Kraj

Miliardy, ale jednostek

foka-szara

Niewyobrażalnie wiele zwierząt potrzebuje pomocy. Przegrywają z człowiekiem – silniejszym, gdy chce krzywdzić, i zbyt słabym, kiedy nie potrafi pomóc.

Kiedy myślę o zaangażowaniu w obronę zwierząt, myślę o trosce o miliardy krzywdzonych – teraz i w przyszłości. Większości nigdy nie zobaczę, nie dotknę, nie zdołam rozpoznać spośród miliardów im podobnych. Moja troska jest pojemna i dalekosiężna. Reaguję na przykład na krzywdę fok umierających tysiące kilometrów ode mnie, w miejscu, którego nie znam i pewnie nie poznam. Co roku zabija się ich wiele tysięcy, ponieważ mają ładne futro. Ludziom nie wystarcza podziwianie go, chcą je posiadać. Potrafię więc poświęcić mój czas, nawet dużo czasu, żeby się upomnieć o te zwierzęta, choć jest ich tak wiele i są tak daleko. Ale to widok jednego bezradnego zwierzęcia krwawiącego od uderzenia w głowę pałką kanadyjskiego, rosyjskiego, namibijskiego myśliwego wystarcza, żeby odczuwać wściekłość, smutek i sprzeciw. Ta jedna istota, pokazana na zdjęciu w zbliżeniu, nawet jeśli w moich ułomnych oczach wydaje się prawie identyczna z innymi, jest zupełnie wystarczająca.

Nie zapomnę obrazu foczego szczenięcia, które po uderzeniu miało krwotok, ale wciąż żyło. Przy jego dziurce od nosa pojawiła się krwista bańka utworzona przez gasnący oddech. Każdy mój kolejny odruch współczucia wobec następnych dziesięciu, stu, dziesiątek tysięcy fok, jest już tylko pogłosem pierwszego zdarzenia. Nikt nie wytrzymałby wściekłości i smutku zwielokrotnionego w tym samym stopniu, jak zwielokrotnione jest cierpienie poszczególnych istot. Z konieczności więc i dla mojego własnego dobra coś dzieje się z moją empatią. Znieczulam się, moja empatia próbuje stać się hurtownikiem. Jak to dobrze, że mogę skorzystać z protezy mojej racjonalności, sięgając po zasady i pojęcia, na przykład po sprawiedliwość i bezstronność. Chłodne i mechaniczne, w pomocny sposób bezosobowe, dbają o stałość moich uczuć, które nie gasną, kiedy sięgam za ich pomocą do odległego tłumu ofiar.

Zanim jeszcze Peter Singer stał się rozpoznawalnym filozofem, napisał artykuł zatytułowany Famine, Affluence, and Morality. Był 1971 rok. Dziś tekst uważa się już za kanoniczny dla rozważań etycznych. Nie ma w nim mowy o zwierzętach innych niż ludzie, ale to ważny i uniwersalny tekst, a Singer do dziś kontynuuje dociekania, które w nim zawarł. Artykuł był reakcją na kryzys humanitarny spowodowany prowadzoną przez Bengalczyków wojną o niepodległość Bangladeszu. Miliony ludzi głodowały, były pozbawione opieki medycznej i schronienia. W tym samym czasie ludzie Zachodu spędzali czas w sklepach, kupując rzeczy, które trudno uznać za produkty pierwszej potrzeby. Teoretycznie dałoby się pomóc uchodźcom wojennym umierającym z głodu i chorób. „Niestety, ludzie nie podjęli odpowiednich decyzji” – stwierdził Singer. Nie wpłacili odpowiednich sum pieniędzy na rzecz organizacji pomocowych, nie wyszli na ulicę, nie wymusili na rządzących humanitarnej interwencji na dużą skalę. Oficjalna pomoc rządów państw Zachodu była nieefektywna, zbyt mała, szczególnie w porównaniu z wydatkami, które państwa przeznaczają na zaspokojenie drugorzędnych potrzeb swoich obywateli.

Singer argumentował, że wszyscy w podobnych sytuacjach mamy obowiązek pomóc. Tak jakbyśmy pomogli tonącemu na naszych oczach dziecku. Nie ma tu decydującego znaczenia, czy ofiara cierpi i umiera po drugiej stronie globu, czy też mamy z nią bezpośredni kontakt. Dystans nie usprawiedliwia braku działania. Z obowiązku nie zwalnia nas również to, że nie jesteśmy jedynymi, którzy mogą pomóc. Przekonanie, że nie muszę się angażować w pomoc, bo wielu innych może to zrobić, to „idealna wymówka dla bezczynności” – stwierdził Singer. Jeśli jest w naszej mocy zapobiec czemuś bardzo złemu, bez poświęcania przy tym czegokolwiek moralnie znaczącego, a więc bez prowokowania czegoś porównywalnie złego, mamy moralny obowiązek pomóc – taki był wniosek Singera. Miliardy zwierząt cierpią i umierają. Bylibyśmy w stanie im pomóc. Niestety, ludzie nie podjęli odpowiednich decyzji.

Jeśli jest w naszej mocy zapobiec czemuś bardzo złemu, bez poświęcania przy tym czegokolwiek moralnie znaczącego, a więc bez prowokowania czegoś porównywalnie złego, mamy moralny obowiązek pomóc.

Przemysł bazujący na krzywdzącym wykorzystaniu zwierząt robi wiele, aby jego ofiary nie stały się indywiduami: nie mają imion, przebywają w standardowych warunkach. Mają być odizolowane od innych lub stłoczone, co upośledza relacje, a przecież to w relacjach rozwijają się indywidualności. Przemysł dba też o dystans, jeśli nie przepaść, między zwierzętami, z których robi produkt, a klientami. Nie ma zwierząt, nie ma problemu, nie ma troski.

Wszyscy znamy przypadki, które zdarzają się na całym świecie – ucieczki z drogi do rzeźni. Tacy desperaci, buntowniczki, szczęściarze mogą stać się maskotką mediów. Wtedy otrzymują imię, certyfikat osobowości, a czasem i emeryturę. Uciekinierzy mogliby stać się ambasadorami miliardów niezauważonych, niepoznanych, anonimowych. Jednak ich wpływ na funkcjonowanie rozpędzonego mechanizmu opresji jest zbyt mały. Być może szczęśliwy przebieg ich historii działa odwrotnie – rodzi się poczucie, że sprawiedliwości już stało się zadość. Że skoro jest szansa uciec, to nie jest tak źle.

Ofiar nie było

Czasem zdarzy się też, że jedno z przeznaczonych do zabicia zwierząt przełamie automatyzm rzezi, zburzy rutynę, zakłóci swoim nietypowym zachowaniem lub wyglądem działanie mechanizmu. Słyszało się o przypadkach, kiedy rzeźnicy czynili swoim pupilem zwierzę w jakiś sposób odmienne od reszty. Rzadko taka inność ratowała życie, częściej wystarczała tylko na niewielkie jego przedłużenie, bo przecież atrakcyjność inności gaśnie z każdą minutą jej poznawania. Wyjątek ostatecznie potwierdzał regułę. Odmienność, podobieństwo – myśląc o etyce, bez przerwy wraca się do tych kryteriów.

Moment konfrontacji z obrazem indywidualnego cierpienia lub śmierci to najsilniejszy bodziec, a parametry odmienności i podobieństwa są wskaźnikami w drodze od jednostkowej reakcji na krzywdę do porządku przekonań i zachowań. Nie zawsze wystarczy jednak wynikająca z tego porządku zdolność do reakcji na krzywdę nieprzeliczonych i nieznanych zwierząt w nieznanej części świata. Nie każdemu wystarcza wyjście dla nich na ulicę, próba wymuszenia na rządzących zmiany polityki w ich sprawie, przekazanie odpowiedniej sumy organizacji działającej na ich rzecz. Doskonale rozumiem potrzebę uratowania kogoś tu i teraz. Myślę nawet, że cały ten porządek zasad i wartości byłby niewiarygodny, gdyby nie ta potrzeba. I satysfakcja, kiedy się uda. Poczuć ich dotyk, spojrzeć w oczy to coś jak weryfikacja fundamentów zasady, poświadczenie słuszności. Ludzie w kominiarkach fotografujący się z przytulonymi zwierzętami, które – łamiąc prawo – wyrwali z łap kolejnego instytucjonalnego, przemysłowego, zawodowego kata, wydawali się naprawdę szczęśliwi. I bez wątpienia byli.

Niewyobrażalnie wiele zwierząt potrzebuje pomocy. Przegrywają z człowiekiem – silniejszym, gdy chce krzywdzić, i zbyt słabym, kiedy nie potrafi pomóc. Być może musimy nauczyć się tłumaczyć tragedię miliarda na miliard tragedii. Może stanie się wtedy nie do zniesienia dla naprawdę wielu.

*
Fragment książki Dariusza Gzyry Dziękuję za świńskie oczy. Jak krzywdzimy zwierzęta, która właśnie ukazała się nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej. Pierwowzorem rozdziału był felieton opublikowany w magazynie „Vege” w roku 2011.

Bio

Darek Gzyra

| Działacz społeczny, publicysta, weganin
Działacz społeczny, publicysta, weganin, doktorant w Instytucie Filozofii i Socjologii Uniwersytetu Pedagogicznego im. KEN w Krakowie. Członek Polskiego Towarzystwa Etycznego oraz Laboratorium Animal Studies – Trzecia Kultura, jeden z redaktorów czasopisma „Zoophilologica. Polish Journal of Animal Studies”.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.