Film

Kino-polo, czyli co takiego Patryk Vega wie o Polakach?

Nad Wisłą w ostatnich latach obserwujemy swoisty fenomen filmów, które choć znajdują się na marginesie oficjalnej kultury filmowej, gromadzą miliony widzów. To filmy tak ostentacyjnie złe w swoim własnym gatunku, że ich sukces wśród widowni wydaje się podobną zagadką, co istnienie turbosłowiańskich fantazji o tysiącletnim imperium Lechitów.

Hitem pierwszego weekendu lipca w kinach okazała się Volta Juliusza Machulskiego. Niestety, Machulski od dość dawna nie nakręcił dobrego filmu (ostatnią produkcją spod jego ręki, która mi się choć trochę podobała, były chyba Pieniądze to nie wszystko – sprzed prawie dwudziestu lat), a i zwiastun Volty nie zapowiadał też niczego interesującego. Postanowiłem jednak mimo wszystko sprawdzić, co tak przyciągnęło Polki i Polaków do kin, i wybrałem się na nowe dzieło twórcy Kilera.

Bieda Vabank

Bardzo szybko tego pożałowałem. Film naprawdę należy do najsłabszych dzieł Machulskiego, jakie widziałem, a widziałem przecież nawet kuriozalne V. I. P. (1991). Choć na fali najntisowej, duchologicznej nostalgii ta ostatnia produkcja zyskuje pewien urok. Volta jakiegokolwiek uroku jest pozbawiona.

W nowej produkcji bardzo przecież zasłużonego i utalentowanego reżysera boli w zasadzie wszystko. Inscenizacja wygląda jak z telenoweli (poza niezamierzenie śmiesznymi scenami historycznymi,  wziętymi jakby z telewizji edukacyjnej z poprzedniego stulecia). Z próby politycznego dowcipu wychodzi seria nieśmiesznych sucharów.

W dodatku cały film wygląda jak promocyjna, filmowa pocztówka, bardzo sympatycznego swoją drogą, miasta Lublina. Jak najbardziej jestem za tym, by nie każdy polski film rozgrywał się w Warszawie czy „magicznym Krakowie”, rozumiem, że regionalne fundusze filmowe i produkcyjne zachęty, ale w Volcie Lublina w żaden sposób nie udało się sensownie wpleść w fabułę. Miasto zostało tylko przyklejone do opowiadanej historii z ostentacją najgorszego product placementu.

Zresztą to właśnie fabuła jest największą słabością Volty. Wszystkie wpadki można by jakoś filmowi wybaczyć, gdyby był w stanie opowiedzieć interesującą historię. Niestety, mimo zwrotu akcji na końcu i chwytu z narracją niewiarygodną, cała fabularna intryga wydaje się wysilona i koślawa, pełna jest dziur i wadliwych konstrukcyjnie elementów. Na końcu zostajemy z wrażeniem, że obejrzeliśmy coś w rodzaju bieda-Vabanku. Bieda, zarówno pod kątem konstrukcji intrygi, jak i czysto filmowej jakości produkcji.

Alternatywny obieg blockbusterów

Większość kolegów i koleżanek krytyków wydaje się podzielać moje zdanie. Widzowie jak widać się jednak nie zgadzają. Po mocnym otwarciu Volcie nie spada w box officie. Po dziesięciu dniach Wolta ma już ponad ćwierć miliona widzów, zanim spadnie z afisza zrobi pewnie co najmniej drugie tyle.

Do pewnego stopnia nie ma się co dziwić. Głosy publiczności i krytyki często się ze sobą rozchodzą – nie tylko w Polsce. Nad Wisłą w ostatnich latach obserwujemy jednak swoisty fenomen filmów, które choć znajdują się na marginesie oficjalnej kultury filmowej, bardzo dobrze sobie radzą w kinach, gromadząc widownie idącą w setki tysięcy, a nawet miliony widzów. Tych filmów nie ma w Gdyni, powstają bez dotacji z PISF, nie mają niemal żadnej recepcji w branżowej prasie i wśród krytyki – dystrybutorzy często nawet nie trudzą się, by zrobić pokaz prasowy. Głównie są to komedie – zwłaszcza romantyczne – ale nie tylko.

Produkcje te tworzą swój własny obieg aktorski. Zaludniają je wykonawcy, którzy od dawna (jeśli kiedykolwiek) nie stworzyli na ekranie żadnej ważnej, dobrze krytycznie przyjętej, artystycznie uznanej roli. Osobom znającym polskie kino z Gdyni nazwiska i twarze takich wykonawców jak Maciej Zakościelny, Barbara Kurdej-Szatan, czy Paweł Domagała nie mówią zupełnie nic. Dla milionów widzów są bardziej rozpoznawalne, niż powiedzmy Dawid Ogrodnik, czy Agata Trzebuchowska.

Obrazy, o których tu piszę, to często przy tym filmy tak ostentacyjnie złe w swoim własnym gatunku, że ich sukces wśród widowni wydaje się podobną zagadką, co wzrost znaczenia ruchów antyszczepionkowych czy turbosłowiańskich fantazji o tysiącletnim imperium Lechitów.

Wysokobudżetowe 997

W zeszłym roku polski box office rozbił Patryk Vega, z dwoma Pitbullami: Nowymi porządkami i Niebezpiecznymi kobietami. Pierwszy zgromadził w kinach ponad 1,4 milionów widzów, drugi ponad 2,7 – zdobywając w ten sposób tytuł największego hitu roku 2017 w Polsce.

Widziałem obie te producje i ciągle nie potrafię zrozumieć, co tak przyciągnęło tłumy do kin. Zwłaszcza, dlaczego ktoś, kto obejrzał Nowe porządki gotów był zapłacić jeszcze za bilet na Niebezpieczne kobiety. Nie oczekuję przy tym od filmów Patryka Vegi jakiejś przenikliwej krytyki społecznej współczesnej Polski, innowacyjnych rozwiązań fabularnych i inscenizacyjnych czy swobody w grze z filmowymi konwencjami na miarę Quentina Tarantino. Oczekuję tylko minimum opanowania filmowego rzemiosła, czego w kinowych Pitbulach (w przeciwieństwie do telewizyjnego serialu) znaleźć nie sposób.

Oba filmy wydają się luźnym zbiorem scenek bardzo nieudolnie połączonych jakąś fabularną strukturą, która na naszych oczach trzeszczy w szwach. Scenki sprawiają wrażenie ilustracji sensacyjnych nagłówków z tabloidów oraz stereotypów na temat kobiet, przestępczości, policji, Polski i świata, rodem z komentarzy pod artykułami na dowolnym dużym portalu internetowym.

Na czysto filmowym poziomie scenki te inscenizowane są jak w „997” czy innym tego typu programie policyjnym, tylko ze znacznie większym budżetem. Mamy więc ujęcia z drona, sceny z małym tłumkiem statystów i dynamiczne pościgi samochodowe, ale wszystko to w ramach bardzo statycznego, telewizyjnego języka filmowego.

Dodajmy do tego aktorów grających na granicy autoparodii, a otrzymamy mieszankę, na kontakt z którą w życiu nie miałbym ochoty, gdyby nie zawodowa ciekawość. A jednak na publiczność ta formuła działa. Hitem internetu w ostatnich tygodniach stał się zwiastun kolejnego filmu Vegi, Botoksu. Na ile można sądzić ze zwiastuna, znana z Pitbuli formuła – tabloidowe nagłówki + wysokobudżetowa telenowela dokumentalna – została przeniesiona tym razem z tematu policyjnego do medycznego. Zamiast policji i bandytów, mamy służbę zdrowia, lekarzy i pacjentów, odgrywanych zresztą przez znanych z poprzednich filmów Vegi wykonawców. Mnie zwiastun zmęczył przed końcem pierwszej minuty, ale spodziewam się że do kin znowu pójdą tłumy. Formuła wydaje się przy tym na tyle uniwersalna, że nie zdziwiłbym się, gdyby Vega następne tego rodzaju filmy nakręcił o dziennikarzach, politykach, sportowcach czy każdej innej profesji skupiającej uwagę tabloidowej opinii publicznej.

Suchary i romanse

Gatunkiem, który w ostatnich latach najczęściej królował w box office’ach pozostawała komedia, głównie romantyczna. Także w tym gatunku polskiemu przemysłowi filmowemu udało się wyprodukować kilka obrazów, które choć nie mają ambicji bycia czymkolwiek więcej niż sprawnym, filmowym rzemiosłem, budzą szacunek warsztatem (seria Listy do M., Planeta singli) czy nawet interesującymi pomysłami scenariuszowymi. Bank widowni są też jednak w stanie rozbić także produkcje ostentacyjnie złe.

Przyjrzyjmy się choćby zamykającemu zeszłoroczny box office z liczbą 1,14 miliona głosów obrazowi Siedem rzeczy, których nie wiecie o facetach. Film powiela formułę znaną z To właśnie miłość Richarda Curtisa, czy polskich Listów do M. Obserwujemy grupę bohaterów i ich romantyczne perypetie. Każdy bohater i bohaterka to trochę inny zestaw współczesnych wzorców kobiecości i męskości, każda historia trochę inny filmowy schemat produkcji romantycznej pary.

Nie mam nic przeciwko rozgrywaniu w kinie gatunkowych schematów, problem niestety w tym, w jaki sposób Siedem rzeczy… to robi. Film uderza przede wszystkim swoją nijakością. Płaska, telewizyjna inscenizacja, zużyte dowcipy i stereotypy, męczące banałem kadry, przypominające stockowe fotografie albo wizualizacje mieszkań na którymś z wilanowskich osiedli.

Siedem rzeczy…, jak każda polska komedia romantyczna – od pionierskich dzieł tego gatunku z początku XXI wieku – sprzedaje bowiem aspiracyjne obrazy z życia wyobrażonej, stołecznej klasy średniej (choć w niektórych wątkach zestawia je z losami żyjących poza tym światem bohaterów). Kino zawsze sprzedawało podobne aspiracje, ale dziwi mnie, iż ich nachalna akwizycja jeszcze nie znudziła się polskim widzom. Albo że nie powstała nisza, na komedię, zdolną te wzorce wykpić.

Nie dzieje się to nawet w tych produkcjach, gdzie sytuacja fabularna wprost dostarcza do tego pretekstu – jak w serii Wkręceni. W dwóch filmach pod tym tytułem prości bohaterowie z klasy ludowej przeniesieni zostają w świat stołecznych celebrytów. Zamiast satyry społecznej otrzymujemy jednak zestaw naprawdę żenujących dowcipów. Może nie tak żenujących, jak mazurska noc kabaretowa czy parady wąsatych sucharów znane z komedii Andrzeja Saramonowicza, ale na tyle, że nie potrafię zrozumieć, w jaki sposób dwie części cyklu były w stanie w sumie zgromadzić w kinach ponad 1,5 milionów widzów.

Radość z przeglądania się we własnym śmietniku

Czy jednak naprawdę mamy powody, by narzekać na wybory publiczności? Przecież potrafi ona docenić dobre, polskie kino. W 2014 z rodzimych produkcji triumfowali Bogowie i Miasto ’44. W zeszłym roku miejsce w pierwszej piątce zajął trudny Wołyń z blisko półtoramilionową widownią. Obroty, jakie generują nawet najbardziej żenujące hity przekładają się na większe wpływy do PISF i środki na kino, jakie chcielibyśmy oglądać.

Jednak zagadka dotycząca tego, co ludzie widzą w filmach Patryka Vegi czy Wkręconych, nie daje mi spokoju.

Jednak zagadka dotycząca tego, co ludzie, z którymi łączy mnie nie tylko wspólnota gatunkowa, ale także język, kultura, obywatelstwo i terytorium, widzą w filmach Patryka Vegi czy Wkręconych, nie daje mi spokoju.

Do kina przychodzi z bardzo różnych powodów. Z jednej strony szukamy na ekranie postaci, emocji, świata, z którymi możemy się identyfikować. Z drugiej fantastycznych, egzotycznych światów, dostarczających ucieczki od naszej rzeczywistości. Jeszcze inni widzowie pragnąć szukają nowych kątów patrzenia na rzeczywistość – czy to okiem drapieżnego, uważnego, krytycznego obserwatora; czy wizjonerskiego artysty filtrującego to, co dzieje się wokół niego przez unikalne pryzmaty własnej wyobraźni.

Analizowane tu produkty kino-polowe z pewnością nie odpowiadają na te dwie ostatnie potrzeby. Nie tworzą nowych światów, w proponowanym przez nie spojrzeniu nie ma nic nowego, odkrywczego, uwodzącego unikalną wrażliwością. Czy więc widzowie głosują nogami na te produkcje, gdyż utożsamiają się z tym, co widzą w nich na ekranie?

To byłoby najbardziej przerażające. Na ekranie kino-polowych dzieł widać bowiem głównie śmietnik byle jakich estetycznych wzorców, słabych fabularnych schematów, dowcipów z wąsem, mądrości rodem z ciemnego podbrzusza internetu w typie portalu „Wykop”, najbardziej intelektualnie leniwych stereotypów. Czy moi rodacy naprawdę utożsamiają się z takim obrazem świata? Może to właśnie odkrył Patryk Vega?

Gdy jednak myślę o Vedze, przypomina się postać tytułowego bohatera Volty, zdemoralizowanego eksperta od PR, który promuje na prezydenta ewidentnego półgłówka, przekonując, że „ludożerka kocha ludzi gorszych od siebie”. Patryk Vega z pewnością podobnie kombinuje, gdy konstruuje swoich bohaterów. Volta u Machulskiego ostatecznie okazuje się nie tak sprytny, jak myśli i przewraca się na swoich machlojach. Pozostaje mieć nadzieję, że w swojej ocenie polskiej publiczności wywróci się w końcu i Patryk Vega. Nawet jeśli tłumy nie pójdą na kolejną Ostatnią rodzinę, to zamiast cynicznego, filmowo niechlujnego skoku na kasę w rodzaju Botoksu, wybiorą przynajmniej solidne rzemiosło jakichś nowych Listów do M.

 

Bio

Jakub Majmurek

| Publicysta, krytyk filmowy
Filmoznawca, eseista, publicysta. Aktywny jako krytyk filmowy, pisuje także o literaturze i sztukach wizualnych. Absolwent krakowskiego filmoznawstwa, Instytutu Studiów Politycznych i Międzynarodowych UJ, studiował też w Szkole Nauk Społecznych przy IFiS PAN w Warszawie. Publikuje m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Gazecie Wyborczej”, Oko.press, „Aspen Review”. Współautor i redaktor wielu książek filmowych, ostatnio (wspólnie z Łukaszem Rondudą) "Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej".

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.

Krytyk z przerażeniem odkrywa, że większość do kina idzie się zabawić, a nie frasować na kondycją człowieka mieszkającego na peryferiach Globalnej Północy polanej sosem z płynnej ponowoczesności. W kolejnym odcinku: Jakub Majmurek wyrusza na prywatną półksiężycadę, kiedy dowiaduje się że Goło i wesoło ma wyższą oglądalność niż Teatr telewizji.

Może jakby przysłowiowe "Listy do M" wychodziły co tydzień, to ludzie nie chodziliby tak tłumnie na "Siedem rzeczy..."? Jak jest tylko olej i ocet, to się kupuje olej i ocet.

Dzięki za ten tekst.
Umówmy się, ale Pan Vega jest po prostu rzemieślnikiem. Miał pierwsze trafienie w postaci fabularnego Pitbulla i dwóch pierwszych sezonów serialowych tegoż, ale reszta to już sieczka. Trzeci sezon Pitbulla to odcinanie kuponów od sławy, a wszystko, co powstało już potem to słabe, bardzo słabe rzeczy.
Pan Vega miał pomysł na dokument - Prawdziwe Psy - z którego wyrósł Pitbull. Czuł ten temat, długo go realizował i to się w dokumencie, jak i pierwszych sezonach Pitbulla, czuje.
Od kilku lat, w mojej ocenie, bez sukcesów próbuje nawiązać do tamtej marki, ale po prostu może trzeba powiedzieć sobie wprost: Pan Vega to autor jednego filmu. Tworzy teraz jakieś teledyskowe produkcje nafaszerowane wulgaryzmami, podwórkowym żartem przemawiającym do nastolatka, wypełnione pop-treścią, nijakie. I to się sprzedaje, bo syf zawsze się sprzedaje.
W tym trzeba oddać cześć Panu Vedze, że jeśli jest klientela, która za to płaci, to korzysta. Wprawny rzemieślnik golący frajerów, żeby utrzymać stylistykę listy dialogowej jego filmów. Nie obrażajmy się zatem, niech robi filmy dla takiej widowni. Ja żałuję tylko, że nie potrafi już nic zrobić na miarę swoich pierwszych produkcji.

To jest ten sam rodzaj rzemiosła, które sprzedaje teraz Hollywood w postaci seryjnie produkowanych sequeli dawnych hitów i komiksowych wydmuszek, więc ja bym się tu nie kopał z tym, co przyszło u nas "z zachodu". Problemem jedynie jest to, że nie ma "kina środka", choć i tu też nie byłbym taki krytyczny, bo kina nie narzekają na brak widzów. Cały czas ich przybywa, nawet wbrew rzekomemu piractwu w sieci.

Ostatni akapit pasuje jak ulał do filmów Smarzowskiego 🙂

Dla mnie najgorszy jest zawód. Idę na film uznany powszechnie za ambitny a tam nic... Jak wiem, że idę na Piltulla, to nie spodziewam się niczego (no, boję się odrobinę, że będzie to straszne gówno, ale zwykle jest powyżej oczekiwań). Wtedy nadchodzi odprężenie. Do tego wybieram seanse nocne, tak o 22.30 i mam dodatkowy bonus w postaci dobrych żartów równie odprężonej publiczności, która próbuje zachować najwyższą kulturę pośród dyskretnych pobrzęków butelek. Wychodzę uśmiechnięta. Pójdę też na botoks. Myślę jednak, że inna publiczność wybiera Vegę, a inna chodzi na komedie romantyczne...

Jeszcze inna sprawa, że mieszkańcy dużych miast mają wybór. Mieszkam w Warszawie i decyduję czym się naświetlę. W moim rodzinnym miasteczku jest jedno kino i jak ktoś chce się wybrać, to idzie na to, co jest, a nie na to, co by chciał zobaczyć.

Nasza działalność jest możliwa dzięki ludziom takim, jak Ty.Wspieraj nas!