Historia

„Zabić, powiesić, poćwiartować” – prawica wobec pierwszych rządów niepodległej Polski

Ignacy Daszyński i Józef Piłsudski, rok 1928. Fot. domena publiczna

Portrety Piłsudskiego i Dmowskiego albo Daszyńskiego i Korfantego ładnie wyglądają obok siebie na manifestacjach lub akademiach z okazji rocznicy odzyskania niepodległości. To jednak widomy znak fałszywej narracji, jakoby niepodległość była wspólnym dziełem Polaków reprezentujących różne opcje i poglądy. W rzeczywistości niepodległość kształtowała się w warunkach niesłychanie ostrego konfliktu politycznego i społecznego, a prawica zwalczała lewicowe rządy wszelkimi możliwymi środkami.

Rząd ludowy – początek

Na początku listopada 1918 roku ziemie polskie ogarnął chaos. Wojna światowa kończyła się klęską państw zaborczych, a wśród robotników – po części także chłopów – szerzyły się nastroje rewolucyjne. Prawica nie miała ani siły, ani woli, by sięgnąć po władzę w odzyskującym wolność kraju. Roman Dmowski wraz z utworzonym przez siebie Komitetem Narodowym Polskim przebywał w Paryżu i tam zabiegał o korzystne dla Polski decyzje aliantów zachodnich. Rezydująca w Warszawie, powołana przez zaborców Rada Regencyjna stworzyła prawicowy rząd, który zapowiedział z kolei powołanie rządu narodowego i rozpisanie wyborów do sejmu. Ta deklaracja tak przeraziła arystokratycznych członków Rady, że niezwłocznie własny rząd zdymisjonowała i rozpoczęła powolne pertraktacje z gubernatorem niemieckim na temat przejęcia przez nią administracji w Kongresówce.

W nocy z 6 na 7 listopada działacze Polskiej Partii Socjalistycznej wraz z lewicowymi ludowcami z PSL „Wyzwolenie” i radykalnymi demokratami, przy poparciu kierowanej przez piłsudczyków Polskiej Organizacji Wojskowej, powołali w Lublinie Tymczasowy Rząd Ludowy Republiki Polskiej z Ignacym Daszyńskim jako premierem – pierwszy rząd niepodległej Polski. Jego manifest przewidywał radykalne reformy polityczne i społeczne. Rząd Daszyńskiego położył więc fundament pod ustrój niepodległego państwa polskiego – republiki parlamentarnej, w której wszyscy obywatele, w tym kobiety, będą mieli pełnię praw demokratycznych, robotnicy znajdą się pod ochroną postępowego ustawodawstwa społecznego, a chłopi otrzymają ziemię w wyniku reformy rolnej.

11 listopada: Święto lewicy

czytaj także

Daszyński napisał później w swoich wspomnieniach: „…kapitaliści polscy trzęśli się ze zgrozy wobec tego programu. Ale jeszcze bardziej trzęśli się wtedy ze strachu przed rewolucją (…)”. Na zarzuty polityków prawicowych, że rząd ludowy ma jednoznacznie lewicowy charakter, jego premier odpowiedział podczas wiecu w Lublinie: „Przeciw rządowi ludowemu podnosi się ze strony klas posiadających hasło koalicji wszystkich stronnictw. Stanowisko rządu jest takie, że rząd nie odrzuca szczerej pracy i pomocy niczyjej, ale nie podda ludu pod niczyje rozkazy, jak tylko z woli ludu płynące. Polska musi być Ludową lub upadnie, kto chce Polski silnej, ten podda się ludowi. Szlacheckie czy kapitalistyczne rządy w Polsce są niemożliwe, a próba ich utworzenia wywołać musi wojnę domową”. Rząd Daszyńskiego nie napotkał skutecznego oporu ze strony prawicy. Inna sprawa, że sprawował władzę jedynie przez kilka dni w południowej części dawnej Kongresówki okupowanej uprzednio przez Austriaków – na terenach od Lubelszczyzny do Zagłębia Dąbrowskiego.

Nowy premier, stary rząd

10 listopada wrócił do Warszawy zwolniony z twierdzy w Magdeburgu Józef Piłsudski, opromieniony chwałą czynu legionowego oraz późniejszego sprzeciwu wobec polityki niemieckiej w sprawie polskiej, za co zapłacił uwięzieniem. Następnego dnia skapitulowały Niemcy, a niemiecki garnizon w Warszawie poddał się Piłsudskiemu. Rada Regencyjna powierzyła mu dowodzenie wojskiem, a kilka dni później oddała mu resztę władzy (której i tak realnie nie sprawowała). Sytuacja polityczna uległa więc diametralnej zmianie. Daszyński niezwłocznie pojechał do Warszawy i oddał się do dyspozycji Komendanta.

Piłsudski nie ukrywał wobec swoich współpracowników, że decyzję o powołaniu rządu opartego wyłącznie o lewicę uważa za błędną, chociaż pierwszy impuls do powstania tego rządu pochodził od Konwentu Organizacji A – konspiracyjnej struktury zrzeszającej lewicowych polityków związanych z Piłsudskim. Komendant już przed uwięzieniem w Magdeburgu sądził, że z chwilą odzyskania niepodległości powinien powstać rząd zgody narodowej, oparty na możliwie szerokiej podstawie politycznej. Wkrótce jednak przekonał się, że po prawej stronie nie ma partnera do kompromisu, a radykalizacja mas ludowych wyklucza możliwość powołania rządu prawicowego, czym zresztą Piłsudski nie był zainteresowany. Nie istniała zatem żadna alternatywa dla rządów lewicy.

13 listopada odbył się w Warszawie strajk generalny i wielka demonstracja robotnicza. Zebrani wysłuchali przemówienia Daszyńskiego, po czym udali się na plac Zamkowy i na wieży Zamku Królewskiego zawiesili czerwony sztandar „dając znak, że lud polski bierze w swe ręce dziedzictwo państwa” – jak napisał po latach lider lewego skrzydła PPS, a później przywódca partii na emigracji Zbigniew Zaremba. Fakt zawieszenia na Zamku czerwonego sztandaru propaganda endecka rozdęła do rozmiarów klęski narodowej. Jedna z ulotek rozpowszechnianych w tamtym czasie głosiła: „Czyż dopuści stolica Polski, aby czerwony sztandar hańbił stary nasz zamek – siedzibę chwały narodowej i pomnik wielkiej przeszłości. (…) Precz z Daszyńskim i socjalistami! Niech żyje Rząd Narodowy z posłem Korfantym na czele!”. Na marginesie warto zauważyć, że czerwony sztandar, dla współczesnych Polaków skutecznie zohydzony przez PRL, był kiedyś symbolem wszystkich nurtów robotniczej lewicy. Emigracyjna PPS, niewątpliwie antykomunistyczna, używała czerwonego sztandaru aż do końca swego istnienia w 1990 roku.

Po długich rozmowach z Daszyńskim Piłsudski zdecydował się 14 listopada na powierzenie jemu misji utworzenia rządu, z szerszym jednak zapleczem politycznym niż rząd lubelski. Niektórzy historycy twierdzą, że Piłsudski niechętnie widział Daszyńskiego w roli premiera. Powołują się przy tym na wspomnienia jednego ze współpracowników Komendanta, wedle którego Piłsudski skarżył się, że Daszyński rozmawia z nim jakby przemawiał na wiecu. Daszyński był jednak naturalnym kandydatem na stanowisko premiera jako najpopularniejszy polityk lewicy niepodległościowej, do tego z długoletnim stażem parlamentarny w parlamencie austriackim oraz odpowiednim doświadczeniem organizacyjnym.

Patrząc na wydarzenia z 1918 roku łatwo zatem popełnić błąd, oceniając sytuację przez pryzmat zdarzeń późniejszych – przewrotu majowego i skręcającej coraz bardziej w prawo dyktatury sanacyjnej. Ale w listopadzie 1918 roku Piłsudski był powszechnie uważany za człowieka lewicy, bo przecież zaledwie cztery lata wcześniej przewodził jeszcze PPS, której poświęcił poprzednie 22 lata swojego życia. Odnosząc się do przypisywanego mu aforyzmu, że „wysiadł z czerwonego tramwaju na przystanku niepodległość” można powiedzieć, że w listopadzie 1918 roku Piłsudski jedną nogą stał już na przystanku, bo czuł się ponadpartyjnym mężem stanu, ale los lewicy nie był mu jeszcze obojętny. Świadczą o tym słowa wypowiedziane przez niego w tamtych dniach do polityków PPS: „…was niesie w tej chwili na skrzydłach ten wiatr, który polatuje nad Europą. Ale rozważcie i wykorzystajcie to dobrze. Nie przeceniajcie swoich sił. (…) Jeżeli wy tego okresu, gdy będziecie mieć władzę w ręku, nie wykorzystacie na to, by stać się realną, zorganizowaną siłą, to ja panów ostrzegam, ja was za uszy z błota wyciągać nie będę”.

Prawa wyborcze nie były prezentem dla kobiet

Jedynym partnerem do rozmów o ewentualnej koalicji okazała się – ze strony prawicy – endecja zaboru pruskiego, stosunkowo mniej radykalna. W trzydniowych negocjacjach z jej przedstawicielami uczestniczyli Piłsudski i Daszyński oraz Jędrzej Moraczewski, przewodniczący Konwentu Organizacji A, równocześnie będący jednym z liderów PPS i bardzo bliskim współpracownikiem Piłsudskiego. Po stronie prawicy wiodącą rolę odgrywał Wojciech Korfanty, działacz endecji (później chadecji) z Górnego Śląska. Negocjacje rozpoczęły się od zgłoszonego przez prawicę weta wobec kandydatury Daszyńskiego na premiera. Pretekstem było wygłoszone przez niego podczas wojny, w zupełnie innej sytuacji politycznej, przemówienie w parlamencie austriackim. Tamtejsze Koło Polskie podjęło wówczas uchwałę o potrzebie odbudowy Polaki z dostępem do morza, ale władze austriackie zażądały takiej interpretacji tego postulatu, żeby nie wynikały z niej roszczenia terytorialne pod adresem Niemiec, sojusznika Austrii. Wówczas Daszyński, wiceprzewodniczący Koła, wyjaśnił, że chodzi o dostęp przez „skanalizowaną Wisłę” do portu w Gdańsku. Sam później uznał to przemówienie za swój błąd polityczny, zaś dla endeków był to pretekst do dezawuowania jego patriotyzmu. Warto zauważyć, że cytowanie wypowiedzi z dawniejszych czasów było w tamtym czasie popularną metodą atakowania przeciwników. W listopadzie 1918 roku, podczas walk polsko-ukraińskich o Lwów, organ socjalistów „Robotnik” opublikował np. korespondencję sprzed trzech lat jednego z przywódców endeckich z rosyjskim generałem, w której ten pierwszy postulował aneksję Lwowa przez Rosję, co miało być dla „Robotnika” dowodem zdradzieckich inklinacji endecji.

Wobec sprzeciwu endecji Daszyński sam zrezygnował z kandydowania na premiera. Moraczewski napisał później, że Daszyński dał w ten sposób „przykład wielkiej bezinteresowności osobistej i zręczności politycznej”, ale czytając wspomnienia Daszyńskiego odnosi się raczej wrażenie, że tej jego decyzji towarzyszyło uczucie ulgi. Znane są trzy wersje, kto zgłosił kandydaturę Moraczewskiego na premiera. I Piłsudski, i Daszyński przypisywali sobie ten pomysł, ale sądzono też, że inicjatywa w tej sprawie wypłynęła ze strony endecji, z którą Moraczewski utrzymywał kontakty w okresie wojny z ramienia PPS. Również okoliczności powołania Moraczewskiego na premiera budzą wątpliwości. Piłsudski podczas bankietu trzy lata później opowiadał, że postawił Moraczewskiego – kapitana saperów – na baczność i wydał mu rozkaz objęcia funkcji premiera. Ta wersja, do dzisiaj najczęściej przytaczana w książkach historycznych, dała partyjnym towarzyszom okazję do kpin z Moraczewskiego, a jego zaprzeczeń nikt nie chciał słuchać. We wspomnieniach spisanych w latach trzydziestych Daszyński twierdzi, że Piłsudski w sprawie stawiania Moraczewskiego na baczność po prostu zażartował. Wiedząc o pogłębiającej się megalomanii Piłsudskiego można uznać wersję Daszyńskiego za prawdopodobną. Wątpliwości jednak budzi fakt, że Daszyński w tym samym tekście przypisał sobie rolę jedynego negocjatora i organizatora rządu Moraczewskiego. Nie wydaje się bowiem możliwe, żeby Piłsudski zgodził się ograniczyć swoją rolę w powołaniu nowego rządu do zaklepania tego, co Daszyński mu przyniósł.

Negocjacje z endecją zakończyły się fiaskiem – prawica stawiała warunki zaporowe, np. uzyskanie dla siebie wyłączności na sprawy zagraniczne przy równoczesnym objęciu spraw wewnętrznych. Dwuznaczną rolę odegrał Korfanty, który jeszcze w trakcie negocjacji organizował demonstracje młodzieży endeckiej wymierzone w Piłsudskiego i Daszyńskiego. Pierwszą wielką demonstracje przeciwko rządowi Moraczewskiego zwołał Korfanty już w dzień po powołaniu tego rządu, a w kolejnych tygodniach został twarzą kampanii nienawiści wobec Piłsudskiego i rządzących socjalistów. Wtedy też zyskał sobie głęboką wrogość ze strony Piłsudskiego, co 12 lat później sprawiło, że – pomimo zasług dla Polski w powstaniach śląskich – był w gronie uwięzionych w twierdzy brzeskiej przywódców opozycji szczególnie brutalnie traktowany. Ale wtedy już, w 1930 roku, jego współtowarzyszami niedoli byli m.in. liderzy PPS.

Pamiętajmy o Moraczewskim

Rząd Moraczewskiego został zaprzysiężony 18 listopada. Skład i program miał niemal identyczny jak rząd Daszyńskiego. Był nawet określany, podobnie jak rząd Daszyńskiego, jako rząd ludowy, robotniczo-chłopski. Ten pierwszy realnie działał trzy dni, rząd Moraczewskiego dwa miesiące. Przez te dwa miesiące, w skrajnie trudnych warunkach, zdołał jednak zrealizować zaskakująco dużo punktów swojego programu. Jest więc paradoksem, że lewica polska już od czasów dwudziestolecia międzywojennego uroczyście czci pamięć rządu Daszyńskiego, o rządzie Moraczewskiego wspomina jakby z zażenowaniem, a sam Moraczewski jest postacią niemal zupełnie zapomnianą. A szkoda, bo był jednym z najciekawszych, choć zarazem kontrowersyjnych przywódców polskiej lewicy. Źródłem tego paradoksu są wydarzenia 10 lat późniejsze. Wtedy bowiem, w 1929 roku, Daszyński jako marszałek Sejmu wypowiedział najważniejsze zdanie swojego życia: „Pod bagnetami, rewolwerami i szablami Izby ustawodawczej nie otworzę” i wyłącznie siłą własnej woli zmusił sprawującego dyktatorską władzę Piłsudskiego do wycofania z gmachu sejmu grupy uzbrojonych oficerów. W tym czasie Moraczewski próbował cywilizować dyktaturę, wnosząc do sanacyjnego rządu lewicową wrażliwość i w ten sposób trwale wypisał się z najważniejszych kart historii. Nie przestał jednak być człowiekiem lewicy, bo kiedy po śmierci Marszałka główny nurt sanacji skręcił w ślad za endecją w stronę faszyzmu, Moraczewski przeszedł do opozycji i patronował powstającemu w Polsce ruchowi syndykalistycznemu.

Czas przeszły niedokonany, czyli polska historia w komiksie

W 1918 roku nikomu się jednak nie śniło, jak dalej potoczą się losy bohaterów dramatycznych wydarzeń. Pod władzą rządu Moraczewskiego znalazła się cała dawna Kongresówka z wyjątkiem wciąż okupowanej przez Niemców Suwalszczyzny, a po pewnym czasie także Galicja zachodnia i – stopniowo odbijana z rąk Ukraińców – Galicja wschodnia. Rząd Niemiec stał twardo na stanowisku, że do jakichkolwiek zmian terytorialnych może dojść dopiero w wyniku konferencji pokojowej. Do czasu wybuchu powstania wielkopolskiego pod koniec grudnia 1918 roku skutecznie zatem blokował niepodległościowe aspiracje Polaków z zaboru pruskiego. Na wschód od Polski stacjonowało zresztą 300 tys. żołnierzy niemieckich, zdemoralizowana armia okupacyjna pragnąca powrotu do domu. Ich niekontrolowany powrót głównymi szlakami komunikacyjnymi przez Warszawę i Kraków skończyłby się katastrofą – masowymi rabunkami i gwałtami na ludności cywilnej, a w konsekwencji konfrontacją z siłami polskimi. Pierwszoplanowym zadaniem rządu Moraczewskiego stało się więc rozwiązanie tego problemu. Nawiązano stosunki dyplomatyczne z Niemcami i uzgodniono transport żołnierzy niemieckich wyłącznie przez Podlasie do Prus wschodnich. Równocześnie załatwiono zwolnienie przez Niemców jeńców rosyjskich narodowości polskiej i organizację transportu na wschód pozostałych jeńców rosyjskich.

Rozwiązanie tych problemów przyniosło jednak kłopotliwe konsekwencje. Niemcy były jedynym państwem uznającym rząd polski. Uznanie rządu przez aliantów zachodnich było zaś skutecznie blokowane przez Dmowskiego i Komitet Narodowy Polski w Paryżu. Endecji udało się zmonopolizować kontakty z rządami zachodnimi i przedstawiać tam Piłsudskiego jako niemal bolszewika, a równocześnie niemieckiego agenta (wszak przez większą część wojny walczył po stronie państw centralnych). Utrzymywanie stosunków dyplomatycznych między Polską a Niemcami tylko wzmacniało tą narrację. Dlatego rząd Moraczewskiego w końcu je zerwał pod pretekstem, że nie jest w stanie zapewnić bezpieczeństwa ambasadzie niemieckiej. Endecy codziennie organizowali tam antyniemieckie demonstracje, a raz tłum wdarł się do środka niszcząc wyposażenie obiektu. Rząd Moraczewskiego zmagał się poza tym z problemami aprowizacji ludności w kraju zupełnie wyniszczonym przez wojnę, transportu – przez ziemie polskie przemieszczało się dwa miliony ludzi, którzy po zakończeniu działań wojennych wracali do swoich domów, szerzącego się bandytyzmu, rozsypania się odziedziczonej po zaborcach administracji, wreszcie konieczności tworzenia armii. Mimo tych trudności nie zrezygnował jednak z realizacji programu ogłoszonego wraz z zaprzysiężeniem. Moraczewski napisał później: „Manifest rządu ludowego wywołał oburzenie, nienawiść, niechęć klas posiadających. Ale powitały go z zapałem milionowe rzesze pracujące, które nie pozwoliły i nie pozwolą na to, aby Polska była ostoją reakcji, aby stała się łupem warstw uprzywilejowanych”.

Demokracja i postęp społeczny

Już po pięciu dniach swojego istnienia rząd Moraczewskiego wydał dekret o 8-godzinnym dniu pracy. Tydzień pracy miał odtąd 46 godzin, a praca w godzinach nadliczbowych miała być osobno wynagradzana na podstawie umów zawieranych za zgodą utworzonej przy tej okazji inspekcji pracy, której zadaniem była kontrola warunków pracy i przestrzegania przez przedsiębiorców prawa pracy. W zakładach pozostających pod zarządem państwa wprowadzono wynagrodzenie minimalne. Ograniczono też do wyjątkowych przypadków możliwość pracy w godzinach nocnych, w niedziele i święta, a także ograniczono czas pracy w warunkach szkodliwych dla zdrowia. Usankcjonowano prawnie działalność związków zawodowych i prawo do strajku.

Rząd Moraczewskiego przyjął też dekret o ochronie lokatorów znacząco ograniczający podnoszenie czynszów i możliwość eksmisji lokatorów (całkowicie zakazano eksmisji bezrobotnych lokatorów z małych mieszkań). Wprowadzono obowiązkowe ubezpieczenie robotników na wypadek choroby i zorganizowano kasy chorych. Opracowano przepisy o ubezpieczeniach wypadkowych i emerytalnych, zorganizowano państwowe pośrednictwo pracy i wprowadzono zasiłki dla bezrobotnych.

Wynagrodzenia nauczycieli zrównano z wynagrodzeniami urzędników. Nie udało się natomiast przed dymisją rządu wprowadzenie przepisów oddzielających szkołę od Kościoła, a działania prowadzone w tym kierunku wywołały zaciętą walkę kleru przeciwko rządowi.

Równocześnie z pracami nad skróceniem czasu pracy rząd Moraczewskiego opracował ordynację wyborczą należącą do najbardziej demokratycznych w ówczesnym świecie. Moraczewski pisał: „W ciągu pięciu dni ordynacja sejmowa była gotową. Nadano w niej prawo wyboru i wybieralności wszystkim obywatelom bez różnicy płci, którzy ukończyli 21 rok życia. Po raz pierwszy uznano w Polsce kobietę za równouprawnioną z mężczyzną. Nadanie praw obywatelskich kobietom postawiło Polskę w rzędzie narodów nowoczesnych i wyrównało wielowiekową krzywdę, wyrządzaną połowie narodu polskiego. Ustawa postanawia, że głosowanie jest tajne, równe, powszechne, bezpośrednie i proporcjonalne”.

Później niż w Polsce kobiety uzyskały prawa wyborcze m.in. w USA, W. Brytanii, Szwecji, Francji i we Włoszech. Jeżeli z czegoś możemy być dumni jako Polacy na stulecie niepodległości, to nie z fałszywego mitu o rzekomej jedności narodu, a z faktu, że Polska odrodziła się jako kraj postępowy i demokratyczny, kraj gwarantujący swoim obywatelom prawa socjalne i obywatelskie. Lewica polska musiała bronić praw uzyskanych w pierwszych tygodniach niepodległości przez kolejne dziesięciolecia, a niektórych musi bronić i dzisiaj.

Endecka krucjata

Endecja ruszyła z krucjatą przeciwko rządowi Moraczewskiego już od pierwszych dni jego istnienia. Hasło odmowy płacenia podatków trafiło na podatny grunt w kraju zniszczonym przez wojnę, a jego skuteczność powiększała jeszcze słabość aparatu skarbowego będącego dopiero w trakcie tworzenia. Klasy posiadające zbojkotowały rozpisaną przez rząd pożyczkę wewnętrzną, w efekcie czego skarb państwa pustoszał coraz bardziej. Nie udała się natomiast endekom operacja blokowania dostaw żywności do miast, ponieważ rząd przejął duże zapasy zboża zgromadzone przez zaborców.

Prasa endecka prowadziła zajadłą kampanię przeciwko rządowi posuwając się do rozpowszechniania, jak byśmy dzisiaj powiedzieli, fake newsów mających dowodzić wyprzedawania przez rząd polskich interesów obcym, zwłaszcza Żydom, Niemcom i Ukraińcom. Niemal codziennie organizowano antyrządowe demonstracje uliczne. Związany wówczas z prawicą ks. Oraczewski podburzał z mównicy tłumy i zaprzysięgał je do walki z rządem pod hasłem „Bóg i Ojczyzna” (można tu wspomnieć, że w dalszej drodze życiowej ks. Oraczewski uczestniczył w faszystowskim spisku, po 1926 roku opowiedział się za sanacją i na pewien czas porzucił kapłaństwo, a od 1944 r. stanął po stronie komunistów działając w ZBoWiD i Stowarzyszeniu PAX). Podczas demonstracji skandowano hasła: „Precz z rządem bolszewickim”, „Precz z dyktaturą PPS”, „Precz z bandytą Piłsudskim”. Atmosferę tamtych dni oddaje treść antyrządowej ulotki: „Już pijawki żydowskie spokrewnione z niektóremi członkami „rządu” manewrując zręcznie grabią młode Państwo Polskie. Żydom rozdaje „rząd” posady, często bardzo odpowiedzialne wtedy, kiedy ludność Polska mrze z głodu i chłodu! Rodacy! Dłużej tak być nie może! Naród musi wyraźnie zaznaczyć, że dalszego istnienia takiego rządu nie zniesie! Jeżeli Panowie „ministrowie” socjalistyczni dążą do tego aby zasłużyć na miano Zdrajców sprawy narodowej, to Naród nie może pozwolić aby sprawa Polski zdradzona została! Precz z rządem partyjnym! Precz z poplecznikami ŻYDÓW i NIEMCÓW!”.

Działania przeciwko rządowi Moraczewskiego podejmowały również ugrupowania skrajnej lewicy, PPS-Lewica oraz Socjaldemokracja Królestwa Polskiego i Litwy, które w grudniu 1918 roku zjednoczyły się pod sztandarem Komunistycznej Partii Robotniczej Polski. KPRP była przeciwna niepodległości Polski i swoje nadzieje wiązała z rozszerzeniem się rewolucji bolszewickiej na resztę Europy. Komuniści organizowali strajki z wygórowanymi, nierealistycznymi żądaniami, a w kilku przypadkach próbowali zajmować fabryki, nie mając jednak środków ani możliwości uruchomienia w nich produkcji. Moraczewski podejrzewał, że endecy inspirują komunistów do obalenia rządu, a potem zamierzają rozprawić się z nimi wyciągając kartę antysemicką, nie podał jednak żadnych dowodów na tą spiskową teorię.

Z biegiem czasu sytuacja ulegała zaostrzeniu. Tysiącosobowa demonstracja endecka w rocznicę Powstania Listopadowego wysadziła w powietrze bramę siedziby rządu i zdemolowała pomieszczenia. Rozchodziły się pogłoski o przygotowaniach części oficerów do wojskowego zamachu stanu. Socjaliści i lewicowi ludowcy odpowiedzieli wielotysięcznymi demonstracjami w obronie rządu.

Mimo przeciwności Moraczewski był dobrej myśli. 6 grudnia 1918 roku tak pisał w liście do żony: „Z każdym dniem jesteśmy silniejsi i gdybym miał czas, Zofko (…) zdobylibyśmy Polskę dla lewicy demokratycznej. Zbudziłyby się elementy demokratyczne, wpoić im trzeba odwagę cywilną sięgania po władzę, wpoić przekonania o uprawnieniu lewicy do objęcia i wykonywania władzy, obudzić respekt prawicy przed lewicą, lewica przestałaby być tą łezką w oku, tym sentymentem jakim była do tej chwili”.

Czasu, o którym pisał Moraczewski do żony, jednak zabrakło. 1 stycznia 1919 roku przybył do Warszawy Ignacy Paderewski, światowej sławy pianista współpracujący z Komitetem Narodowym Polskim w Paryżu, chociaż sam nie należący do endecji. Endecy chcieli wykorzystać go w roli tarana na drodze do władzy. Wizyta Paderewskiego w Poznaniu kilka dni wcześniej była sygnałem wybuchu powstania wielkopolskiego. Na 4 stycznia zapowiedziano zwołanie w Warszawie Rady Narodowej, reprezentacji rozmaitych organizacji i stowarzyszeń, w większości zdominowanych przez endecję, scenariusz mógł być więc podobny jak w Poznaniu. Piłsudski jednak zagroził, że Radę rozpędzi przy użyciu wojska. Wobec takiego rozwoju wydarzeń oficerowie związani z endecją – między innymi płk Marian Januszaitis – próbowali w nocy z 4 na 5 stycznia dokonać zamachu stanu. Zbuntowane oddziały oraz uzbrojone bojówki endeckich radykałów opanowały komendę garnizonu warszawskiego, a następnie aresztowały Moraczewskiego i kilku ministrów. Podczas próby opanowania Belwederu pucz okazał się jednak farsą, bo buntownicy stanąwszy oko w oko z Piłsudskim nie mieli odwagi go aresztować. Żołnierze z oddziałów wyprowadzonych na ulice, dowiedziawszy się, że zamach jest przeciwko Piłsudskiemu, wypowiedzieli posłuszeństwo swoim dowódcom. Przewrót rozsypał się w ciągu kilku godzin, szczęśliwie bez żadnych ofiar po obu stronach.

Piłsudski zmienia koncepcję

Paderewski, wprawdzie wcześniej uprzedzony o planach zamachowców, niezwłocznie się od nich odżegnał. Piłsudski skorzystał z tej okazji i w toku kuluarowych negocjacji uzgodnił z Paderewskim, że zostanie on premierem centroprawicowego rządu , który doprowadzi do ugody z Komitetem Narodowym Polskim w Paryżu, ale w kraju będzie trzymał endecję z daleka od władzy. Zarazem endecja nie mogła zdezawuować Paderewskiego, którego wcześniej sama okrzyknęła bohaterem narodowym.

Dymisja rządu Moraczewskiego nastąpiła 16 stycznia, na 10 dni przed wyborami do sejmu. Rezygnacja rządu w atmosferze klęski była ciosem dla tworzących go ugrupowań lewicowych, zwłaszcza dla PPS, którego działacze trafnie przewidywali, że wydarzenie to istotnie pogorszy wynik lewicy w nadchodzącym głosowaniu. Centralny Komitet Robotniczy PPS żądał od Moraczewskiego wycofania dymisji, ten jednak, zapewne w związku ze słowem danym Piłsudskiemu, na koniec długiej i zażartej dyskusji sięgnął po argument ostateczny: „jeżeli nie przyjmiecie moich motywów, nie zgodzicie się na dymisję, będę zmuszony palnąć sobie w łeb”. Delegacja PPS udała się do Piłsudskiego, który jednak w sprawie dymisji rządu pozostał niewzruszony i odpowiedział: „Nic nie rozumiecie mojej sytuacji i całej sytuacji w ogóle. Nie chodzi o lewicę, czy o prawicę, mam to w dupie. Jestem dla całości. Chodzi o wojsko, którego naprawdę jeszcze nie ma. Wszystkie moje wysiłki muszą iść w kierunku armii. O to się staram (…). Gdy będę miał wojsko, będę miał wszystko w ręku”.

Piłsudski decydując się na zmianę rządu, oprócz wskazanej w rozmowie z socjalistami konieczności budowy armii – w sytuacji wycofywania się Niemców ze wschodu i wchodzenia w ich miejsce wojsk bolszewickich stawało się to potrzebą chwili – musiał brać pod uwagę zaostrzający się konflikt polityczny, który prowadził nieuchronnie w kierunku wojny domowej. Można wymienić jeszcze dwa argumenty przemawiające za nowym otwarciem politycznym. Pierwszym był całkowicie pusty skarb państwa – bojkot podatków i pożyczki wewnętrznej ze strony klas posiadających okazał się nad wyraz skuteczny, a rząd Moraczewskiego, odizolowany przez endecję od rządów krajów zachodnich, nie mógł ubiegać się o pożyczki zagraniczne. Jeszcze poważniejszym problemem była konferencja pokojowa w Paryżu, która rozpoczynała się dwa dni po dymisji rządu Moraczewskiego. Bez wspólnej reprezentacji uznawanego przez aliantów KNP oraz rządu realnie sprawującego władzę w Warszawie, głos polski na tej konferencji po prostu by nie istniał. Argumentów dla Piłsudskiego było więc wystarczająco dużo, by poświęcić interesy lewicy i zdecydować się na zawieszenie broni w swojej wojnie z endecją, którą rozstrzygnął po siedmiu latach zamachem majowym.

Bilans

Bilans dwóch miesięcy rządu Jędrzeja Moraczewskiego wypada zdumiewająco korzystnie. Pod względem ustroju społecznego i politycznego Polska wyprzedziła nawet niektóre kraje zachodnie. Kilka miesięcy po odejściu tego rządu jego dokonania podsumował Piłsudski: „Gdy przeprowadzamy reformę socjalną, przeciwnicy nasi wołają: «To bolszewizm!» To nie bolszewizm, to nawet nie socjalizm, to demokracja. Chciałem po prostu przerzucić Polskę z osiemnastego do dwudziestego wieku (…). Wykonano skok, mówią mi, zbyt wysoki i zbyt daleki. Jednakże ten skok był konieczny, gdyż trzeba było udzielić ludowi nieco więcej sprawiedliwości społecznej”.

Bilans rządu Jędrzeja Moraczewskiego mógłby być jeszcze lepszy, gdyby nie bezwzględna wojna wydana mu przez endecję. Oddajmy na koniec głos samemu Moraczewskiemu, który tak podsumował swoje zmagania z prawicą: „Manifest rządu lubelskiego, zapowiadający demokratyzację, zasadnicze reformy społeczne, rozpoczynający śmiało politykę oparcia Polski o polski lud, był dla endeków ciosem w samo serce. Społeczeństwo kołtunów i filistrów zatrzęsło się z wściekłości. A tym bardziej, gdy przerażona socjeta endecka ujrzała, że nowy rząd jest dalszym ciągiem rządu lubelskiego. Za wszelka cenę należy go obalić. Należy nie dopuścić do utworzenia sejmu demokratycznego, należy nie dopuścić kobiet do głosowania, należy nie dopuścić, aby ośmiogodzinny dzień roboczy stał się prawem. Reforma agrarna, wywłaszczająca magnatów i szlachtę, walka z paskarstwem i lichwą, kontrola robotników nad zyskami przedsiębiorców, podatek od majątku, a może milicja ludowa lub szkoła świecka, oto widma nie dające spokoju przywódcom endeckim. Więc rozwijają sztandar z napisem «Bóg i Ojczyzna», tak jakby Bóg potrzebował ich obrony, a ojczyźnie na coś mogli się przydać. Cały aparat prasowy puszczono w ruch. Szlachta ziemska, przemysłowcy, kapitaliści opodatkowali się nawet wysoko, by tylko zwalić nowy gabinet. Odmówić mu podatków, nie płacić pożyczki, uniemożliwić tworzenie wojska, sabotować w urzędach, zabić, powiesić, poćwiartować. Ucierpi na tym Polska i tylko Polska? A niechaj! Lepiej niech Polski nie będzie, jeżeli ma być demokratyczna! Wszystko albo nic. Oto linia wytyczna polityki endeckiej”.

***

Tomasz Borkowski – przed rokiem 1990 dziennikarz, działacz opozycji demokratycznej, internowany w stanie wojennym. Emerytowany oficer UOP i ABW. W latach 2011 – 2015 sekretarz Kolegium ds. Służb Specjalnych. Od 2016 roku publikuje artykuły na temat historii oraz służb specjalnych. Sympatyk Partii Razem.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.