Czytaj dalej

Mężczyźni objaśniają mi świat

Każda kobieta wie, o czym mówię. Istnieje pewien rodzaj tupetu, który utrudnia kobietom działanie na wszelkich polach, pokazując im, że ten świat nie należy do nich.

Nadal nie wiem, dlaczego wraz z Sallie postanowiłyśmy wybrać się na to przyjęcie, na porośniętych lasem zboczach ponad Aspen. Pozostali goście byli od nas starsi i nudni w pewien szczególny sposób, tak starzy, że my, wówczas około czterdziestoletnie, uchodziłyśmy na przyjęciu za młode damy. Dom był wspaniały – pod warunkiem, że lubi się alpejskie domy w stylu Ralpha Laurena – solidna, luksusowa chata na wysokości prawie 2800 metrów, ozdobiona rogami łosi, masą kilimów i paleniskiem pełnym płonącego drewna. Już miałyśmy wychodzić, gdy nasz gospodarz – świetnie zarabiający, pewny siebie mężczyzna – zaoponował: „Nie, nie, proszę zostać trochę dłużej, chciałbym mieć okazję z paniami porozmawiać”.

Czekałyśmy, podczas gdy pozostali goście powoli odpływali w letnią noc, aż wreszcie gospodarz usadowił nas przy stole z grubego, poznaczonego sękami drewna i zwrócił się do mnie:
– Jak słyszałem, napisała pani kilka książek.
– Kilka, rzeczywiście – odpowiedziałam.
Tonem, jakim zazwyczaj zachęca się siedemnastoletnią córkę znajomych, żeby opowiedziała o swoich próbach gry na flecie, nasz gospodarz spytał: „A więc o czym one są?”.

Prawdę mówiąc, moje książki, których wówczas wydałam już sześć czy siedem, dotyczyły kilku bardzo różnych kwestii, ale tego letniego dnia w 2003 roku zaczęłam opowiadać o najnowszej, River of Shadows: Eadweard Muybridge and the Technological Wild West (Rzeka cieni: Eadweard Muybridge i technologiczny Dziki Zachód), traktującej o unicestwieniu czasu i przestrzeni i uprzemysłowieniu codziennego życia.

Gospodarz przerwał mi, gdy tylko wymieniłam nazwisko Muybridge’a. „Czy słyszała pani o bardzo ważnej książce na temat Muybridge’a, która ukazała się w tym roku?”. Tak dalece weszłam w narzuconą mi rolę debiutantki, że byłam gotowa wziąć pod uwagę ewentualność, że równocześnie z moją ukazała się inna publikacja na ten sam temat, a ja jakimś cudem ją przegapiłam. Gospodarz właśnie zaczął mi opowiadać o tej ważnej książce – przybierając doskonale mi znaną pełną samozadowolenia pozę perorującego mężczyzny: zapatrzony w odległy horyzont, na którym niewyraźnie majaczy odblask jego własnego autorytetu.

Chciałabym w tym miejscu zaznaczyć, że na co dzień stale spotykam uroczych mężczyzn: wliczając w to wielu redaktorów i wydawców, którzy od czasów mojej młodości słuchali mnie, dodawali mi odwagi i publikowali moje teksty, oraz mojego nieskończenie wielkodusznego młodszego brata i jego wspaniałych przyjaciół, o których można powiedzieć – jak o Szkolarzu z Opowieści kanterberyjskich, zapamiętanym przeze mnie z zajęć pana Pelena o Chaucerze – że uczyli „tak siebie, jak innych z radością”. Wciąż jednak trafiam także na zupełnie innych mężczyzn. Tak więc Pan Bardzo Ważny perorował pouczającym tonem o książce, którą powinnam znać, aż wreszcie Sally przerwała mu i powiedziała: „To jej książka”. No, w każdym razie próbowała mu przerwać.

On jednak perorował nadal. Sally musiała powtórzyć „To jest jej książka” trzy lub cztery razy, nim przyjął to do wiadomości. A gdy wreszcie zrozumiał, wówczas, jak w dziewiętnastowiecznej powieści, zbladł jak płótno. To, że byłam autorką bardzo ważnej książki, której on, jak się właśnie okazało, nie przeczytał, a tylko dowiedział się o niej z „New York Times Book Review” kilka miesięcy wcześniej, tak bardzo wstrząsnęło schludnymi kategoriami, za pomocą których uporządkowany był jego świat, że zamarł – w każdym razie na chwilę, potem znów zaczął perorować. (Jako kobiety, byłyśmy dość uprzejme, żeby oddalić się poza zasięg słuchu, zanim zaczęłyśmy się śmiać – ale za to tak naprawdę nigdy nie przestałyśmy).

Nie całuj mnie w rękę

Lubię zdarzenia tego rodzaju, kiedy siły, które zazwyczaj działają podstępnie i których działanie trudno udowodnić w sposób niebudzący wątpliwości, nagle stają się jawne i tak oczywiste, jak, powiedzmy, to, że anakonda połknęła krowę albo że słoń narobił na dywan.

Uciszanie – równia pochyła

Oczywiście osobom każdej płci zdarza się pojawiać na różnych spotkaniach i rozprawiać o rzeczach bez związku z tematem lub snuć teorie spiskowe. Doświadczenie nauczyło mnie jednak, że całkowita, konfrontacyjna pewność siebie połączona z całkowitą niewiedzą jest upłciowiona. Mężczyźni objaśniają rzeczy tego świata mnie i innym kobietom niezależnie od tego, czy wiedzą, o czym mówią, czy też nie. W każdym razie niektórzy mężczyźni.

Mężczyźni objaśniają rzeczy tego świata mnie i innym kobietom niezależnie od tego, czy wiedzą, o czym mówią, czy też nie.

Każda kobieta wie, o czym mówię. Istnieje pewien rodzaj tupetu, który utrudnia kobietom działanie na wszelkich polach: powstrzymuje je przed zabieraniem głosu, a zarazem sprawia, że nawet jeśli odważą się go zabrać, ich głos pozostaje niesłyszalny, zmusza młode kobiety do milczenia, pokazując im (podobnie jak na przykład zjawisko molestowania na ulicy), że ten świat nie należy do nich. Tresuje nas w wątpieniu we własne siły i w samoograniczaniu się, pozwalając zarazem mężczyznom ćwiczyć się w niczym nieuzasadnionej nadmiernej pewności siebie.

Nie byłabym zdziwiona, gdyby okazało się, że na rozwój wypadków w polityce amerykańskiej po 2001 roku częściowo przynajmniej wpłynęło to, że głos Coleen Rowley, agentki FBI, która wystosowała wczesne ostrzeżenia na temat Al-Kaidy, nie mógł wybrzmieć i nie został wysłuchany; z pewnością zaś wpływ na tenże rozwój wypadków miał fakt, że administracji Busha nie można było wytłumaczyć absolutnie niczego, nawet tego, że Irak nie ma żadnych związków z Al-Kaidą ani żadnej broni masowego rażenia i że wojna to nie będzie „bułka z masłem” (w tym przypadku nawet eksperci-mężczyźni nie byli w stanie przebić się przez mur samozadowolenia mężczyzn u władzy).

Różowy jest w porządku. Ale oprócz niego są też inne kolory [rozmowa]

Arogancja, która mogła mieć wpływ na wybuch wojny, stanowi zarazem jeden z objawów czegoś, co samo w sobie jest wojną: wojną, w której codziennie walczy każda niemal kobieta, wojną, która toczy się także w niej samej, wojną z przekonaniem o własnej zbędności, z nakłanianiem do milczenia. Jak się okazuje, nawet dość udana kariera pisarki (której praca wymaga masy badań i starannego doboru faktów) nie zdołała zapewnić mi pokoju. W pewnej chwili byłam przecież gotowa pozwolić, aby Pan Ważny i jego wygórowane mniemanie o sobie przeważyły nad moją kruchą pewnością siebie.

Nie zapominajmy przy tym, że ja akurat zdobyłam o wiele silniejsze potwierdzenie swojego prawa do myślenia i mówienia niż większość kobiet i nauczyłam się też, że pewien poziom braku wiary w siebie może być użytecznym narzędziem, pozwalającym poprawiać, rozumieć, słuchać i robić postępy – o ile bowiem zbyt mała pewność siebie działa paraliżująco, o tyle nadmierna wytwarza aroganckich bubków. Istnieje złoty środek między tymi skrajnościami, ku którym popychana jest każda z płci, równikowy pas ciszy, miejsce dawania i brania, gdzie możemy się spotkać.

Problem ten widać jeszcze wyraźniej na przykładzie kilku krajów Bliskiego Wschodu, w których zeznania kobiet są pozbawione mocy prawnej do tego stopnia, że kobieta nie może zeznać, że została zgwałcona, o ile nie ma świadka-mężczyzny, który mógłby podważyć zeznanie gwałciciela*. Co raczej rzadko się zdarza.

Wiarygodność jest jednym z najważniejszych narzędzi umożliwiających przetrwanie. Kiedy byłam jeszcze bardzo młoda i dopiero zaczynałam rozumieć, o co chodzi w feminizmie i dlaczego potrzebujemy go jak powietrza, miałam chłopaka, którego wujek był fizykiem nuklearnym. Pewnego razu, akurat na Gwiazdkę, opowiadał tonem lekkiej towarzyskiej anegdoty, jak żona sąsiada na podmiejskim osiedlu fizyków pracujących nad produkcją bomb w środku nocy wybiegła z domu całkowicie naga, krzycząc, że mąż próbuje ją zabić. Skąd, spytałam, wiedział pan, że mąż nie próbował jej zabić? Wyjaśnił mi spokojnie, że przecież oboje byli szanowanymi przedstawicielami klasy średniej. Co za tym idzie, fakt, że mąż mógłby chcieć zabić żonę, nie stanowił wiarygodnego wyjaśnienia dla tego, że kobieta wybiegła z domu, krzycząc, że mąż próbuje ją zabić. Natomiast, z drugiej strony, kobieta mogła przecież być wariatką…

Polski Fritzl? Nie, polski Kowalski

Nawet uzyskanie zakazu zbliżania – a jest to stosunkowo nowe narzędzie prawne – wymaga wiarygodności pozwalającej przekonać najpierw sąd, że jakiś facet stanowi zagrożenie, a następnie policjantów, że powinni wprowadzić zakaz w życie. Zresztą tak czy owak zakaz zbliżania często nie działa. Przemoc to jeden ze sposobów uciszania ludzi, odmawiania im głosu i odbierania wiarygodności, utwierdzania się w prawie do kontrolowania innych i stawiania tego prawa ponad ich prawem do istnienia. W Stanach Zjednoczonych codziennie trzy kobiety giną, zamordowane przez mężów, partnerów lub byłych partnerów. Jest to zarazem jedna z najczęstszych przyczyn śmierci ciężarnych kobiet w tym kraju. Kluczem do zwycięstwa w feministycznej walce o to, żeby gwałt, gwałt na randce, gwałt małżeński, przemoc domowa i molestowanie seksualne w miejscu pracy zostały uznane za przestępstwa, jest zapewnienie kobietom wiarygodności i słyszalności.

Kluczem do zwycięstwa w feministycznej walce o to, żeby gwałt, gwałt na randce, gwałt małżeński, przemoc domowa i molestowanie seksualne w miejscu pracy zostały uznane za przestępstwa, jest zapewnienie kobietom wiarygodności i słyszalności.

Jestem przekonana, że kobiety zyskały prawny status istot ludzkich wówczas, gdy tego rodzaju akty skierowane przeciwko nim zaczęto traktować serio, kiedy czyny, które nas ograniczały i zabijały, zaczęły być rozpoznawane przez prawo – czyli gdzieś od połowy lat siedemdziesiątych, kiedy byłam już na świecie. A gdyby ktoś chciał kwestionować, że zastraszanie i molestowanie seksualne w miejscu pracy jest sprawą życia i śmierci, pragnę przypomnieć, że dwudziestoletnia kapral Maria Lauterbach z Korpusu Marines została zamordowana pewnej zimowej nocy przez wyższego rangą żołnierza, dokładnie wtedy, kiedy zamierzała złożyć przeciwko niemu zeznania, oskarżając go o gwałt. Spalone szczątki jej ciała (była w ciąży) znaleziono w ognisku na jego podwórku.

Przysłuchiwanie się, jak ktoś, z całą stanowczością, twierdzi, że on wie, o czym mówi, a ona nie – nawet jeśli jest to tylko jeden z aspektów rozmowy – utrwala szpetotę tego świata i odbiera mu blask. Po ukazaniu się w 2000 roku mojej książki Wanderlust (Namiętność do włóczęgi) odkryłam, że jestem całkiem dobrze przygotowana do tego, by radzić sobie z próbami tyranizowania mnie i pomniejszania znaczenia moich spostrzeżeń i interpretacji. Mniej więcej w tym czasie w dwóch sytuacjach skrytykowałam zachowanie jakiegoś mężczyzny, tylko po to, żeby natychmiast usłyszeć, że wszystko wyglądało zupełnie inaczej, niż mówiłam, że byłam subiektywna, coś sobie uroiłam, nadmiernie się denerwowałam, byłam nieuczciwa – jednym słowem, byłam kobietą.

Dawniej w takiej sytuacji zwątpiłabym w siebie i wycofała się. Jednak odkąd jako autorka pisząca o historii zyskałam pewną pozycję, łatwiej mi obstawać przy swoim. Bardzo niewiele kobiet cieszy się tego rodzaju wzmocnieniem. Milionom kobiet żyjących na tej siedmiomiliardowej planecie dano jasno do zrozumienia, że nie są wystarczająco wiarygodne, by zaświadczać o własnym życiu, że prawda nie należy do nich, ani teraz, ani w ogóle. Oczywiście to, o czym mówię, to o wiele więcej niż po prostu Mężczyźni, Którzy Objaśniają Świat, ale jedno i drugie mieści się na tym samym archipelagu bezbrzeżnej arogancji.

Mężczyźni wciąż objaśniają mi świat. I jak dotąd żaden z nich nie przeprosił mnie za błędne objaśnianie mi rzeczy, na których ja się znam, a on nie. Przynajmniej na razie. Ale jako że zgodnie z aktualnymi statystykami mogę mieć przed sobą jeszcze nawet ponad czterdzieści lat życia, kto wie, co może się zdarzyć. Powiedzmy, że nie wstrzymuję oddechu w oczekiwaniu.

Kobiety walczą na dwóch frontach

Mężczyźni wciąż objaśniają mi świat. I jak dotąd żaden z nich nie przeprosił mnie za błędne objaśnianie mi rzeczy, na których ja się znam, a on nie.

Kilka lat po spotkaniu z opisanym wyżej głupcem z Aspen byłam w Berlinie, miałam tam wykład. Marksistowski dziennikarz Tariq Ali zaprosił mnie na kolację, na której znaleźli się także pewien pisarz, tłumacz i trzy nieco młodsze ode mnie kobiety, trwające w podziwie i milczeniu. Tariq był wspaniały. Tłumacza za to chyba irytowało, że próbuję odegrać choćby skromną rolę w rozmowie.

W każdym razie kiedy powiedziałam coś o tym, jak to Women Strike for Peace (Strajk Kobiet dla Pokoju), niezwykła, mało znana antynuklearna i antywojenna grupa, która powstała w 1961 roku, pomogła zniszczyć Komisję do Badania Działalności Antyamerykańskiej i zakończyć polowanie na komunistów, Pan Bardzo Ważny II posłał mi szyderczy uśmiech. Komisja, stwierdził, na początku lat sześćdziesiątych już nie istniała, a poza tym tak czy owak w jej upadku podobnej roli nie odegrała żadna kobieca organizacja. Jego pogarda była tak miażdżąca, a pewność siebie tak podszyta agresją, że spieranie się z nim wydawało się niebezpiecznym ćwiczeniem z bezowocności i zaproszeniem do kolejnych obraźliwych uwag.

Miałam wtedy już chyba na koncie dziewięć książek, w tym jedną opartą na wywiadach z jedną z przywódczyń Women Strike for Peace i dokumentach na temat organizacji. Jednak mężczyźni, którzy objaśniają, wciąż wychodzą z założenia, że jestem, jeśli mogę użyć nieco obscenicznej ciążowej metafory, pustym naczyniem, które czeka, aby napełnili je swoją mądrością i wiedzą. Freudysta mógłby twierdzić, że wie, co oni mają, a czego mi brak, tyle że inteligencja nie mieści się w kroczu – nawet jeśli potrafisz ułożyć jedną z tych miodopłynnych, muzycznych fraz Virginii Woolf mówiących o delikatnym ujarzmianiu kobiety na śniegu mocą twojego interesu. Powróciwszy do hotelu, zaczęłam przeszukiwać internet i ustaliłam, że Eric Bentley w swojej pracy o historii Komisji do Badania Działalności Antyamerykańskiej przypisuje organizacji Women Strike for Peace „zadanie ostatecznego ciosu, kluczowego dla upadku Bastylii Komisji”. Na początku lat sześćdziesiątych. Dlatego też mój artykuł (poświęcony Jane Jacobs, Betty Friedan i Rachel Carson) dla „Nation” zaczęłam od przytoczenia tamtej rozmowy. Po części zrobiłam to po to, żeby wykrzyczeć jednemu z najbardziej niemiłych mężczyzn, jacy kiedykolwiek objaśniali mi świat: gościu, jeśli to czytasz, wiedz, że jesteś wrzodem na twarzy ludzkości i barierą na drodze postępu. Wstydź się.

Uwaga, do feminizmu dołączają mężczyźni (Hura! Ratunku!)

Walka z Mężczyznami, Którzy Objaśniają Świat, niszczy wiele kobiet, zarówno z mojego, jak i z nadchodzących pokoleń, tak bardzo oczekiwanych i potrzebnych – tutaj, ale także w Pakistanie, w Boliwii, na Jawie, nie mówiąc już o tych niezliczonych kobietach przede mną, których nie wpuszczano do laboratoriów i bibliotek, nie dopuszczano do rozmów, do rewolucji ani nawet nie włączano do kategorii „człowiek”.

Ostatecznie Women Strike for Peace został założony przez kobiety zmęczone robieniem kawy, przepisywaniem tekstów na maszynie i brakiem głosu oraz możliwości podejmowania decyzji w antynuklearnym ruchu lat pięćdziesiątych. Większość kobiet toczy walkę na dwóch frontach: jednym na rzecz dowolnej sprawy, w jaką się angażują, i drugim – po prostu o prawo do zabierania głosu, zgłaszania pomysłów, uznania, że może się znać prawdę i dysponować faktami, posiadania wartości, bycia istotą ludzką. Jest coraz lepiej, ta wojna nie zakończy się jednak za mojego życia. Wciąż w niej walczę: we własnej sprawie, rzecz jasna, ale także w imieniu wszystkich młodszych ode mnie kobiet, które mają coś do powiedzenia – w nadziei, że będą mogły przemówić.

Budujemy świat, którym rządzić będą kobiety

* „Bliski Wchód” obejmuje państwa, których prawo opiera się na prawie religijnym (np. Arabia Saudyjska), takie, w których prawa religijne, niekoniecznie muzułmańskie, regulują pewne aspekty życia (np. Izrael czy Liban, nieznające ślubów cywilnych) i takie, gdzie jak w Turcji, prawo jest świeckie. W islamie funkcjonują cztery sunnickie szkoły prawne i jedna szyicka, prawo jest otwarte na reinterpretacje, stąd trudno o uogólnienia. Podstawowe informacje na temat świadectw kobiet podaje angielska Wikipedia (dostęp: 7.08.2017).

przeł. Anna Dzierzgowska

*
Fragment książki Rebecki Solnit Mężczyźni objaśniają mi świat, która ukaże się wkrótce nakładem wydawnictwa Karakter.

***
Rebecca Solnit jest amerykańską eseistką, historyczką i działaczką feministyczną. Napisała kilkanaście książek z pogranicza antropologii, filozofii i polityki, m.in. wielokrotnie nagradzaną Eadweard Muybridge and the Technological Wild West oraz Wanderlust: A History of Walking. Publikuje w wielu pismach, m.in. „Harper’s Magazine” i w „Guardianie”.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.

"Doświadczenie nauczyło mnie jednak, że całkowita, konfrontacyjna pewność siebie połączona z całkowitą niewiedzą jest upłciowiona."
Nie wiem, ale mam podejrzenia że autorka widziała się z moją zoną...;-)

Oj tak.... Rozmowy kwalifikacyjne, pocżatkowo kurtuazyjne i miłe, zmienialy się w zaczepno-chamskie, gdy panowie mnie przepytujący dochodzili do dyplomu inzyniera....
Teraz robię strony interentowe, lubię komputery, trochę programuę - a nagminnie jeste, poczuczana bądź ignorowana w tych tematach przez panów będących prawdziwymi amatorami w tych kwestiach.

To są problemy wszystkich programistów, bez względu na płeć. Musisz być nowa w tej branży, jeśli jeszcze tego nie zauważyłaś 🙂

W całej karierze (7 lat komercyjnego programowania) spotkałem tylko jednego programistę, który był otwarcie negatywnie nastawiony do kobiet. Spotkałem też jednego programistę, który był negatywnie nastawiony do Żydów, więc mizoginia nie przeważa nad innymi zboczeniami.

To nie jest kwestia mizogini tylko stereotypu kulturowego. Mężczyźni mają wdrukowane że muszą zaimponować kobiecie. Dziś już nie próbują (w większości) imponować polowaniem na lwa. Brak lwów. Ale właśnie pokazaniem swojej mądrości, swoich intelektualnych walorów i muskułów. A to wymaga u nich zwykle założenia, że ta kobieta musi być od nich ciut mniej mądra w temacie który podejmują. Bez takiego założenia nie pchaliby się w imponowania przez gadania.. Sęk w tym że wielu (bardzo wielu ) Panów źle ocenia "przeciwniczki" , i pręży swoje intelektualne muskuły nie zdając sobie sprawy, że owe "przeciwniczki" intelektualnie mogą od nich być i często są po prostu lepsze. (Ci którzy zdają sobie z tego sprawę, nie podejmują daremnego trudu zaimponowania) . Dla mężczyzn to strategia, jak każda inna z wpisanym ryzykiem porażki. Dla kobiet to poczucie bycia traktowanymi jak idiotki. A miłe to nie jest.

Zapewne nie jest też miło facetom, którzy się starają zaimponować a orientują się, że im nie wyszło. Z relacji mężczyzn i kobiet nie da się wyeliminować drobnych zgrzytów, niekomfortowych sytuacji. Tylko faceci jeszcze nie utworzyli specjalnego działu socjologii, który z epizodów, w których im bywa niemiło czyniłby centrum opisu całej rzeczywistości.

A nie można by ze sobą po prostu rozmawiać? Zaimponować sposobem prowadzenia DIALOGU i ciekawością świata, zamiast stawać na piedestale i wygłaszać kazania z zatkanymi uszami?
Nie raz, nie dwa doświadczyłam "męskiego objaśniania"... ale niejednokrotnie byłam świadkiem sytuacji kiedy to kobieta objaśniała mężczyźnie świat - np. przy karmieniu, przewijaniu czy przebieraniu dziecka (nawet jeśli sama nie ma dzieci i nie ma o tym pojęcia - patrz termin: ciocia-dobra-rada). Powszechność tej sytuacji jest przerażająca (jeszcze bardziej przerażający jest kompletny brak refleksji który takim sytuacjom towarzyszy) a wynika z tego samego - z kulturowo wdrukowanego przekonania "ja się na tym znam i wszyscy mają mnie słuchać"... tego mi w tekście zabrakło. To samo jest np. z Dziadkiem pouczającym wnuka jak ma robić zdjęcia choć Dziadek nie ma pojęcia po fotografii cyfrowej a ostatnio aparat miał w ręku 50 lat temu - ale powołuje się na (znów) ugruntowany w kulturze "szacunek do osób starszych" rozumiany jako czołobitność względem każdego słowa i opinii bez względu na ich obiektywną wartość i prawdziwość.

Na początku myślałem, że to felieton jakiejś początkującej feministki. "Felieton" się ciągnął i ciągnął, aż wreszcie dowiedziałem się że jest to fragment książki... no cóż, przy takiej umiejętności lania wody i pisania o niczym dziwne że autorka wydała kilkanaście, a nie kilkaset pozycji.

A więc doczekaliśmy się tłumaczenia najsłabszego intelektualnie feministycznego gniota ostatnich lat. Tak marnego, że nawet przez wiele feministek traktowanego z lekkim zażenowaniem. A jednak na swój sposób przełomowego, ponieważ zawierającego wyjątkowe nagromadzenie wszystkiego tego, co we współczesnym feminizmie problematyczne.
Po pierwsze Solnit zadaje kłam naiwnej bajce, według której feminizm nie zwraca się przeciwko mężczyznom, tylko "patriarchatowi" i gra w otwarte karty. To mężczyźni są problemem. Po drugie cała jej książka ugruntowana jest na przekonaniu, iż zajebistość autorki jest faktem niepodważalnym a wszystko, co by jej ewentualnie mogło przeczyć, wynika z opresji. Czyli feminizm jako magiczny kamień, w razie niepowodzeń zawsze gotów oczyścić z winy własnej i znaleźć ją w innych (szczególnie w samcach) . Po trzecie dwustronny moralny szantaż. Raz, że mężczyźni, którzy ośmielili się nie zareagować na geniusz pani Solnit w wymarzony przez nią samą sposób, pośrednio zestawieni zostają z gwałcicielami, mordercami oraz opresyjnymi nie-zachodnimi systemami. Dwa, że tezy te nie podlegają krytyce, gdyż każda krytyka stanowić będzie kolejny dowód na ich słuszność. W końcu Solnit nawet argument, iż jest subiektywna, uznaje za równoznaczny z argumentem, iż "jest kobietą", czyli innymi słowy uznaje, że absolutnie każdy sprzeciw wobec jej tez jest wyrazem seksizmu.
Po czwarte kwestia gwałtów. Solnit twierdzi, iż problemem jest "niesłuchanie głosu kobiet". Pytanie tylko, przy okazji których przestępstw, system sądzenia i karania opiera się na wnikliwym "słuchaniu głosów", zamiast zbierania dowodów? Mamy tu więc do czynienia z kolejnym feministycznym postulatem, by w sprawach o gwałt wywrócić system prawny i inaczej, niż w przypadku wszystkich innych przestępstw - od kradzieży po zbrodnie przeciwko ludzkości, zamiast domniemania niewinności, wprowadzić "domniemanie winy".
Największą zaletą tej wydanej w 2008 a odkurzonej w świecie anglosaskim w 2016 roku ramoty jest fakt, iż wylansowany przez nią idiotyczny termin "mansplaining", wraz z z drugim - "manspreadingiem", stały się swego rodzaju ilustracją mizoandrii i intelektualnej nędzy współczesnego feminizmu oraz wszystkiego tego, co określa się tam mianem "regressive left".

W artykule jest jasno wyłożone, że nie mężczyźni, tylko ich pewien typ zachowania. W artykule e sczegułami przedstawiono 2 sytuacje, gdzie wbrew faktom autorka była dyskredytowana.

Truizm: Większość tego komentarza to są ataki "ad personem" służace ośmieszaniu adwersarza - nowa forma przemocy retorycznej. Sam w sobie jest on, jak to pokazała "A" świetnym dowodem na postawione w artykule tezy.

No ładnie nam kobietom wytłumaczyłeś.

Napisał, że każda krytyka będzie potencjalnym mainsplainingiem. I jak widać miał rację. A poza tym, skąd wiesz, że wyjaśnił Wam kobietom? Może nam mężczyznom.

Serio?
Truizm, ale szkoda, że na tydzień nie możemy zaminić się miejscami.

Opis sytuacji z Aspen mrozi krew w żyłach i wyciska łzy jednocześnie. Całe szczęście, że autorka spotyka też uroczych mężczyzn - czyli takich, którzy słuchają tego, co ma do powiedzenia. I to, mimo że wystarczy przeczytać ten tekst, żeby widzieć, że ma raczej dość niewiele.
W każdym razie, fajnie mieć dobre ideolo. Na przykład takie, którym sobie można womansplainować swe niepowodzenia, womanblamując za nie facetów.

Poczytaj

Niestety tak to już jest, że zdecydowana większość kobiet nie rozumie otaczającego ich świata, a ich wiedza i doświadczenie ograniczają się do przeczesywania sklepów z odzieżą i wyposażeniem wnętrz oraz kosmetykami. Dlatego właśnie to my mężczyźni musimy im wytłumaczyć niuanse otaczającej rzeczywistości, w której bez nas jak nic by się pogubiły. Ta ich ignorancja bywa jednak słodka i urocza, o ile oczywiście nie próbują udawać kogoś, kim nie są.

Tak, Antku. Dzięki temu, że taką kobietą bywam, dostaję duże zniżki w warsztacie samochodowym i u szewca, a jak dobrze zatrzepoczę moimi nowymi rzęsami to i komórkę taniej kupię. Bo takie Antki biorą się na to i chwała im za to. I leci kabarecik

Fajnie Antek. Kiedy już wszyscy panowie z zapałem, zaangażowaniem i jakże uroczą pasją już już... prawie udowodnili, że seksizm nie istnieje, a autorka "intelektualnego gniota" wymyśliła go sobie w celu dyskredytowania swoich przeciwników w dyskusji, pojawiasz się ty jak królik z kapelusza i trolujesz wszystkie wywody. :))))

No trzeba przyznać, że wygląda to bardzo na fake, ale paradoksalnei właśnie dlatego, że jest tak mało subtelne, pozwala przypuszczać, że może fake'em nie jest. Bo taki fake'ujący zapewne by się trochę wysilił, a "otaczajacy nas świat" pełen jest zupełnie autentycznych szczerych idiotów 🙂

"Otaczającego świata" - czyliświata takiego jakim ja go widzę ;-)...

Z moich obserwacji wynika, że mężczyźni budują opinię o kobietach na podstawie doświadczeń. Przebywanie ciągłe z glupimi i pustymi kobietami ( podobnie jak z głupimi i pustymi facetam ) stwarza wyobrażenie, że wszystkie są takie same. Faktem jest, że facet o średnim poziomie intelektualnym nie związe się z inteligentniejszą od siebie kobietą. Dla własnego komfortu:) nie ma więc możliwości obserwowanie takiej kobiety na codzień:) Wielu empatycznych, inteligentnych facetów, będących partnerami w rozmowie to synowie inteligentnych, dobrze wykształconych kobiet. Ci oczywiście mają łatwiej:) Takich partnerów Wszystkim Wam życzę:)

To działa w drugą stronę też. Kobiety nie mają ochoty wiązać się w dół i szukają partnerów co najmniej tak samo inteligentnych i spełnionych zawodowo co one, a najlepiej jeszcze od nich 'lepszych'. Więc to nie do końca tylko wina mężczyzn.