Kraj

Jak liberałowie przegrali Polskę

Leszczyński o liberalizmie

W liberalnej publicystyce czuć wyraźnie gorycz i poczucie krzywdy. Polska gospodarka nie powinna rosnąć, a rośnie. Program 500+ powinien był zatopić budżet – a nie zatapia. Kapitał powinien uciekać przed autorytarnym PiS – a nie ucieka. Liberałowie przyglądają się swojej przegranej z osłupieniem i niedowierzaniem. Warto im pomóc zrozumieć, co się stało.

„Bieżąca sytuacja może być dobra, a polityka gospodarcza zła, bo zło ujawnia się po pewnym czasie, a zewnętrzna koniunktura je maskuje, np. Argentyna” – napisał na Twitterze Leszek Balcerowicz 14 października. Była to reakcja na doskonałe wyniki gospodarcze, które notuje Polska pod rządami PiS, i zarazem manifestacja całkowitej bezsilności. Według Balcerowicza – i liberałów z jego pokolenia, ojców i matek transformacji gospodarczej – każdy program socjalny, który lubią nazywać „rozdawnictwem”, odbija się społeczeństwu czkawką. To tylko kwestia czasu.

Kłopot liberałów polega nie tylko na tym, że rzeczywistość uparcie zachowuje się na przekór ich przewidywaniom, ale także na tym, że nikt ich już nie traktuje poważnie. Znaleźli się dokładnie w takiej samej sytuacji, w jakiej byli obrońcy socjalizmu, ale i po prostu krytycy realnego kapitalizmu w latach 90. – nie słuchani, traktowani z góry, wyśmiewani jako epigoni i wstecznicy, którzy rozminęli się z duchem dziejów. Taki był los chociażby prof. Tadeusza Kowalika w pierwszych dwóch dekadach transformacji. Wtedy to liberałowie byli górą: to ich była dominująca narracja, więc brutalność przychodziła im łatwo. Teraz i narracja, i władza wymknęły im się z rąk.

Kowalik: Od Stiglitza do Keynesa

Dziś Balcerowicz jest głównie przedmiotem memów i okrutnych internetowych żartów. Nie traktuje go już nawet poważnie „Gazeta Wyborcza”. Ta sama „Wyborcza”, która stawiała Balcerowiczowi pomnik w latach 90.! Szymon Grela przeprowadził w niej (23 października) prosty test poglądów Balcerowicza, recenzując wybór jego tekstów: przez trzy dekady diagnozy Balcerowicza nie zmieniły się ani na jotę, chociaż świat zmienił się bardzo. „W całej książce próżno szukać problemu, który wydałby się autorowi złożony, niejednoznaczny, niedający się prosto rozwiązać. Dla Balcerowicza świat zawsze był i nadal jest prosty jak konstrukcja cepa” – pisał Grela. „U Balcerowicza jednostka i społeczeństwo są jedynie tłem lub narzędziem w pochodzie wzrostu gospodarczego ku wolności. Wszystkie sfery państwa i życia społecznego muszą zostać podporządkowane wzrostowi, bo nie ma nic poza tezą, że wzrost gospodarczy jest równy dobru”.

Cóż za odrzucenie! Nic dziwnego, że w publicystyce nielicznych epigonów obozu liberalnego – których ostańce pozostały jeszcze w paru gazetach – czuć wyraźnie gorycz i poczucie krzywdy. „I tak mamy rację, zobaczycie!” – wygrażają bezsilnie oponentom i rzeczywistości. Polska gospodarka nie powinna rosnąć, a rośnie. („To się musi skończyć!”). Program 500+ powinien był zatopić budżet – a nie zatapia. („Tylko poczekajcie”!). Liberałowie przyglądają się temu z osłupieniem i niedowierzaniem.

Dziś są przegranymi i nie rozumieją, dlaczego przegrali. Byłoby łatwo w tym miejscu uciec w Schadenfreude i załączyć parę żartów z najbardziej kuriozalnych produkcji Janusza Majcherka czy Wojciecha Maziarskiego (niemal każdy ich tekst wzbudza w internecie nie tyle nawet niechęć, ile salwy śmiechu). Kopanie przegranych jest jednak brzydkie i nazbyt łatwe. Spróbujmy im lepiej wyjaśnić, czemu stracili rząd dusz. Jeśli doktrynie przeczą fakty…

Pierwszym i głównym grzechem był dogmatyzm. Wielkie prądy ideowe przechodzą zwykle przez te same fazy rozwoju: w młodości stawiają obrazoburcze i wywrotowe diagnozy; w wieku dojrzałym stają się dominującą doktryną; wreszcie w okresie starczym kostnieją w dogmat i stają się poletkiem uprawianym przez epigonów, którzy dbają głównie o doktrynalną czystość. W tej ostatniej fazie ideologia przeradza się w zbiór z nabożeństwem wygłaszanych komunałów („niskie podatki zawsze są lepsze”, „wydatki socjalne są złe”). Równocześnie z przejęciem kontroli nad ideologią przez epigonów traci ona związek z rzeczywistością i umiejętność dostosowania się do zmieniającego się świata.

Pierwszym i głównym grzechem był dogmatyzm.

Stąd też płynie frustracja i niechęć wobec rzeczywistości, która nie zgadza się z doktryną. Dogmatycy walczą z dysonansem poznawczym odrzucając fakty. Istnieje uderzające podobieństwo pomiędzy nielicznymi obrońcami tzw. realnego socjalizmu w latach 70. i liberałami dzisiaj. I jedni, i drudzy przeżywali tę samą frustrację: „moja doktryna powinna się sprawdzać, ale się nie sprawdza”. I jedni, i drudzy za niepowodzenia systemu winili ludzi, a nie system. Kiedyś w PRL narzekano na złą etykę pracy, która miała być przeszkodą na drodze do sprawnie działającego socjalizmu. Dziś liberałowie narzekają na leniwych i roszczeniowych współobywateli, którzy głosują na populistów i cieszą się z 500+. To dokładnie taka sama reakcja – i takie samo zaślepienie.

O ile sam dogmatyzm jest pewną dyspozycją charakteru – niektórzy ludzie po prostu mają do niego skłonności – to sednem intelektualnego błędu, który zgubił liberałów, było utożsamienie kapitalizmu z wolnością. W klasycznym liberalizmie Johna Stuarta Milla (i jego następców) chodzi o wolność i autonomię jednostki, a nie o wolny rynek. To fundamentalna różnica. Zarówno Mill, jak i XIX-wieczni liberałowie często byli podejrzliwi wobec kapitalizmu: cenili wolność gospodarczą (jako jedną ze sfer ludzkiej wolności), ale dostrzegali, że kapitalizm często tworzy opresyjne relacje społeczne. Źródłem ucisku nie może być nie tylko państwo.

Odważ się być średnim!

To nie jest bynajmniej rewolucyjna obserwacja: pisał o tym w 2013 roku w poruszającym eseju jeden z najwybitniejszych polskich intelektualistów, Andrzej Walicki. Nie przebierał w słowach, nazywając utożsamienie kapitalizmu z wolnością „neoliberalną kontrrewolucją”. Wolnorynkowi doktrynerzy przejęli, jego zdaniem i znieprawili liberalizm, robiąc z niego ideologiczne narzędzie apoteozy wolnego rynku. W ten sposób stali się naprawdę rzecznikami opresji – tylko nowej i mniej widocznej niż jawna opresja realnego socjalizmu.

Liberał zawsze ma rację

Drugim grzechem – może typowym dla doktryn na wznoszącej fali dziejowej – była arogancja, przejawiająca się w przekonaniu o „końcu historii”. Nie ma lepszej drogi do powszechnego dobrobytu – twierdzili liberałowie w latach 90. – niż maksymalna wolność rynkowa i polityczna demokracja. Nie ma też demokracji bez kapitalizmu.

Pogląd o braku alternatywy wobec tak definiowanego demoliberalizmu był intelektualną nowością. Jeszcze w latach 60. powszechnie uważano, że na świecie mogą współistnieć różne systemy polityczne i gospodarcze, z których każdy ma swoje wady i zalety. W latach 90. pisano już i mówiono o „końcu utopii”, co w praktyce oznaczało, że nie ma alternatywy dla globalnego kapitalizmu (i demokracji, ale one w tej opowieści były one strukturalnie związane).

Tymczasem już w tych samych latach 90. widać było doskonale, że to przekonanie nie wytrzymuje konfrontacji z realiami. Największym wydarzeniem w gospodarczej historii świata ostatnich trzech dekad okazał się gigantyczny awans Chin –– z ubogiego kraju na marginesie światowej gospodarki do roli „fabryki świata”, pełnionej wcześniej przez Wielką Brytanię, a potem USA. Ten awans wiązał się z bezprecedensowym w historii pod względem tempa i skali wzrostem poziomu życia miliarda ludzi z okładem. Liberalni politolodzy na Zachodzie komentowali wówczas, że reżim chiński musi się zdemokratyzować – albo nastąpi w tym kraju kryzys gospodarczy – ponieważ nie jest możliwe, aby jakiekolwiek państwo uzyskało status wiodącej gospodarki świata nie będąc liberalną demokracją. Po dekadach takich prognoz chiński reżim trzyma się doskonale, a kraj gospodarczo jest już drugą (lub pierwszą, według niektórych szacunków) światową potęgą. To Zachód ma problem, nie Chiny, a na tle administracji Trumpa czy rządów Theresy May w Wielkiej Brytanii chińska oligarchia wygląda dziś jak oaza rozsądku, odpowiedzialności i kompetencji – i piszę to z zerową sympatią dla chińskiego reżimu.

Przez ostatnie trzy dekady wzrost gospodarczy w sercu liberalnego Zachodu był anemiczny. Gorzej: płace realne stały w miejscu przez dwa dziesięciolecia, a w USA są na poziomie lat 70. W 2007 roku puentę dopisał gigantyczny kryzys, wywołany spekulacją wynalezionymi na wolnym rynku nowymi instrumentami finansowymi.

Takie spekulacyjne kryzysy nie były niczym nowym w historii kapitalizmu. Przeciwnie, towarzyszyły mu od samego początku. Mimo to liberałowie – i Balcerowicz jest tutaj dobrym przykładem – napisali historię kryzysu na nowo, wbrew faktom obwiniając za jego wybuch państwo, podczas gdy naprawdę winne było rozluźnienie przez kolejne amerykańskie administracje kontroli nad rynkami finansowymi. I tym razem zachowali się jak budowniczowie realnego socjalizmu: uznali, że jeśli fakty nie zgadzają się z doktryną, to tym gorzej dla faktów.

500+ klasizm, rasizm i neoliberalizm

Zamiast adaptować swe tezy do realiów, liberałowie wolą dbać o dogmatyczną czystość. Kiedy Dominika Wielowieyska z „Gazety Wyborczej” napisała, że program 500+ jednak ma ogromne zalety, spotkała się z ostrą odprawą swoich niegdysiejszych autorytetów. Powinna tymczasem usłyszeć komplementy: publiczne przyznanie się do błędu wymaga cywilnej odwagi i rzadko się dziś zdarza. Przyznał się do niego także Aleksander Kwaśniewski, tłumacząc się z zadziwiającą szczerością ze swojego oportunizmu. Pytany przez „Business Insider” o błędy transformacji odpowiedział: „Oczywiście późniejszy neoliberalizm jak każda idea miał swój początek, okres wzlotów i sukcesów oraz etap upadku. My się jedynie podłączyliśmy pod ten nurt w fazie raczej schyłkowej. Zresztą z sukcesami, których zazdrości nam świat do dzisiaj. Ale uzasadnione są zarzuty wobec neoliberalizmu, a szczególnie instytucji i osób, które wywołały kryzys finansowy w 2008 r., a którego konsekwencją są dramatyczne nierówności dochodowe, nieufność wobec instytucji wolnorynkowych, bezrobocie wśród młodych i ludzie na skraju ubóstwa i bez perspektyw”.

Ratingom autokracja nie szkodzi

Na polskim podwórku sprawdzian liberalnej doktryny przyniosły rządy PiS. Być może czytelnik tego tekstu pamięta jeszcze komentarze do obniżek międzynarodowych ratingów kredytowych Polski, do których dochodziło wkrótce po objęciu władzy przez partię Kaczyńskiego. Przezierała z nich źle ukrywana nadzieja, że globalny wolny rynek wymierzy Polsce karę za naruszanie reguł demokracji przez nową władzę – karząc Polaków za niesłuszny polityczny wybór. Za demontaż Trybunału Konstytucyjnego zapłacimy odpływem kapitału, spadkiem kursu złotówki, zniechęceniem zagranicznych inwestorów, itp.

Łętowska: Tego „wygaszenia” już się nie da odkręcić

Szybko jednak okazało się, że globalny kapitalizm ma głęboko w nosie stan demokracji w Polsce – jeśli tylko warunki robienia u nas biznesu się nie pogorszą. Na razie rynki uznały, że rząd PiS nie grozi ich interesom (chociaż spadek udziału inwestycji w PKB, dziś będącego na najniższym poziomie od 1996 roku, daje powody do niepokoju; nie wiemy jednak, na ile ma on polityczne podłoże). Złotówka ma się doskonale, inwestycje do Polski płyną, płace rosną, bezrobocie spada: koniunktura sprzyja autokratom z PiS. 6 maja stołeczna „Wyborcza” pisała o nowych inwestycjach w stolicy: w ciągu kilku lat ma powstać w centrum 13 wieżowców, w tym – być może – siedziba banku Goldman Sachs, który po Brexicie rozważa przeniesienie części działalności z Londynu. „Jak kolejne kolce wbijają się w centrum miasta następne biurowe wieże. I wciąż nie widać końca tego boomu. Warszawskimi biurowcami interesują się dziś także największe globalne instytucje, które rozważają wyprowadzkę z Londynu w związku z Brexitem” – entuzjazmował się dziennikarz. Trudno o lepszy przykład zaufania światowego kapitału do nowej władzy.

Te wszystkie informacje są dla naszych liberałów – ukształtowanych przez intelektualny klimat lat 90. – przykrą niespodzianką, którą usilnie próbują zamilczeć albo zracjonalizować. Naiwnie wierzyli, że kapitalizm jest organicznie związany z demokracją, a odejście od demokratycznych reguł w Polsce spowoduje gospodarcze załamanie. Tymczasem dzisiejsze autokracje wiedzą jak grać razem z globalnym kapitalizmem, którego nie obchodzą polityczne wolności obywateli w krajach, w których operuje. Oczywiście można twierdzić – jak robią to liberałowie – że autokracja doprowadzi u nas „nieuchronnie” w przyszłości do degeneracji instytucji państwa, które są niezbędne dla nowoczesnego kapitalizmu. Tego nie sposób wykluczyć, chociaż na razie nic na to nie wskazuje. Co gorsza, może się okazać, że rząd PiS okaże się nie gorszym opiekunem gospodarki od liberałów z PO, których rządy – powiedzmy sobie to szczerze – nie były przecież świątynią kompetencji i dobrego zarządzania. To byłaby dopiero niespodzianka! Znamy na świecie przykłady reżimów niedemokratycznych, które z kapitalizmem radziły sobie świetnie przez dekady.

Liberalizm 2.0.?

Liberalizm jest potężną i niesłychanie nośną doktryną – bo wolność to wielka i atrakcyjna idea. Pojawi się pewnie niedługo nowe pokolenie liberałów, którzy przemyślą na nowo swoje ideały i będą mniej bezkrytyczni wobec wolnego rynku. Wrócą do czytania klasyków. Odstawią ideologów czasów słusznie minionych – Friedricha von Hayeka, Miltona Friedmana – na zakurzoną półkę gdzieś w mrocznym zakątku biblioteki, tuż obok Lenina i Mao.

Warunek powrotu jest jednak jasny: liberalizm musi postawić świeżą diagnozę społeczną rzeczywistości i pokazać, że odzyskał zdolność do refleksji, a zamiast powtarzać tylko stare zaklęcia. Musi pokazać propozycję odpowiedzi na najważniejsze problemy współczesności – takie jak wzrost nierówności społecznych – a nie toczyć po raz kolejny wygranej w latach 70. wojny z państwowym socjalizmem. Nie, powtarzanie że „przypływ podnosi wszystkie łodzie” – czyli że wzrost gospodarczy podnosi poziom życia wszystkich – się już nie liczy. Bo niemal wszyscy już wiedzą, że to fałsz. Pora, żeby liberałowie też to zrozumieli.

Zostawmy im też czas na refleksję. Mieli już swoje dobre lata. Dzisiaj możemy śmiać się z komunałów Balcerowicza. Dlaczego nie? Śmiech, jak wiadomo, wyzwala.

Bio

Adam Leszczyński

| Dziennikarz, publicysta, reporter
Członek zespołu „Krytyki Politycznej”, w latach 1994-2017 współpracownik, dziennikarz, a potem publicysta „Gazety Wyborczej”, współzałożyciel portalu OKO.press. Autor dwóch książek reporterskich: "Naznaczeni. Afryka i AIDS" (2003) oraz "Zbawcy mórz" (2014), dwukrotnie nominowany do Nagrody im. Beaty Pawlak za reportaże. W Wydawnictwie Krytyki Politycznej ukazały się jego książki "Skok w nowoczesność. Polityka wzrostu w krajach peryferyjnych" 1943–1980 (2013) i "Eksperymenty na biednych" (2016).

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.

Słuszne są prawie wszystkie uwagi dr Leszczyńskiego. Niepotrzebnie tylko idealizuje on J.S. Milla. Millowska koncepcja wolności była tylko dla klas wyższych. Dla robotników miał on propozycję aby objąć ich administracyjnymi zezwoleniami na zawieranie małżeństw i rozmnażanie. Proszę sprawdzić w "Zasadach ekonomii politycznej" Milla. Ostatnio Gregory Clayes wydał na ten temat solidną monografię "Mill and Paternalism". Doprawdy każda wersja liberalizmu miała silnie paternalistyczny komponent. Jak wyjść z epoki liberalizmu łupanego? Miałbym pewne sugestie. U Platona w "Prawach" jest idea aby każdy obywatel miał pewną minimalną działkę ziemi, zaś maksimum posiadania winno być czterokrotnością tej wielkości. Wiele pomysłów Platona zostało powtórzone w "Utopii" Morusa, która podobno inspirowała socjalistów. Zauważmy, że w czasach Platona ilość uprawianej ziemi była w ścisłej relacji do dochodu. Dziś należałoby dążyć do systemu, w którym mamy zarówno minimum jak i maksimum dochodu. System liberalny (ale nie leseferystyczny) a zarazem egalitarny jest do pomyślenia. Praca nad nim to dobre zadanie dla lewicy.

Klask, klask, a teraz czas by lewica zrobiła to o co rości sobie prawo wobec ekonomicznych liberałów, tylko w sprawie przyjmowania nierobów z Afryki, którzy gwałcą każda z naszych lewicowych wartości. Czy stać nas na autorefleksje czy dalej brniemy w zabobon??

Walczyć należy z rozwarstwieniem ale nie gospodarczym tylko kulturowo intelektualnym w społeczeństwie.
Świadomy Kowalski z ul. Brzeskiej w Wawie bedzie wiedział, ze najważniejsza jest edukacja i cieżka praca. Rozwój. A lewica zamiast tego oferuje iphone dla każdego biedaka plazma plus lub Huraganda dla patola i samotnej matki.
Edukacja.
A Chinami to się tak nie ma co zachwycać. Wzrośnie jeszcze troche poziom życia i kapitał i montownie odpłyną. Plus kwestia czasu jak tamtejsza bańka w budownictwie pęknie. A wówczas kryzys jakiego swiat nie widział. Plus wojna.

co to jest Huraganda ?

Na upadek Chin nie ma co liczyć. Wprowadzili kilka bardzo skutecznych rozwiązań do kontrolowania gospodarki, np: jeżeli dany przekręt gospodarczy przekroczy określona kwotę (chyba trochę poniżej 1 mln $) to można wymierzyć karę śmierci. I chińskie sądy nie boją się tych kar wymierzać. Prosta a skuteczna metoda obrony przed spekulacją, szkoda że niedostępna w naszym otoczeniu.
Dodatkowo polecam sprawdzić kto tym krajem rządzi - największe stężenie doktorów i profesorów na szczytach władzy w skali świata. A w związku z panującym systemem nie mają żadnych ograniczeń przy wybieraniu najbardziej skutecznych rozwiązań.

Chińska elita władza jest skorumpowana, a akcja czyste ręce, walka z korupcją miała na celu umocnienie władzy prezydenta Xi Jinpinga, który jak pokazał ostatni zjazd KPCH stał się takim mały Mao - z nowym kultem jednostki i odejściem od kolektywnego kierowania krajem. Natomiast sam system gospodarczy Chin, prawny sprawia, że Chiny jeszcze długo nie będą wśród najmniej skorumpowanych krajów na świecie, o jako takiej transparentności. To trochę taka czystka, żeby zrobić miejsce dla swoich, usunąć stary aparat więc nie idealizujmy chińskiej rzeczywistości, bo jest to śmieszne i na zasadzie wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma.

Nigdzie nie napisałem że u władzy są nieskazitelnie czyści mężowie stanu, tylko że są wykształceni. Swoją drogą ciekawe czy poziom skorumpowania bardzo rózni sie od elit europejskich. W stanach jest lepiej, korupcja jest jawna i nazywa się lobbing. Szkoda że politycy nie mają obowiązku chodzić z emblemetami firm, które ich sponsorują 🙂

Różni się, choćby dlatego, że mamy wolne media, liberalną debatę publiczną, gdzie sprawy lobbingu, korupcji, czy nawet nieetycznych zachowań polityków KE - PE - nie raz były na tapecie i były piętnowane. Dwa demokracja przy wszystkich swoich wadach ma ten walor, że ludzie z różnych sił politycznych patrzą sobie nawzajem na ręce, czasami afery wychodzą po czasie i mamy pewnego politycznego kaca jak w Brazylii, Hiszpanii, ale przynajmniej na jakiś czas jest to oczyszczające.
Nie każdy lobbing to korupcja.

To jak bardzo wole/niezależne/rzetelne media mamy w Europie najlepiej pokazują ostanie 2 lata i sposób relacjonowania kryzysu uchodźców. W tej chwili nawet redaktorzy Krytyki Politycznej nie odwarza sie napisać, iż działania podejmowane w latach 2015-2017 były słuszne i stanowiły rozwiazanie jakiegokolwiek problemu 😛 Refuge Welcome..... Tylko czekam która partia polityczna w najbliższych wyborach bedzie próbowała zdobyc głosy opowiadając sie za ich przyjęcioem 🙂 Będzie niezła beka, no chyba że nagle PO, Nowoczesna oraz Razem nagle okarzą się politycznymi kurtynazami i zapomną, co wciskały Polakom przez ostatnie lata.

Zgoda w wielu krajach mamy totalny przechył mediów w stronę liberalno-lewicową, co wpływa na wiele tematów, ale akurat nie temat korupcji, nepotyzmu tu w ostatnich latach mieliśmy wiele ciekawych tekstów, które powodowały dymisje, afery, choćby Panama Papers.

Nie piszmy takich idiotyzmów, że na Zachodzie wszystko jest złe, a Chiny to jakiś cudowny świat, ciekawe czy tamtejsza Krytyka Polityczna - pisze podobne rzeczy, a nie o nieludzkim neoliberalizmie, korupcji i zatruciu środowiska. Obraz świata jest złożony i obok jasnych stron, także nad Chinami mamy ciemne chmury. Jeszcze gorzej rzecz ma się z oceną Polski, to że PiS może sobie pozwolić na 500 plus, nie ucieka kapitał to jednak świadczy, że nie wszystko przez 27 lat zrobiliśmy źle, po prostu Polska jest w UE, mamy niezwykle wiarygodną politykę NBP, a odrzucając ideologię - wyjątkowo szkodliwą i nikczemną, to Morawiecki mimo werbalnej krytyki jest w dużym stopniu pragmatykiem, który w dodatku sięgnął do rezerw z OFE, uszczelnił trochę system podatkowy w VAT - czy jest tu przepaść do rządów PO ? Dodajmy tu, że Leszek Balcerowicz był krytykiem poprzedniej ekipy i przynajmniej w części gotów mu jestem przyznać racje, jedną z przyczyn porażki PO było niespełnienie dawnych obietnic, czy ogólnie marzenia o zdynamizowaniu polskich reform, pewnym przyśpieszeniu to zostało porzucone na rzecz bylejakości i ciepłej wody w kranie. Z punktu widzenia racjonalnej polityki to co robi PiS nie ma większego sensu, z jednej strony atakuje zachodni, głównie niemiecki kapitał, a wicepremier Morawiecki puszcza do niego oko - to bujdy nic Wam złego nie zrobimy i dalej fabryka Mercedesa jest przedstawiana jako sukces rządu. Kabaret pełną gębą.

"dynamizowanie polskich reform"/"dalsze doskonalenie socjalizmu"

Jakiego socjalizmu ? Polska siłą rzeczy będzie się rozwijała powielając błędy i sukcesy krajów UE, a nie wedle obłędu Korwina Mikke z prawej strony, czy jakiś szaleńców z lewa realizując marksizm -leninizm.

Podobieństwo jest na poziomie retoryki, nie treści. Zwolennicy Balcerowicza potrafią konstruować długie wypowiedzi ze sformułowań, które nic nie znaczą. Przykładem: dynamizacja polskich reform.

W Polsce reformy rynkowe siłą rzeczy kojarzą się z nazwiskiem Balcerowicza, mówiąc o dynamizacji reform miałem na myśli stary program Rokity, dziś pewno trzeba byłoby wiele rzeczy zaktualizować i główny nacisk położyć na innowacyjność gospodarki, bo jest to problem palący i niejako zaspany. Zgoda, że środowisko liberałów nie tworzy dziś sensownej alternatywy, czy nawet głosu w debacie publicznej, ale do licha kto go tworzy ? Mogę równie dobrze odwrócić pytanie, bo nie bardzo wiem o ci chodzi ?

To ja nie wiem o co chodzi!
Nigdy bym nie wpadł na to, że za słowami "dynamizacja polskich reform" kryje się "stary program Rokity".

Takie oczekiwania wiązano dawniej z PO, że ograniczy zbędną biurokrację, zbuduje sprawniejsze struktury państwa, polepszy funkcjonowanie biznesu. W skrócie dziś można by postawić plan stania się jedną z najlepszych gospodarek w UE, pod względem prawa, podatków, praktyki urzędów skarbowych - nie miejscu tu, żebym to rozpisywał do któregoś punktu po przecinku, ale dalej nie wiem do cholery o co ci chodzi, ba nawet po której stronie sporu się plasujesz ?

Pan Adi ciągle by chciał "ograniczać zbędną biurokrację" i "dynamizować optymalizację struktury finansowej", a większość Polaków właśnie zauważyła, że wszystkie predykcje pana Balcerowicza i pana Ryśka (co sobie kredyt przewalutował) okazały się błędne. Budżet nie zawalił się, przeciwnie ma nadwyżkę, produkcja nie spada, tylko rośnie, zatrudnienie także rośnie, bezrobocie spada. Wielbicielom Balcerowicza pozostaje wycie do księżyca.

Zostawmy debilne pisowskie argumenty odnośnie kredytów frankowych, bo panu to łaskawie przypomnę dyrektywę T - NBP, gdy prezesem był pan Leszek Balcerowicz, która mówiła o ograniczeniu - tak ograniczeniu kredytów frankowych - i proszę sobie poczytać co wtedy mówili politycy PiS, że to zamach na wolny rynek ! Odpowiedzialność Petru za kredyty jest żadna, a jakaś tam wypowiedź z przed kilku lat to trochę polityczny cep, dwa przez wiele lat kredyt w CHF był faktycznie tańszy, po za przypadkami skrajnymi, dalej ogromna większość kredytów w CHF była tańsza. Budżet się nie zawalił, ale rząd zarówno PO, jak i PiS-u mógł sięgnąć do rezerw Balcerowicza z OFE - dwa PiS faktycznie we wszystkich dziecinach szaleje z wydatkami, a cudów nie ma, więc może się tak okazać za lat 5-7, że Balcerowicz miał racje. Sukces polityki gospodarczej PiS-u to ciągle sprawa otwarta. Ta najbardziej ciekawa część programu Morawieckiego jest w lesie, są to także rzeczy najtrudniejsze do zmiany, za którymi nie idą miliardy na miarę armii, czy 500 plus.

Właśnie tego typu opowieści wyśmiał dr Leszczyński, od czego się zaczęło. Mamy malutki circulus vitiosus.

Janusz Morświn-Pipke

Jest sposób na zwalczenie rozwarstwienia.
Właściwie właśnie wprowadzany.
Robimy mnóstwo montowni, w montowniach pracuje stado tempserwisów za płacę minimalną.
A kadra jest z kraju właściciela i tam liczy się ich dochody do statystyk.
A jak ktoś nie ma iskry bożej do pracy w montowni, to mu się da na mamamadzi.
I macie płaską strukturę zarobków.

Pytanie, a Mateusz Morawiecki to kto? Przecież to liberał, alter-ego Balcerowicza. Proszę wskazać 10 różnic w polityce gospodarczej PiS-u a poprzednich liberalnych rządów? Prawie nie ma. 500+ to wydmuszka. Przykręcono śrubę w innych w innych częściach gospodarki. To wręcz wychowanek Balcerowicza.

Nie piszmy głupot, oddzielajmy własne poglądy - szczególnie jeśli są głupawe od pewnej analizy. Mateusz Morawiecki nie jest dogmatycznym liberałem i w jego programie mamy nacisk na nacjonalizm gospodarczy, ba po części realizowany w sektorze bankowym, dwa na budowę czegoś co jest polską marką. Ogromna część jego poglądów jest w kontrze do Balcerowicza, choć oczywiście nie podważa on gospodarki rynkowej w całości, nie stosuje lewicowej krytyki kapitalizmu, a wiele jego haseł, założeń to trochę pobożne życzenia za którymi nie poszły pieniądze. Nie mniej i tak mamy propozycję daleko idącego interwencjonizmu choć siłą rzeczy nie da się w Polsce odtworzyć drogi gospodarczej Japonii pod rządami LDP, czy Korei Południowej - z okresu dyktatury, gdy powstały czebole i przeprowadzono program industrializacji. Co więcej mentalnie PIS chce w wielu miejscach odbudowywać gospodarkę po PRL-u choć świat się zmienił.

Bardzo słusznie piszesz.
Niestety problem w Polsce jest taki, ze 25 dzikiej neoliberalnej propagandy utrwaliło w Polakach wiele mitów.
W efekcie to, ze Pis dał 500 zł (nieważne, że program jest ewidentnie konserwatywny, że nie łapią się na niego np. samotni rodzice itp.) to dla większości Polaków socjalizm i nie dą im się tego przetłumaczyć.
Pis nie ma absolutniej żadnej nowej polityki gospodarczej (nie robi nic ze śmieciówkami, z nagminną praca na czarną/szaro, nie wprowadza progresji podatkowej, doprowadza służbę zdrowia do zapaści... itp. itd).
No ale dał 500 zł. 500 zł (nie dla wszystkich) ZAMIAST jakiekolwiek polityki społecznej, wiec dla Polaków to jest socjalizm.
To zresztą najlepsze podsumowanie wykształcenia Polaków.

Logika neoliberalnego głupka. Im niższe koszty pracy, a więc pensje, tym wyższe inwestycje, a więc wzrost PKB. Im wyższe PKB, tym jest nam lepiej. A więc im jest nam gorzej, tym jest nam lepiej. Adam bardzo przesadza z socjalizmem PiSowskim to są taktycznie przyczajeni neokoni. 500+ na pierwsze dziecko jest od 800 pln na osobę, to poniżej wszelkich minimów. Nie wybudowano jeszcze ani jednego mieszkania socjalnego. Nauczyciel stażysta zarabia mniej niż kasjerka w Biedronce. Pieniądze wydaje się natomiast na kolejne kosztowne wywracanie do góry nogami szkolnictwa, co już raz kosztem miliarda wywracał Handke.

We wszystkich krajach, gdzie przeprowadzono rynkowe reformy pensje jednak rosły, piszę pan tak jakby w Polsce poziom życia się pogarszał, a nie polepszał cały czas od końca PRL-u. Jasne, że oczekiwania są dużo większe, że punktem odniesienia są kraje starej UE, ale zachowajmy jakiś zdrowy rozsądek w ocenie Leszka Balcerowicza, polskiej transformacji. Zgoda pisowski socjalizm nie jest skrajny, ale to czy cały model gospodarczy i plan Morawieckiego okaże się sukcesem w perspektywie kilku kolejnych lat - jest kwestią co najmniej otwartą.

We wszystkich krajach w których przeprowadzono rynkowe reformy realne pensje spadły drastycznie, choć nominale rosły (była silna inflacja). Ponadto pojawiło się wysokie bezrobocie.
Po pewnym czasie realne płace poczęły rosnąć wraz z cała gospodarką. Wszelako w ostatnich kilkunastu latach w Polsce udział płac w PKBie spadł z 58% (2001 r.) do 47% (2014 r.). Inaczej mówiąc płace rosną wolniej niż wydajność pracy. Każda polityka prowadząca do bardziej egalitarnego podziału dochodu społecznego służy w tych warunkach zarówno sprawiedliwości jak też rozwojowi kraju. Mówiąc na zasadzie pars pro toto, kto dostanie 500 plus wyda te pieniądze raczej na wczasy we Władysławowie niż w Tajlandii i zainwestuje raczej w ubrania, sprzęt elektroniczny i może nawet książki a nie w obligacje singapurskie jak pewien oligarcha-złodziej.

Czy w PRL-u pensje były wysokie ? Podważa pan sukces liberalnych reform w Irlandii, Nowej Zelandii ? Ogromna część sektorów polskiej gospodarki jest czuła na koszty pracy, nie mamy wielu firm o wysokiej wartości dodanej, marek, produktów innowacyjnych, więc jakbyśmy nie zaklinali rzeczywistości to sfera socjalna w dłuższym okresie, także wisi na tym co uda się zbudować na przyszłość. W ostatnich latach mieliśmy kilku dość kosztownych prezentów socjalnych jak roczne urlopy z czasów PO koszty 17 mld, 500 plus - ponad 27 mld - co więcej mamy kolejne zapowiedzi PO, które wywierają presję na rząd PiS, niezależnie od demagogicznego charakteru przemówienia Schetyny. Natomiast pewna sfera głębokiej i potrzebnej zmiany gospodarczej, w tym owy kapitał ludzki - jest głęboko w lesie. Polska nie będzie nigdy bogata jadąc na tym co ma dziś, przy karłowatym sektorze IT, właściwie po za producentami gier braku branż kreatywnych, biotechnologii i z odtwórczą farmacją.
Nie zgodzę się, że każda polityka egalitarna - a jedynie mądra, jest bardzo wiele przykładów klęski lewicy archaicznej, choćby w Grecji, Portugalii, po części obecnej Francji.

Janusz Morświn-Pipke

Drogie trzy litery,
te pieniądze komuś zabrano. Konkretnie klasie średniej. A owa klasa średnia także kupuje ubrania, sprzęt elektroniczny i książki.
Zazwyczaj zresztą rozsądniej i mniej rozrzutnie (sustainability się to zwie). A jeżeli chodzi o inwestycje, o których raczyły trzy litery wspomnieć, to nie są to ubrania i wczasy we Władysławowie. To jest konsumpcja, proszę trzech liter.
PS. zakup

A słyszał Pan o inwestycjach w kapitał ludzki? Może zechciałby Pan prace T. W. Schultza przeczytać, lub choćby S. R. Domańskiego. Zafundowanie dzieciom komfortowego dzieciństwa to najlepsza inwestycja jaką poczynić możemy. A narrację o wyższości klasy średniej radziłbym przemyśleć. Na początek proponuję zastanowić się nad następującą tezą: w społeczeństwie egalitarnym także wyższym klasom żyje się lepiej. Przydatna Lektura: Wilkinson, Pikett, Duch równości.

Janusz Morświn-Pipke

Kupiłem wczoraj rolkę papieru toaletowego i kilo kiszonej kapuchy.
Czy są szanowne trzy litery pewne, że była to inwestycja w kapitał ludzki?

Każdy rozwój z natury i sukces jest jednak nie egalitarny i proszę mieć tego świadomość, że rzeczy dzieją się tak jak się dzieją, a nie tak jak tego chcemy. Klasa średnia stała się obecnie jakimś mitem, gdzie definiujemy w niej całe społeczeństwo - nowa ideologia z czasów Biaira - a nie faktycznie klasę średnią, która nawet w bogatych społeczeństwach może być na poziomie 20-25 - no 30 procent góra. Mając obraz przedstawiciela klasy średniej widzimy raczej lekarza w Volvo, architekta, adwokata, redaktora jakiejś gazety, a nie sprzątaczkę, czy kasjerkę w banku. Kiedyś brytyjski premier Harold McMillan pytał - kto to jest ta klasa średnia - dziś można zadać podobne pytanie, gdy niemiecki urząd statystyczny plasuje w niej blisko 70 procent społeczeństwa.

Właśnie większa równość służy rozwojowi lepiej niż duże równice dochodów. Przykładem Szwecja w XX w. która z kraju surowcowego, z zapijaczoną klasą robotniczą stała się nowoczesnym krajem przemysłowym z masową konsumpcją i półprohibicją alkoholową. A stało się to pod rządami socjaldemokratów, którzy pilnowali wysokich płac i pełnego zatrudnienia. W całej zachodniej Europie rozbudowa państwa socjalnego po II wojnie światowej była także czasem najszybszego wzrostu gospodarczego.
Z jednej strony opowieści pana Balcerowicza, z drugiej fakty, Wybór należy do ciebie!!!!
Lektura dla zainteresowanych Peter H. Lindert, Growing Public. Social Spending and Economic Growth since Eigtheenth Century. Nb. są dwa egzemplarze w polskich bibliotekach naukowych, jeden w Warszawie, drugi w Krakowie, podczas gdy bzdury Balcerowiczwskie w każdej.

Jednocześnie jednak kapitał i ludzie bogaci po części ze Szwecji uciekali, więc gdyby polityka gospodarcza była bardziej pragmatyczna to owszem w Szwecji byłoby większe rozwarstwienie społeczne, ale jednocześnie kraj byłby jeszcze bogatszy. Masz realne przykłady Ikei - Tetra Pack, ABB - najważniejszą częścią programu socjaldemokratów była industrializacja, nowoczesność, a niekoniecznie absurdalne podatki dla bogatych.

Sytuacja mieszkaniowa w kraju jest gorsza niż się o tym mówi. Przedsiębiorczy obywatel nie może się już nawet dostać łatwo do więzienia, aby znaleźć dach nad głową, ponieważ kolejka do więzienia opiewa na rok, a na dokładkę za pierwsze przestępstwo się nie zamyka i dostaje się zawiasy, co oznacza grzebanie po śmietnikach. Tak więc dopiero jakaś wyrafinowana i okrutna zbrodnia pozwala liczyć na własne łóżko, bibliotekę więzienną ze Zbrodnią i karą Dostojewskiego i więzienny wikt.

Czyli za wzrost cen masła nie jest odpowiedzialny rząd PiS, ale za ogólny wzrost gospodarczy jest odpowiedzialny rząd PiS.

Razem przystawką PiSu? Czemu nie!!

Chinom i Indiom się udaje, bo zapierniczają jak motorki przy taśmach fabrycznych zwiększając nadwyżkę budżetową, podczas gdy Europa przejada zapasy z czasów kolonializmu i zwiększa deficity.
Niedługo Azjaci wzbogacą się na tyle, że będą w stanie powiedzieć "sprawdzam" i wtedy bardzo szybko zacznie się tu robić nieprzyjemnie.

Obejrzyjcie filmy Krzysztofa Karonia na yt, to przejrzycie na oczy.

Wszystko to bardzo przekonywujące, ale co się dzieje z opisywanym przez Pana systemem, kiedy państwo poprzez kontrolowany deficyt pobudza gospodarkę, ale nie otrzymuje "zwrotu" w postaci adekwatnie do sprowokowanego wzrostu wyższych wpływów podatkowych, a to z powodu "wyemancypowania się" firm działających na zglobalizowanym rynku.

W zasadzie opis w cytowanym blogu dotyczy (dla uproszczenia) pojedynczego państwa (typu USA), ale...
zglobalizowany rynek oznacza nie tylko płacenie podatków w innych państwach (raje podatkowe, działalność firm poza krajem macierzystym itp.)... ale również zglobalizowany popyt, co pobudza popyt również w kraju macierzystym (wzrost eksportu do kraju w którym firma płaci podatki)... i to również pobudza koniunkturę w kraju "macierzystym".

To oczywiście może grozić "przegrzaniem" gospodarki, ale państwo ma również inne możliwości ograniczenia nadmiernej koniunktury... n.p. podnoszenie stóp procentowych, co ogranicza udzielanie kredytów przez banki komercyjne i kompensuje dostarczanie większej ilości pieniądza przez większy deficyt, spowodowany płaceniem podatków przez "zglobalizowaną" firmę w innych krajach.

W sumie prowadzenie właściwej polityki ekonomicznej w systemie wielu krajów się komplikuje, ale podstawowe zasady oparte o metody kreacji pieniądza pozostają właściwą metodą sterowania ekonomią.

PS. Dobrym przykładem jest "symbioza" USA i Chin... deficyt rządowy USA kreuje pieniądz, za który USA kupują towary produkowane przez Chiny... jest to korzystne dla obu stron.

W strefie euro jest na odwrót... kraje bogate (Niemcy) produkują towary, a kraje biedne (Południe Europy) nie mają środków aby kupować te towary... jest to system niestabilny, który może zakończyć się katastrofą.

Czyli państwo ma regulować gospodarkę poprzez odpowiedzialną politykę kreacji pieniądza, a jak coś pójdzie nie tak, to w dłuższej perspektywie rynek się samowyreguluje? No, ale to nie jest nic innego jak zmodyfikowana teoria "skapywania", tyle, że obiektem są tu nie grupy społeczne a państwa.

Raczej na odwrót...

Gospodarka powinna podlegać prawom wolnego rynku i działać w oparciu o prywatne środki produkcji, ale... w ekonomii wolnorynkowej działają mechanizmy błędnego koła (fachowo nazywane dodatnim sprzężeniem zwrotnym).

Jak gospodarka rośnie, to panuje optymizm i ludzie oraz przedsiębiorstwa biorą kredyty mając nadzieję, że będą mogli je spłacić. To dostarcza dodatkowego pieniądza jeszcze bardziej pobudzającego koniunkturę i zachęcającego do brania kredytów i zwiększania wydatków. To prowadzi do nadmiernego wzrostu i "przegrzania" gospodarki.

Podobnie błędne koło działa w drugą stronę i jak gospodarka pracująca powyżej swoich możliwości zaczyna zwalniać, to ludzie zaczynają być ostrożniejsi, pojawia się pesymizm, zamiast przeznaczać pieniądze na wydatki wolą przeznaczać je na wcześniejsze spłaty kredytu, obawiając się utraty pracy... i tak napędza się błędne koło prowadzące do recesji i kryzysu.

Niestety wolny rynek nie radzi sobie z tymi trendami i zamiast je powstrzymać, jeszcze je wzmacnia... taka już jego natura.

I dlatego potrzebne są antycykliczne interwencje państwa hamujące zbyt szybki wzrost gospodarczy i nadmierną inflację (zmniejszanie deficytu, podwyższanie stóp procentowych)... a w czasie recesji i deflacji pobudzanie gospodarki (zwiększanie deficytu, obniżanie stóp procentowych).

W świetle powyższego widać, jak błędne były recepty zalecane w strefie euro podczas ostatniego kryzysu (oszczędności budżetowe, "austerity").

Jestem zdania, że właśnie Polska marnuje swoją ostatnią szansę na dołączenie do grupy państw najbardziej rozwiniętych. Pieniądze, które powinny być przeznaczane na wspieranie innowacyjnej gospodarki, są wyrzucane na błoto. Podatki są za wysokie, strefa budżetowa za duża, wymiar sprawiedliwości nieudolny, edukacja na każdym poziomie leży. Społeczeństwo obywatelskie nie istnieje. Polska powinna brać przykład ze Szwajcarii i Korei Południowej, które dzięki m.in. innowacyjności gospodarki w ciągu ostatnich kilkudziesięciu stały się jednymi z najbogatszych państw. Zamiast stworzyć liberalizm dla własnych obywateli stworzyliśmy dziki kapitalizm, z którego korzyści czerpie głównie zagraniczny kapitał. Dla Polaków zostają z tego ochłapy. W obecnym zglobalizowanym i bardzo konkurencyjnym świecie będzie nam już znacznie trudniej stać się potęgą gospodarczą. Zagraniczny kapitał na pewno Polsce w tym nie pomoże.

Szwajcaria i Korea Południowa nie należą do Unii Europejskiej. 🙂

Nie wiem czy Chiny są przykładem antyliberalizmu gospodarczego i socjalizmu społecznego? Powstał tam swoisty kapitalizm państwowy i jeśli to jest ta ukryta pointa autora, to dostrzegam tutaj analogie z naszym Krajem ale nie widzą związku z liberalizmem jako takim. Najbardziej interesuje mnie samo pojęcie wolności. Czy ma ono dla Ciebie, dla mnie , dla Niego - znaczenie czy nie ma. Pola wolności to też równoległa sprawa i w każdym zakresie trzeba się do tego odnieść. Stanie w rozkroku, że nas chcą kneblować ale dają karmę masom, żeby się nie sprzeciwiać do niczego dobrego nie prowadzi. Czy trzeba zająć stanowisko, czy lawirować i szukać jakiejś formy mimozy? Mamy samych wrogów wokół. Jeden rozdaje ale nam zabiera wolność, drugi nie chce rozdawać i zostawia nas w spokoju. Czy jest tu miejsce do akceptacji? Dokąd, za czym się opowiedzieć. Co jest ważne. Co jest ważniejsze. Czy jest granica, czy są granice? Czy jest jakiś kompromis. Jakie znaczenie My w tym mamy, gdy dwaj wielcy dominują nasz świat? Czy tylko ponarzekamy sobie raz na jednych raz na drugich?

"Nie wiem czy Chiny są przykładem antyliberalizmu gospodarczego i socjalizmu społecznego?"
Przecież przykład Chin posłużył wyłącznie do wykazania fałszywości głoszonej przez neoliberałów tezy jakoby liberalizacja gospodarki MUSIAŁA prowadzić do demokratyzacji i rozwoju swobód obywatelskich. Że globalne rynki i międzynarodowe korporacje wymuszą zachowanie określonych standardów reprezentowanych przez model liberalnej demokracji w stylu zachodnim. Że obudzona w obywatelach przedsiębiorczość i poczucie siły sprawczej wymusi odpowiednie przemiany polityczne. Dziś już doskonale wiemy, że to całkowita bzdura - kapitał świetnie dostosowuje się do autorytarnych czy wręcz totalitarnych reguł gry i nie ma najmniejszych oporów przed umacnianiem reżimów wiedząc, że można na tym dobrze zarobić.

I widzicie, towarzyszu Leszczyna, prawie dobrze.
Powiedzcie no tylko, jak wy możecie określać rząd Kaczyńskiego mianem niedemokratyczny, autorytarny? Albo bredzić o ograniczaniu demokratycznych wolności? Toż postępujecie dokładnie, jak ci liberałowie, którzy niczego nie rozumieją. Też sobie napchaliście łeb głupotami oderwanymi od rzeczywistości i arogancko sobie uzurpujecie.
No jak to tak?

Spór Hayeka z Keynesem był być może najważniejszym sporem ekonomicznym w XX wieku i na pewno Hayek nie zasługuje na przyrównanie do Mao, Lenina, czy nawet Marksa, który w nieco odkurzonej formie jest na nowo promowany przez środowiska lewicowe. Właściwie autor czerpie dziką przyjemność z tego, że wygrały rządy PiS i grają na nosie Balcerowiczowi, polskim liberałom i chociaż tyle naszego choć żal, że nie zrobiła tego lewica. Tymczasem Balcerowicz i środowiska ekonomistów były już krytyczne wobec rządów PO, nie zgadzam się tu absolutnie, że przegrała jakaś idea, zawsze przegrywają ludzie, po prostu największy rywal PiS - PO sama się rozleciała i to jest temat na osobną dyskusję. Skala pewnego lenistwa, bylejakości, rżnięcia głupa jest chyba porażająca dla każdego niezależnie od poglądów gospodarczych w lewo, czy prawo.

Spór Hayeka z Keyenesem skończył się tym, że Hayek z ekonomisty przekwalifikował się na filozofa społecznego. Dziś są to stare dzieje, równie ważne jak polemika Baileya z Ricardem. Dawne Rady Hayeka, jak stosowanie pieniądza czysto kruszcowego nawet nie śmieszą. Także Keynes to już historia, ale coś mu zawdzięczamy. Wiedzieliśmy jak złagodzić skutki kryzysu 2008 r. i później. Ze starych sporów między ekonomistami dziś dużo ważniejsza jest polemika Webba i Hobsona z Marshallem i krytyka Johna Batesa Clarka w wykonaniu Franka Knighta.

W wymiarze politycznym wszystkie te spory nie odegrały jednak tak znaczącej roli, wymienieni ekonomiści nie byli niejako noszeni na sztandarach z lewa i prawa. Spór o rynek i państwo dalej istnieje i jest on niejako najbardziej podstawowym.

Pan Adi chce mieć zawsze ostatnie słowo, choć powtarza wciąż to samo. Pozwólmy mu na to.

A ilu polityków z prawa i lewa powie panu kto był John Bates Clark ? Spory polityczne siłą rzeczy muszą być uproszczone.