy tam bywają, w kontakcie „jeden na jeden” zachowują się zupełnie inaczej. Myślę, że wielu mężczyzn po prostu nie umie inaczej rozmawiać o seksualności i intymności, że w swoim gronie zgrywają twardzieli, bo czują, że tylko tak im wypada. Oni nie potrzebują kar tylko edukacji seksualnej oraz treningu mówienia o swoich emocjach i pragnieniach.

Dobrowolność a brak opcji

Wracając do „dobrowolności”, uważam siebie i moje polskie oraz ukraińskie koleżanki za dobrowolne pracownice seksualne. Miałyśmy wybór. O ile w ogóle można mieć wybór w kapitalistycznym świecie.

Przecież ja mogłabym się zatrudnić w Biedronce, a moja pięćdziesięcioparoletnia koleżanka z agencji mogłaby zostać sprzątaczką. Ktoś nam bronił? Skądże. Że zarabiałybyśmy jeszcze mniej i już na pewno nie miałybyśmy z czego płacić rachunków? E tam. Że moje zdrowie pewnie by się znowu pogorszyło? Znam wielu ludzi, którzy pracowali, dopóki mogli się jakkolwiek poruszać, a potem mieli orzekaną niezdolność do pracy. Taka była ich decyzja, moja była inna. Podobnie jak moja koleżanka, zrobiłam w głowie listę wad i zalet różnych dostępnych mi opcji i postawiłam na usługi seksualne. Koleżance proponowano potem pracę opiekunki do osób starszych w Niemczech, ale powiedziała, że w życiu nie będzie nikomu podcierała tyłka. Jej wybór. Nienawidziła świadczyć usług seksualnych. Czy była prostytutką z wyboru, czy taką, której zabrakło innych opcji? A ja, kim jestem?

Porno to biznes jak inne

I kim jesteś Ty? Robisz to, co chcesz, czy to, co musisz robić, żeby mieć za co żyć? A może masz luksus zarabiania na swojej pasji? Myślisz, że takich jak ty jest wielu?

I kim jesteś Ty? Robisz to, co chcesz, czy to, co musisz robić, żeby mieć za co żyć?

„Prostytutka z wyboru” to zdradliwa koncepcja, ponieważ nigdy nie zastanawiamy się, czy ktoś jest „kasjerką z wyboru”, „śmieciarzem z wyboru”, „zbieraczem truskawek z wyboru”. W przypadku innych zawodów po prostu przyjmujemy rzeczywistość taką, jaka jest. W przypadku innych zawodów nie oburzamy się też, kiedy ktoś chce uzyskać podstawowe prawa pracownicze. Za to dziwki mają siedzieć cicho i nie „narzekać”, jak napisała dr Grzyb.

Jest wiele zawodów szkodliwych dla zdrowia, niewdzięcznych, wstydliwych, wiążących się z ogromnym stresem lub niewygodą. Kiedyś słyszałam, że w zakładzie pogrzebowym są bardzo dobre stawki, bodajże pięć tysięcy złotych na rękę, ale także ogromna rotacja, a większość ludzi zaczyna tam dzień roboczy od kieliszka alkoholu. Nie weryfikowałam tego. W pierwszej chwili pomyślałam, że pięć tysięcy to fajna kwota, przydałaby mi się. Potem wyobraziłam sobie, jak próbuję doprowadzić do ładu zwłoki ofiary wypadku samochodowego i podziękowałam. To nie dla mnie. A przecież ktoś tę pracę wykonywać musi. Ktoś musi być grabarzem, szambonurkiem albo ryzykującym życie budowniczym na wysokościach. Czy zastanawiamy się, jakie ci ludzie mieli opcje? Śmiem twierdzić, że raczej rzadko.

To Twoja wina, że milczymy

Wokół tekstów o usługach seksualnych zamieszczonych ostatnio na łamach Krytyki Politycznej, Dużego Formatu, Vice i Codziennika Feministycznego rozpętała się prawdziwa burza, przypominająca trochę pierwsze dyskusje o aborcji i o prawach osób homoseksualnych oraz transpłciowych. Nagle niewygodna grupa osób wyszła z podziemia i pojawił się problem „co dalej?”.

Kiedy zaczynają mówić pierwsi przedstawiciele jakiejś stereotypowo postrzeganej mniejszości, zwykle słyszą różne krytyczne głosy. W tym taki, że nie są reprezentatywni dla swojej grupy. Wiecie, wszyscy mamy w głowach stereotyp kobiety robiącej aborcję, a potem nagle pojawia się Natalia Przybysz i w taki czy inny sposób psuje nam naszą wizję świata.

Krawczyk: Wszyscy nienawidzą szmat

Jednak nie przypadkiem pierwsze publiczne coming-outy robią ludzie „niereprezentatywni”. Hejt, jakiego się wtedy doświadcza, jest czymś, czego większość ludzi nie jest w stanie znieść. Zauważ drogi czytelniku, że i Mira Kowalska, i ja występujemy pod pseudonimem oraz nie jest to ten pseudonim, którego używamy w pracy zawodowej. Nic w tym dziwnego. Boimy się. Boimy się każdego, kto nie ujawnił się jako nasz sojusznik. Czyli prawdopodobnie również Ciebie. I tego, że nie poprzestaniesz na słuchaniu.

Boimy się, że zaczniesz nam zadawać wścibskie pytania lub dzielić się swoimi „mądrościami”. Że pod swoim nazwiskiem lub anonimowo zaczniesz pisać, że nie seksworkerka tylko prostytutka albo że seks za pieniądze to płatny gwałt, albo że byś nas wyruchał lub nie wyruchał, bo jesteśmy za brzydkie – że wymienię najlżejsze z możliwych wypowiedzi. Na nie nic nie poradzimy: to Internet, więc wydaje Ci się, że wolność słowa pozwala Ci na hejt. Przepraszam, wyrażanie opinii.

Póki możemy, nie pokazujemy twarzy, nie podajemy nazwiska. Bo jest jeszcze natarczywość i przemoc w kontaktach osobistych. Są napisy na drzwiach mieszkania, porysowana karoseria samochodu, kamień rzucony przez okno i oplucie przez mijanego przechodnia. Oraz rzeczy o wiele gorsze.

Uciszanie głosów niepasujących do wizerunku i hejt kończą się tym, że nikt się nie wypowiada. Jeżeli więc brakuje Ci „reprezentatywnych” głosów, aktywnie twórz otwartą przestrzeń. Niech Marysia spod Opola, Kasia z Gdańska i Wojtek z Poznania (pamiętajmy, usługi seksualne świadczą również mężczyźni) nie boją się konsekwencji choćby anonimowego wystąpienia w swojej sprawie. Ja do publicznego zabrania głosu w sprawie swoich doświadczeń dojrzewałam ponad pięć lat – tyle minęło od mojej pierwszej sponsorowanej randki – a i tak wciąż występuję pod pseudonimem. To w dużej mierze wina osób dyskredytujących pracownice i pracowników seksualnych.

Medytacja orgazmiczna, czyli niesienie światu kobiecego orgazmu

A tak naprawdę, dopóki nie zaczniemy mówić głośno i różnorodnie, nie będziesz o nas wiedzieć nic. Wszystkie badania stygmatyzowanych mniejszości są skazane na porażkę, bo zawsze docierasz tylko do pewnego wycinka osób. Badania terenowe streetworkerek nijak nie mają się do doświadczeń wielu kobiet, a o mężczyznach hetero i nieheteroseksualnych oraz o osobach transpłciowych nie wiesz nic, jeśli badasz tylko kobiety.

Na zakończenie krótki teścik

Czy pod płaszczykiem walki o prawa kobiet:

1. Dyskredytujesz nas na każdym kroku jako osoby albo niereprezentatywne i uprzywilejowane, albo przeciwnie, pracujące nie z własnej woli, zaburzone psychicznie, uzależnione od alkoholu i narkotyków bądź będące ofiarami przemocy i handlu ludźmi;

2. Dyskredytujesz nas jako osoby niepoczytalne, niedojrzałe, niewiedzące, czego chcą, zmanipulowane przez patriarchat;

3. Wykorzystujesz w debacie swoje przywileje (np. tytuł naukowy), aby tym skuteczniej uciszyć głos „głupiej dziwki”;

4. Występujesz w naszym imieniu bez oddania głosu kobietom, mężczyznom i osobom niebinarnym świadczącym usługi seksualne. (Pamiętasz jeszcze hasło „nic o nas bez nas”?);

5. Wchodzisz w paternalizujący, mainsplainistyczny ton wyjaśniania, „co naprawdę miała na myśli Święta Ladacznica/inna osoba reprezentująca naszą grupę zawodową” albo „jak naprawdę wygląda przeciętna pracownica seksualna” (przypominam o braku reprezentatywnych badań);

6. Manipulujesz opinią społeczną za pomocą łzawych obrazków ofiar przemocy seksualnej, handlu ludźmi i innych przestępstw, kiedy w teorii mówisz o pracy seksualnej;

7. Powołujesz się na PTSD, zaburzenia psychiczne i doświadczenia przemocy seksualnej w taki sam sposób, w jaki przedstawiciele innego nurtu anty-choice mówią o syndromie poaborcyjnym itd.;

8. Posługujesz się hasłem „lobby sutenerskiego”, aby nas uciszyć. Jeśli jeszcze tego nie widzisz, lobby sutenerskie tak się ma do praw człowieka pracownic i pracowników seksualnych, jak lobby gejowskie do praw człowieka osób nieheteronormatywnych i cywilizacja śmierci do ruchu pro-choice;

9. Świadomie hejtujesz osoby ujawniające się jako pracownice i pracownicy seksualni oraz ludzi mówiących o naszych prawach człowieka;

10. Wbrew nam posługujesz się takimi pojęciami i hasłami jak „nierząd”, „handel własnym ciałem”, „płatny seks = gwałt”, „prostytuowanie się”, „handel żywym towarem”;

11. Dążysz do zepchnięcia usług seksualnych jeszcze bardziej do podziemia poprzez popieranie kryminalizacji klientów.

Jeśli na co najmniej dwa z tych pytań udzieliłeś odpowiedzi twierdzącej, lepiej porozmawiaj czym prędzej z jakąś aktywną pracownicą lub pracownikiem seksualnym, bo musisz odrobić ważną lekcję z lewicowego światopoglądu, feminizmu i praw człowieka.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.

To nie jest polemika, bo nie odnosi się do zarzutow Grzyb. Brak rzeczowych odpowiedzi, tylko retoryczne chwyty, jak ten z głupią kurwą. Grzyb przytacza szereg badań, tu mamy... właściwie co? Osobiste obserwacje? Zasłyszane historie? Mam przyjąć, że to właśnie Święta Ladacznica jest reprezentatywna, w oparciu o jej własne zdanie, bo wszystkie badania są niewiarygodne.
Założenie Grzyb, że Świętej Ladacznicy chodziło o legalizację, było raczej humanitarne. Obrona dekryminalizacji trzecich stron jest obiektywnie trudniejsza. Bo czy bezkarni alfonsi to jest marzenie tych dziewczyn? Czy może alfonsów wyłączamy z dekryminalizacji i zostawiamy tylko wspomnianą asystentkę, specjalistę od marketingu i trenera, których prostytutki będą wtedy zatrudniać na potęgę? To się trzyma kupy? Czy coś mi umyka?

Chciałabym zapytać o przedstawienie autorki artykułu, tuż pod tytułem. Autorka wyraźnie nie lubi słów "prostytutka", "prostytuować","prostytucja", preferuje słowo sex workerka, a jednak pod tytułem czytam "Prostytutka i feministka, autorka bloga Escort Girl Blog". Dlaczego?

Taki sam opis jest na samym blogu. Autorka w którymś ze wpisów tłumaczyła, że pewnych słów używa na nim ze względu na wymogi SEO 🙂

z grzyba podgrzybek
ogórek zaś nogi ma krzywe

Zgadzam się w zupełności, choć profesji jako takiej nie pochwalam. Jakieś granice przyzwoitości, a przede wszystkim godności kobiety są, muszą być abyśmy sami siebie nie uznali za zwierzęta. Czy myślałaś o skutkach legalizacji Twojej profesji? Podatki, ubezpieczenia itp.? Myślisz że było by łatwiej? Że takie odgłosy, jak ten wydany przez tę... ekspertkę, tfu... z którą dyskutujesz, zmienią się wtedy? Pozdrawiam. I życzę bezpieczeństwa w pracy. Bo to ważniejsze niż średnia krajowa za dwa spotkania.

Jakie granice? Kto je ustalił? Pan? Kościół? Panie domu? faceci korzystający z usług sexworkerek? Kiedy? 10 lat temu, 100, teraz? O czym Pan mówi? Niech Pan sprecyzuje godność kobiety? Czynautorka tekstu jest niegodna? A może wcale nie jest godna żeby być kobieta? Kto to ustali? pan, bój esy facetem? A może Pańska żona lub dziewczyna podczas studiów tez uprawiała seks na pieniądze? Kim pan jest, oprócz tego, ze facetem, żeby wydawać wyroki o godności kobiety??

Dawid, każdy może oceniać innych nie trzeba do tego mieć żadnych kompetencji. Po twojej wypowiedzi widać że w ogóle tego nie rozumiesz, wróć jak nauczysz się jak funkcjonują interakcje społeczne.

No właśnie oceniamy. Pseudomorały zadufanych w sobie mężczyzn jako głupoty i podłości.

W kwestii prostytucji mam mieszane uczucia, jakkolwiek pomysl karania (kogokolwiek) za płatny seks nie przekonuje mnie.
Jednego tylko nierozumiem. Przeciez 1/5 Polski zapier*** na czarno. Czy Święta ladacznica nie może po prostu zatrudnic na czarno kierowcy, sekretarza i kogo tam jeszcze potrzebuje tak samo jak robi to inni szefowie z różnych branży?

No właśnie nie może, bo wszelkie formy współpracy z osobą świadczącą usługi seksualne są w Polsce karane. Więc jeśli ktoś zabiera się za organizację pracy seksualnej automatycznie stawia się poza prawem i naraża na sankcje karne.

Święta Ladacznica

Nic to nie zmieni, ten człowiek nadal będzie popełniał przestępstwo kuplerstwa, podobnie jak przestępstwo sutenerstwa popełnia każdy, kto pobiera ode mnie pieniądze za organizowanie mi miejsca pracy, nawet jeżeli nie mam z nim podpisanej umowy. Oczywiście możemy zachować dyskrecję, ale to nadal jest przestępstwo dużo gorsze niż zatrudnienie kogoś na czarno.

Święta Ladacznico.
Bardzo daleki jestem od popierania pracy na czarno (i innych patologii gospodarczych), ale powiedzmy sobie szczerze, ze gdyby organy ścigania miały się na poważnie zająć ściganiem drobnych przestępstw to z miesca zniknęłaby wiekszość firm z rynku.
De facto 90% Polaków popelnia takie lub inne przestepstwo (od posiadania pirackich programów i filmów po cofanie liczników samochodowych przez tzw. dealerów - to wszystko są rzeczy równie karalne co nagminne).
Owszem, to źle - wolałbym, żeby prawo było przyjazne i wszyscy mieli umowę o pracę ale jakoś trudno mi uwierzyć, żeby nie dało sie znaleźć pracowniķa.

Święta Ladacznica

Kuplerstwo, czyli ułatwianie pracy seksualnej za pieniądze, to nie jest "drobne przestępstwo". Jedyną przewidzianą za nie karą jest więzienie, a poza tym odpada argument "wszyscy to robią", bo kupler z definicji jest uważany za złego człowieka. To nie jest martwy przepis, ludzie się boją kar, bo przestępstwa przeciwko wolności seksualnej i obyczajności są traktowane poważnie. Wprawdzie ja raczej nie pójdę siedzieć za duet z koleżanką, ale jeśli wpadnie mój kierowca... Owszem, mogłabym kogoś znaleźć. Ale nie chcę narażać mojego współpracownika. Gdybym kogoś zatrudniła, czułabym się za niego odpowiedzialna. Dlatego nikomu nie mówię, w czym mi pomaga albo skąd mam pieniądze, które mu daję.
Jako ilustrację podaję przepis: "Art. 204. § 1. Kto, w celu osiągnięcia korzyści majątkowej, nakłania inną osobę do uprawiania prostytucji lub jej to ułatwia, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3".

Rozumiem, jak powiedziałem uważam, że nasze prawo w wielu kwestiach jest idiotyczne co nie zmienia faktu, ze wg mnie z tekstu bije lekka przesada.
Mam wrażenie, że większym problemem jest świadomość społeczna niż kodeks karny, ale na to nie pomoże zmiana prawa tylko edukacja - nawet jakby prostytutki mogły pracować i zatrudniać legalnie to policja/US i tak mogą je uważać za zwykłe kur*** i jeśli będą chcieli to mają ma tysiące instrumentów, żeby im utrudniać życie jeśli taka będzie potrzeba / zamówienie polityczne itp.
Za cofanie licznika grozi do 8 lat więzienia a znalezienie samochodu, ktory ma nie cofnięty licznik jest praktycznie niemożliwe.

Święta Ladacznica

Zgadzam się z Tobą absolutnie, że najważniejsza jest edukacja i zmiana świadomości społecznej. Jako grupa jesteśmy jeszcze bardzo nieświadome w Polsce i mamy niesamowicie pod górkę - najlepszym dowodem są hejterskie komentarze i w ogóle wyrazy uprzedzenia powszechne pod tekstami poruszającymi nasze sprawy - ale teraz wreszcie powinno się to zacząć zmieniać. Kilka miesięcy temu coś bardzo ruszyło w Polsce, zaczynamy się zrzeszać i w ogóle jestem pełna optymizmu jeśli chodzi o naszą emancypację. Choć zmiana poglądów innych będzie drogą przez mękę...
A prawa najchętniej w ogóle teraz bym nie tykała, bo nasza sytuacja w Polsce jest relatywnie dobra, za to politycy u władzy - zdolni do wszystkiego.

Pisa o sobie "gupia kurwa" pod nickiem to bardzo latwe, tanie.

Czy tylko mnie się wydaje, że spokojny nie zrozumiał użytego w tekście zwrotu "głupia kurwa"?

Mnie chodziło tylko o to, że kobiety nie znoszą używania wobec nich tego zwrotu, u już zwłaszcza te, nazwijmy je - pracujące. Wg mnie to jakiś alf napisał.

Święta Ladacznica

No tak. Zawsze zapominam, że niektórzy ludzie po prostu nie potrafią rozpoznać ironii.

Wyjasniam: to nie autorka uważa się za "głupia" ale przemądra dr Grzyb ma ją z taką.

Ja mam tylko jedno pytanie: czemu Rousseau, a nie Toulouse-Lautrec?

To uczucie kiedy na dwa ostatnie pytania z testu odpowiadasz twierdząco i dowiadujesz. się, że nie jesteś lewicowcem ;| btw co jest złego w używaniu zwrotu "prostytuowanie się"?

Nie ma się co przejmować, bo test jest niemiarodajny. Ona nie ma zielonego pojęcia o lewicowej teorii. Legalizacja prostytucji pomysł liberalny. Ponieważ ludziom jedno z drugim myli, to mamy takie teksty. Feminizm ma różne odcienie, jest nawet katolicki, który nie przejdzie testu. Wypowiadać w imieniu branży swojej to jedno, ale kategoryzować kto należy do lewicy (gdy nie ma pojęcia co to) i feminizmu (gdy tylko swój feminizm uważa za prawdziwy) jest słabe.

Święta Ladacznica

Ten zwrot jest degradujący, nacechowany negatywnie, wzmacniający uprzedzenia, odwraca uwagę od tego, że jest to praca, a w wersji "prostytuowana kobieta" pozbawia nas podmiotowości i sprawstwa. Kobietom, zwłaszcza pracującym wbrew sobie, trzeba dawać poczucie wpływu na swoje życie, a nie je odbierać. Ogólnie proponuję wykreślić tę frazę ze słownika. Podobnie jak samą prostytucję.

Dlaczego chce nam Pan utrudnić warunki pracy, pozbawić sojuszników i narazić na jeszcze większe niebezpieczeństwa niż do tej pory?

Termin "prostytutka" jest bardzo głęboko zakorzeniony w języku i kulturze. Może warto by go było odzyskać zgodnie z filozofią queer.

Święta Ladacznica

Nie bardzo, bo to jedno z tych słów, które sprowadzają całą osobę do jednej etykietki. Staram się odzyskiwać dziwkę. Trochę na wzór angielskiego slut.

Świetny tekst, ale obawiam się, że mógł powstać - jak listy do GW - w redakcji.

Święta Ladacznica

Bo co, jest za dobrze napisany? Tak się składa, że od wielu lat zajmuję się publicystyką. Dziwki nie są pustymi lalami, które potrafią tylko rozłożyć nogi.
Zapraszam na mojego bloga, jest na nim ponad sto pięćdziesiąt wpisów zgromadzonych przez dwa lata, bardzo nierównych, w większości pisanych pod wpływem impulsu i/lub emocji. Żadnemu redaktorowi KP nie chciałoby się tyle tego naprodukować w wolnych chwilach.

Fejkowy blog też?

Święta Ladacznica

Nie, fejkowego bloga pisze alf 😀 Nie wiem tylko, kto spotyka się z innymi seksworkerkami, które mogą poświadczyć, że jestem autentyczna, ale na pewno zaraz pojawi się jakaś teoria.

O ile początkowe zajęcie się prostytucją mogę zrozumieć z racji braku środków to po poprawie sytuacji to już zwykłe wygodnictwo. Po prostu łatwe pieniądze kuszą tak samo jak łatwa kasa z handlu prochami. A że więzienie nie grozi to trudno na pewno wyjść z takiego moralnego upadku

Święta Ladacznica

Moralny upadek, #ziew
Moja sytuacja nadal się nie poprawiła. Proszę uważnie przeczytać artykuł. Akapity nad linkiem do artykułu o godności pornografki.

Ja np. wolałabym prace na wysokości, pomimo że mam lekką odmianę akrofobii; bardziej boję się klientów. Czy więc to praca łatwiejsza czy nie jest rzeczą względną.

A ja nie i na co to jest niby dowód?

Fejkowy czyli ze niby powstał w redakcji (może niezręcznie napisałem).
Swoją drogą z komentarzy przebija takie właśnie podejscie, że kobieta (upadła) jest zbyt ograniczona żeby mieć własne zdanie musi stać za tym facet. Oj lewicowcy, lewicowcy 😀.

Napiszę jako reprezentantka tej grupy, która jest tu niewidoczna - żon, partnerek (i eks partnerek) panów, którzy z prostytucji korzystają. Zapewniam panią Ladacznicę (vel "głupią kurwę"), że moja sytuacja jest równie wstydliwa - ciężko przyznać komukolwiek dlaczego takie małżeństwo się rozpadło, ciężko odpowiedzieć dzieciom na to pytanie. Można w każdym razie lawirować i na tym w zasadzie opiera się teraz moje życie.

Rozumiem, że może pani twierdzić, że to nie pani broszka, kto się pani napatacza do alkowy. Zakładam, że zaraz odezwą się głosy podobnych pani "postępowców": że przypadek taki jak mój to nie wina prostytutek ale niewiernych mężów i partnerów, oraz oziębłych/nieatrakcyjnych żon. Z całą pewnością w niektórych przypadkach tak właśnie jest. W innych może np. wchodzić w grę uzależnienie (seksoholizm, może pani słyszała). Tak czy siak, można panią uznać za winną współudziału w oszukiwaniu tych partnerek. I ja takie osoby jak Pani o to oskarżam. Pani "zawód" nie jest społecznie pożyteczny, wbrew temu co pani pisze. To co robił mój mąż (tłumacząc się uzależnieniem właśnie, spuśćmy na to zasłonę milczenia) zniszczyło mnie psychicznie (ostatecznie jakie poczucie własnej wartości może mieć kobieta notorycznie zdradzana), zniszczyło moją rodzinę, unieszczęśliwiło moje dzieci. To, że w swoim tekście przywołuje pani jako przykład innych wstydliwych zawodów "szambonurkow" (?) czy pracowników zakładu pogrzebowego uważam za totalną pomyłkę. Oni w zasadzie mogą być dumni z tego co robią: pożytecznej rzeczy, której niewielu chce się podjąć. Ich zawody zasługują na szacunek. Pani zawód na taki nie zasługuje i jest wstydliwy z innego zupełnie powodu. Pani zawód umożliwia niszczenie postronnych, niewinnych, nieświadomych, oszukiwanych osób. Postulaty, jakie pani wysuwa, są dla mnie jak policzek, szczególnie palący, kiedy podchwytują go ludzie lewicy.

Ps. Dosyć śmiała jest pani teza (autodiagnoza?) o wysokiej inteligencji: inteligencja to nie tylko umiejetność złożenia paru zręcznych zdań ale zrozumienia szerszego kontekstu tego, w czym zdecydowała się pani wziąć udział. Powoływanie się na kwestie zdrowotne jest równie zaskakujące: dziwne to móc odbyć pięć "spotkań" (another funny euphemism) ale nie móc przesiedzieć na krześle ośmiu godzin. Sorry za złośliwostki ale - knowing my background - i tak jestem powściągliwa.
W każdym razie życzę dalej tak dobrego samopoczucia.

Przykro mi, ze miała Pani nieudane małżeństwo, ale stosując Pani logikę można dokładnie każdego oskarżyć o jakiś ludzki dramat.
Sprzedawcę w monopolowym, że sprzedał wódkę alkoholikowi, a może nawet sprzedawcę sportowych samochodów, ze sprzedał szybki samochód młodemu człowiekowi, który następnie przejechał kogoś.

Ma Pani prawo do swoich tradycjonalistycznych poglądów, ale w takim razie powinna Pani dobrać sobie odpowiedniego partnera, na pewno nie seksoholika. Jeżeli się okazało w trakcie małżeństwa, no cóż -

Legalizacja prostytucji nie ma tu kompletnie nic do rzeczy - może się Pani po prostu posunie dalej i od razu zasugeruje zakazanie seksu małżeńskiego (oczywiście z winą po stronie kochanek męża), bo przecież mąż był był chory.

Czy naprawdę uważa pan, że sprzedawca w monopolowym, albo sprzedawca samochodów to rzeczywiście to samo co prostytutka? Odrobinę pan chyba odpłynął. Z jakiegoś względu jednak prostytucja jest przez społeczeństwo stygmatyzowana. Jak pan sądzi dlaczego? Dlatego, że całe społeczeństwo jest - jak to pan napisał - "tradycjonalistyczne"? Jeśli "tradycjonalistyczna" jest zwykła ludzka uczciwość, nakazująca powiedzieć drugiej stronie, że coś Ci w związku nie odpowiada, to wolę być "tradycjonalistką", cokolwiek to w pana umyśle oznacza.
Mam wrażenie, że niewiele pan zrozumiał z tego co napisalam. Dyskusja nie toczy się wokół zakazywania czegokolwiek, ale toczy się wokół czego innego: szacunku dla tego zawodu, którego jak rozumiem domaga się Święta Ladacznica. Z powodów opisanych powyżej (żeby pan nie musiał się tym razem domyślać napisze wprost: z powodu tego, że jej zawód rani ludzi (bezpośrednio - mój mąż twierdzi, że ten nałóg zniszczył jego życie - i pośrednio - jego nałóg zniszczyl mnie i dzieciństwo moich dzieci) nigdy nie stanę po jej stronie.

Wszyscy, którzy się z Panią nie zgadzają odpłynęli, nic nie zrozumieli albo powinni się skontaktować z psychiatrą... No cóż.
Muszę Panią zmartwić - byłbym w stanie wymienić zajęć, które są znacznie mniej moralne od pracy prostytutki (np. sprzedaż lichwiarskich pożyczek), ale zapewne dowiem się, ze odpłynąłem i mam się skontaktować z psychiatrą wiec dalsze kontynuowanie tej dyskusji uważam za bezcelowe.

Bardzo słabe jest dyskredytowanie czyjejś wypowiedzi w taki sposób jak pan to robi. Napisałam, że pan odpłynął (może rzeczywiście słowo zbyt mocne, przepraszam) porównując sprzedawców samochodów i alkoholu do prostytutek. Jeżeli pan uważa, że to porównanie było uzasadnione, to ok. Ale sądzę, że nie, bo w powyższym poście schodzimy już piętro niżej i porównujemy je do sprzedawców lichwiarskich pożyczek (co notabene jest w Polsce penalizowane, proszę doczytać). Jeżeli chodzi panu o to, co odpisałam ladacznicy sugerując wizytę u specjalisty, to proszę zwrócić uwagę na jej post powyżej - to była prosta kalka jej chwytu poniżej pasa. Tyle.

Odnoszę wrażenie, ze nasza dyskusja nie prowadzi donikąd, a nie zamierzam się wdawać w pyskówkę.
Nie odpisywałbym już na Pani post, gdyby nie jeden szczegół - terminu "lichwa" użyłem jako skrótu myślowego. Udzielanie pożyczek lichwiarskich w Polsce jest penalizowane i dlatego jak grzyby po deszczu wyrastają tak zwane chwilówki (które oczywiście, że nie mają żadnego związku z lichwą, która jest w Polsce karalna) i mówiłem właśnie o takich, w pełni legalnych firmach pożyczkowych, które się legalnie reklamują 1000 razy dziennie w telewizji.
To wszystko z mojej strony.

Pyskówka? No comment... Może proszę jeszcze raz przeczytać mój post. Z mojej strony również to wszystko.

Święta Ladacznica

Nie jestem winna temu, że Pani mąż uzależnił się od seksu. Odpowiedzialne są mechanizmy, które odpowiadają za uzależnienie. Proszę zrozumieć, że gdyby nie miał dostępu do pracownic seksualnych, to wchodziłby w relacje z kochankami. Zachowuje się Pani jak żona alkoholika, która obwinia sprzedawcę ze sklepu monopolowego. I to nawet nie tego, do którego chodził mąż.
Polecam rozmowę o tym z jakąś bliską osobą albo psychologiem, bo dyskusja pod artykułem nie rozwiąże Pani problemów.

Po raz wtóry: nic pani nie rozumie. Poradzę pani rozmowę z psychologiem/psychiatrą, który będzie w stanie zdiagnozować pani zaburzenie prowadzące do niszczących panią wyborów. Tymczasem pani krucjata jest z góry skazana na niepowodzenie. Wszystkiego dobrego.

Święta Ladacznica

Z nas dwóch to Pani jest sfrustrowaną internetową hejterką, która pisze o zniszczonym małżeństwie, poczuciu winy, obniżonej samoocenie etc. i atakuje innych ludzi. Naprawdę warto, by Pani zrobiła coś z ogromem swojego cierpienia. Ja się mam bardzo dobrze i nie potrzebuję rozmowy. A teraz przepraszam, ale mam ciekawsze zajęcia niż kontynuowanie dyskusji z Panią. Proszę się nie fatygować odpowiedzią, nie będę już tu zaglądać.

Ja po prostu napisałam pierwszy post, który wyjaśniał dlaczego nie zgadzam się z pani postulatami. Prostytucja była, jest i będzie ale uważam, że nie tędy droga, żeby zacząć ją traktować jak każdym inny zawód, zbyt dużo ciemnych stron się z nią wiąże, także z jej rodzimą wersją. Jak pani widzi nie pałam żądzą zemsty i wsadzenia wszystkich prostytutek do więzień 🙂

W efekcie, pani zaczęła: wysyłać mnie do psychologów (od razu w swojej pierwszej wypowiedzi) i dyskredytować mnie w sposób bezpardonowy, jako zgorzkniałą osobę szukającą winy wszędzie tylko nie tam gdzie powinna (co zresztą jest dalece rozmija się z rzeczywistością, już kilka razy to w tych komentarzach tłumaczyłam).

Zaczynam sądzić, że jestem pani wyrzutem sumienia 🙂 Stąd zresztą wydaje mi się, że jeszcze tu pani zajrzy. Szczerze życzę namysłu nad wybraną drogą. Wydaje mi się, że jest pani jeszcze dość młodą osobą i, wbrew pozorom, ma wiele możliwości by lepiej wykorzystać pani talenty, zwłaszcza te intelektualne. Proszę na iść na łatwiznę. Powodzenia.

Przepraszam za literówkę - miało być "seksu pozamałżeńskiego" a nie "małżeńskiego", ale to chyba raczej oczywiste.

Święta Ladacznica

Przykro mi, że była Pani notorycznie zdradzana. Naprawdę współczuję. Chciałabym tylko nadmienić, że mężczyźni potrzebujący kontaktu seksualnego z kobietami innymi niż jedna stała partnerka - a takich mężczyzn jest wielu - będą zdradzali zawsze. Jeśli nie ze mną lub moją koleżanką z branży, to z kimś, z kim będą wchodzili w relację, żeby zapracować na seks albo randomową dziewczyną z Tindera. Jeśli zaś dochowywaliby wierności, to wbrew sobie i swoim bardzo silnym potrzebom, a to także oznaczałoby kryzys w małżeństwie.

Pyta Pani, jakie poczucie własnej wartości może mieć kobieta notorycznie zdradzana. Odpowiem: bardzo wysokie. Niskie poczucie własnej wartości jest wyrazem Pani indywidualnych (acz powszechnych) przekonań związanych z wiernością i zdradą. To one teraz podkopują Pani samoocenę, bo Pani wzięła zdrady męża do siebie. Ja bym nie wzięła. Ja złożyłabym je na karb profilu seksualnego mojego partnera i zastanowiła się, czy ja umiem być z nim w relacji. A to z kolei zależałoby od tego, czy mnie okłamuje, czy też nie oraz czy mnie traktuje OK. Bo kiedyś byłam w otwartym związku, gdzie partner dawał mi do zrozumienia, że traktuje mnie jako osobę w jego życiu trzeciorzędną, i ciągle opowiadał mi, jaka wspaniała jest inna kobieta - i tego nie byłam w stanie zdzierżyć. Natomiast mój następny partner miał - i ma - wiele kochanek i kochanków i mnie to nic kompletnie nie obchodzi, bo mam z nim wyjątkową relację i wiem, że jestem dla niego atrakcyjna, a poza tym nigdy mnie nie oszukuje. No ale ja akceptuję to, że wielu mężczyzn jest poligamicznych i nie doszukuję się w tym winy - ani własnej, ani partnera, ani "tej trzeciej".

Jak Pani widzi, są różne modele relacji. Pani najwyraźniej jest monogamistką, która związała się z poligamistą ze sporym libido, który prawdopodobnie przez chwilę się starał dochować Pani wierności, a potem przestał sobie z tym radzić. To niestety częsta sytuacja. Moi klienci czasami mi o tym mówią, a potem dodają "z tobą mogę o tym porozmawiać, a moja żona niczego nie rozumie". W każdym razie to brak kompatybilności oraz może szczerości ze sobą rozwalił Pani małżeństwo, a nie pracownice seksualne czy inne kochanki Pani męża.

Dziwi mnie też, że nazywa Pani swoją sytuację wstydliwą i mówi, że ciężko się komukolwiek przyznać do przyczyn rozstania. Społeczeństwo jest przecież po Pani stronie. Powiedzenie "Mąż mnie zdradzał" uderza w jego, nie w Panią. To on jest tym złym. Dzieci też są w stanie zrozumieć, że tatuś był nie w porządku i mamusia nie lubiła, że spędzał za dużo czasu z innymi paniami i było jej smutno.

Mam dla Pani propozycję. Proszę wypisać wszystkie swoje przekonania związane ze związkami, seksem i małżeństwem, wszystko w co Pani wierzy, co Pani uważa za wiedzę fachową lub ludową. Ze szczególnym uwzględnieniem zdrady, wierności, monogamii, poligamii. Proszę się temu wszystkiemu przyjrzeć. I poszukać tych rzeczy, które odpowiadają za Pani stan. Może któreś z tych przekonań Pani nie służy.

Istnienie seksoholizmu jest coraz częściej negowane przez seksuologów pracujących w nurcie pozytywnej seksualności i traktowane jako wyraz innych problemów. Niestety nie podaje Pani szczegółów, więc nic więcej w tym temacie nie rozjaśnię.

O powodach zdrowotnych nie chcę się wypowiadać. Musiałabym zdradzić, co to jest, żeby wszystko stało się dla Pani oczywiste. A być może także zrobić wykład z odpowiedniej gałęzi medycyny. Ponieważ wolę zachować anonimowość, proponuję po prostu się w to nie wtrącać i zachować złośliwostki dla siebie.

co za stek bełkotliwych racjonalizacji, wszystko po to aby nie poczuć się... nazwijmy to, zerem moralnym. Argument "to nie ma nic wspólnego ze mną, bo on by i tak zdradzal, jak nie ze mną to z kim innym" jest żałosny. Tak jak by np. lekarz się tłumaczył: "on sam prosił o te prochy, co jest od nich uzależniony, no jak nie ja to któryś inny lekarz by mu przepisał - więc dlaczego nie ja, na tym się dobrze zarabia."
I do tego jeszcze tupet, aby pouczać kobietę, dla której zdrady męża były ogromną traumą, że największym problemem jest tu jej niewłaściwy system "przekonań." A może to Pani system przekonań zawiera rzeczy, które odpowiadają za stan Pani życia? Np. to, że kontynuowanie pracy jako prostytutka nawet po doświadczeniu gwałtu nadal uważa Pani za lepsze i "zdrowsze" niż praca na etacie z denerwujacym szefem?
A tak przy okazji, istnienie seksoholizmu nie tyle jest "coraz częściej negowane" ile coraz bardziej powszechnie traktowane jako bona fide uzależnienie w psychiatrii i seksuologii. Może warto aby zamiast dawać wykłady Pani się sama poduczyła w dziedzinach, w których kreuje sie Pani za bieglą?

Niestety Sua, ale ta raczej Marta wypisuje "co za stek bełkotliwych racjonalizacji"
Mąż ją zdradzał, a ona szuka winy wszędzie na około tylko nie w nim.
Bardzo to przypomina przemoc domową - mąż bije, a żona obwinia szefa jego szefa (bo ma stresująca pracę), dzieci (bo nie dadzą tacie spokoju) i wreszcie siebie (bo zupa była za słona).
Niestety czasem trzeba spojrzeć prawdzie w oczy - jeśli mąż zdradza to jest to wina męża a nie podstępnych kobiet, że pozwalały mu na seks (zwłaszcza, ze nie dla przyjemności a po prostu dla pieniędzy)..

"Mąż ją zdradzał, a ona szuka winy wszędzie na około tylko nie w nim".
Jesteś łgarzem. Przeczytaj co napisałam, potem smaruj swoje wypociny. Myślisz, że pozbawiałabym dzieci ojca, jeśli nie widziałabym w nim winy?Jesteś tak ograniczony, że nie umiesz zrozumieć prostych słów: wina i WSPÓŁUDZIAŁ? Każda kochanka jest przyzwoitsza od prostytutki. Skumaj to i potem komentuj.

Widocznie jestem ograniczony bo raz piszesz o seksoholizmie (i wyraźnie podkreślasz chorobę męża), a za chwilę piszesz w innym poście, ze mąż był bezbrzeżnie zły.
Można się pogubić czy w końcu był chory czy zły.
Na stek inwektyw nie będę odpowiadał.

Nie napisałam, że jest uzależniony. Wszędzie starałam się pisać, że on tak twierdzi (jeśli gdzieś to było niejasne to mam nadzieję, że tu będzie). To jest różnica. Nie mnie o tym decydować czy to prawda, bo nie mam na ten temat wystarczającej wiedzy. Dla mnie był złym mężem, a z czego to wynikało to inna historia: może z wyrachowania, może z nałogu.

"Bezbrzeżnie zły" - to miało być śmieszne ale widocznie nie było. Pisząc to, chciałam, żeby wszyscy zrozumieli, że obwiniam PRZEDE WSZYSTKIM mojego męża, co nie oznacza, że nie zauważam kontekstu tej sytuacji. Podkreślając wszędzie jego winę chciałam uniknąć właśnie takich opinii jak pańska powyżej ("szuka winy wszędzie tylko, nie w nim"), ale jak widać i tak mi się nie udało. Mam wrażenie, że w takiej sytuacji jak moja, niezależnie od tego co zdradzona kobieta napisze, od razu jedziemy z kliszą, że zdradzona kobieta broni zdrajcy upatrując przyczyn sytuacji w osobach trzecich (zdaje się zresztą, że nie tylko pan wyraził taką opinię). To jest to po prostu nieprawda i to nieprawda bardzo dla mnie bolesna. Dlatego podeszłam wczoraj do pana wpisu bardzo emocjonalnie, za co przepraszam.

Święta Ladacznica

Porównanie do lekarza jest o tyle nietrafione, że lekarz ponosi odpowiedzialność za stan swojego pacjenta i ma obowiązek być od niego mądrzejszy. Ja tej odpowiedzialności nie ponoszę, ja sprzedaję usługę. Adekwatniejszym porównaniem byłoby przywołanie barmana, który sprzedaje alkohol i do którego czasem podchodzą alkoholicy albo właściciela kasyna, do którego przychodzą również hazardziści.

Moje przekonania odpowiadają za to, że jestem teraz zadowolona z życia jak nigdy przedtem i mam możliwość uporządkowania wszystkich sfer życia. Nie mam po co ich zmieniać. A pięć minut seksu wbrew mnie przy dwóch latach ostrego mobbingu ("denerwującego szefa") zdecydowanie przegrywa konkurs na najbardziej traumatyczne doświadczenie życia.

Jeszcze jedno: "ja odpowiedzialności nie ponoszę, ja sprzedaję usługę" 🙂 Wiesz, że ja też sprzedaję usługi? I - o dziwo - ponoszę odpowiedzialność za usługę którą sprzedaję.

Myślę że dużo łatwiej by było gdyby prostytucja była usługą legalną. Wtedy być może pani mąż by pani nie oszukiwał a pracownice być może wiedziałyby, że jest żonaty i może miałyby regulamin pracy,który nie zezwala na seks z osobą po ślubie. Gdyby doszło do rozprawy to agencja mogłaby pokazać rachunki że taki pan rzeczywiście panią zdradzał i nie musiałaby pani teraz żyć za zasłoną enigmatycznych półsłówek. Może wiele innych rzeczy by się wydarzyło, ale nigdy nie dowiemy się tego dopóki nie spróbujemy odkryminalizować prostytucji.

Ty odpowiedzialności nie ponosisz, ty tylko dajesz ciała i jesteś zadowolona. I to jest w tym wszystkim piękne. Nie wiem czy wiesz, ale my, udzielający się w mniej kontrowersyjnych branżach, jednak ponosimy odpowiedzialność za WSZYSTKO co robimy. I to jest ta FUNDAMENTALNA różnica. A jak słyszę o tym mobbingu to mi wszystko opada. Innej roboty przecież nie ma we wszechświecie.

Jellycrusher

Widzi pani, to akurat nie jest "stek bełkotliwych racjonalizacji", to jest wiedza NAUKOWA dotycząca ludzkich zachowań seksualnych. Wiedza, dodajmy, mimo swojej przystępności obca zarówno dla osób wierzących (bo jest "niemoralna"), jak i większości myślących racjonalnie (bo jest niepoprawna politycznie, tzn. nie pasuje to akurat wyznawanej mody "socjologicznej"). Człowiekiem sterują geny, popędy i rozum - tak mamy zbudowany układ nerwowy, od tego się nie ucieknie. W pewnych sytuacjach popędy biorą górę nad rozumem i jest to oczywiste. Np. mężczyzna, któremu partnerka przez długi czas odmawia seksu wtedy, gdy on go potrzebuje, może przez jakiś czas to tolerować przez wzgląd na lojalność i racjonalność, ale gdy mu głód seksu zacznie za bardzo doskwierać, ucieknie w masturbację albo poszuka innej kobiety. Sytuacje, w których sterują nami geny, są natomiast dla większości z nas kompletnie nierozpoznawalne, są przypadkami pozornie absurdalnego, "irracjonalnego" zachowania. Zaryzykuję tu oskarżenie o seksizm, ale właśnie kobiety powinny mieć tego świadomość, bo wydaje mi się, że one jednak częściej postępują w ten sposób, albo może po prostu jest to bardziej widoczne. Podsumowując - wypowiada się pani na temat, na który sama niewiele wie, polecam uzupełnienie wiedzy w dziedzinie doboru seksualnego i psychologii ewolucyjnej. Póki co żyje pani w świecie wishful thinking, podobnym do tego, jaki od wieków budują moraliści i kapłani, a od kilkudziesięciu lat - także feministki.

Sugeruje pan, że wszyscy mężczyźni wyposzczeni przez żony/partnerki korzystają z usług prostytutek? A co z niewyposzczonymi, którzy też korzystają? Są tacy, zapewniam. Czy wtedy to ciągle geny i irracjonalizm czy już świadoma decyzja? I czy to cokolwiek zmienia?
W zasadzie to pan również zgubił meritum tej dyskusji. Nie rozmawiamy bowiem o popędach i genach ale o szacunku dla profesji, którego domaga się pani ladacznica. Chyba, że to ja pana nie zrozumiałam, a pan miał na myśli to, że ladacznicy i jej koleżankom należy się szacunek, bo czynią zadość tym niespełnionym, nie znajdującym ujścia w zdrowych relacjach, męskim popędom. A to usługa szczytna. Jeśli tak, to mogę tylko napisać, że się nie zgadzam z powodów jak powyżej.

1. Czy się pani nie zapętla? Z jednej strony twierdzi pani, że "klienci" dzięki pani usługom nie muszą nawiązywać relacji, żeby "zapracować" na seks, bo to by dopiero było straszne dla ich żon/partnerek. Z drugiej strony - weszłam na pani bloga - opisuje pani jaką to intymność buduje ze swoimi klientami, często stałymi lub co najmniej wielokrotnymi, nawet podobno pani pomagają w trudnych sytuacjach życiowych. Czy to nie jest relacja? Zakładam, że widzi pani w tym wartość, bo się tym pani chwali. Czyli na pewnym poziomie (podświadomości?) zależy pani na bardzo stereotypowo rozumianej relacji. Ale dla kasy dostarcza pani zaledwie namiastki. Jest w tym jakaś fundamentalna nieuczciwość.
Najlepszy seks to dla większości osób jednak seks powiązany z relacją, z zakochaniem, zaufaniem, intymnością, całą tą metafizyczną częścią (nie piszę z literatury). Żal mi po prostu tej idei, która jest w coraz szybszym tempie pożerana przez "tańszy"(sic!) model. Zamiana siekierki na kijek. Tak jak z Buninem - też całe życie marzył o miłości, a dostał tylko Nobla. Przy czym porównanie prostytucji do Nobla jest trochę na wyrost, przyznaję.

2. Tak, moje przekonania są odrażająco tradycyjne: wyłączna relacja, oparta na wierności i uczciwości. Uczciwości polegającej na tym, że jak relacja przestaje nam wystarczać to o tym mówimy i albo ją naprawiamy albo wchodzimy w nową. I tak, na pewno mi to nie służy. Może jestem też naiwnie idealistyczna. Tylko co z tego wynika? Mam sobie zracjonalizować zdradę i nieuczciwość mojego męża i nie brać tego do siebie? Mam zmienić moje przekonania i oczekiwania bo jestem nieżyciowa, szczególnie w czasach RedTuba, Odlotów, Świętych Ladacznic, seksworkerek, itd? Mam je zmienić, bo bardziej postępowo/realistycznie jest być zwolennikiem związków otwartych? Czy ma sens przykładanie jednej miary do wszystkich i decydowanie z góry co jest dla kogo dobre? Dla mnie pani związek to opis sytuacji, w jakiej nigdy nie chciałabym się znaleźć.

3. Uzależnienie od seksu to kwestia dyskusyjna ale najnowsze badania naukowe jednak wskazują na istnienie identycznych mechanizmów uzależniających jak w przypadku uzależnienia od narkotyków (panią musielibyśmy nazwać tu dealerem?).

4. "z tobą mogę o tym porozmawiać, a moja żona niczego nie rozumie" - mój mąż inaczej mi to tłumaczył :). Ciekawe, że z góry zakłada pani, że to co mężczyźni mówią prostytutkom jest prawdą objawioną. A może przed wami też grają? Próbują wymyślić historię, która sprawia, że nie wyglądają jak zwykli k., tylko niespełnieni, niezrozumiani wrażliwcy o dużych potrzebach? Nie przeszło to pani przez myśl?
Mój mąż twierdzi, że zrozumiał, że ma olbrzymi problem. Chodzi na terapię, jego seksuolog "wierzy" w jego uzależnienie - nie mnie to oceniać. Podczas jednej z rozmów ze mną, gdy już było po wszystkim, więc raczej wierzę, że była ona szczera, tłumaczył mi jak grał przed prostytutkami, żeby lepiej poczuć się z tym co robi. Poczuć się lepiej przed sobą samym. Żeby zagłuszyć wyrzuty sumienia. Więc na pani miejscu nie przywiązywałabym się do tych wynurzeń "klientów", wnioski o nie oparte mogą być dalekie od rzeczywistości.
Znam też taką wersję tego banału: " Ona już wie, już zna te historie, że żona go nie rozumie, że w cale ze sobą nie śpią, ona na pamięć to umie". Osiecka to jednak inteligentna kobieta była, czyż nie? A pani bierze to tak na serio...

5. "W każdym razie to brak kompatybilności oraz może szczerości ze sobą rozwalił Pani małżeństwo, a nie pracownice seksualne czy inne kochanki Pani męża" - jeśli to nie było jasne w moim pierwszym poście, to powtórzę: tak, brak szczerości przy współudziale prostytutek. Ze względu na ten współudział, ja bym go nawet nazwała szkodliwością społeczną, legalizacja prostytucji czy jakiekolwiek inne kroki zmierzające w tym kierunku, są dla mnie nie do zaakceptowania.

6. "Dzieci też są w stanie zrozumieć, że tatuś był nie w porządku i mamusia nie lubiła, że spędzał za dużo czasu z innymi paniami i było jej smutno" - dziękuję za poradę, na pewno poważnie rozważę przekazanie im tej informacji w ten sposób.

Przykro mi, że nie zaszła w pani żadna refleksja, że w określonych przypadkach - nie we wszystkich rzecz jasna ale jednak - to co pani robi jest niszczące.

Święta Ladacznica

1. Nie uważam, by "najlepszy seks" miał być jedynym dostępnym. Wielu ludzi potrzebuje różnorodnego seksu, w tym szybkich numerków bez zobowiązań. Tak samo możemy pięknie mówić o najlepszych potrawach i wartości jedzenia domowego lub z restauracji z gwiazdką Michelina, ale nagle nabrać ochoty na kebeba. To nie jest zamiana siekierki na kijek, to poszerzenie możliwości.

2. Nie twierdzę nigdzie, że ma Pani nagle zacząć wchodzić w inne relacje niż Pani preferuję. Twierdzę, że warto otworzyć się na to, że nie każdy podziela Pani potrzeby i wartości, bo wtedy łatwiej jest znaleźć partnera, który szczerze powie, jaki jest i co preferuje (a wtedy Pani będzie mogła podjąć decyzję o niewiązaniu się z nim).
Twierdzę też, że warto otworzyć się na to, że choroba Pani męża (przyjmuję teraz Pani punkt widzenia) nie ma nic wspólnego z Pani wartością. Tak, proszę nie brać do siebie zdrad męża. Jeśli jest chory, to nic Pani nie mogła zrobić. Nikt poza seksuologiem i Pani mężem nie może z tym nic zrobić. Jeżeli jest poligamistą, to też nie ma to nic wspólnego z Panią.

3. Najwyraźniej temat jest bardziej kontrowersyjny i niepewny niż słyszałam od znajomych ekspertów. Bywa.

4. Nigdy, przenigdy nie posługuję się kategorią "zwykłego kurwiarza" (nie wstydźmy się wulgaryzmów, cenzurowanie ich przez dorosłą osobę jest śmieszne). Zawsze patrzę na moich klientów z sympatią oraz zakładam, że mówią prawdę i mają dobrą wolę. Wiem, że mogą grać i kłamać, ale gdybym miała to na uwadze cały czas, nie dałabym rady budować atmosfery ciepła i zrozumienia.
Przyjmuję jednak, że w przypadku Pani męża było tak, jak Pani mówi.

5. A co z alkoholem, hazardem i innymi rozrywkami, które w wykonaniu niektórych wymykają się spod kontroli? Co z przytoczoną już szybką jazdą? Ja jestem uzależniona od kofeiny, czy mam obwiniać o niszczenie mi zdrowia producentów kawy? W ogóle mówienie o winie kogokolwiek przy uzależnieniach jest słabe.

Ad. 1. Piszę tylko to co mi powiedział eks-mąż. Owszem, mogę założyć, że nie chciał mnie ranić bardziej niż to już zrobił ale nie widzę też powodów dla których miałby kłamać. Mówił, że każdy seks z prostytutką to był dla niego przymus, jakby był na głodzie. Chwila szybkiego bicia serca, ekscytacji, nagroda a potem długi czas pogardzania sobą i wyrzutów sumienia (może wpłynęło na to jego katolickie wychowanie, nie wiem). Czyli, że ten kebab był zawsze w efekcie mocno niestrawny. Tylko co z tego, skoro nie mógł przestać go jeść? Jest tak zaburzony przez swoje przygody, że wydaje mi się, że trudno mu będzie zbudować zdrową, szczerą relację w przyszłości.

Ad. 2. Ja nic nie mogłam zrobić (to wiem na pewno), osoby z pani zawodu zrobiły zaś wszystko by mu w tej drodze towarzyszyć.

Ad. 4. cenzuruję, bo nie znam zasad tego forum, po prostu 🙂 "Atmosfera ciepła i zrozumienia" - zabrzmiało jak motto psychoterapeutki ze Zgierza (z całym szacunkiem). Naprawdę nie musi pani tej atmosfery budować, zakładam, że większość pani klientów ma to z grubsza w dupie (przepraszam, nie ocenzurowałam się tym razem).

Ad. 5. A co z dealerami narkotyków? Czy legalizujemy ich działalność? Myślałam o tym chwilę i doszłam do takiego wniosku: złodziei, alfonsów i dealerów kodeks karny czule obejmuje swoimi paragrafami. Prostytutki nie, ale jednocześnie ten zawód nie jest zalegalizowany. Ustawodawca doszedł więc do wniosku, że nie jest on na tyle szkodliwy, żeby karać, ani na tyle pożyteczny, żeby legalizować. Cała nasza dyskusja zasadza się więc na określeniu bilansu prostytucji: zważeniu plusów i minusów i stwierdzeniu co przeważa. Z pani punktu widzenia plusy przesłaniają minusy i stąd powinniśmy zgodzić się, że kurwa też człowiek, co należało dowieść. Z mojego punktu widzenia są same minusy, więc uważam, że kurwa też człowiek ale z defektem, bardzo dyskwalifikującym - brakiem empatii i solidarności kobiecej. Bo chyba otwarcie możemy sobie to powiedzieć: pieprząc "klientów" zdaje sobie pani sprawę, że są to często ojcowie dzieciom, mężowie żonom itd, itp. Jeżeli mimo wszystko decyduje się pani na to - to ok, nie będę tego pani bronić, ale niech mnie pani nie zmusza to rozumienia pani wyborów. Dla mnie te wybory są niepojęte.
(dodam jeszcze dla mało kumatych: tak, mój eksmąż to złamas i wina jego bezbrzeżną jest).

Nie wiem co tu jest niejasne, to pani mąż panią zdradzał i tyle. To on jest winny, zły itp.
Poświęca pani wiele czasu żeby atakować zupełnie obcą osobę, z którą nawet pani mąż pani nie zdradzał.
Proszę poświęcic ten czas na rozmowę z mezem. Powodzenia.

I kolejny postępowiec, o którym pisałam w pierwszym poście. Napiszę specjalnie dla pana raz jeszcze bo widać nie dotarło: . Tak moj eks-mąż jest winny i zły,bezsprzecznie. Ale miał też osobę, która mu w tym dopomogła, czyż nie? I dlatego zawód ten mojego szacunku mieć nigdy nie będzie. Powodzenia w rozkminieniu tego.

Spokojnie, niech sobie pani żyje nienawiścią mnie tam wszystko jedno.
Ja wracam do żony, której nie zdradzam mimo istnienia dziwek. Jak ja to robie?? Chyba jestem nadczłowiekiem 😉. Over and out.

Gratulacje dla żony za posiadanie takiego nieczułego, buraczanego męża. What a lucky lady!

Bronisz przegranej sprawy, ladacznico. Prostytucja jest obiektywnie zła - dobrowolna, czy nie. Osoba podpisująca się "Marta" wyjaśniła w czym rzecz. A Krytyce Politycznej "gratuluję" kolejnego udzielenia swych łamów elementowi socjalnie bliskiemu.

Święta Ladacznica

Ladacznica przez "L", nie "l".
"Obiektywności" zła Marta dowiodła poprzez retorykę "to Twoja wina, że mąż mnie zdradzał, bo byłaś dostępna". Idąc tym tropem, powinniśmy wprowadzić kary za seks pozamałżeński, bo czasami któreś z uczestników ma partnera/kę.

Nie skumałaś, ladacznico. Zdradzał, bo to zły mężczyzna był, ale ty mu w tym dopomogłaś i związku z tym też cię nie lubię. Teraz jasne? Czuję się jakbym rozmawiała z pisiakiem, który nie czyta tylko odpowiada.

Święta Ladacznica

To był zły czy poważnie chory? Trochę Pani niezdecydowana.

Nie niezdecydowana. Czy uzależniony nie wiem (on tak twierdzi, strałam się to podkreślać w każdym poście). Dla mnie był złym mężem. Mam nadzieję, że teraz to jasne?

A tak na marginesie, abstrahując od mojej sytuacji: sarkazm ("poważnie chory") w tym kontekście uważam za nie na miejscu. Świadczy tylko o pani braku wiedzy w temacie seksoholizmu (jeszcze raz podkreślę, że abstrahuję od mojej sytuacji, bo znowu przypisze mi pani coś czego nie napisałam). Polecam zapoznać się z literaturą w tym temacie - może wtedy będzie pani w stanie zrozumieć z czym uzależnieni od seksu się borykają. Są to historie naprawdę trudne i bolesne. A pani i koleżanki stanowią istotny element tej układanki.

Święta Ladacznica

Nie byłam sarkastyczna. Moja wiedza mówi mi, że uzależnienie = choroba. Jeżeli Pani mąż jest chory, to ja mu współczuję.
Nie mam motywacji do czytania o seksoholizmie. Jest mi to do niczego niepotrzebne.

"Nie mam motywacji do czytania o seksoholizmie. Jest mi to do niczego niepotrzebne."

Taaa. Krupier w kasynie nie wie, co to hazard. Copywriter odcina się od nieumiarkowanego konsumpcjonizmu. Dziennikarz z pudelka potępia nałóg podglądactwa i obmawiania bliźnich.

Wszyscy odcinają się od moralnych konsekwencji swojej pracy. Wszyscy tylko "świadczą usługi". Ale integralną częścią tych usług jest aktywne stwarzanie pokusy, czy jak kto woli - potrzeby.

Ale akurat lewica temat tzw. "kreacji potrzeb" jako dźwigni gospodarki towarowej powinna mieć rozpracowany. Tak właśnie od strony podmiotów tej gospodarki "wytwarzana" jest alienacja. Skoro to można robić z autentycznym zadowoleniem, to znaczy, że kapitalizm jest "naturalny" i wieczny. Marks się w grobie przekręca.

Po "czasem gwałcą, ale nie ma o czym gadać" odechciało mi się czytania.

Jakby nie patrzeć, są zawody/zajęcia, które bazują w dużej mierze na wykorzystywaniu słabości innych ludzi. Prostytutka, dziennikarz z tabloidu czy pudelka, copywriter z agencji reklamowej, krupier w kasynie... Proszę nie porównywać ich ze śmieciarzem czy grabarzem, bo to uczciwe fachy.

Nie bez racji akurat w tych środowiskach najczęściej szuka swoich informatorów tajna policja. Wiedzą, że znaczna część tak zarabiających ludzi zrobi wszystko. Bo czemu nie?

Szanowny Tomku - zapewniam Cię, że odsetek księży, którzy zrobili by wszystko dla worka cementu na budowę kościoła, jest o niebo wyższy. Więc w tym przypadku byłbym dużo ostrożniejszy w rzucaniu kamieniami. Bo możesz przypadkiem nabić guza własnemu proboszczowi. Szczególnie polecam Twej uwadze okres stanu wojennego, który był jednocześnie okresem boomu budowlanego w budownictwie sakralnym.

"Bo możesz przypadkiem nabić guza własnemu proboszczowi."

Szanowny Jarku, ponieważ masz skłonności do fantazjowania i pewnie w toku dyskusji wzmogłyby się one jeszcze, pozwolisz, że nie odpowiem na Twój post. Pozdrów ode mnie swojego imama.

Szanowny Tomku - rzeczywistość nie zniknie tylko dlatego, że zamkniesz oczka. Jak szacuje IPN w kolaborację (z różnych zaiste powodów) zamieszanych było około 15% duchowieństwa. A co ma do duchownych TW mój imam? Mój Ty katolicki ślepaczku??????

"Mój Ty katolicki ślepaczku??????"

Szanowny Jarku - chodziło mi wyłącznie o Twoje fantazjowanie na mój temat. Jak widzę, nie pomyliłem się, i Twoje obsesje tylko się wzmogły. A po co mam dyskutować z kimś, kto albo nie odróżnia rzeczywistości od swoich fantazji, albo ma brzydki zwyczaj wstępnego "ustawiania" swojego rozmówcy. Do tego ten protekcjonalny ton: "oczka", "ślepaczku", "mój Ty". Wstyd stosować takie tanie chwyty.

Tajna policja PRL szukała informatorów również wśród studentów, wykładowców, w środowiskach katolickich, homoseksualistów. Co im może pan zarzucić?

Panu mogę zarzucić niezrozumienie znaczenia słowa "najczęściej". Tajna policja szuka informatorów wszędzie, ale akurat ladacznice i usługowi pismacy to środowiska standardowo wykorzystywane w tym celu. W każdym czasie i każdym ustroju. Również teraz.

1. Zarzucanie mi niezrozumienia jest niskim czepialstwem.
2. "Najczęściej" nic nie mówi, czyli jak często? Ja "najczęściej" spotykałem się z agenturą w środowisku akademickim ale nie uważam, że są szczególnie zdeprawowani 😉
3. Ma pan na swoje tezy jakieś dowody? W PRL raczej nie było tabloidów.
Może jest tak, że bezpieka wykorzystuje słabości inwigilowanych zdobywając wiedzę o nich na różne sposoby?

Zarzucanie mi niskiego czepialstwa jest jeszcze niższym czepialstwem kogoś, kto zdanie "X najczęściej robi Y" komentuje bez sensu zdaniem "X robi także Z". Formalnie tabloidów w PRL nie było, ale usługowi pismacy jak najbardziej istnieli. Powiem panu więcej, formalnie nie było też prostytutek. Taki zawód nie istniał.

Oczywiście, tajna policja zdobywa wiedzę na różne sposoby, ale czy ostatecznie przeczy pan, czy nie, że standardowym ponadustrojowym sposobem jest "zasięganie języka" w środowisku ladacznic, a nie na przykład śmieciarzy czy stolarzy? Choć czasem pewnie i jakiś stolarz się trafi.

PS. Nie wiem, co to znaczy, że pan spotykał się z agenturą w środowisku akademickim. Pracował pan w tajnej policji? Nie pracował pan, ale po oczach poznawał, kto jest tajnym współpracownikiem albo sporadycznym donosicielem? Przejrzał pan wszystkie akta IPN dotyczące pańskich kolegów?

Och jak wspaniale się Pani ladacznica nazwała. Święta? Niby czemu? Nie wiem też czemu nazwano świętą Marię Magdalenę, która również hańbiła się prostytucją, ale przecież to już historia. Wracając do Pani widzę, że chce Pani zwrócić na siebie uwagę. Rozumiem, wszystko można zrobić pod publikę nzwać się kontrowersyjnie, podjąć trudny temat i wreszcie opisać swoje ciężkie przeżycia (zwykle jak mamy do czynienia z prostytutkami oups przepraszam dziwkami, to mówią że do pracy w tym zawodzie zmusiła je bieda lub nawet skrajne ubóstwo. Pani poszła o krok dalej winna jest i sytuacja w domu, a także choroba, której nie nazwała Pani w tym artykule inaczej niż chorobą.) Tak jak inni przyczepię się również do porównań zawodów, nigdy nie przyszłoby mi do głowy żeby zestawiać razem osoby pracujące w domach pogrzebowych czy kanalizacji z dziwkami. Jest tak wiele różnic, że to aż boli ale widzę że Pani widzi wiele podobieństw (może jedni klienci są zimni jak trup, a inni cuchną kupą?) co nadal nie daje mi wyjść z podziwu i w większej mierze dlatego piszę ten komentarz. Po prostu coś musiało przelać tę czarę goryczy, do której pierwszą kroplą okazał się Pani psełdonim. Przeczytałam cały artykuł i wszystkie komentarze, okazuje się, że są też osoby z którymi mam podobne zdanie, prostytucja nigdy nie powinna być legalna. Współczuję Pani Marcie nie chciałabym żeby takie kobiety jak Pani ladacznica pomagały mężom w zdradach ( bo nie czarujmy się o wiele trudniej jest znaleźć kochankę).
Ja sama obecnie jestem studentką, studiuję zaocznie i pracuję w callcenter. Jest ciężko utrzymać się samemu, bo rodzice nie dają mi ani grosza ale jakoś żyję i nie umawiam się z nikim za pieniądze. Jeśli chodzi o umawianie się to mam chłopaka od 2 lat. Jest moim jedynym partnerem i ufam, że ja jestem również jednyą dla niego. Nie wyobrażałabym sobie zdrady ani z jego strony ani z mojej. Dodatkowo wiem że jestem trochę nadpobudliwa często wymagam od niego większej aktywności seksualnej niż on tego wymaga, ale dogadujem się w tych kwestiach. Nie zdradziłabym go nigdy, dlatego że nie może już spłniać moich zachcianek seksualnych po prostu mówię sobie, że jak nie teraz to później (zwykle i tak nie muszę długo czekać). Nienawidzę mojej pracy (użeranie się z klientami którzy ciągle mają pretensje do mnie choć ja jestem ostatnią osobą która z ich problemem ma coś wspólnego bywa irytujące, szczególnie gdy jest się obrażanym, a rozmowy są rejestrowane i nie można klientowi odpowiedzieć żadnym złym słowem a tym bardziej rozłączyć), ale mimo to nigdy nie zmienię pracy na taką jaką wykonuje Pani ladacznica. Owszem szukam pracy, ale jak wiemy jest z tym ciężko. Moje zarobki są dobre i na to nie mogę narzekać, musze z tym żyć bo żyję na własną rękę, nikt mnie nie utrzymuje i sama musze o siebie zadbać.
Na koniec dodam tylko że uważam cały Pani artykuł a także żekomy blog za mistyfikację jakiejś partii. Łatwo jest wymyśleć fikcyjną osobę i w dodatku pod pseudonimem robić zamieszanie w sieci. Ktoś teraz może przyczepić się do mojej historii bo również podaję tylko imię, słusznie pewnie gdybym tak nie żyła też bym nie wierzyła że tak można.

Pozdrawiam fikcyjną ladacznicę może równie fikcyjna Victroique.

Jak na studentkę to masz dość luźny stosunek do ortografii języka polskiego.

Przerażające jak działa internet, zalogowałem się na portalu krytyki politycznej a wylądowałem na fradzie 😉

Ladacznico. Pełen szacunek. Na dokładke styl i poziom twoich wypowiedzi przypomina mi mojego ulubionego (wybacz określenie - ale jest ciepłe) "koorwipołcia". Dziewczyna była po dwóch fakultetach. Z pełna magisterką. Do zawodu zmusiła ja sytuacja domowa - wyszła za mąż za kretyna, który Jej po prostu zrobił dziecko. A ponieważ typek był wyraźnie niezsocjalizowany - to na nia spadło utrzymanie (tfu) ogniska domowego. Była świetną dziewczyną (i jest nadal) z pewnego rodzaju poczuciem misji - bo jej specjalnoscia byli mężczyźni, którzy nie bardzo mogli budować normalne relacje seksualne z kobietami. Faceci na wózkach, tacy, którzy nie mieli nóg...nooo - jednym słowem ludzie za którymi ta nieszczęśliwa Marta by się nawet nie obejrzała. Jednocześnie była niezwykle elegancką kobietą. Jej uroda powalała na kolana. Pamiętam jak sie pierwszy raz spotkaliśmy....to miałem poważny dylemat - iść z nia do łóżka... - czy się po prostu na nia gapić. Przegadaliśmy godzinę......Potem spotykaliśmy sie regularnie. Spotykała sie również z kochającymi meżami przy pełnej aprobacie "zdradzanych" żon. One również najczęściej były po wypadkach uniemożliwiających normalne współżycie a mężowie nie wyobrażali sobie porzucenia ukochanej osoby. Kiedyś ją zapytałem kiedy zamierza skończyć. Jareczku - nie planuję. "Skończę jak przestanę być potrzebna". Do dzisiaj jak sie spotkamy...to idziemy na kawę...a czasami do łóżka. To czysta fascynacja drugim człowiekiem.
Wśród większości "moralistów" panuje obraz zapitej, wulgarnie wymalowanej starej raszpli, która daje dooopy za kasę w krzakach. Tym wszystkim polecam "Rzecz o mych smutnych dziwkach" - Gabriela Garcíi Márqueza.
A Pani Marcie - krytycznego spojrzenia w lustro - może nie jest tak, że się cały świat na nią uwziął. Personifikując się w pannach negocjowalnej cnoty.
Pozdrawiam serdecznie

O, to właśnie, "fascynacja drugim człowiekiem"; to wspaniała, napędzająca siła życiowa; albowiem wszyscy jesteśmy ludźmi i każdemu należy się szacunek jako istocie ludzkiej o pełni praw i wolności; a przy tym często fascynują nas silne, twórcze osobowości; Święta Ladacznica jest jedną z nich; przy okazji polecam obejrzenie filmu "Sesje" z Helen Hunt, potrafi otworzyć oczy i... umysł

To nie jest polemika, bo nie odnosi się do zarzutow Grzyb. Brak rzeczowych odpowiedzi, tylko tanie retoryczne zabiegi, jak ten z głupią kurwą. Grzyb przytacza szereg badań, tu mamy... właściwie co? Osobiste obserwacje? Zasłyszane historie? Mam przyjąć, że to właśnie Święta Ladacznica jest reprezentatywna, w oparciu o jej własne zdanie, bo wszystkie badania są niewiarygodne.
Założenie Grzyb, że Świętej Ladacznicy chodziło o legalizację, było humanitarne. Obrona dekryminalizacji trzecich stron jest obiektywnie trudniejsza. Bo czy bezkarni alfonsi to jest marzenie tych dziewczyn? Czy może alfonsów wyłączamy z dekryminalizacji i zostawiamy tylko wspomnianą asystentkę, specjalistę od marketingu i trenera, których prostytutki będą wtedy zatrudniać na potęgę? To się trzyma kupy?