Historia

Gdzie się nie obrócić, dupa z tyłu. Polska lewica lat 70.

Jak opisać transformację polskiej lewicy lat 70.? Czy wystarczy wyliczyć osobiste traumy i napiętnować klasową zdradę?

Po Dekadę przełomu, bardzo świeżą historię polskiej lewicy opozycyjnej z czasów między Marcem a Sierpniem, sięgnąłem z ogromnym zainteresowaniem. Nie tylko ze względów nostalgicznych, choć środowisko „komandosów” jarało mnie od czasu licealnych lektur Kuronia i Eislera. Przede wszystkim jednak lata 1968–80 to czas wielkich zmian („wielkiego zwrotu”, mówiąc słowami Dariusza Gawina), które Polsce i światu przyniosły ruch Solidarności, ale dla lewicy wciąż stanowią twardy orzech do zgryzienia.

Rafał Woś w recenzji na łamach „DGP” zareklamował książkę Michała Siermińskiego jako świetny przykład wypośrodkowania między „hagiografią a demaskatorstwem”, jakie nadają ton spolaryzowanej debacie o polskiej historii najnowszej. Autor faktycznie przeprowadził rzetelną kwerendę dyskursu Kuronia, Michnika i (mniej w tym wypadku interesującego) Kołakowskiego, słusznie wskazał na kontekst tradycji inteligencji „postępowej” z przełomu wieków XIX i XX, dobrze broni się też jego analogia do dziejów środowiska Piłsudczyków: oto romantyczni socjaliści znów wysiadają z czerwonego tramwaju na przystanku niepodległość, a z siedzeń podrywają się już chwilę wcześniej.

Jacek Kuroń nie jest Polakiem

Niestety, Siermiński szkicując, a potem interpretując ideową ewolucję swych bohaterów, dość opacznie pojął filozoficzną prawdę o sowie Minerwy wylatującej o zmierzchu – efekt końcowy procesu historycznego (terapia szokowa Leszka Balcerowicza, neoliberalizm „Gazety Wyborczej”) potraktował jako efekt szatańskiego planu (albo chytrości Fukuyamowskiego Ducha Dziejów?), którego zalążki dają się zauważyć już niemal dwie dekady przed jego finalizacją. A mogło być tak pięknie! Gdyby nie zeszli z nakreślonej w Liście otwartym przez Kuronia i Modzelewskiego drogi i trwali przy ideale autentycznej demokracji robotniczej, której siły ilustracją były przecież kolejne „polskie miesiące” – od grudnia na Wybrzeżu, przez czerwiec w Radomiu i Ursusie, aż po mityczny Sierpień.

Teraz się wyzłośliwiam, ale raczej nie wypaczam. Bo wywód Siermińskiego jest – w zamyśle autora, jak sądzę – oskarżeniem, i to bardzo poważnym. Że niesprawiedliwym, to pół biedy. Gorzej, że redukując ewolucję idei politycznych z lat 70. do walki o inteligencką dominację nad ludem, której przeciwstawia dogmatyczne trwanie przy wyraźnie nieadekwatnej teorii, wypycha ze swej opowieści to, co w tamtej epoce politycznie najciekawsze. A mianowicie: performatywny i mobilizacyjny charakter idei, które nie wypływają z jakiegoś naukowego katechizmu, tylko z bieżącej analizy sił, środków i potencjałów. I przede wszystkim, warunków możliwości, szacowanych na podstawie doświadczeń – także krwawych i tragicznych.

Zarzuty Siermińskiego dotyczą wszystkich właściwie zmian w myśleniu o teorii i praktyce opozycji po marcu 1968–grudniu 1970. Po pierwsze zatem, poszerzenia (dotychczas skupionej na robotnikach) koncepcji podmiotu politycznego o inne grupy, np. chłopów, wiernych Kościoła katolickiego czy środowiska inteligenckie. Po drugie, przypisania opozycyjnej inteligencji roli „administratorki społecznego gniewu”, organizującej i powściągającej nazbyt spontaniczne, czy po prostu oddolne formy oporu. Po trzecie, akceptacji zachodniego modelu demokracji parlamentarnej zamiast „autentycznej demokracji robotniczej” jako horyzontu zmiany, choć jeszcze bez przesądzania o konkretnych rozwiązaniach gospodarczych. Po czwarte, wpisania działalności opozycyjnej w postępowe tradycje (głównie) inteligenckiego oporu rodem z XIX wieku, do tego w duchu Rodowodów niepokornych Cywińskiego, co było wyraźnym zaproszeniem do współpracy środowisk nielewicowych, z Kościołem na czele. Po piąte, wpisania do agendy opozycji „kwestii narodowej”. Wszystkie te cząstkowe zwroty intelektualne składają się na „wielki zwrot” od koncepcji od konfliktu klasowego w roli napędu dziejów do diagnozy napięcia między szukającym autonomii społeczeństwem a „totalitarną” władzą, czemu towarzyszy moralizacja dyskursu i zamiana języka teorii społecznej na etykę indywidualnego postępowania.

W zasadzie wszystko to prawda. Solidne cytaty z pism Kuronia, Michnika i Kołakowskiego z lat 70. potwierdzają niezbicie, że tak naszkicowana ewolucja światopoglądu naszych bohaterów miała miejsce. Nieco gorzej wygląda sytuacja z interpretacją jej przyczyn. A już „historiozofia” tej zmiany to zupełny dramat.

Źródłem „wielkiego zwrotu” miał być, zdaniem autora, marcowy szok i rozczarowanie: systemem władzy („jest ONR-u spadkobiercą partia”), ale też masami, gdyż, jak pisał Adam Michnik „w 1968 roku antyinteligencki i antysemicki pogrom dokonywał się przy – mniej lub bardziej czynnej – akceptacji niemałej części społeczeństwa” czy też, jak gorzko po latach wspominał Kuroń „społeczeństwo, a przynajmniej jego znaczna część, stanęło po stronie władz”. W zasadzie wszystko, a przynajmniej dużo się zgadza. W zgodnych relacjach uczestników tamtych wydarzeń, rok 1968 wiązał się z wielkim wstrząsem zarówno w kwestii natury systemu, jak też dominujących postaw społecznych.

Tylko co ma z tego wynikać? Zdaniem autora Kuroń i Michnik nie tyle nawet obrazili się w Marcu na społeczeństwo, ile po prostu rozpoczęli – w domyśle, podbudowaną antyludowym resentymentem – grę o władzę. Na kontrze do PZPR, ale przede wszystkim jednak do demokratycznych aspiracji ludu pracującego miast (bo już niekoniecznie wsi). Żeby nie być gołosłownym, oto jak sam Michał Siermiński podsumowuje obszerne wprowadzenie do swej pracy: „W latach siedemdziesiątych polska inteligencja lewicowa, mniej lub bardziej świadomie, różnymi ścieżkami zmierzała do ustanowienia własnej dominacji w społeczeństwie i wypracowywała takie programy społecznego oporu, które miały gwarantować trwanie jej uprzywilejowanej pozycji po obaleniu porządku «realnego socjalizmu»”. To temu właśnie miał służyć paternalistyczny sojusz z Kościołem, roztopienie zwartej masy robotniczej w abstrakcyjnym społeczeństwie, zapisanie się do elitarystycznej tradycji „ludzi marginesu” z Kongresówki, piętnowanie ludowego i urzędowego nacjonalizmu, wreszcie nachalny moralizm i manicheizm.

Zostawmy na boku fakt, że „obalenie porządku realnego socjalizmu” i późniejsze stosunki władzy były poza horyzontem wyobraźni nawet Lecha Wałęsy (jak twierdzi, wiedział, że komuna zdechnie, ale nawet on dopiero w 1980 roku). Że manicheizm zaczął się u Michnika dopiero w latach 80., bo w poprzedniej dekadzie z Traktatem o gnidach twardo polemizował. I że żadne programy społecznego oporu niczego nie mogły zagwarantować, bo co najmniej trzy wstrząsy (Solidarność, stan wojenny, transformacja), z których każdy miał dla nikogo nieprzewidywalny przebieg (i w dużej mierze sprzeczny z intencjami głównych aktorów każdego z nich) przerobiły wszystkie istniejące struktury, z wyjątkiem Kościoła katolickiego, na miazgę. Ważne jest co innego. Autor Dekady przełomu interpretuje opisywane procesy albo przez pryzmat indywidualnych traum bohaterów (pomarcowy strach przed ludowym antysemityzmem), albo przenosi go na poziom klasowej metakrytyki (dowartościowanie dziejowej roli inteligencji, która poprowadzi lud przez Morze Czerwone ku demokracji). Brakuje za to dwóch innych poziomów, tzn. kontekstu ideowego epoki (wyznaczanego przez oficjalny, ale też np. zachodni dyskurs publiczny) oraz – co najważniejsze – analizy (potencjalnie) dostępnych opozycji sił i środków oraz warunków brzegowych zmiany. To dość rażący brak analizy Siermińskiego, zwłaszcza gdy pamiętamy, że ludzie wprawdzie sami stwarzają swój świat, ale jednak nie w wybranych przez siebie warunkach.

Jadąc od końca: warunki brzegowe. Dziś mało kto pamięta pojęcie doktryny Breżniewa, ale Kuroń z Michnikiem pisali swoje eseje dwadzieścia lat po rozjechaniu gąsienicami powstańców (rewolucjonistów?) Budapesztu, dziesięć lat po buncie Nowoczerkaska, trzy lata po masakrze na Wybrzeżu i w samym szczycie najpodlejszej, powiosennej „normalizacji” w Czechosłowacji. Może to dobra pamięć, a nie ludofobia i paternalizm kazały Kuroniowi obawiać się „eksplozji społecznego gniewu” i wzywać do zakładania komitetów zamiast ich palenia? Robotników buntujących się „spontanicznie” i bez przeszkadzających im inteligentów (tzn. słusznie, lewicowo, tak bardzo w duchu Listu otwartego) zabijano dziesiątkami (1956, 1970), w najlepszym razie katowano na komendach (1976). Choć kto wie, może właśnie to podnosiło im świadomość klasową (polecam wielce interesujący w tej materii rozdział Innej Rzeczpospolitej… profesora Jana Sowy)?

Druga kwestia: ówczesny układ sił społecznych. Nowe „samookreślenie ideowo-polityczne”, o którym pisał cytowany w książce Kuroń, wynikało przecież z faktu, że „słabość w marcu wynikała z naszego ideowego samookreślenia, które odpychało od nas wielu potencjalnych sojuszników”. Krytycy „wielkiego zwrotu” odczytują to najczęściej jako porzucenie robotników na rzecz katolików, ale, po pierwsze, tak się składa, że w Polsce lat 70. bardzo wielu robotników było katolikami (a bardzo niewielu ideowymi marksistami), po drugie, robotnicy w Myślach o programie działania nie zanikają, tylko stają się – obok chłopów, wiernych Kościoła i krytycznych inteligentów – jedną z wielu politycznych grup nacisku w ramach Kuroniowej teorii ruchów społecznych.

Siermiński słusznie wskazuje, że w tej nowej układance napięcia klasowe tracą (choć nie całkowicie) na znaczeniu, ale i tutaj warto wskazać na kontekst epoki. Istotne odłamy klasy robotniczej (chłoporobotnicy, lumpenproletariat) były „nieorganizowalne” na poziomie miejsca pracy, ze względu słabe do niego przywiązanie. Robotnicza elita, tzn. wykwalifikowani, przynajmniej do wybuchu kryzysu gospodarczego była mało podatna na język walki klasowej, gdyż Gierkowska obietnica dobrobytu dla wielu okazała się autentyczna; poza tym zakłady pracy były silnie chronione przez „wrogą infiltracją”, o czym świadczy ciężki los przedsierpniowych WZZ-ów. Jeśli dodać do tego fakt, że władze – środkami symbolicznymi i materialnymi – dość sprytnie rozgrywały konflikt klasowy między robotnikami a kadrą techniczną, to wniosek jest dość oczywisty: choć w kraju demokracji ludowej ruch społeczny bez robotników skazany był na marginalizację, to już tożsamość wyłącznie proletariacka nie mogła wystarczyć do zorganizowania (się) siły społecznej zdolnej skutecznie wymusić cokolwiek na władzy. Jednocześnie najbardziej palący konflikt socjalny w PRL dotyczył przede wszystkim warunków konsumpcji (podwyżki!), a więc wiązał grupy dużo szersze niż sami robotnicy. Wreszcie, wyśniona przez lewicę współczesną demokracja robotnicza nie znajdowała wielu stronników po roku 1956 i Goździkowych radach robotniczych Żerania; wszelkie pomysły partycypacyjne były wprost ucinane przez władze bądź topione w biurokracji.

Język autonomii jednostki, życia w prawdzie czy godności nie wykluczał robotników, lecz pozwalał włączyć do praktyk opozycyjnych dużo szersze warstwy społeczne. Sprzyjało to zapewne syntezie myślenia związkowego ze społecznym nauczaniem Kościoła, ale taka „chrystianizacja” związku niewątpliwie odpowiadała wrażliwości bardzo wielu jego działaczy i pracowników. Zarazem „polityka historyczna” lewicy laickiej, a potem KOR, oddziaływała na tę część elit, która była najbardziej podatna na konformizm ery Gierka. Tradycje „niepokornych” w wydaniu antynacjonalistycznym nie służyły stygmatyzacji ludu, tylko motywacji inteligentów – warstwy w II połowie lat 70. licznej, o niezłych już zasobach materialnych, z kapitałem społecznym, a jednocześnie zagrożonej uwiedzeniem przez system (tzn. obietnicę spełnienia aspiracji drobnomieszczańskich, a nie rewolucyjną ideologię).

To włączenie inteligencji – od elit intelektualnych po rzesze pracowników umysłowych – miało wielkie znaczenie w kontekście przedsierpniowych warunków działania. Autor Dekady przełomu ma oczywiście rację wskazując, że nazywanie rządów Gierka „totalitarnymi” budzi duże wątpliwości; warto jednak przypomnieć, że względny liberalizm czy miękkość tamtej ekipy dotyczyły głównie pracowników umysłowych. Samoorganizacja robotników zazwyczaj kończyła się szybko i brutalnie, czego ilustracją były np. próby powołania WZZ na Śląsku. Inteligenci dysponowali siecią kontaktów, telefonami w mieszkaniach, kapitałem kulturowym, a na to KOR-owcy nałożyli im jeszcze atrakcyjną narrację. Gdy któregoś zatrzymano na cztery-osiem, to za chwilę mówiła o tym Wolna Europa. I dlatego właśnie opozycja inteligencji przed Sierpniem była możliwa – niemożliwa była zaś byłaby opozycja bez inteligencji.

Trzecia kwestia, bez której nie można zrozumieć politycznego pisarstwa Kuronia i Michnika to kontekst ideologiczny epoki. Marksizm na wschodzie to pusta skorupa, za którą kryje się społeczeństwo bieda-konsumpcyjne w najlepszym, a brutalny zamordyzm w najgorszym razie. Z kolei marksizm zachodni staje się fasadą dla praktycznego oportunizmu (casus Francuskiej Partii Komunistycznej), abstrakcyjnym uzasadnieniem ekstremizmu (RAF), a z kolei w swojej najżywszej formie (Marcuse, Gorz) szuka innych niż wielkoprzemysłowi robotnicy podmiotów historycznych. Gdzie się nie obrócić, dupa z tyłu. To znaczy: robotnicy fabryczni jako siła napędowa historii już niemal wszędzie, może z wyjątkiem Włoch, stają się passé.

Gdzie się nie obrócić, dupa z tyłu. Robotnicy fabryczni jako siła napędowa historii już niemal wszędzie stają się passé.

Konflikt władza-społeczeństwo, względnie władza-jednostka i cały język praw człowieka wpisują się w intelektualną ramę Zimnej Wojny, jaka wykształciła się w latach 70. Ponieważ miłościwie panujący Edward Gierek związał PRL z Zachodem przy pomocy kredytów i licencji, „życie w prawdzie” i „autonomia społeczeństwa” wzmacniały zagraniczną dźwignię opozycji i pozwalały zyskać sojuszników w liberalnym centrum zachodniej debaty (Aron, Glucksman) nie tracąc tych tradycyjnych (Berlinguer), a z czasem pozwoliły pozyskać zupełnie nowe ruchy społeczne, z Zielonymi na czele (nie przypadkiem to oni potem najbardziej konsekwentnie popierali Solidarność).

Wreszcie, Kuroń z Michnikiem czytają Czechów i Węgrów – o „życiu w prawdzie” piszą ich przyjaciele-dysydenci, uczniowie Jana Patočki, ale też György’ego Lukácsa. Wspólnie budują gmach intelektualny, nie pozbawiony braków i sprzeczności, ale stanowiący wkład konstruowanej ad hoc na potrzeby „krytycznej geopolityki” Europy Środkowej do myśli Zachodu. Potrzebnej też po to, by Zachód zechciał nas uznać za jego część.

***
Nie uważam, że lewica rewizjonistyczna („komandoska”, laicka, KOR-owska… wiemy, o co chodzi) to jakieś święte krowy. Zresztą, nawet od niesprawiedliwej krytyki nikt jeszcze nie umarł. Kłopot z książką Siermińskiego polega na czym innym. Autor przykłada dość arbitralnie dobrany „wzorzec metra” słusznej doktryny (tzn. List otwarty), aby rozliczać Kuronia i jego kolegów z odstępstw. Ale i to pół biedy. Najgorzej, że czyni ze swej historii idei teleologię – jak gdyby intelektualny zwrot lat 70. nie tylko musiał doprowadzić do planu Balcerowicza i hegemonii „Gazety” nad polskim życiem publicznym, ale był niejako pomyślany w tym celu (autor się zabezpiecza frazą, że dokonało się to „świadomie czy nieświadomie”). Tym samym dezawuuje cały proces jako brzemienny w złe skutki, a pokolenie rewizjonistów wyrzuca na śmietnik historii, bo rzekomo nie pozostawiło po sobie nic, „co współcześnie mogłoby inspirować młodą lewicę”.

Tłumacząc ówczesny zwrot wyłącznie demaskatorsko (interesem klasowym inteligencji bądź traumą osobistą jego bohaterów), Siermiński gubi najciekawszą lekcję z tej historii. A przecież historia ewolucji Kuronia i Michnika z tamtych czasów (Kołakowski jest tu wyraźnie mniej istotny) to przede wszystkim historia myślenia politycznego par excellence: jak uzyskać sprawczy wpływ na bieg wydarzeń? W danych warunkach psychologicznych, geopolitycznych, ustrojowych? Jak zmobilizować do maksimum istniejące i potencjalne siły społeczne, w ramach jakich tożsamości i jakich narracji je ze sobą powiązać tak, aby zmiana w imię wartości była największą z możliwych? Bo przecież więcej niż Solidarność uzyskać wtedy nie było można. A traktowanie Solidarności jako „zerwania z paternalistyczną logiką lat 70.” wymaga wyjątkowej ekwilibrystyki intelektualnej.

Historia ewolucji Kuronia i Michnika z tamtych czasów to przede wszystkim historia myślenia politycznego.

A co z III RP i kapitalizmem? Mieszczańskie, indywidualistyczne i naiwnie okcydentalistyczne aspiracje zaszczepiła Polakom już ekipa Edwarda Gierka. Rozbicie ruchu społecznego w stanie wojennym, emigracja aspirujących wyżej, ukadrowienie i elitaryzacja podziemia, zmiana mód intelektualnych i modelu kapitalizmu na Zachodzie – to wszystko sprawiło, że Solidarność przetrwała jako potężny mit, ale nie reprezentacja pracowniczych interesów. I dlatego transformacja wyglądała tak, jak wyglądała.

Książka o latach 80. wciąż jest zresztą do napisania – to wtedy, umownie, Leszek Balcerowicz z Waldemarem Kuczyńskim zastąpili Ryszarda Bugaja i Edwarda Lipińskiego w roli inżynierów ekonomicznego rozumu niepokornej (naprawdę) inteligencji. Wtedy to ideał PPS zaczął się zamieniać w ideał Unii Wolności, a postęp i emancypacja w wolnorynkowe społeczeństwo otwarte.

Inteligenckim liderom opozycji, którzy – tu zgoda z autorem – zajęli w wolnej Polsce uprzywilejowane pozycje, można wiele zarzucić. Naiwność, zawiniony brak wyobraźni, a także słabe rozumienie kapitalizmu (nie bez związku z odwrotem od wielkich teorii społecznych w latach 70.), uległość wobec Kościoła po komunizmie, wreszcie częsty brak empatii wobec niedawnych sojuszników od końca lat 80. To wszystko prawda – ale rzutowanie tego wszystkiego na ich „gwiezdny czas” nie ma sensu.

Michał Siermiński, Dekada przełomu. Polska lewica opozycyjna 1968–1980, Instytut Wydawniczy Książka i Prasa, Warszawa 2016.

Bio

Michał Sutowski

| Publicysta Krytyki Politycznej
Politolog, absolwent Kolegium MISH UW, tłumacz, publicysta. Członek zespołu Krytyki Politycznej oraz Instytutu Studiów Zaawansowanych. Współautor wywiadów-rzek z Agatą Bielik-Robson, Ludwiką Wujec i Agnieszką Graff. Pisze o ekonomii politycznej, nadchodzącej apokalipsie UE i nie tylko. Robi rozmowy. Długie.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.

"To temu właśnie miał służyć paternalistyczny sojusz z Kościołem, roztopienie zwartej masy robotniczej w abstrakcyjnym społeczeństwie, zapisanie się do elitarystycznej tradycji „ludzi marginesu” z Kongresówki, piętnowanie ludowego i urzędowego nacjonalizmu, wreszcie nachalny moralizm i manicheizm". Ależ lista "zbrodni" Michnika i reszty KOR-owców! Brakuje jeszcze tylko "wykrycia" imperializmu, szpiegostwa na rzecz Watykanu i odchylenia burżuazyjno-drobnomieszczańskiego. Zarzut manicheizmu bądź nachalnego moralizmu to postawić można aparatczykom z PZPR a nie KORowi. Z kolei roztopienie zwartej masy robotnicznej w abstrakcyjnym społeczeństwie nigdy nie mało miejsca z banalego powodu przed rokiem 1989 społeczeństwo było socjalistyczne a po roku 1989 kapitalistyczne w związku z czym dziarscy opozycjoniści nie mogli masy robotniczej w abstrakcji "roztopić". Jeśli autor tej książki mieni się lewicowcem to się nie dziwię, że z taką "lewicą" w tym kraju nikt nie chce rozmawiać. A ekipa ze stadionu określa ją jednoznacznie jako k....y.