Czytaj dalej

Bauman o Marksie: Drogi do utopii – od Marksa do św. Pawła

Zygmunt Bauman

Z historycznych doświadczeń wnioskować wypada, że jeśli nawet spełni się przepowiednia „nieuchronności” transgresji limitów kapitalizmu, istnieje więcej niż jedna od kapitalizmu droga. Przypominamy fragment książki „Socjalizm. Utopia w działaniu”.

Uważny czytelnik Kapitału zadaje sobie wciąż na nowo pytanie, w jaki sposób Karol Marks wyobrażał sobie łańcuch „konieczności” wiodących od zawłaszczania wartości dodatkowej przez kapitalistów do rewolucji socjalistycznej. Odpowiedzi na to pytanie dawano rożne, ale żadna nie wytrzymywała dokładniejszej analizy. Czy chodziło tu o sławetną sprzeczność między siłami produkcyjnymi a stosunkami produkcji? Jeśli o nią chodziło, to kto miałby być agentem zmiany: zarządcy, ustawodawcy? Czy też miałoby nastąpić totalne załamanie się systemu, jak w przypadku społeczeństwa niewolniczego? Albo bunt zrodzony ze zubożenia i rozpaczy, a zdolny obalić system wyzysku? Ta ostatnia hipoteza rodziła wątpliwość: czy złagodzenie nędzy przekreśliłoby widoki na socjalizm?

Z wyjątkiem paru akapitów, wyraźnie do głównego wątku doklejonych, Kapitał dowodzi zdolności wyzysku do samoodtwarzania i samoutwierdzania. W trybie spójnej i systematycznej teorii, a wbrew licznym deklaracjom autora oraz niemalże wszystkim wykładniom zinstytucjonalizowanym, Kapitał przedstawia jako zjawiska nieuchronne trwałe podporządkowanie się robotników ich szefom i systemowi szefostwa jako takiemu oraz wyłonienie się organizacji robotniczej samoobrony skrojonych na miarę stosunków rynkowych i własności prywatnej, a więc stawiających sobie za cel nie zmianę systemu, lecz tylko podziału dochodów. Jedyna „konieczność”, której natura pozostaje niejasna to ta, która ma przekuć robotnicze niezadowolenie w poparcie dla socjalizmu.

Jeśli o to już idzie, założenie takiej konieczności wymaga akceptacji deterministycznej wizji człowieka sprzecznej w sposób oczywisty z Marksową „filozofią praxis” (jak określił nauki Marksa Antonio Gramsci). Sugeruje ona, że zdaniem Marksa można z warunków materialnych wydedukować kształt ludzkiego ducha; a nadto, że owe warunki dadzą się opisać i zinterpretować „obiektywnie”, na jeden wyłącznie sposób. Obie te supozycje pozostają jednak w jaskrawej sprzeczności z podstawowymi zasadami Marksowej teorii społeczeństwa (w odróżnieniu od
jej wersji zinstytucjonalizowanej). Tyle co najwyżej da się o „determinującej roli” warunków materialnych w tej teorii powiedzieć, że wytyczają one granice wyborowi pojęć, jakimi można się sensownie posłużyć dla ich opisu. Jak często podkreślał Gramsci, to właśnie stopień jej adekwatności do opisu doświadczenia czyni taką a nie inną ideę bardziej zdatną do upowszechnienia. Zawsze jednak znaleźć można więcej niż jeden zestaw idei, który można odnieść do danych doświadczenia gwoli ich „usensownienia”, a więc w celu uczynienia zrozumiałym tego, co doświadczone, i w celu dojścia do względnie racjonalnego zespołu wzorów przystosowania (adaptive behavioural precepts). W wynikającym stąd współzawodnictwie między zestawami idei socjalizm znajduje się w gorszej niż jego rywale pozycji: argumenty mające dowieść jego racji sytuują się wszak w niedoświadczonej jeszcze przyszłości, a jeśli o doznaną już przeszłość idzie, mało co świadczy w niej jednoznacznie o prawdopodobieństwie jego nastania. Socjalizm z socjalistycznej utopii nie jest dany w doświadczeniu – podczas gdy rywalizujące z nim teorie powołać się mogą na długie serie praktycznych dokonań, w jakiejś mierze pomyślnych i dla ludzi korzystnych.

Karol Marks pisze światowy przebój

Liczni socjalistyczni myśliciele, którzy odmówili zrezygnowania z dociekań „historycznej konieczności”, pokładają swe nadzieje w tym, że wywłaszczeni „zmuszeni” będą w końcu przyjąć utopię socjalistyczną nie tyle z zamierzenia, ile z braku wyboru w wyniku bankructwa konkurencyjnych teorii. Prędzej czy później nadejdzie chwila, kiedy kapitalizm nie będzie już w stanie spłacać zaciągniętych długów ani dotrzymywać swych przyrzeczeń. Nadzieja więc w tym, że walka robotników – nadal toczona pod auspicjami kapitalistycznego zdrowego rozsądku – wykroczy jakoś poza formy dające się jeszcze pogodzić z panowaniem kapitalistów. Czego zwolennicy tego typu punktu widzenia nie ukazują – bowiem na dobrą sprawę przekracza to ich możliwości – to „nieuchronność” socjalistycznej natury owego „poza”. Z historycznych doświadczeń wnioskować wypada, że jeśli nawet spełni się przepowiednia „nieuchronności” transgresji limitów kapitalizmu, istnieje więcej niż jedna od kapitalizmu droga.

Głód konieczności historycznej jest sam przez się, jak powiedzieliby Horkheimer i Adorno, niewątpliwą oznaką mocy, z jaką pozytywizm, owa samoświadomość wyalienowanego społeczeństwa, trzyma na uwięzi ludzką wyobraźnię. Zapał, z jakim poluje się na „brakujące ogniwo”, można wytłumaczyć jedynie tym, że zdrowy rozsądek, spokorniony przez wszechwładną rzeczywistość, skłonić jest się gotów li tylko przed rzeczywistością bardziej jeszcze od tej doświadczanej potężną i „rzeczywistą”; dopiero w momencie takiej konfrontacji uchwyt osłabnie na tyle, by działalność niekonwencjonalna mogła się z niego wydobyć. Stąd też zdumiewająco wielu myślicieli socjalistycznych dwoi się i troi, aby przekonać – głównie siebie nawzajem – że wdrożenie socjalistycznych wartości jest równie pożądane co nieuniknione.

Wygląda na to, że rozsądek naszych czasów, zarówno w swej konformistycznej, jak i krytycznej wersji, unika jak ognia niezdeterminowania. Umyka on w dodatku przed nieprzeniknioną pustką, szukając bezpiecznego schronienia w konieczności i rutynie. Owa tęsknota za koniecznością jest najgłębszym i najtrudniejszym do wywabienia znamieniem alienacji. Aby natchnąć jej wyznawców energią i zdecydowaniem, niezbędnymi dla urzeczywistnienia socjalistycznej utopii, potrzeba wiary, że musi się ona urzeczywistnić. Rzecz jasna, że teoretyczne „dowody” nieuchronności socjalizmu w niczym nie zmienią rzeczywistości i mogą wywrzeć psychologiczne jedynie efekty: ludzi trwających w pętach alienacji mogą ośmielić do zuchwałej próby emancypacji.

Eagleton: Dlaczego Marks miał rację?

czytaj także

Ale czy rzeczywiście mogą? Mało prawdopodobne się wydaje, by triumf takiej emancypacji i takiej wolności, o jakich marzą socjalistyczni myśliciele, można było wywalczyć bronią wykutą w kuźni alienacji. Przeciwnie – to właśnie wyzbycie się zinternalizowanego popędu do korzystania z takiej broni jest wstępnym i najważniejszym bodaj warunkiem emancypacji. Jeżeli przejście do socjalizmu wymaga stworzenia nowej kultury, to kulturowa postać, pod którą owe przejście się dokona, nie jest sprawą bez znaczenia; być może od niej właśnie oblicze nowego systemu będzie zależało. Orędownicy socjalizmu „dziejowej konieczności” uśmiechną się wprawdzie z politowaniem na wspomnienie nadziei, że „umocnienie państwa przybliży jego upadek” czy że rozpasanie terroru pozwoli poszerzyć ludzką wolność – ale nie dostrzegą złowieszczego powinowactwa logicznego między tamtymi a ich własnymi nadziejami. Ich założenie, że ludzie wyzwolą się przekonani, że są agentami historycznej konieczności, może tylko wzmocnić jeszcze stalowy uchwyt niewoli. Ani na krok nie przybliży ono kulturowej emancypacji, którą myśliciele ci uznają za jądro socjalizmu. Jeżeli socjalizm jest, jak głosi, wyprawą na niezbadane jeszcze obszary ludzkiej wolności, może nią być jedynie za sprawą swobodnego a nieograniczonego dialogu między wszystkimi aktorami procesu historycznego. Nie znamy jednego choćby przypadku zmuszenia ludzi do wolności; roi się za to od przypadków wtrącania ludzi w niewolę przy akompaniamencie zapewnień, że wiedzie się ich do wolności.

Prowadzą do socjalizmu tylko szlaki ryte w tych samych, co utopia socjalistyczna skałach. Ma się nadzieję, że trzymanie się tej zasady zmniejszy ryzyko wytyczania szlaków wiodących na manowce. Pokolenie zaś, które było świadkiem sowieckiego totalitaryzmu, egzotycznych socjalizmów długich noży czy gorącogłowego radykalizmu studenckiego pyszniącego się swą nietolerancją dla wszystkiego, co spotykało na swej drodze, łatwo takiej nadziei się nie wyrzeknie.

Jedna jeszcze uwaga jest tu na miejscu. Zrodzone z tejże rzeczywistości utopie są tyleż liczne co rozmaite. Różnią się pod względem śmiałości, rozległości horyzontów, miejsca, na którym ustawiają sztalugi malarskie. Nowe utopie rzadko kiedy czekają, aż ich poprzedniczki opadną z sił albo przeciwnie, urzeczywistnią się i wybędą raz na zawsze z obszarów utopii. Utopie depcą sobie nawzajem po piętach, zmuszając się do przegrupowania wojsk i otwierania nowych frontów. Tylko przez parę krótkich chwil może nowo powstała utopia cieszyć się wyłącznością i kierować wszystkie swe działa przeciw jednemu tylko przeciwnikowi: rzeczywistości, o której Trocki pogardliwie powiadał, że „jest tylko teraźniejszością”. Szkicowanie nowego, odleglejszego horyzontu nie tylko uwypukla niepodejrzane dotąd w znanej już rzeczywistości aspekty, ale też stwarza nową krainę „po tamtej stronie”, która ograbi z aury tajemniczości poprzednie „poza”, odrelegowane teraz do obszaru „tego, co tu i teraz”. Raczej prędzej niż później nowe „poza” zwabi do siebie i skaperuje co śmielszych odkrywców nowych lądów, którzy z kolei zabiorą się do kreślenia nowszych jeszcze, jeszcze odleglejszych horyzontów, przygotowując pole do następnej tury eksploracji intelektualnych i kolejnych przygód wyobraźni.

Berman: Marks nie grał w lidze cyników

Oczywiście atak ze strony nowo przybyłych nie zastaje dawnej utopii, nagle obsadzonej w niegodnej pozazdroszczenia roli zamaskowanej ortodoksji, nieprzygotowanej. Już wcześniej broniła się przed taką ewentualnością z pozycji bardziej jeszcze niż na początku utopijnych i radykalnych. Wyklęta przez panującą kulturę jako szalona i pożałowania godna mrzonka z miejsca nakreśla swoje własne linie graniczne między „prawdziwym” realizmem a szaleństwem i nieodpowiedzialnością. Odpiera hordy barbarzyńskie gwałcące nowo zakreślone granice tą bronią, po jaką sięgnęła kultura panująca, gdy jej rzuciła wyzwanie: oskarża naruszycieli postulowanej granicy o awanturnictwo, ignorancję, przeciwny rozumowi utopizm, woluntaryzm oraz mnóstwo innych grzechów popełnianych wobec nauki, prawa i ładu, woli większości i niezłomnych tendencji dziejowych. Doda to ultraradykalnej krytyce wiarygodności, co z kolei spotęguje jeszcze entuzjazm żywiony przez „zderadykalizowaną” obecnie utopię dla „realizmu” – i da capo.

Już na względnie wczesnym etapie swej historii nowoczesna utopia socjalistyczna uodporniła się przeciwko powabom krainy majaczącej „po tamtej stronie” zakreślonego przez siebie horyzontu. Odcinała się zawzięcie od co bardziej radykalnych wersji kontrkultury. Socjalizm dochodził swej tożsamości w zaciekłej wojnie wyzwoleńczej toczonej przeciwko „subiektywistycznym”, antyinstytucjonalnym odłamom antykapitalistycznego obozu. Przeszło cztery piąte swojej Ideologii niemieckiej poświęcił Marks egzorcyzmowaniu upiorów Stirnera; najbardziej zatrute strzały wysyłał Marks w braci heretyków raczej niż we wspólnych jemu i im wrogów z obozu ortodoksji. Krótkie, a burzliwe dzieje Pierwszej Międzynarodówki przyczyniły się w większym stopniu do określenia zewnętrznych granic utopii socjalistycznej niż do skompletowania aktu oskarżenia wobec kapitalistycznej rzeczywistości. Socjalistyczna utopia umieściła się wtedy zdecydowanie w roli przyszłej kultury społeczeństwa industrialnego powołanej do zastąpienia swej mieszczańskiej poprzedniczki. Z tytułu ich nadmiernej utopijności i braku realizmu odrzucała projekty, które wykraczały poza perspektywę scjentyzmu i industrializmu, racjonalnej organizacji i technologii.

Wbrew oczekiwaniom ani ówczesne trudy, ani ich rezultaty nie zakończyły jednak sprawy. Kwestia superutopii została co najwyżej odłożona na boczną półkę – do czasu gdy nieco bardziej uniwersalne cechy aktualnego społeczeństwa zostaną obnażone. Krytyka utopijna jest i pozostaje rozpadliwą konstrukcją. Ludzie wspinają się na kolejne wzgórza tylko po to, aby z ich szczytów odkryć dziewicze terytoria, do których spenetrowania przywoła ich nienasycony duch transgresji. Za każdym kolejnym wzgórzem spodziewają się zaznać spokoju – ale znajdują tylko podniecenie wzniecone wizją nowego początku. Tak jak i dwa tysiące lat temu nadzieja, „której [spełnienie] się ogląda, nie jest nadzieją, bo jak można się jeszcze spodziewać tego, co się już ogląda?” (List św. Pawła do Rzymian, 8.24).

Tekst jest fragmentem rozdziału Drogi do utopii książki Socjalizm. Utopia w działaniu. Tytuł pochodzi od redakcji.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.