Czytaj dalej

Louis: Piszę o przemocy, ponieważ jestem optymistą

Édouard_Louis

Opisywanie przemocy tworzy przestrzenie wolności i zmiany. Z Édouardem Louisem, autorem „Historii przemocy”, rozmawia Olga Wróbel.

Olga Wróbel: Czy to możliwe, żeby żyć, nie doświadczając przemocy?

Édouard Louis: Nie, nie wydaje mi się. Dla większości z nas przemoc wpisana jest w akt urodzenia. Zostajemy wrzuceni w świat, którego nie wybraliśmy, stajemy się częścią narzuconej nam historii. Nie mamy wpływu na to, jak wyglądamy, na to, jak będą nas postrzegać inni, nie wybieramy nawet własnego imienia – jego nadanie to jeden z pierwszych aktów przemocy. Nie znaczy to, że imię nie może nam się podobać, że nie da się z nim zrosnąć – ale jednak ktoś je dla nas – lub za nas – wybrał.

Ty zmieniłeś imię i nazwisko.

Tak, i to było wyzwalające. Być może jest to szczególnie istotne, kiedy jesteś kobietą, osobą homoseksualną, o innym niż dominujący kolorze skóry czy pochodzisz z biednej rodziny – życie zaczyna się od przemocy, świat nas nazywa i w ten sposób przypisuje do określonego porządku. Tak się nazywasz, takie będziesz miał życie, taki los przygotowało dla ciebie społeczeństwo. Dla kobiet takie życie, dla gejów trochę inne. Można z tym walczyć, stać się kimś innym i przełamać społeczne bariery, ale jest to niezwykle trudne i zdarza się bardzo rzadko. Podsumowując: uważam, że przemoc jest niezbywalną częścią życia.

To sugeruje tytuł twojej książki: nie „Akt przemocy”, nie „Przypadek przemocy”, a właśnie Historia przemocy. Zanim zostałeś zgwałcony, przemoc już w jakiś sposób cię zdefiniowała.

Tak, i właśnie dlatego przemoc jest obecna w tej książce i we wszystkim, co piszę. Piszę o tym, co jest prawdziwe. Jeżeli opowiadasz o ludziach, o ich ciałach, nie poruszając tematu przemocy, kłamiesz. Im więcej mówimy o przemocy, tym łatwiej ją rozpoznać i przetrwać, mówienie o przemocy najlepiej jej przeciwdziała. Ruchy feministyczne, LGBT, antyrasistowskie, nawet marksistowskie – wszystkie mówią o przemocy, o tym, w jaki sposób doświadczają jej kobiety, osoby ubogie, wykluczone. Twoje życie określa przemoc, doświadczasz skutków decyzji, na które nie miałeś wypływu.

Trzeba przeciwko temu protestować, ale to wymaga zmierzenia się z rozmaitymi paradoksami. Przemoc i mówienie o niej leżą na przeciwległych biegunach, ale jeżeli raz znajdzie się język, możliwe jest ich połączenie. Mnie się to udało i dlatego chcę mówić o przemocy tak dużo, jak tylko mogę.

Jeżeli opowiadamy o pięknie – językiem literatury, filmu czy nawet polityki, medium nie jest tu istotne – mówimy do ludzi, którzy już mają do tego piękna dostęp przez swoją uprzywilejowaną pozycję. W życiu mojej matki czy ojca nie było zbyt wiele piękna, egzystencja na skraju nędzy skutecznie odciągała ich od estetycznych zachwytów. Natomiast opisywanie przemocy tworzy przestrzenie wolności i zmiany. Simone de Beauvoir, pisząc Drugą płeć, skupiła się na brzydocie świata i dzięki temu życie niektórych kobiet stało się trochę piękniejsze. De Beauvoir dała im odrobinę wolności, przestrzeni na to, żeby być kimś innym, stać się kimś innym. Dlatego też piszę o przemocy – ponieważ jestem optymistą i jestem pełen nadziei.

Na początku książki można odnieść wrażenie, że pochodzisz ze sfery uprzywilejowanej: Paryż, Gwiazdka, wizyty u przyjaciół, książkowe prezenty. Dopiero później odsłania się twoje wcześniejsze życie, pełne biedy i upokorzeń.

Historia przemocy to także książka o wstydzie. Spotykam w środku nocy faceta i jesteśmy jak dwa fragmenty puzzli układające się w słowo WSTYD, nasze ciała są nim przepełnione, i to, między innymi, doprowadzi do pełnego przemocy finału.

Książka opisuje moment, kiedy dopiero przyjechałem do Paryża, z wiejskiego regionu na północy Francji, leżącego daleko od wszystkiego. Zacząłem studia i starałem się skonstruować nowe życie, jak najbardziej odległe od przeszłości, którą chciałem za wszelką cenę ukryć. Byłem pierwszym z mojej rodziny, który poszedł na studia, w dodatku studiowałem filozofię pośród ludzi uprzywilejowanych. To były dzieciaki z bogatych rodzin – bogatych nie tylko w sensie pieniędzy, ale może przede wszystkim kultury: dzieci nauczycieli, dzieci, które czytały książki, chodziły do teatru, do kina. Ja nie robiłem takich rzeczy. Moi rodzice nie przeczytali ani jednej książki przez całe swoje życie, wcześnie rzucili szkołę, tak samo moi dziadkowie i pradziadkowie.

Kiedy przyjechałem do Paryża, czułem się prawie jak ktoś przebywający tam nielegalne, czułem, że nie mam nic wspólnego z tym miejscem, nie mam właściwej przeszłości, kwalifikacji. Wiem, że to było głupie, ale nie miałem w sobie siły, żeby odbierać to inaczej. Kiedy ktoś pytał: „Co robią twoi rodzice?”, odpowiadałem, że są wykładowcami, czasami, że dziennikarzami. Wstydziłem się, nie chciałem, żeby ktoś mnie oceniał na podstawie biedy, z której się wyrwałem. Teraz wstydzę się tamtego wstydu.

Zawstydzający i zawstydzani

I to jest właśnie dziwne w tym spotkaniu, na którym zbudowana jest Historia przemocy: spotykam mężczyznę w nocy, na ulicy, i chociaż ja jestem biały, a on jest Algierczykiem i doświadczył pewnie rasizmu, którego ja nie zaznałem, mamy tak naprawdę bardzo wiele wspólnego. Jednak ja udaję, że pochodzę z zupełnie innego miejsca, że mam zupełnie inną przeszłość.

Myślisz, że gdybyś nie udawał, gdyby widział w tobie podobną osobę, ta noc mogłaby skończyć się inaczej?

Tego nie będę nigdy wiedział, ale mogę oprzeć się na swoim doświadczeniu. Dorastałem w bardzo małej, biednej wiosce na północy Francji, w Pikardii. Kiedy widzieliśmy bogatych ludzi, nienawidziliśmy ich, i to jak! Czuliśmy się upokorzeni, widząc wioskową arystokrację – burmistrza, nauczyciela, właściciela sklepu spożywczego. Nie umieliśmy się poprawnie wysłowić, mieliśmy twardy, dziwaczny akcent, byliśmy ubrani jak wieśniacy, nie wiedzieliśmy, jak się poruszać, siedzieć, odzywać się. Nasze ciała bezustannie ten wstyd generowały samym swoim istnieniem. Dlatego nie czuliśmy wobec tych „lepszych” ludzi nawet cienia sympatii.

Mężczyzna, którego spotkałem wtedy na ulicy, musiał przeżywać to samo – doświadczenie biedy i rodzące się z tego upokorzenie jest wspólne dla klas niższych. O tym także opowiada Historia przemocy – kiedy przełamujesz bariery klasowe, odcinasz od siebie dzieciństwo. Pomiędzy tobą a twoimi bliskimi, tobą a twoją przeszłością, pojawia się przepaść i nic jej już nie zasypie, ona pozostanie na zawsze częścią egzystencji.

Jak to się stało, że wyrwałeś się z biedy i w dodatku wyrosłeś na odnoszącego sukcesy pisarza, a nie średniaka albo kogoś, komu się zupełnie nie udało i skończył na ulicy?

To trochę trwało. Opowiadam o tym w pierwszej książce En finir avec Eddy Bellegueule. W mojej wiosce panował kult męskości i siły. Do tego dochodziła niezwykle zajadła homofobia, ojciec mówił codziennie, że osoby homoseksualne powinny trafić do obozów koncentracyjnych, w szkole wszyscy wołali za mną „ciota”.

Jako dziecko chciałem się wpasować w otoczenie, o niczym innym nie marzyłem. Próbowałem raz za razem, starałem wpisać się w normę na sposób niemalże karykaturalny: piłem piwo, grałem w piłkę, usiłowałem podrywać dziewczyny. Ale moje ciało opierało się temu bardzo stanowczo, dając znać, że pragnie czegoś innego. I ludzie to widzieli, cały czas powtarzali: jesteś inny, jesteś inny, zupełnie inny.

W którymś momencie nie miałem wyboru: musiałem stać się inny, przez tę inność się określić. Inaczej musiałbym się zabić z powodu poczucia odrzucenia. Nie czułem się dobrze w szkole, a kiedy wracałem do domu, nie miałem też szczególnego wsparcia w rodzicach. Kiedy jesteś czarny i ktoś atakuje cię na ulicy, możesz wrócić do domu i porozmawiać o tym z bliskimi, ale co miałem zrobić ja, gej? Musiałem uciec, jedyną możliwością była szkoła. Nie miałem pieniędzy, żeby po prostu wyjechać czy nawet wyemigrować. Dlatego zacząłem się uczyć.

Czyli otrzymałeś stypendium na studia w Paryżu?

Nie, najpierw poszedłem do liceum w Amiens. Ono było bezpłatne. Podczas studiów natomiast pracowałem nocami w piekarni. Ale gdyby ktoś powiedział mi wtedy: „Okej, możesz wybierać: skończysz studia i będziesz znanym pisarzem, albo staniesz się supermęski i ojciec wreszcie będzie dumny”, bez wahania wybrałbym męskość. Chciałem zostać w swojej wiosce i doświadczyć akceptacji, nie miałem innych marzeń. Uciec i stać się tym innym – to był sposób na przetrwanie, ale przede wszystkim porażka.

Gdyby ktoś powiedział mi wtedy: „Okej, możesz wybierać: skończysz studia i będziesz znanym pisarzem, albo staniesz się supermęski i ojciec wreszcie będzie dumny”, bez wahania wybrałbym męskość.

Chciałem o tym napisać, o Eddym, chłopaku, którym byłem, bo nie wydaje mi się, żebyśmy rodzili się inni. Innymi się stajemy. Chciałem zapytać głośno i wyraźnie: jak my, społeczeństwo, tworzymy Innych? Weźmy na przykład film Billy Elliot. W filmie i literaturze często spotykamy postać outsidera, który odstaje od reszty, ale jest inny sam z siebie, to jest jakby jego istota, esencja. Kibicujemy mu, wierzymy, że znajdzie dla siebie miejsce, nawet jeżeli będzie to trudne. Ja widzę to odwrotnie, w bardziej polityczny sposób. Jak stajemy się Innymi? Jak zamieniamy w Innych ludzi żyjących obok nas?

Co pomogło ci przełamać poczucie, że poniosłeś porażkę? Kariera pisarska?

Nie, to się stało wcześniej, zanim wydałem pierwszą książkę. Pierwszy miesiąc w szkole w Amiens był bardzo trudny, nie odnajdywałem się w szkolnych rygorach.

Czy ktoś z twojej wioski też poszedł do tej szkoły?

Nie, byłem jedyny. W dodatku to była szkoła o profilu artystycznym, więc reszta uczniów pochodziła z porządnych, mieszczańskich rodzin.

Dlaczego poszedłeś do takiej akurat szkoły?

Należałem do kółka teatralnego, a jako gej dorastający w homofobicznej wiosce znakomicie opanowałem odgrywanie rozmaitych ról, bo to ratowało mi życie. Całkiem dobrze radziłem sobie na scenie. Moje stopnie nie były na tyle dobre, żebym mógł dalej się uczyć, ale teatr stał się maleńką furtką – o przyjęciu decydowało przesłuchanie, oceny z innych przedmiotów nie liczyły się aż tak bardzo. Niektórzy nauczyciele z wioskowej szkoły mówili mi, że nie mam szans, to nie ten poziom.

Szalenie pomocne!

Ale tak to wtedy trochę wyglądało. Nie miałem obycia, nie czytałem książek. Pierre Bourdieu powiedział, że jednym z paradoksów szkoły jest fakt, że zawsze wymaga od ciebie zaprezentowania wiedzy pozaszkolnej. Taki system eliminuje z procesu zaawansowanej edukacji niższe klasy. Bourdieu studiował uwagi nauczycieli nanoszone na wypracowania uczniów. Często powtarzał się argument: „szkolna wiedza, postaraj się spojrzeć na problem szerzej”. Niby jak? Jeżeli nie czytasz książek, jeżeli twoi rodzice ich nie czytają, tylko siedzą przed telewizorem… W naszym malutkim domu było pięć odbiorników, włączonych przez cały czas. Jako dziecko potrafiłem oglądać telewizję osiem godzin dziennie. Szkoła wymagała ode mnie kultury, ogłady – jak miałem je zdobyć?

To trwało naprawdę długo, ale zacząłem myśleć, że może to jest właśnie droga dla mnie. Wyzwolenie, także seksualności, poprzez kulturę. Szczególnie poprzez literaturę, filmy. Xavier Dolan, Simone de Beauvoir… Zrozumiałem, że byli ludzie, którzy walczyli o mnie w przeszłości. Wcześniej nie miałem o tym pojęcia. Walczyli, żeby mogło istnieć moje ciało, żebym mógł na ulicy trzymać za rękę mężczyznę i nie narażać się na pobicie. Nagle coś przeskoczyło mi w głowie, odkryłem zasłonięty wcześniej fragment własnej historii. Trochę jak w Harrym Potterze: uwierzyłem, że ojciec i matka to moja prawdziwa rodzina, gdy tymczasem jestem dzieckiem Pedro Almodovara i Simone de Beauvoir. Bez tych ludzi, bez ruchów politycznych jak nowojorski Stonewall, bez ruchów feministycznych i równościowych, nie byłbym w stanie istnieć. Oni uczynili mnie możliwym.

Marta Dzido: Jestem tu dzięki emancypantkom

Wracając do tematu książki: uderzyło mnie, że nie mówiłeś o wstydliwej w twoim mniemaniu przeszłości, ale czułeś olbrzymią potrzebę opowiadania wszystkim o gwałcie. A przecież przemoc seksualna to także tabu, w dodatku tutaj mogłeś łatwo całą sprawę ukryć – w każdym razie o wiele łatwiej niż plebejską przeszłość.

Zrozumiałem, że byli ludzie, którzy walczyli o mnie w przeszłości. Wcześniej nie miałem o tym pojęcia. Walczyli, żeby mogło istnieć moje ciało, żebym mógł na ulicy trzymać za rękę mężczyznę i nie narażać się na pobicie.

Może to ma znaczenie polityczne – w końcu polityczne są wszystkie nasze wybory i to, jak o sobie opowiadamy, jak konstruujemy swoją tożsamość w dostępnym w przestrzeni publicznej dyskursie. W tamtym momencie określenie się za pomocą tożsamości seksualnej było łatwiejsze niż zdefiniowanie siebie w kontekście klasowym.

Nie bez znaczenia było na pewno to, że „klasa” stała się na długie lata kategorią śmieszną, staroświecką, powiązaną z anachronicznym myśleniem, z dyktaturą, z blokiem wschodnim. Stało się tak na całym świecie, zabrakło języka do opisywania biedy, systemowej przemocy, dominacji społecznej. Dlatego, chociaż wydaje się to nietypowe, mówienie o doświadczeniu przemocy seksualnej było w pewien sposób mniej krępujące.

Jest taka autobiograficzna książka Didiera Eribona, Retour à Reims, w której narrator opisuje swoje robotnicze pochodzenie. Była dla mnie niezwykle ważna, Eribon jako pierwszy od wielu, wielu lat poruszył kwestie klasowe. Dzięki niemu znalazłem język, żeby opowiedzieć o własnych doświadczeniach. Wcześniej nie wiedziałem, jak to robić, nie miałem żadnego wzorca. Dlatego dziś myślę, że mówienie o biedzie, znalezienie odpowiedniego, współczesnego języka, jest bardzo ważne. Kiedyś mówienie o klasach było sposobem na zaprzeczenie istnienia orientacji seksualnych, kwestii genderowych, narracja o klasie pochłaniała wszystkie inne. Musimy pojęcie klasy wymyślić na nowo.

Ken Loach: Jeśli nie rozumiemy walki klas, nie rozumiemy zupełnie nic

Jedną z przyczyn wzrostu znaczenia ruchów radykalnie prawicowych jest to, że przestaliśmy mówić o biedzie, o dominacji niektórych grup społecznych. Ludzie, którzy głosują na prawicę, robią to w pewnym sensie w odruchu buntu. Mówią: „nikogo nie obchodzimy, nikt o nas nie dba”. I rzeczywiście, nikt nie mówi o ich życiu, o biedzie. Staram się poruszać te tematy w moich książkach, ale nie jestem politykiem. Jeżeli jednak nie będziemy próbować, każdy na swój sposób, prawicy nie uda się zatrzymać, a problem dotyczy całego świata.

Mówisz dużo o języku. Znalazłeś język opisujący przemoc seksualną, ale czy policja miała odpowiednie narzędzia językowe, żeby cię wysłuchać? Odbierający twoje zeznanie policjanci błyskawicznie uciekają się do stereotypów, bo napastnik pochodził z Algierii.

Kontakt z policją w takiej sytuacji jest zawsze trudny, szczególnie dla kobiet czy osób homoseksualnych. Szybko przekonujesz się, że policjanci nie mówią tym samym językiem i nie do końca cię rozumieją. I to też jest rodzaj przemocy. We Francji zawsze dużo się o tym mówiło, feministki zwracały uwagę na to, że policja nie wierzy kobietom składającym zeznania dotyczące przemocy seksualnej, że nagminne jest sugerowanie winy kobiety albo posądzanie jej o wyrachowane kłamstwo – ale nie do końca to do mnie docierało, aż do momentu, kiedy sam znalazłem się w takiej sytuacji. A przecież słyszałem o tym wszystkim, byłem w jakiś sposób przygotowany, czytałem Judith Butler! A jednak okazało się to niezwykle trudnym doświadczeniem.

Olbrzymia trudność, o której piszę też w Historii przemocy, pojawia się na poziomie ideologicznym. Oczywiście, trzeba mówić o przemocy seksualnej i trzeba ją karać. Ale czy jest możliwe, żeby odbywało się to bez przemocy instytucjonalnej, bez zamykania ludzi w więzieniu? Czy naprawdę nie możemy wymyślić innego sposobu? Jak pogodzić te sprzeczności: potrzebę karania i potrzebę nieodpowiadania przemocą na przemoc? Wiele ruchów feministycznych opowiada się za bezwzględnym karaniem, ale ja wierzę, że przemoc nie naprawi przemocowych zachowań. „Jest winny? W porządku, wsadzimy go do klatki na 15 lat, niech pocierpi, już nigdy nie będzie taki jak dawniej”. I rzeczywiście, po pobycie w więzieniu nie wraca się już zazwyczaj do dawnego życia, trudno znaleźć pracę, mieszkanie, prawdopodobnie ma się też za sobą doświadczenie gwałtu i innych rodzajów więziennej opresji.

Jak pogodzić te sprzeczności: potrzebę karania i potrzebę nieodpowiadania przemocą na przemoc?

Z powodu takiego podejścia mam przeciwko sobie nie tylko środowiska konserwatywne, ale i część feministek. To jest trudne, ale właśnie dlatego ważne – bo sprawia ludziom problemy. Trzeba o tym mówić.

Z drugiej strony twoja sytuacja była nieco inna niż kobiety zgłaszającej gwałt: policjanci nie tylko ci uwierzyli, ale też z wielkim zapałem zabrali się za ściganie oskarżonego, licząc na szybkie ujęcie i wymierzenie wysokiej kary.

Stał za tym głównie rasizm. Kiedy powiedziałem, że mężczyzna pochodził z Algierii, cała sprawa była w ich oczach cudownie rozwiązana. Widziałem to wyraźnie, taki moment niezręcznego zadowolenia. „Ach, Algierczyk, no jasne…”. Zrozumiałem, że zgłaszając sprawę policji, dałem im do ręki gotowy scenariusz do rasistowskiej nagonki. Z drugiej strony nie mogłem powiedzieć: wycofuję zarzuty.

Pisząc Historię przemocy, próbowałem znaleźć literacką konstrukcję, który podważy otwarty rasizm policji. Dlatego zdecydowałem, że narratorką będzie moja siostra, że to ona opowie o tym, co się zdarzyło. Kiedy opowiada mężowi o mężczyźnie, który mnie zaatakował, dorzuca, że w naszej wiosce też było sporo przemocy. Kiedy mówi, że napastnik mnie okradł, dorzuca, że ja jako dziecko też kradłem w sklepach, mój brat podobnie. Zrozumiałem, że mam w ręku potężne narzędzie, które może podważyć rasistowskie interpretacje. Jestem bardzo dumny z tego, że kiedy książka się ukazała, nikt nie traktował jej jako historii o białym facecie napadniętym przez Algierczyka. Oczywiście swoistym rasizmem jest też powiedzenie, że Algierczycy na nikogo nie napadają, to nie są przecież szlachetni dzicy XXI wieku, tylko ludzie, dokładnie jak my wszyscy.

Lęk przed czarną planetą

czytaj także

Jakie reakcje wywołała Historia przemocy we Francji? Negatywne?

Tak, cały czas jestem za nią atakowany. W pewnym sensie największym osiągnięciem mojego życia jest to, że zostałem jednym z najczęściej obrażanych francuskich pisarzy. Każdą zniewagę traktuję jak medal. To było do przewidzenia – jeżeli próbujesz zrobić coś radykalnego, wywrotowego, na pewno spotka się to z reakcją konserwatywnych odbiorców. To dobry znak, ale takie sytuacje bywają trudne. Kiedy wydałem En finir avec Eddy Bellegueule, dziennikarze pojechali do mojej rodzinnej wioski, nagabywali rodzinę, żeby udowodnić, że w książce koloryzowałem, że życie na prowincji nie było aż takie ciężkie. Potem zarzucano mi, że wymyśliłem historię gwałtu.

Nie jest mi z tym łatwo, mam kiepskie dni, jak każdy, wstaję i mówię sobie „Tyle przemocy, to wszystko jest takie brutalne”. Ale taka jest cena, a w pakiecie znajdują się też piękne doświadczenia – kiedy na przykład ktoś pisze do mnie i opowiada o przemocy seksualnej, której doświadczył, albo o dorastaniu w biedzie. Jestem często pierwszą osobą, która słyszy te historie, i to jest dla mnie bardzo ważne. W porównaniu do tego te obelgi są niczym!

A nie kusiło cię nigdy, żeby napisać coś innego, lżejszego, odległego od ciężkich historii zakorzenionych w twoim życiu?

Tak, przyjaciel powiedział mi: „Następnym razem napisz coś o szalikach w XVII wieku!”. Ale nie mogę, nawet na poziomie fizycznym, moje ciało odmawia współpracy. Siadam przed komputerem i nie potrafię, zaczynam się denerwować. Zawsze słyszę głos w głowie, który pyta „Czy naprawdę chcesz pisać o szalikach?”. Czuję się, jakbym zasiadał na ławie oskarżonych i oglądał życie mojej matki. Matka spotkała jakiegoś faceta, kiedy miała 15 lat, kiedy miała 16, urodziła pierwsze dziecko, dwa lata później kolejne. Facet był alkoholikiem, znikał na całe dnie, wracał w nocy, zalany w trupa. Matka zostawiła go w końcu i zaczęła się spotykać z moim ojcem. W wieku 26 lat miała już piątkę dzieci. Nie miała zbyt wielu radości w życiu. Chciała się malować, ale mój ojciec mówił, że makijaż jest dla dziwek. Chciała pracować, ale ojciec uważał, że miejsce kobiety jest w domu. I została w domu, do 45. roku życia. Bardzo wcześnie straciła kontrolę nad swoim życiem, które nie potoczyło się po jej myśli. Zawsze o tym myślę i pytam siebie: jak śmiesz pisać o szalikach? Jak śmiesz pisać o butach, skoro wiesz, jak ona żyła? I to mnie totalnie blokuje.

Kto obraża żółte kamizelki, obraża mojego ojca

A gdybyś napisał coś równie poważnego, ale opartego na cudzej historii albo wręcz – nie bójmy się tego słowa – fikcyjnego?

Nie, to nie jest droga dla mnie, ponieważ zdałem sobie sprawę z tego, że autobiografia ma wyjątkową siłę. Wydałem trzy książki i za każdym razem działo się to samo: ludzie zarzucali mi, że to nie może być prawda, że nie ma takiej biedy i wykluczenia, szczególnie we Francji, Francja jest przecież piękna.

No dobrze, ale ja się na przykład zdziwiłam. W Polsce wydaje nam się, że Francja to zamożność, bagietki i dobre wina.

Cały świat tak myśli. Ale wiesz, kiedy jechałem pociągiem z Poznania do Warszawy, zatrzymaliśmy się na jakimś przejeździe i zrobiłem zdjęcie. [Louis wyjmuje komórkę i pokazuje wrzucone na Instagrama zdjęcie ponurej, błotnistej równiny]. Mój przyjaciel skomentował: „O kurwa, wygląda jak Pikardia”.

Rozumiem, że to nie był komplement.

Nie, raczej nie.

Ale sami Francuzi nie wiedzą, jak wygląda sytuacja na prowincji?

Nie wiedzą, i to właśnie oni są najgorsi. Nie mogą i nie chcą uwierzyć, nawet dziennikarze. To oczywiście nie dotyczy wszystkich, „Le Monde” zawsze był po mojej stronie. Ale podejście innych wyglądało mniej więcej tak: „To jest literatura, więc i tak fikcja, więc nie obchodzi nas, czy to prawda czy może jednak nie”. Byłem zdruzgotany. Co?! Piszę o biedzie, wykluczeniu, życiach zmiażdżonych przez system, a oni na to: „Pff, tylko literatura”?!

Ja rozumiem literaturę trochę inaczej. Dlatego piszę książki autobiograficzne i traktuję to jako deklarację: to, co piszę, jest prawdą. W ten sposób zmuszam odbiorców do konfrontacji. Na polu literatury autobiograficznej odbywa się teraz rewolucja, pojęcie autobiografii przechodzi transformację. Swiatłana Aleksijewicz, Ta-Nehisi Coates, Karl Ove Knausgård. Ich książki są bardzo mocne, bardzo polityczne. Próbujemy na nowo ustalić związki prawdy z literaturą. Bardzo się z tego cieszę i z nadzieją patrzę w przyszłość tego gatunku literackiego.

*
Rozmowa odbyła się 29 listopada, dlatego nie poruszam kwestii Żółtych Kamizelek.
OW

**
historia-przemocyÉdouard Louis
, właściwie Eddy Bellegueule, pochodzi z północnej Francji. Jego pierwsza autobiograficzna powieść En finir avec Eddy Bellegueule odniosła niebywały sukces: autor w wieku 22 lat otrzymał nominację do Nagrody Goncourtów, a książka sprzedała się we Francji w nakładzie ponad 300 tysięcy egzemplarzy i została opublikowana w 25 językach. Od tego czasu Louis napisał dwie kolejne osnute na faktach powieści: wydaną we Francji w 2016 roku Historię przemocy (wydanie polskie: Wydawnictwo Pauza, 2018) i najnowszą Qui a tué mon père (ukazała się w maju 2018 roku).

Bio

Olga Wróbel

| Kulturoznawczyni, autorka komiksów
Kulturoznawczyni, autorka komiksów, pracownica muzeum. Prowadzi (wraz z Wojciechem Szotem) bloga książkowego Kurzojady.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.