Historia

Przez mury, przez dziury, przez cegły

Getto warszawskie było pełne walczących z uporem o życie. To szmuglerzy, codziennie ryzykujący wyprawami za mur.

Gorące w ostatnich latach dyskusje wokół pamięci – czy też raczej postpamięci – dotyczące II wojny światowej pokazują stale obecny rozdźwięk pomiędzy pamięcią walki zbrojnej i cywilnej próby przeżycia. Hasło „byle tylko przeżyć” nie jest wysoko punktowane w polskiej kulturze – jeśli nie oznacza walki z czymkolwiek przypominającym broń w ręku. Stąd w warszawskiej przestrzeni publicznej mnożą się pomniki walki zbrojnej, nie zaś cywilnego uporu, jak dotrwać do końca wojny.

Co interesujące, ta dyskusja dotyczy też pamięci o getcie warszawskim, która walczy o współistnienie z polską pamięcią. Z jednej strony symbolem jest tu również powstanie i walka zbrojna, a z drugiej znane obrazki z getta, na których jego mieszkańcy są anonimową masą skazaną na Zagładę. Nawet proponowany pomnik Sprawiedliwych – odstawmy na bok całą dyskusję dotyczącą jego lokalizacji i wyglądu – ma upamiętniać tych, którzy przechowywali, nie zaś ukrywanych. Znów heroizm przypisuje się wyłącznie tym, którzy walczyli, albo Polakom; anonimowemu Żydowi walczącemu codziennie o życie nie przywraca się imienia. W końcu w większości przypadków jego walka na nic się nie zdała, bo Niemcy mieli inne plany.

Tyle że getto warszawskie do lipca 1942 roku było pełne walczących z uporem o życie. To szmuglerzy, codziennie ryzykujący wyprawami za mur, za które od listopada 1941 groziła śmierć. Reglamentacja żywności dotyczyła całego miasta, ale najbardziej dotkliwa była właśnie w getcie, gdzie oficjalne przydziały były tak nikłe (średnio co miesiąc na kartki można było dostać maksymalnie na osobę 2,5 kg chleba), że gdyby nie szmugiel i czarny rynek, śmierć z głodu byłaby nieuchronna. Produkty trafiające do getta były też często fatalnej jakości; dowodem na to są drukowane w „Gazecie Żydowskiej” przepisy, co robić ze zmarzniętymi ziemniakami, brukwią czy burakami konserwowymi.

Szmuglowano zatem od momentu zamknięcia getta; szybko powstały bandy murkarzy (przerzucający towary przez mur) oraz działających na wylotach (bramach), mających kontakty po tzw. stronie aryjskiej i przemycających żywność na różne sposoby. Wykorzystywano nie tylko mur i bramy, ale i tramwaje, mieszkania, dachy, a nawet rynny, którymi płynęło m.in. mleko. Szmuglowano nie tylko zbiorowo, ale przede wszystkim indywidualnie, dzięki placówkarzom wychodzącym codziennie do pracy poza granice getta czy osobom mogącym legalnie przekraczać mur. Szmuglowano nie tylko do getta, ale i z getta – po aryjskiej stronie na żywność wymieniano na tekstylia, galanterię skórzaną, meble, a nawet maszyny czy fortepiany.

Symbolem szmuglerów stały się dzieci. Sprytne, zwinne, odważne, przeciskające się przez najmniejsze otwory w murze, z łatwością przedostawały się na drugą stronę.

Pewnym ułatwieniem był fakt, że do 12 roku życia nie musiały nosić opasek; łatwiej było im też wtopić się w tłum i uciec. W specjalnie szytych kieszeniach lub workach przenosiły dziennie kilogramy jedzenia, dla rodziny bądź na handel. W Archiwum Ringelbluma zachowała się relacja opisująca następującą scenę: „Mur. Granica ghetta. Z okna roztacza się widok na obie strony ulicy. W murze na dole jest otwór odpływowy, przez który przejść może dziecko. W kącie przy murze stoi dwóch żołnierzy, a od strony żydowskiej matka z dzieckiem. To sześcioletnie dziecko jest żywicielem całej rodziny. Ten sześcioletni starzec, przez ścieki, przez rynsztok szmugluje do ghetta żywność dla rodziny. I teraz też, zaopatrzony w pieniądze i worek, schyla się i zaczyna pełzać przez otwór”.

Dzieci na bramie Leszna i Żelaznej

Dziecięcy szmuglerzy z getta często w ciągu dnia przemycali tyle żywności, co starsi zajmujący się zbiorowym przemytem. Jurek Erner, który w momencie wybuchu wojny miał 10 lat, w relacji złożonej zaraz po wojnie w Centralnej Żydowskiej Komisji Historycznej opowiadał, że zrobił spółkę z polskimi chłopcami z ul. Łuckiej, z którymi handlował: „Jak dobrze szło, zarabiałem 1000 złotych dziennie, ale trzeba było kilka razy dziennie iść za druty. Na 1 kg ziemniaków zarabiałem 3 złote, na życie 5 złotych”. Gdy jego rodzina zachorowała na tyfus, stał się jej jedynym żywicielem: „Było mi wszystko jedno, nic nie dbałem na kule, wiedziałem, że muszę chorym przynosić białego chleba i czegoś lepszego jeszcze niż zawsze”.

Te wyprawy za mur, ratujące rodziny od śmierci głodowej, kończyły się często tragicznie: w najlepszym wypadku dzieciom groziło zatrzymanie przez policję żydowską i żandarma, zarekwirowanie żywności i kilka kijów, w najgorszym zaś – śmierć. Jeden z żandarmów niemieckich, który w getcie zyskał przydomek „Frankenstein”, specjalizował się w strzelaniu do dzieci. Lekarka Adina Blady Szwajger wspominała: „To był taki żandarm, który się bawił strzelaniem do dzieci jak do wróbli. Bo jak te dzieci wracały z żebrów przez dziurę w murze do getta, to wsuwały się do dziury jedno za drugim. A on czekał, aż ustawi mu się kilkoro, 4-5 «sztuk» i wtedy strzelał, i tym jednym strzałem załatwiał wszystkich (…) Tego dnia był taki mały chłopak, może ośmio-, może dziesięcioletni, i miał postrzał wątroby, i nic mu nie można było pomóc, a ja jakoś tak przypadkiem stanęłam przy nim. Wtedy akurat otworzył oczy i spojrzał na mnie i wyciągnął rączkę, w której ściskał 50 groszy. Powiedział «Daj mamie» – i umarł”.

Dzieci getta

Nie znamy nazwiska tego chłopca, podobnie jak tysięcy innych. Mały szmugler, podobnie jak jego starszy brat, dzięki którym głodujące getto mogło przeżyć kolejny dzień – nie mają swojego pomnika. Ich codzienna walka o przetrwanie z workiem ziemniaków w ręku blednie w pamięci w obliczu walki z bronią, choć była nie mniej ważna.

Jedynym upamiętnieniem małego szmuglera jest pomnik znajdujący się na Cmentarzu Żydowskim przy ulicy Okopowej: ufundowany w 1993 roku przez Jacka Eisnera, poświęcony jest pamięci dzieci – ofiar Zagłady.

Na murze na jednej z tablic znajduje się jeden z najsłynniejszych wierszy napisanych w getcie warszawskim – Mały szmugler Henryki Łazowertówny. Wiersz ten będzie towarzyszył tegorocznemu Marszowi Pamięci, poświęconemu właśnie pamięci anonimowych Małych Szmuglerów. Nie możemy przywrócić im imion, bo ich nie znamy. Ale za to możemy wystawić im symboliczny pomnik.

***

Żydowski Instytut Historyczny im. Emanuela Ringelbluma zaprasza do udziału w Marszu Pamięci, który odbędzie się 22 lipca br. w Warszawie. Pragniemy upamiętnić 73. rocznicę rozpoczęcia przez Niemców akcji likwidacyjnej getta warszawskiego, w wyniku której ok. 300 tysięcy jego mieszkańców wywieziono do obozu zagłady w Treblince.

Spotykamy się 22 lipca o godz. 18.00 pod pomnikiem Umschlagplatz (ul. Stawki, róg Dzikiej), skąd przejdziemy pod fragment muru getta przy ulicy Siennej.

Agnieszka Haska – Żydowski Instytut Historyczny / Centrum badań nad Zagładą Żydów

 

 **Dziennik Opinii nr 202/2015 (986)

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.
Nie wystarczy wiedzieć - trzeba rozumieć.Wspieraj nas!