Czytaj dalej

Własny pokój w hotelu robotniczym [rozmowa z Wiolettą Grzegorzewską]

stancje-kadr

Myślałam, że muszę wydać pięć powieści, żeby zasłużyć na miano pisarki – mówi Wioletta Grzegorzewska, autorka „Gugułów” i „Stancji”, w rozmowie z Olgą Wróbel.

Olga Wróbel: Przybycie obcego do miasta to jeden z dwóch proponowanych przez Tołstoja podstawowych schematów narracyjnych. W powieści realistycznej bohater próbuje miasto podbić, zdobyć, zrealizować swoje marzenia. Narratorka Stancji nie ma takich ambicji. Czym jest dla niej Częstochowa?

Wioletta Grzegorzewska: Może to się wydać zabawne, bo jestem autorką Stancji, ale szczerze mówiąc, sama nie wiem i często udzielam sprzecznych odpowiedzi. Konstruuję postaci intuicyjnie, wykorzystując własne doświadczenia, a pisanie jest dla mnie zadawaniem pytań. Mogę tylko gdybać, że miasto jest dla tej dziewczyny miejscem ucieczki z biednego i konserwatywnego domu, gdzie spała na wersalce w stołowym pod obrazem Jezusa w Ogrójcu, gdzie trzeba było gasić światło po dziesiątej, ojciec preparował zwierzęta, a ona wrażliwa i chorowita, niezbyt przystająca do wiejskiej społeczności, była nazywana w dzieciństwie podciepem, czyli podrzutkiem, cięła sobie ręce szkłem i połknęła rtęć.

Dziewczyna wreszcie znajduje przestrzeń, w której może robić, co chce, ma pierwszy w życiu własny pokój w hotelu robotniczym. Zabiera na drogę klepsydry, pamiątki po najbliższych zmarłych, jakby czuła, że już nie wróci na wieś. Poza tym jej się wydaje, że jest zakochana w etnografie, panu Kamilu, i miasto interesuje ją także dlatego, że próbuje odnaleźć w nim swoją wyimaginowaną miłość. Częstochowa jest dla niej tylko stancją, jak dla pątników, pielgrzymką, etapem przejściowym, którą widzi we fragmentach, zapachach, błyskach, igraniu świateł.

Przez pewien czas bohaterka pozostaje na obrzeżach Częstochowy – trochę studiuje, ale bez większego zapału, mieszka w robotniczym hotelu na polach, prowadzonym przez znajomą Ukrainkę z Hektarów.

Ta nastoletnia córka katoliczki i ormowca, jak o sobie mówi, choć niespecjalnie czuje kompleksy z powodu swojego pochodzenia, bo była przecież wychowana w socjalizmie, gdzie korzenie robotniczo-chłopskie były atutem, marzy o awansie społecznym, chce czytać, rozwijać się, bywać w teatrze i kinie. Na stancji u sióstr pozwala się utożsamić z córką przełożonej, która przed wojną należała do częstochowskiej bogatej elity, ale jednak na przewodników po świętym mieście wybiera wykolejeńców, ludzi z marginesu społecznego, których w czasie rodzącego się kapitalizmu przybywa w mieście: byli więźniowie, stróże nocni, ludzi z gangu, handlarze z ryneczku, bezdomni, emigranci z byłego Związku Radzieckiego. Podobnie jak w opowiadaniach Marka Nowakowskiego bohaterkę Stancji kręci bycie pomiędzy.

Nie wszyscyśmy z wyklętych

Następny krok prowadzi ją do serca miasta, które większości Polaków kojarzy się jednoznacznie i pielgrzymkowo: Wiola zostaje mieszkanką zakonu. Ale to też nie osadza jej w Częstochowie A.D. 1994, tylko ciągnie w głąb wojennej traumy matki Stanisławy.

W tym dziwnym domu sióstr jawa miesza się ze snem, czas teraźniejszy z przeszłym, sacrum z profanum, grzech ze świętością. Nie będę opowiadać, co przeżyła w tym miejscu, ale zwrócę uwagę na to, że w tej części pojawia się kluczowe zdanie powieści, że ziemia jest zapominaniem. Widziałam w archiwum, jak częstochowianie przeżyli Krwawy Poniedziałek w 1939 roku. Grzebali bliskich własnymi rękami, ale choć spędziłam w tym mieście kilkanaście lat, nie zauważyłam w latach 90. żadnej tablicy pamiątkowej, nikt nigdy nie wspominał o tamtych tragicznych wydarzeniach, jakby zostały wyparte.

Wiola – zarówno ta z Gugułów, jak i ze Stancji– zawsze wydaje się żyć lekko poza czasem i nie jest to chyba tylko kwestia tego, że pochodzi z prowincji i, jak wyznaje ze wstydem, nie zna żadnych filmów z ostatnich lat. Pan Kamil widzi w niej dziewczynę jak z ludowego obrazka, niemalże Zosię wśród ptactwa.

Pan Kamil patrzy na nią chyba jak Humbert na Lolitę. Jest zafascynowany jej dzikością i młodością.

Szybowicz: Biegnij, Wiola, biegnij

Zastanawiałam się także nad funkcją choroby w Gugułach. Czy to właśnie słabowitość odcina bohaterkę od „zdrowego, chłopskiego” świata wsi, prowadząc w bardziej wizyjne rejony?

Dziewczyna jest chorowita, mdleje w chlewie przy grzędzie, wyobraża sobie Jezusa unoszącego się nad serwetką, klei razem z kolegą, czyli wącha butapren, prowadzi się sama w wizyjne rejony, żeby przetrwać w brutalnym świecie wsi, do którego ma stosunek ambiwalentny i buntowniczy. Nie chce się zachowywać, jak na „pannę przystało”, i mimo zakazów babki, ciotki, matki idzie na górkę z obcym mężczyzną. Poza tym ona jest wychowana w świecie, którego podstawą jest magiczne myślenie.

W Stancjach poruszyło mnie, że każda spotkana postać opowiada coś „studentce”. Każdy ma swoją historię, wygłasza ją w formie starannego monologu, potem wydaje się znikać – trochę jak u Bunuela w Widmie wolności. Jednocześnie Wiola jest absolutnie samotna, odizolowana od przeszłości, niezakotwiczona w teraźniejszości.

Studentka staje się jakby medium świata przedstawionego. Ja dopiero teraz, w rozmowie z tobą, uświadamiam sobie, dlaczego wszyscy do niej tak lgną i chcą jej o sobie opowiadać. Ci wszyscy wykolejeńcy, Natka, która uwodzi ją już od dzieciństwa, emigranci, byli więźniowie, siostry obciążone przeszłością, psychopatyczny profesor. Ona jest najmniej skażona. Ciemne światy spod Jasnej Góry lgną do niej, bo Wiolka mimo złych doświadczeń jest przecież uosobieniem niewinności.

Myślałam o tym także w kontekście płci – czy kobiety są, przynajmniej stereotypowo rzecz ujmując, bardziej skłonne do wysłuchiwania takich opowieści? Z jednej strony empatia, delikatność, z drugiej – patrząc po doświadczeniach własnych czy koleżanek – często nie wiemy jak wybrnąć z sytuacji, kiedy w autobusie przysiada się obcy pan, niekoniecznie trzeźwy, i zaczyna snuć swoje historie. Mówimy sobie, że człowiekowi należy się uwaga, wysłuchanie, ale wydaje się to tylko samooszukiwaniem, najchętniej byśmy się od tego człowieka uwolniły.

Jeśli już rozmawiamy o płci w tym kontekście, to moim zdaniem nie chodzi o to, że kobiety są lepszymi słuchaczkami. Chodzi raczej o nadawanie ról w patriarchalnej kulturze. Ten, który ma gadane, komu oddaje się głos, posiada też władzę. Ja lubię słuchać, a nawet podsłuchiwać nie dlatego, że jestem kobietą. Mnie po prostu ciekawią ludzie.

Zwróciłam uwagę na początkowe nagromadzenie wodnych metafor w Stancjach: deszcz, słońce jak mątwa, tłum jak waleń, autobus-akwarium. To bardzo piękny obraz, kojarzący mi się jakoś z wyizolowaniem, a jednocześnie tkwieniem w niechcianej bliskości z obcymi ludźmi.

Nie chodzi o to, że kobiety są lepszymi słuchaczkami. Chodzi raczej o nadawanie ról w patriarchalnej kulturze. Ten, który ma gadane, komu oddaje się głos, posiada też władzę.

Tak, w otwierającym rozdziale chciałam motywami wody dyskretnie nawiązać do Odysei. Oto mamy nastolatkę, która przeprowadza się do miasta, niekoniecznie po to, aby studiować, ale przede wszystkim po to, by się wyrwać z domu, wypłynąć na szersze wody. Jedzie do miasta i co się z dzieje? Już w pierwszym dniu podróży pijany mężczyzna próbuje ją molestować w autobusie. Tę scenę oddałam w sposób groteskowy. Często posługuję się groteską w opisach trudnych reminiscencji. Takim chwytem posłużyłam się w Gugułach, opisując traumatyczne spotkanie dziewczynki z lekarzem-pedofilem. W tej scenie matka siedzi na korytarzu za fikusem, a cała kamienica słyszy nagle kwik zarzynanego wieprzka, bo dziewczynka kopnęła doktorka w łydkę. Odbijanie trudnych wspomnień w krzywym zwierciadle, jest chyba mechanizmem obronnym.

Hektary są – przynajmniej dla czytelnika – abstrakcyjnym pejzażem lat dziecinnych, który trochę znamy z wizyt u dziadków, a trochę potrafimy sobie dopowiedzieć, te umajone kapliczki, muchy pod lampami, traktorzystę w rowie. Częstochowa wydaje się zrekonstruowana staranniej, rozpoznawalna w obiektywnych kategoriach. Tak dobrze ją pamiętasz? Jak zbierałaś materiały do powieści?

Pamięć płata nam figle, przestawia ulice i domy, w zależności od tego, co w danym miejscu przeżyliśmy. Gdy na przykład wracamy do miejsc naszego dzieciństwa, okazuje się, że po wielkim wzgórzu, z którego zjeżdżaliśmy na workach wypchanych sianem, została niewielka górka, a przepastna stodoła była w rzeczywistości drewnianą szopą.

Ja najmocniej utrwaliłam okolice dworca i peryferie Częstochowy: wszelkie mroczne zakątki, kluby nocne, bramy, park Staszica, lumpeksy, czytelnię. Mój pierwszy dzień w Częstochowie pachniał zapiekanką z pieczarkami i świniarnią, która znajdowała się przy placu Wolności tuż za strzelnicą. Potem okazało się, że wspomnienia nie wystarczą, więc zaczęłam grzebać w bibliotekach cyfrowych i archiwach. Z działu ogłoszeń „Kuriera Częstochowskiego” dowiedziałam się, że w świętym mieście po wojnie było najwięcej lekarzy od chorób wenerycznych, a oddanie niemowlaka traktowano jak przekazanie komuś niepotrzebnej kołyski. Nie wszytko mogłam umieścić w powieści, ale niektóre drobiazgi i artefakty udało mi się przemycić. Aby dopracować język, spotkałam się z kilkoma osobami, które przypominały mi postacie z książki i nagrałam ich opowieści.

W PRL-u były „rodziny” i „rodziny pijackie”

W jednym z udzielonych latem wywiadów powiedziałaś, że jeszcze do niedawna miałaś problem ze zdaniem „Jestem pisarką”. Wszystkie „młode” (wiekiem lub stażem) pisarki, z którymi rozmawiam, powtarzają to jak mantrę. U mężczyzn ten wątek się nie pojawia.

Z działu ogłoszeń „Kuriera Częstochowskiego” dowiedziałam się, że w świętym mieście po wojnie było najwięcej lekarzy od chorób wenerycznych, a oddanie niemowlaka traktowano jak przekazanie komuś niepotrzebnej kołyski.

Nie pamiętam, co wtedy miałam na myśli, ale chyba rzeczywiście nie chciałam nazywać siebie pisarką. Może chodziło mi o to, że wydałam tylko jedną prozatorską książkę, a może przypomniałam sobie rozmowy z brytyjskimi urzędnikami czy celnikami, dla których emigrantka chcąca zarabiać Wielkiej Brytanii pisaniem książek jest jak przybysz z kosmosu. Zawsze, bez wyjątku, zdawali mi wtedy pytanie: „No, ale jak się utrzymujesz” albo „Kto cię utrzymuje?”.

Czego trzeba, żeby w roli literatki okrzepnąć, żeby zaczęła być definiująca?

Czego trzeba w świecie Zachodu? Ludzie traktują często pisanie jak zawody sportowe. Dostaniesz nagrodę, pokażą cię ze statuetką w telewizji, to stajesz się w ich oczach pisarką, ale tak na serio może to kwestia mojego wychowania. Trudno mi było przyznać, że jestem pisarką, bo myślałam, że muszę wydać pięć powieści, żeby zasłużyć na to miano. Polki strasznie dużo od siebie wymagają, próbują być idealnymi matkami, partnerkami, pracownicami i tak dalej. Kobieta, które bez oporów opowiada o sukcesach, bywa odbierana, jako egocentryczka, dziwna czy nieskromna. Zresztą, co usłyszałam od kolegów po piórze, gdy zostałam nominowana do Bookera: „No wreszcie dopięłaś swego, bo byłaś konsekwentna”, „Gratuluję, Angole wreszcie cię docenili”, „Dostałaś nominacje, bo tam mieszkasz”. Te komentarze sugerowały, że nie zawdzięczam sukcesu sobie, mojemu talentowi i pracy, tylko jakimś czynnikom zewnętrznym czy tajemnym mocom (śmiech).

Mrozik: Płasko, plastikowo, ładnie

***
stancjeWioletta Grzegorzewska
– urodzona w 1974 roku w Koziegłowach. Opublikowała tomy poetyckie: Wyobraźnia kontrolowana (1998), Parantele (2003), Orinoko (2008), Inne obroty (2010), Ruchy Browna (2011), dwujęzyczny wybór wierszy Pamięć Smieny/Smena’s Memory (2011) oraz tom zapisków Notatnik z wyspy (2012). W 2014 roku ukazał się jej tom opowiadań Guguły, który znalazł się w finale Nagrody Nike i Nagrody Literackiej Gdynia. W 2017 zostały nominowane do The Man Booker International Prize. Stancje ukazały się nakładem wydawnictwa W.A.B.

Bio

Olga Wróbel

| Kulturoznawczyni, autorka komiksów

Kulturoznawczyni, autorka komiksów, pracownica muzeum. Prowadzi (wraz z Wojciechem Szotem) bloga książkowego Kurzojady.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.