Kraj, Serwis klimatyczny

Zmian klimatu nie da się powstrzymać [rozmowa]

pożary

Wyzwanie, jakie przed nami stoi, to spowolnienie tych zmian i powstrzymanie katastrofy klimatycznej. Jeśli to nam się uda, jest duża szansa, że świat, w którym będą żyły kolejne pokolenia, nie będzie drastycznie zmieniony – mówi Katarzyna Guzek z Greenpeace Polska.

Jan Smoleński: Mamy najgorętszy rok na Ziemi – znowu. Ale przynajmniej mamy ciepły Bałtyk i można się kąpać. A jak nie w Bałtyku – bo sinice – to przynajmniej Niegocin nie jest tak zimny.

Katarzyna Guzek, Greenpeace Polska: Niektórzy w ten sposób dowodzą, że globalne ocieplenie to nic złego. Fajnie, przecież jest ciepło. A w ogóle to żadnego globalnego ocieplenia nie ma, bo w zimie wciąż bywa naprawdę zimno. Wszystkim, którzy zamiast takich „zdroworozsądkowych” obserwacji szukają rzetelnej wiedzy, polecam stronę naukaoklimacie.pl, na której naukowczynie i naukowcy w przystępny sposób wyjaśniają sprawy związane z klimatem i zmianami klimatycznymi.

Ze swojej strony powiem, że sprawę trzeba postawić jasno: jesteśmy na krawędzi globalnej katastrofy! Jeśli nie zmienimy naszego podejścia do użytkowania zasobów i emisji gazów cieplarnianych, to życie na naszej planecie i cywilizacja, jaką znamy, będą zagrożone.

Žižek: Dramat filozofa w czasie upałów

Jak nasze życie może się zmienić z powodu globalnego podniesienia temperatury? Chodzi mi o konkrety, bo zagrożenie cywilizacyjne brzmi abstrakcyjnie. Niedawno zauważyłem nagłówek mówiący o tym, że z powodu suszy zbiory jęczmienia będą niższe i grozi nam niedobór piwa. Za to wino ma być lepsze, bo jest cieplej. Nie brzmi to jak katastrofa.

Jeśli nie zmienimy naszego podejścia do użytkowania zasobów i emisji gazów cieplarnianych, to życie na naszej planecie i cywilizacja, jaką znamy, będą zagrożone.

Spójrzmy na to, co dzieje się w tym roku. Maj na świecie był najgorętszy od 50 lat. Mamy kolejny rekord temperatur, jeśli chodzi o czerwiec. Danych z lipca jeszcze nie widziałam, ale podejrzewam, że będzie podobnie. Jest to trend, który się utrzymuje od 40 lat.

Jak to wygląda w Polsce? Mamy suszę, która dotyka przede wszystkim rolników. Zbiory będą niższe, premier już obiecał rolnikom wsparcie. To są pieniądze, których zabraknie na coś innego. A skoro zjawiska pogodowe będą coraz intensywniejsze, coraz gwałtowniejsze – tak mówią naukowcy i można to zaobserwować – to z takimi suszami będziemy się mierzyć coraz częściej. O ile częściej? Tego nie można dokładnie przewidzieć, ale patrząc na trend, można się spodziewać kilkuletnich okresów suszy w nadchodzących latach. To będzie wpływało na dostępność produktów spożywczych i na ich ceny. Będziemy musieli sprowadzać je z zagranicy, co będzie się wiązało z większymi kosztami.

Prognoza pogody na lato: wszyscy zginiemy

czytaj także

Do tego dochodzi fakt, że Polska ma dość mizerny dostęp do wody.

Tak, Polska ma mniej wody niż wynosi średnia europejska. Istotną częścią naszej gospodarki jest rolnictwo, więc sporo wody trafia do tego sektora. Ale też ogromne zasoby wody trafiają do sektora energetycznego. Ponad 80 proc. energii w Polsce wciąż produkujemy ze spalania paliw kopalnych! Do chłodzenia bloków energetycznych zużywa się ogromne ilości wody: około 70 proc. poboru wody pochłania energetyka oparta na spalaniu paliw kopalnych, która bezpośrednio – przez emisję gazów cieplarnianych – przyczynia się do wzrostu średniej globalnej temperatury. To jest błędne koło.

Do tego zdarzają się takie sytuacje: wójt gminy Sulmierzyce, która znajduje się w pobliżu elektrowni i kopalni odkrywkowej Bełchatów, musi kupować wodę z sąsiedniej gminy, bo kopalnia odkrywkowa zaburza stosunki wodne i w jego gminie nie ma wody.

W stronę zielonej energii – z kim i po co?

Niedawno zespół naukowców stwierdził, że nawet jeśli uda się ograniczyć wzrost globalnej średniej temperatury, to i tak może to nie powstrzymać procesów radykalnie zmieniających klimat i dalej podnoszących temperaturę – już bez udziału ludzi. Poprzednie modele, na których obecne strategie są opierane, nie brały pod uwagę faktu, że niektóre procesy – takie jak topnienie wiecznej marzłoci czy kwitnienie oceanów – mogą się wzajemnie potęgować. Wszyscy zginiemy?

Około 70 proc. poboru wody pochłania energetyka oparta na spalaniu paliw kopalnych, która bezpośrednio – przez emisję gazów cieplarnianych – przyczynia się do wzrostu średniej globalnej temperatury. To jest błędne koło.

Tych scenariuszy jest kilka. My czekamy na kolejny raport Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu IPCC, który ma się pojawić w październiku i zbierze większość dostępnych danych i analiz związanych ze zmianą klimatu. Niezależnie od tego, jak te modele wyglądają, nie możemy powiedzieć, że jest już za późno, bo wtedy przegrywamy walkowerem. Musimy mieć nadzieję, bo tylko to daje nam szansę, choć nie przesądza, że ją wykorzystamy.

Trzeba jednak przyznać, że temperatura będzie rosła, zmian klimatu nie da się powstrzymać – ten próg już przekroczyliśmy. Wyzwanie, jakie przed nami stoi, to spowolnienie tych zmian i powstrzymanie katastrofy klimatycznej. Jeśli to nam się uda – konkretnie chodzi o powstrzymanie globalnego wzrostu średniej temperatury do półtora stopnia Celsjusza – to wtedy jest duża szansa, że świat, w którym będą żyły kolejne pokolenia, nie będzie drastycznie zmieniony.

Świat zgodził się na 1,5 stopnia [rozmowa]

czytaj także

Artykuł, do którego się odwołuję, stwierdzał, że konieczne są zmiany na poziomie globalnym, ale mam wrażenie, że niewiele osób ma poczucie, że ma wpływ na wiele rzeczy nawet na poziomie krajowym. Co jako zwykli ludzie, pracownicy i konsumenci, możemy zrobić?

Dobra wiadomość jest taka, że możemy ograniczać ślad ekologiczny.

Jeść warzywa sezonowe, a nie sprowadzane z drugiego końca świata? Nie jeść wołowiny?

Rzeczywiście hodowla wołowiny jest szczególnie niebezpieczna dla klimatu. Z jednej strony generuje bardzo dużo gazów cieplarnianych, z drugiej w Ameryce Południowej karczuje się całe połacie puszczy amazońskiej pod pastwiska dla krów lub pod uprawę soi na paszę dla zwierząt. To podwójny koszt dla środowiska – bo do gazów cieplarnianych produkowanych przez bydło dochodzi zmniejszanie naturalnego pochłaniacza dwutlenku węgla w postaci lasów.

Generalnie chów przemysłowy jest ogromnym emitentem gazów cieplarnianych i substancji szkodliwych dla mórz i oceanów. Jeśli ktoś nie jest w stanie zrezygnować z mięsa, to moja rada jest taka, by jeść je rzadziej i żeby nie pochodziło ono z chowu przemysłowego.

Za każdym razem, gdy wcinasz kiełbasę, gdzieś na świecie umiera mała panda

Musimy też inaczej podróżować – rezygnować z latania samolotami na rzecz pociągów. Jeśli mieszkamy w miejscowości z niezłym transportem zbiorowym, powinniśmy z niego korzystać zamiast jeździć samochodem.

A zła wiadomość?

Te wszystkie indywidualne wybory nie wystarczą, by zrealizować cel. Trzeba absolutnie zrewolucjonizować sektor energetyczny i transport na całym świecie. Nie da się zmienić trendu wzrostu temperatury bez sprawiedliwej transformacji energetycznej. Zasadniczo chodzi tu o odchodzeniu od węgla z uwzględnieniem potrzeb grup społecznych, których bezpośrednio taka zmiana dotyczy. Ten wątek jest przedmiotem dyskusji np. Europejskiej Konfederacji Związków Zawodowych, które zwracają uwagę na to, że z jednej strony odchodzenie od węgla oznacza zmniejszenie zatrudnienia w górnictwie, z drugiej dostrzega olbrzymi potencjał w tworzeniu miejsc pracy w sektorze OZE, czyli odnawialnych źródeł energii. O tym w zasadzie mówi teraz cały ruch klimatyczny. Chodzi o rozwój OZE na masową skalę i podnoszenie efektywności energetycznej. O tym ostatnim mówi się w europejskiej strategii energetycznej, nawet w polskiej.

Jak umasowić OZE?

Według nas najlepszym rozwiązaniem byłaby energetyka rozproszona, obywatelska.

Co to oznacza?

By energetyka była bliżej ludzi – by ludzie mogli instalować panele słoneczne na dachach lub tworzyć przydomowe elektrownie wiatrowe, zakładać spółdzielnie energetyczne, by wspólnoty mieszkaniowe mogły inwestować w panele słoneczne na dachach bloków.

Ta sieć jest nasza

czytaj także

Ta sieć jest nasza

Urszula Papajak

To bardzo ambitny cel. Wydaje się, że do tego konieczne byłyby daleko idące zmiany w prawie, na poziomie centralnym.

Na pewno potrzebne jest dobre prawo, które zachęci ludzi do inwestowania w odnawialne źródła energii. Ustawa o OZE na etapie projektu w 2015 roku zawierała ten komponent energetyki obywatelskiej, przede wszystkim ze względu na stałe taryfy na zieloną energie. Jednak w ostatecznym kształcie ustawa nie okazała się skuteczna, ponieważ nie dawała odpowiedniego bodźca do inwestowania w OZE. Ludzie będą inwestować w zieloną energię tylko wtedy, jeśli to im się będzie opłacać. Elektrownię słoneczną na dachu dla samej idei może zainstalować sobie Greenpeace, co zresztą zrobiliśmy, ale większość ludzi zainwestuje w OZE dlatego, że przyniesie im to zysk. Odpowiednie rozwiązania są w zasięgu ręki, ale trzeba je wprowadzić. Jeśli weźmiemy pod uwagę koszty zewnętrzne generowane przez spalanie kopalin, to z rachunku ekonomicznego wyjdzie nam, że bardziej nam się opłaca inwestować w OZE. Potrzebne są dobre ramy prawne, których na razie w Polsce nie ma.

Oto sześć argumentów za poprawką prosumencką

Czyli na poziomie lokalnym nic nie da się zrobić?

Przed nami wybory samorządowe – chciałabym widzieć więcej samorządowców, którzy uważają, że sprawiedliwa transformacja energetyczna jest kluczem do naszego sukcesu. Na poziomie gminnym można tworzyć spółdzielnie energetyczne. Także same gminy mogą inwestować w OZE. To istotne, by sprawiedliwą transformację energetyczną realizować od dołu.

Samorządy mogą też powstrzymywać złe trendy. W Polsce wciąż planuje się budowę nowych kopalni odkrywkowych. Samorządy mogą takie inwestycje zatrzymać, mają do tego takie narzędzia jak plany zagospodarowania przestrzennego. W Polsce musimy przestać inwestować w nowe moce węglowe. PGE chwali się, że będzie inwestować w farmy wiatrowe, ale w 2017 roku przeznaczył na OZE jedynie jeden procent swoich nakładów inwestycyjnych. To zwykły greenwashing.

Ende Gelände, czyli wojna o węgiel na polu kartofli

czytaj także

Ende Gelände, czyli wojna o węgiel na polu kartofli

Petr Zewlak Vrabec, Janek Rovenský

Żeby doprowadzić do zmian, musimy naciskać na polityków na poziomie krajowym i międzynarodowym, ale też na samorządowców. To, co dzieje się przy okazji corocznych szczytów klimatycznych – masowa mobilizacja ruchów społecznych i organizacji pozarządowych – jest dla mnie motywujące i widzę w tym ogromną siłę.

A co z transportem?

Tutaj jest ogromne pole do działań na poziomie lokalnym. Jakiś czas temu spotkałam się z grupą kobiet rozważających start w wyborach samorządowych i wiele z nich jako element swojego programu ma wprowadzenie darmowej komunikacji miejskiej w swoich miejscowościach. One odwożą dzieci do szkoły i wiedzą, jak bardzo by im się przydała bezpłatna, dobrze funkcjonująca komunikacja miejska i o ile zmniejszyłaby korzystanie z samochodów.

Podejrzewam, że wiele osób z chęcią przesiadłoby się z samochodu do autobusu, gdyby był za darmo, ale jest też grupa, która tego nigdy nie zrobi, bo „dresscode” – dojazd do pracy samochodem to symbol statusu i sukcesu życiowego czy po prostu wygoda, z której trudno zrezygnować.

Z mojego doświadczenia wynika, że przekonywanie ludzi do zrezygnowania z samochodu na rzecz transportu publicznego nie działa. Jestem zwolenniczką wprowadzania obostrzeń dla samochodów, podniesienia cen za parkowanie czy nawet zamknięcia centrum miasta dla samochodów w ogóle. Z początku wiele osób będzie narzekać, ale w końcu się przyzwyczaimy, tak jak przyzwyczailiśmy się do zakazu palenia w klubach i barach. A pamiętam jeszcze te głosy oburzenia, że zakaz palenia to odbieranie wolności i tak dalej. Teraz to jest dla nas naturalne. Tak samo jak opłaty za plastikowe reklamówki.

Jestem zwolenniczką wprowadzania obostrzeń dla samochodów, podniesienia cen za parkowanie czy nawet zamknięcia centrum miasta dla samochodów w ogóle.

Należy też spojrzeć na istotny trend: coraz więcej osób mieszka i będzie mieszkać w dużych miastach. W Warszawie i Krakowie stosunek samochodów do mieszkańców jest wyższy niż średnia europejska. Jeśli nie chcemy się udusić, musimy postawić na transport zbiorowy. Wiele polskich miast bardzo ambitnie planuje wymianę autobusów na elektryczne. Gdyby to się udało, to byłby to wielki krok w dobrą stronę.

Problemem są małe miasta i niewielkie miejscowości. Transport publiczny poza dużymi miastami w Polsce został unicestwiony. W ostatnich latach skutecznie likwidowano kolejne linie PKS-ów, do niektórych miejscowości nie da się dojechać transportem publicznym. W takiej sytuacji mieszkańcy są zmuszeni korzystać z samochodu. Tam trzeba byłoby coś nowego wymyślić.

Czy PKS-y przetrwają rządy PiS-u?

O zmianach klimatu mówimy tak, jakby one dotyczyły wyłącznie przyszłości i miały powodować niewygodę, ale już teraz ich kosztem jest ludzkie życie.

W 2013 roku w Warszawie odbywał się szczyt klimatyczny. W dniu, w którym się zaczynał, w Filipiny uderzył super tajfun Haiyan. Dużo silniejszy od poprzednich – był to najsilniejszy cyklon, jaki kiedykolwiek uderzył w ląd! – i naukowcy łączyli jego siłę ze zmianami klimatu. Zginęło wówczas 6300 osób, a wiele tysięcy uznaje się za zaginione. Przedstawiciel Filipin wygłosił na szczycie bardzo wzruszające przemówienie, bo dla niego negocjacje klimatyczne dotyczyły tego, z czym jego kraj się właśnie zmagał. On sam stracił wtedy bliskich i zdecydował się na głodówkę w trakcie szczytu w proteście przeciwko temu, że te negocjacje do niczego nie prowadziły.

Wątkiem, z którym również będziemy musieli się zmierzyć, są uchodźcy klimatyczni. Migracje trwają już teraz, ale na przestrzeni następnych dekad miliony ludzi będą musieli znaleźć nowe miejsca do życia, bo w ich regionach nie będzie się dało żyć z powodu susz, powodzi, podnoszącego się poziomu oceanów itd.

Zmiana klimatu to nie tylko zakwit sinic w Bałtyku, pożary w Szwecji, Kalifornii i Grecji, a w innych miejscach powodzie. Kilka krajów wyspiarskich już szuka możliwości ulokowania swoich obywateli w innych krajach, bo te kraje po prostu zatoną. Część rozmów podczas szczytu klimatycznego w Katowicach w grudniu tego roku będzie dotyczyć właśnie tego.

Ale czy obecny rząd będzie godnym gospodarzem szczytu klimatycznego? W to wątpię. Niestety wiele wskazuje na to, że rząd będzie próbował promować rozwiązania, które można nazwać greenwashingowymi, i przekonywać, że problemem są inne kraje, a nie Polska. Tymczasem w ubiegłym roku emisje w Polsce  po raz pierwszy od kilku lat wzrosły. Dodatkowo lansowane przez rząd leśne gospodarstwa węglowe, które według narracji polityków miałyby stanowić remedium na problem emisji, nie są realną alternatywą dla odejścia od węgla. Gdyby lasy miały pochłonąć emisje z naszego sektora elektroenergetycznego, musielibyśmy posadzić je na powierzchni większej niż terytorium Polski.

Sachs: Nie ma ucieczki z przegrzanej planety

***
Katarzyna Guzek
– rzeczniczka prasowa Greenpeace Polska, aktywistka ekologiczna. Związana z ruchem ekologicznym od 2004 roku. Była zaangażowana w kampanie na rzecz mórz, oceanów, lasów, klimatu, energetyki odnawialnej oraz w działania przeciwko budowie nowych kopalni odkrywkowych. Brała udział w wielu pokojowych akcjach bezpośrednich, m in. podczas obozu w Dolinie Rospudy, na pokładzie statku Greenpeace Arctic Sunrise czy w ramach akcji prowadzonych na chłodniach kominowych. W ramach kampanii na rzecz klimatu uczestniczyła w Szczytach Klimatycznych. Obecnie skupia się na działaniach mających na celu budowę w Polsce energetyki obywatelskiej, w ramach której obywatelki i obywatele mogliby produkować energię z odnawialnych źródeł.

***

Tekst ukazał się dzięki wsparciu Fundacji im. Heinricha Boella.

Bio

Jan Smoleński

| Politolog, członek zespołu Krytyki Politycznej
Politolog, pisze doktorat z nauk politycznych na nowojorskiej New School for Social Research. Absolwent Instytutu Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego i Nauk Politycznych na Uniwersytecie Środkowoeuropejskim w Budapeszcie. Stypendysta Fulbrighta. Autor książki „Odczarowanie. Z artystami o narkotykach rozmawia Jan Smoleński”. Członek Zespołu Krytyki Politycznej.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.