Historia

Jak Robert E. Lee stłumił powstanie przeciwnika niewolnictwa Johna Browna

John Brown został w 1859 roku powieszony za to, że chcąc położyć kres niewolnictwu, dopuścił się przemocy, zresztą na stosunkowo niedużą skalę. Brownowi przyświecał zatem ten sam cel co Lincolnowi, który kilka lat później również uciekł się do przemocy, tym razem już jednak na naprawdę wielką skalę.

Pretekstem dla zjazdu rasistów, który zmienił się w tragiczne zajścia w Charlottesville, było usunięcie pomnika dowódcy wojsk secesyjnych generała Roberta E. Lee. O Lee i szerzej o walce z niewolnictwem opowiada w Ludowej historii Stanów Zjednoczonych Howard Zinn. Przypominamy fragment książki. 

Charlottesville i długi romans Trumpa ze skrajną prawicą

***

Główną przyczyną utrwalania instytucji niewolnictwa przez rząd Stanów Zjednoczonych była jego przemożna praktyczność. Około roku 1790 na Południu wytwarzano 1000 ton bawełny rocznie, a do roku 1860 produkcja wzrosła aż do miliona ton. W tym samym okresie liczba niewolników zwiększyła się z pół miliona do czterech milionów. System, nękany buntami i spiskami niewolników (rebelia Gabriela Prossera w 1800 roku, rebelia Denmarka Veseya w 1822 roku, rebelia Nata Turnera w 1831 roku), stworzył w południowych stanach sieć kontroli wspieraną przez sądy, siły zbrojne oraz uprzedzenia rasowe przywódców politycznych.

Kres tak głęboko zakorzenionemu systemowi niewolnictwa mogła położyć jedynie jakaś wielka wojna albo potężna rebelia samych niewolników. Jeśli doszłoby do wybuchu rebelii, mogłaby ona wymknąć się spod kontroli i skierować swoją brutalną siłę nie tylko przeciwko niewolnictwu, lecz również przeciw całemu systemowi kapitalistycznemu. Gdyby jednak wybuchła wojna, wówczas ci, którzy podjęliby się jej prowadzenia, mogliby liczyć, że zapanują nad ewentualnymi następstwami konfliktu. Dlatego właśnie wyzwolicielem niewolników został Abraham Lincoln, a nie John Brown. Ten ostatni został w 1859 roku, przy współudziale władz federalnych, powieszony za to, że chcąc położyć kres niewolnictwu, dopuścił się przemocy, zresztą na stosunkowo niedużą skalę. Brownowi przyświecał zatem ten sam cel co Lincolnowi, który w celu jego realizacji kilka lat później również uciekł się do przemocy, tym razem już jednak na naprawdę wielką skalę.

Znosząc niewolnictwo rozkazem władz – choć doszło do tego przy silnym nacisku samych czarnych, zarówno wolnych, jak i niewolników, a także białych abolicjonistów – można było odgórnie wyznaczyć granice emancypacji. W tej sytuacji wyzwolenie mogło pójść jedynie tak daleko, jak na to zezwalały interesy dominujących grup. Gdyby sam impet wojny czy towarzysząca jej retoryka moralnej krucjaty miały doprowadzić je dalej, zawsze istniała możliwość cofnięcia się w bezpieczniejsze miejsce. Tak więc, choć zniesienie niewolnictwa doprowadziło do przebudowy sceny politycznej i głęboko odmieniło krajową gospodarkę, nie była to radykalna zmiana, lecz raczej reforma – bezpieczna i ograniczona, a co więcej również dochodowa.

System plantacji, opierający się na uprawach tytoniu w Wirginii, Karolinie Północnej i Kentucky oraz ryżu w Karolinie Południowej, rozprzestrzenił się z czasem także na obszary Georgii, Alabamy i Missisipi, gdzie uprawiano bawełnę. Wraz z tą ekspansją wzrosło zapotrzebowanie na niewolników, jednak od 1808 roku import niewolników był już nielegalny. Jak pisze John Hope Franklin w pracy From Slavery to Freedom [Od niewolnictwa do wolności], „prawo to od początku nie było egzekwowane. […] Długie niestrzeżone wybrzeże, pewne rynki zbytu oraz perspektywa ogromnych zysków sprawiały, że wielu amerykańskich handlarzy ulegało pokusie […]”. Franklin szacuje, że przed wojną secesyjną do Stanów Zjednoczonych sprowadzono nielegalnie około dwustu pięćdziesięciu tysięcy niewolników.

Czy można dokładnie i w pełni opisać niewolnictwo? Bez wątpienia nie są w stanie uczynić tego ci, którzy go nie doświadczyli. Pewien bestsellerowy podręcznik z 1932 roku, napisany przez dwóch liberalnych historyków z Północy, określał niewolnictwo jako przypuszczalnie „niezbędną drogę [czarnych] do cywilizacji”. Ekonomiści i badacze uprawiający statystykę historyczną próbowali oceniać niewolnictwo w oparciu o szacunki kosztów żywności i opieki medycznej zapewnianej niewolnikom. Czy da się jednak tą metodą opisać, czym było niewolnictwo dla kogoś, komu przyszło żyć w tym systemie? Czy efektywności niewolnictwa jako instytucji można przypisywać tę samą wartość co egzystencji człowieka, który doświadczał zniewolenia?

Zinn: Dlaczego obchodzimy święto rzezi?

John Little, były niewolnik, pisał:

Mówi się, że niewolnicy są szczęśliwi, bo się śmieją i weselą. Ja sam, wspólnie z trzema czy czterema innymi, dostawałem po dwieście batów dziennie, na nogach mieliśmy kajdany, a jednak wieczorami śpiewaliśmy i tańczyliśmy, tak aby grzechotaniem naszych łańcuchów skłonić innych do śmiechu. Czy byliśmy szczęśliwi? Robiliśmy to, aby stłumić nasz smutek, aby nasze serca całkiem nie pękły z żalu – to szczera prawda, jak w Ewangelii! Wystarczy się temu przyjrzeć – jakże można tu mówić o szczęściu? A jednak sam to robiłem, płatałem figle skuty kajdanami.

Rejestr zgonów niewolników w dzienniku jednej z plantacji (obecnie w archiwach Uniwersytetu Stanowego Karoliny Północnej) prowadzonym w latach 1850–1855 odnotowuje wiek i przyczyny śmierci osób zmarłych w tym okresie. Z trzydziestu dwóch osób zaledwie cztery przekroczyły sześćdziesiąty rok życia, cztery były powyżej pięćdziesiątki, siedem było czterdziestolatkami, siedem dwudziesto- i trzydziestolatkami; dziewięć natomiast zmarło, nie ukończywszy nawet pięciu lat.

Czy jednak te statystyki mogą pokazać, co znaczyło dla członków rodzin ich rozdzielenie, do którego dochodziło w sytuacji, gdy szukający zysku właściciel sprzedawał męża, żonę, syna lub córkę? W 1858 roku niewolnik Abream Scriven, sprzedany przez swojego pana, pisał do żony: „Przekaż ojcu i matce moją miłość i powiedz im ode mnie «Żegnajcie», a jeśli nie będzie nam dane zobaczyć się na tym świecie, mam nadzieję, że spotkamy się w niebie”.

Jedna z prac poświęconych amerykańskiemu niewolnictwu, Time on the Cross [Czas na krzyżu] autorstwa Roberta Fogela i Stanleya Engermana, omawia stosowanie kary chłosty w latach 1840–1842 na plantacji Barrow w Luizjanie, na której pracowało dwustu niewolników. Autorzy piszą: „Dokumenty wskazują, że w ciągu tych dwóch lat wymierzono łącznie sto sześćdziesiąt kar chłosty, to jest średnio siedem dziesiątych chłosty na głowę rocznie. Jednak około połowa niewolników w tym okresie nie była karana chłostą”. Można wobec tego powiedzieć też, że „[o]koło połowa niewolników w tym okresie była karana chłostą”. Takie ujęcie ma jednak nieco odmienny wydźwięk. Podana przez autorów wartość „siedem dziesiątych chłosty na głowę rocznie” sugeruje, że chłosta była rzadką praktyką. Jeśli jednak spojrzymy na to inaczej, okaże się, że na plantacji Barrow co cztery–pięć dni karano kogoś chłostą.
Właściciel plantacji Barrow według jego biografa nie był gorszy od przeciętnego plantatora. Kupował swym niewolnikom odzież, pozwalał im obchodzić święta, zbudował dla nich nawet salę taneczną. Jednocześnie jednak wzniósł również areszt i „nieustannie obmyślał kary, rozumiał bowiem, że niepewność to ważny sposób utrzymywania kontroli nad ludźmi”.

Zinn: Naszym problemem jest obywatelskie posłuszeństwo

Chłosta i inne kary miały więc przede wszystkim zapewniać dyscyplinę pracy. Mimo to Herbert Gutman w pracy Slavery and the Numbers Game [Niewolnictwo i gry liczbowe], analizując szczegółowo statystyki Fogela i Engermana, stwierdza: „Podsumowując, w latach 1840–1841 na pięciu zbieraczy bawełny czterech uczestniczyło w przynajmniej jednym akcie nieposłuszeństwa. […] Co najmniej siedmiu takich czynów dopuścił się nieco większy odsetek kobiet niż mężczyzn”. W ten sposób Gutman kwestionuje twierdzenie Fogela i Engermana, że niewolnicy pracujący na plantacji Barrow byli „oddani, pracowici i odpowiedzialni” i „utożsamiali swoje losy z losami swych panów”.

(…)

Po krwawej rebelii Nata Turnera w Wirginii i jej brutalnym stłumieniu na Południu jeszcze bardziej zaostrzono środki bezpieczeństwa. Wydaje się, że jedynie ktoś z zewnątrz mógł w tej sytuacji mieć jakieś szanse na zainicjowanie buntu. Tym kimś był John Brown, nieprzeciętnie odważny i zdeterminowany biały abolicjonista, który wpadł na desperacki pomysł, by przejąć federalną zbrojownię w miasteczku Harpers Ferry, w stanie Wirginia, a następnie wywołać rebelię niewolników na całym Południu.
Jedną z osób wspierających realizację planów Browna była Harriet Tubman, wspomniana już wcześniej weteranka licznych tajnych misji mających na celu pomoc zbiegłym niewolnikom. Choroba uniemożliwiła jej jednak bezpośrednie zaangażowanie w przedsięwzięcie. Oprócz niej z przygotowującym rebelię Brownem spotkał się również Frederick Douglass, który – chociaż podziwiał starszego od siebie białego abolicjonistę (Brown dobiegał wówczas sześćdziesiątki) – starał się odwieść go od pomysłu wywołania powstania na Południu, nie widząc dlań szans powodzenia.

Wkrótce okazało się, że Douglass miał rację – Brown nie zdołał zrealizować swego szaleńczego planu. Oddział miejscowej milicji, przy wsparciu setki żołnierzy piechoty morskiej pod dowództwem Roberta E. Lee, otoczył powstańców, w wyniku czego większość została wzięta do niewoli albo zginęła. Sam Brown odmówił kapitulacji i zabarykadował się w niewielkim budynku z cegły położonym w pobliżu bramy zbrojowni, którą wcześniej próbował zdobyć. Ostatecznie jednak żołnierze wyważyli drzwi, a jeden z atakujących, porucznik piechoty morskiej, ranił go szablą. Rannego abolicjonistę poddano przesłuchaniu, o którym W.E.B. Du Bois pisze w swojej książce pt. John Brown:

Wyobraźmy to sobie: wpółmartwy od ran zadanych mu zaledwie kilka godzin wcześniej, zbryzgany krwią starzec, który ostatnie pięćdziesiąt pięć strasznych godzin spędził, leżąc bezsennie i niemal bez jedzenia w zimnie i brudzie, tuż obok martwych ciał swoich dwóch synów, opodal stosu zwłok siedmiu towarzyszy, mając przed oczami obraz pogrążonej w żałobie żony i rodziny, z ciążącym na sercu poczuciem, że zaprzepaścił szansę i marzenie całego swojego życia […].

Przesłuchiwany w takich okolicznościach przez gubernatora Wirginii Brown powiedział: „Byłoby lepiej dla was, wszystkich mieszkańców Południa, gdybyście przygotowali się do rozwiązania tego problemu […]. Możecie bardzo łatwo się ze mną rozprawić – jestem już niemal martwy – ale ten problem wymaga rozwiązania. Mam na myśli kwestię murzyńską (Negro question). Do jej zakończenia jeszcze daleka droga”.

„Wielka Brytania prowadzi nas do wojen i waśni” [Zinn na 4 lipca]

Oceniając czyn Browna, Du Bois stwierdza:

Gdyby jego atak był dziełem garstki fanatyków pod wodzą szaleńca, od którego odżegnują się sami niewolnicy, wówczas właściwa procedura polegałaby na zbagatelizowaniu samego incydentu, dyskretnym ukaraniu najgorszych winowajców i ułaskawieniu przywódcy, bądź też wysłaniu go do domu wariatów […]. Podkreślając, że siły, jakimi dysponował Brown, były śmiesznie małe i że atakujący nie mieli najmniejszych szans na zwycięstwo […], władze wydały zarazem 250 000 dolarów, aby ich ukarać, a także rozmieściły w okolicy od tysiąca do trzech tysięcy żołnierzy, wywołując tym samym niepokoje w całym kraju.

W swoim ostatnim oświadczeniu, napisanym w więzieniu tuż przed egzekucją, skazaniec stwierdzał: „Ja, John Brown, jestem pewien, że win tego zbrodniczego kraju nie da się zmyć inaczej niż krwią”. Ralph Waldo Emerson, który sam nie angażował się w tego rodzaju działalność, powiedział po egzekucji Browna: „On sprawi, że szubienica stanie się równie święta jak krzyż”.

W liczącym dwudziestu dwóch członków oddziale Browna było jedynie pięciu czarnych. Dwóch z nich zginęło na miejscu, jeden uciekł, a dwaj pozostali zostali straceni przez władze. Jeden z nich, John Copeland, napisał do rodziców przed egzekucją:

Pamiętajcie, że jeśli będę musiał umrzeć, to umrę, starając się wyzwolić kilku biednych i uciskanych członków mojego ludu ze stanu poddaństwa, przeciwko któremu Bóg w Piśmie ciskał najgorsze oskarżenia […].

Nie lękam się szubienicy […].

Wyobrażam sobie, że słyszę Was wszystkich – ciebie, matko, ciebie, ojcze, Was, siostry i bracia – jak mówicie: „Sprawa, za którą masz umrzeć, nie umniejszy naszego żalu po twojej śmierci”. Uwierzcie mi, że choć zamknięto mnie w więzieniu i skazano na śmierć, spędziłem tu wiele szczęśliwych godzin i […] mogę umrzeć niemal z ochotą teraz, tak jak stoję, bowiem czuję, że jestem gotowy na spotkanie z moim Stwórcą

[…].

John Brown został stracony przez stan Wirginia za zgodą władz federalnych. To właśnie władze federalne, które nieskutecznie wprowadzały w życie ustawy mające na celu ukrócenie handlu niewolnikami, jednocześnie surowo egzekwowały realizację przepisów ustawy wymuszającej zwrot zbiegłych niewolników ich właścicielom. To właśnie władze federalne za czasów prezydentury Andrew Jacksona współpracowały z Południem, aby uniemożliwić dystrybucję pocztową literatury abolicjonistycznej w południowych stanach. To Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych ogłosił w 1857 roku, że niewolnik Dred Scott nie może dochodzić na drodze sądowej swego prawa do wolności, ponieważ nie jest człowiekiem, lecz stanowi własność swego pana.

„Ja, John Brown, jestem pewien, że win tego zbrodniczego kraju nie da się zmyć inaczej niż krwią.”

Postępujące w ten sposób władze federalne nigdy nie zaakceptowałyby zniesienia niewolnictwa na drodze rebelii. W ich interesie leżało położenie mu kresu na warunkach podyktowanych przez białych i wyłącznie wtedy, gdy wymagać będą tego potrzeby polityczne i ekonomiczne potentatów z Północy. Tym, kto znakomicie połączył potrzeby biznesowe północnej elity, ambicję polityczną nowej Partii Republikańskiej oraz retorykę humanitaryzmu, był Abraham Lincoln. Lincoln nie traktował zniesienia niewolnictwa jako najważniejszego ze swych postulatów, lecz przywiązywał do niego wystarczająco dużą wagę, by presja abolicjonistów i praktyczne korzyści polityczne mogły ów temat wynieść na sam szczyt.

Lincoln potrafił umiejętnie połączyć interesy bogaczy z interesami czarnych w momencie, gdy doszło do ich zaskakującego spotkania. Co więcej, zdołał również powiązać interesy tych dwóch grup z dążeniami białej, rzutkiej, ambitnej ekonomicznie i politycznie czynnej klasy średniej, będącej wówczas dynamicznie rosnącą częścią amerykańskiego społeczeństwa. Jak to ujął Richard Hofstadter,

[Lincoln], którego poglądy ściśle reprezentowały klasę średnią, przemawiał do tych milionów Amerykanów, którzy rozpoczęli swoje życie jako pracownicy najemni – na farmach, w urzędach, szkołach, warsztatach, na barkach rzecznych, przy wyrębie – lecz stali się farmerami posiadającymi spore gospodarstwa, zamożnymi właścicielami sklepów, prawnikami, kupcami, lekarzami i politykami.

Lincoln umiał jasno i żarliwie argumentować przeciwko niewolnictwu z przyczyn moralnych, zarazem jednak postępował ostrożnie w swej politycznej praktyce. Uważał, że „instytucja niewolnictwa opiera się na niesprawiedliwości i złej polityce, lecz upowszechnienie się doktryn abolicjonistycznych zdaje się prowadzić raczej do wzrostu niż osłabienia związanego z nią zła” (Warto zestawić to stwierdzenie z wypowiedzią Fredericka Douglassa na temat walki lub ze słowami Garrisona, twierdzącego, że „niewolnictwa nie da się obalić, nie czując wzburzenia, najwyższego wzburzenia”). Lincoln rygorystycznie trzymał się Konstytucji, a zgodnie z nią Kongres ze względu na dziesiątą poprawkę (gwarantującą poszczególnym stanom jurysdykcję w sprawach, których Konstytucja nie powierzyła władzom federalnym) nie mógł odgórnie zakazać niewolnictwa poszczególnym stanom.

Kiedy pojawiła się propozycja zniesienia niewolnictwa w Dystrykcie Kolumbii – terytorium nieposiadającym praw stanowych, lecz podlegającym bezpośrednio jurysdykcji Kongresu – Lincoln wyraził opinię, że posunięcie to byłoby zgodne z Konstytucją, ale nie należy wprowadzać go w życie, o ile nie zechcą tego sami mieszkańcy Dystryktu. Ponieważ większość stanowili tam biali, pomysł upadł. Komentując wypowiedź Lincolna, Hofstadter stwierdził ironicznie, że „zieje z niej ogień bezkompromisowego nacisku na umiar”.

Lincoln odmówił też publicznego potępienia Ustawy o zbiegłych niewolnikach. W liście do przyjaciela pisał: „Muszę wyznać, że polowanie na te nieszczęsne stworzenia wzbudza we mnie nienawiść do ich oprawców […], lecz zagryzam wargi i siedzę cicho”. Gdy zaś w 1849 roku, jako kongresman, proponował uchwałę znoszącą niewolnictwo w Dystrykcie Kolumbii, uzupełnił ją o sekcję zobowiązującą władze lokalne do zatrzymania i zwrotu zbiegłych niewolników, którzy przybywali do Waszyngtonu (z tego względu bostoński abolicjonista Wendell Phillips jeszcze po latach określał go mianem „łowcy niewolników z Illinois”). Lincoln sprzeciwiał się niewolnictwu, lecz nie postrzegał czarnych jako równych białym, stąd nie powinien dziwić częsty w jego wypowiedziach postulat uwolnienia niewolników i odesłania ich z powrotem do Afryki.

Kiedy w 1858 roku Lincoln walczył ze Stephenem Douglasem o stanowisko reprezentanta stanu Illinois w Senacie, dostosowywał swoje wypowiedzi do poglądów swoich słuchaczy (a zapewne również do tego, jak bliski był dzień wyborów). Przemawiając w lipcu w Chicago, w północnej części stanu Illinois, mówił na przykład:

Porzućmy wszelkie spory o tego czy tamtego człowieka, o tę czy tamtą rasę, o to, która z nich jest niższa, a zatem i o to, która musi znajdować się na pośledniej pozycji. Porzućmy to wszystko i zjednoczmy się w jeden lud na całej ziemi, aż wreszcie kiedyś powstaniemy razem, oświadczając, że wszyscy ludzie są równi.

Już dwa miesiące później w Charleston, na południu stanu Illinois, Lincoln oświadczył swym słuchaczom coś zgoła innego:

Powiem więc, że nie jestem ani nigdy nie byłem zwolennikiem wprowadzenia jakkolwiek rozumianej równości społecznej i politycznej białej i czarnej rasy (oklaski); nie jestem ani nigdy nie byłem zwolennikiem tego, by czarni uzyskali prawa wyborcze, zostawali sędziami, urzędnikami, czy też zawierali związki małżeńskie z białymi […].

A ponieważ nie wolno im tak żyć, gdy [dwie rasy – przyp. tłum.] pozostają razem, jedna z nich musi być wyższa, a druga niższa; ja zaś, podobnie jak wszyscy, zgadzam się z tym, że owa nadrzędna pozycja przeznaczona jest dla rasy białej.

***

Fragment książki Howarda Zinna Ludowa historia Stanów Zjednoczonych. Od roku 1492 do dziś wydanej nakładem Krytyki Politycznej. Przekład Andrzej Wojtasik. Tytuł od redakcji.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.

Ostatecznie niewolnictwo wyszło czarnoskórym na dobre - wystarczy porównać jak dziś wygląda życie przeciętnej czarnej osoby w USA, a jak życie przeciętnej osoby w Liberii - afrykańskim państwie utworzonym dla byłych amerykańskich niewolników.

W dzieciństwie widziałem film o brownie gdzie został przedstawiony jako nawiedzony wariat w przeciwieństwie do "porządnych" pilnujących prawa południowców. Swoją drogą jak na przegranych to południe miało zaskakująco dobry pr.

Do USA uciekali biedni i odwazni. Rzadko wracali na stale do Irlandii bez kartofli, Rosji biajacej zydow, Italii z miska makaronu i jednym przescieradlem na balkonie,a jesli do Polski to za zarobione tam dolary mogly zyc jeszcze kolejne pokolenia. Zin znalazl sobie hobby wyszukujac mnostwo ciekawostek,ktore nie odpowiadaja na pytanie dlaczego ludzie kochaja ten kraj i tylko leniwy debil potrafi stracic na pobycie w tym panstwie. A i tak pelno tam ludzi,ktorzy mieszkaja w przyczepach i twierdza,ze kawa w Starbucks jest za droga. Nigdy dla pracujacego tam Polaka,Zyda,Irlandczyka,Greka,Rosjanina czy Wlocha.

Wszystkie kraje, które wymieniasz i które były źródłem emigracji, zasilały Amerykę ludnością, ale później, ci który byli plantatorami, posiadaczami olbrzymich połaci Ameryki i gromad niewolników, przybyli tam na pierwszy statkach osadniczych, lubując się wymienianiem nazwy okrętu na którym przybyli, tego że ich przodkowie znali się na ty z Washingtonem czy Jeffersonem. Przybysze ze Wschodniej Europy, czy Irlandii, gdy trafiali do stanów żyjących z niewolnictwa, często spotykał podobny los co czarnych lub niewiele lepszy. Niektóre plantacje były olbrzymie a ich właściciele uwarzyli się za feudalnych panów, tak naprawdę decydowali o życiu każdej osoby, białej czy czarnej, w praktyce mogli bez żadnych konsekwencji zabić każdą osobę, wystarczał byle pretekst.

Zastanawiasz się dlaczego USA jest tak wielbione, a czym jest słynny "amerykański sen" lub legendarny "wujaszek z Ameryki", przekaźnikiem mitu, miejsca gdzie spełniają się marzenia, ci Włosi jadąc do USA myśleli, że w tym magicznym miejscu, wszystkie rośliny, warzywa i owocem są większe, olbrzymie, później w listach do rodziny często zapewniali, że tak naprawdę jest, i jechali kolejni. Jakiś czas temu oglądałem dokument o dwóch Afgańczykach pragnących dostać się do Europy, jeden do drugiego: "w Paryżu na ulicach rozpylają perfumy", drugi: "Naprawdę?", "Tak, tak, sam zobaczysz". Już w Paryżu, śpiąc w parku na tekturze, robiąc kupę do foliowej torby poczuł ten mityczne perfumy we własnych nozdrzach. Mit, mit, mit.

Tak, bogactwo USA to mit, tak naprawdę nie są największą potęgą na świecie i ostatnim bastionem wolności słowa. To wszystko mity. xD

Nie o tym pisałem śmieszku, pisałem o wyobrażeniu, które sprawia, że biedacy z całego świata ciągną do mitycznych USA, do miejsca, gdzie spełniają się marzenia, bez trud można zostać bogaczem. Niestety obecnie rozwarstwienie społeczne jest w USA nie spotykane na przestrzeni dziejów, wyrwanie się ze swojego środowiska jest niemal niemożliwe. Jeśli urodziłeś się biedakiem to umrzesz w USA biedakiem, jeśli urodziłeś się bogaczem może nim umrzesz, może.

Co do wolności słowa, z tym się w 100% zgodzę, u nich jest to wolność podstawowa, pewnie dlatego, że obecnie już nic nie kosztuje. Choć nie było tak od razu.

To nie jest ludowa historia USA

Zinn nie napisał ludowej historii USA , która opisywałaby jak biedni i na tyle zdeterminowani by w ciemno przepłynąć za ostatni grosz ocean, odnieśli tam osobisty sukces. A było ich miliony.Udało się to wielu narodom dzięki kapitalizmowi i systemu prawnemu tego państwa. Zinn poza jednym zdaniem we wstępie nie oddaje im żadnego szacunku. Opisuje natomiast zgniłe rodzynki Ameryki. Książka jest po prostu głupia, płytka i w żaden sposób nie wyjaśnia sukcesu jej mieszkańców. Wciągaj swój gnój z Kabulu.

Ha! Na tym co piszesz polega magia mitu USA, "miliony odniosły sukces", ale jaki? A co z milionami, które nie odniosły sukcesu? USA jest krajem z jednym z największym rozwarstwieniem społecznym, mnóstwem milionerów i miliarderów oraz masami żyjącymi w warunkach przypominających ten z 3 świata, gdzie rezygnuje się z korzystania z usług lekarza, nawet wtedy gdy grozi to śmiercią, a często się naprawdę nią kończy, choć są to rzeczy łatwe do wyleczenia. Takiej biedy i takiego bogactwa jak w USA nie znajdziesz nigdzie w Polsce, i oby nigdy. Problem w tym, że może nie ma sukcesu mieszkańców USA, jest tylko o nim mit, legenda, powtarzana w milionach filmów, serialów, książkach i piosenkach.

Powstanie Johna Browna przypomina swoim romantyzmem polskie powstania narodowe. Sprawa też nie była taka inna - dotyczyła emancypacji żyjących w ucisku Afroamerykanów i Polaków - skala nie ma znaczenia. Nieprzypadkowo poruszył on Norwida tak bardzo, że napisał wiersz po jego powieszeniu. Dlaczego Krytyka z sympatią potrafi się wypowiedzieć o powstaniu w obronie Murzynów, ale nie o powstaniach w obronie Polaków podnosząc ich wady, których nie brak powstaniu Browna i które nie przeszkadzają chwalić jego powstania?

I druga sprawa - Lincoln działał przeciw niewolnictwu jak lis. Rozgrzesza go rezultat. Czemu lewica dziś nie potrafi zachować się podobnie, np. ws. uchodźców? Czemu protestowała, gdy padła propozycja, by ściągać do Polski tylko chrześcijan arabskich i afrykańskich? Z uwagi na ideologię nie chcieliście poprzeć rozwiązania połowicznego, więc nic nie osiągnęliście ze szkodą dla niektórych uchodźców. Lewicy brakuje człowieka formatu LIncolna, nie "socjalisty" Macrona.

I jeszcze jedno. Tak jak gen.Robert Lee, Zygmunt III stłumił kilka "ruchawek" ukraińskich kozaków i chłopów. Czy lewica jak dojdzie do władzy będzie obalać kolumnę Zygmunta w Warszawie?

Gdyby pomnik stał się elementem rasistowskich manifestacji to może, ale tak jest całkowicie neutralny. Bardziej kojarzy się kolumnę z tym, że była wielokrotnie niszczona.