Kraj

Bendyk: Państwo uczy się wolniej niż miasta

Miasta zbierają owoce inwestycji w infrastrukturę plus to w miastach mieszkają młodzi napakowani wiedzą i aspiracjami. Ale trafiają tam na szklany sufit. Są najlepiej wykształconym pokoleniem w historii tego kraju. Jeśli nie będzie instytucji, które włączyłyby młodych, będzie to prowadziło do ich wyjścia z systemu demokratycznego. Zresztą oni już dziś radykalizują się, bo widzą, że system z ich punktu widzenia jest zabetonowany, więc w zabawę w demokrację nie warto inwestować. W czasie, kiedy rusza kampania przed wyborami samorządowymi, o miastach rozmawiamy z Edwinem Bendykiem.

Michał Sutowski: Ludzie ufają bardziej samorządom niż władzy centralnej, niektórzy wierzą też, że miasta i poziom lokalny to ostatni bastion cywilizowanej, pragmatycznej polityki. Czy to faktycznie miasta będą motorem rozwoju i nadzieją dla demokracji w Polsce?

Edwin Bendyk – dziennikarz, publicysta „Polityki”. Zajmuje się tematyką modernizacji, cyfrowej rewolucji, ekologii, polityk miejskich, kultury i rozwoju.

Edwin Bendyk: Miasta mierzą się z tymi samymi problemami i trendami co kraj w całości, ale tutaj szybciej je widać, ze względu na ich skalę, zagęszczenie i przełożenie na miejski system. Zarazem miasta, a zwłaszcza metropolie – w przeciwieństwie choćby do naszego państwa – są strukturami uczącymi się. Państwo wolniej się uczy, wolniej tworzy wiedzę i ją zapamiętuje – a to ze względu na cykle wyborcze i dynamikę polityczną, w której dużo bardziej liczą się czynniki pozamerytoryczne.

Miasta też mają cykl wyborczy.

Lepsze zarządzanie strategiczne wiąże się zazwyczaj z trwałością układu władzy – fakt, że jedna ekipa rządzi przez kilka kadencji, powoduje, że wiele doświadczeń się akumuluje. Z drugiej strony presja opinii publicznej w miastach jest dużo bardziej zorientowana na wynik, a cała polityka jest bardziej racjonalna niż krajowa, mniej opiera się na afektach.

Rozumiem, że politycy i urzędnicy miejscy „uczą się” lepiej, bo mieszkańcy namacalnie odczuwają, czy miasto jest zarządzanie dobrze czy źle. Ale czy petryfikacja układów władzy rzeczywiście służy obywatelom?

Ta „petryfikacja lokalnych układów” jest mocno zmistyfikowana. Owszem, wymienia się na ogół Rzeszów z prezydentem Tadeuszem Ferencem rządzącym od 2002 roku czy Gliwice i Zygmunta Frankiewicza, który zajmuje swoje stanowisko od 25 lat. Trzy kadencje z rzędu to w polskich miastach nic nadzwyczajnego, w mniejszych miejscowościach jest zresztą podobnie. Z drugiej jednak strony wyniki wyborów w 2014 przyniosły kadrowe trzęsienie ziemi, podważając główny argument przeciw nieograniczonej liczbie kadencji: że im dłużej trwają czyjeś rządy, tym trudniej je zmienić.

A to nieprawda?

W ostatnich wyborach zostało wymienionych 40 procent prezydentów miast i podobny odsetek burmistrzów, a więc mechanizm demokratyczny zadziałał także tam, gdzie władza nie wyczuła, skąd wieje wiatr. Większym problemem, odczuwalnym zwłaszcza w mniejszych gminach jest niewielka konkurencyjność wyborów, czyli brak chętnych do udziału w walce o władzę.

A co to znaczy, że w miastach ogólne trendy są zagęszczone i przekładają się na cały system?

W miastach najszybciej odczuwa się zmianę struktury społecznej, zmiany rynku pracy w metropoliach też były najgłębsze. Weźmy Warszawę czy Kraków: w 1989 roku prawie połowa ludzi w nich zatrudnionych to była klasa robotnicza, a dzisiaj w Krakowie największą grupą – niejednolitą oczywiście – są pracownicy sektora usług biznesowych, których jest około 70 tysięcy. To dwa razy więcej niż w szczytowym okresie pracowało w kombinacie nowohuckim, a to przecież tylko wycinek rzeczywistości 700-tysięcznego, a realnie milionowego miasta.

I co się z tą zmianą wiąże?

Idą za nią zupełnie nowe potrzeby, od mobilności po konsumpcję czasu wolnego – i to się szybko przekłada na oczekiwania mieszkańców wobec miasta. Jeszcze 10–15 lat temu to były głównie potrzeby infrastrukturalne związane z dojazdem do pracy, stanem chodników i nawierzchni, wyglądem fasad, dostępem do punktów handlowych. Po wejściu do UE nastąpiła wyraźna poprawa tej podstawowej infrastruktury „cywilizacyjnej”; dziś uważa się to za normę.

Trzaskowski: Żona słoik, ojciec słoik – jak mógłbym mieć coś przeciw słoikom?

A skoro norma się przesunęła, to chcemy więcej?

Jakość życia zaczyna odgrywać dużo większą rolę – chodzi o dostęp do bardziej subtelnych usług, od zieleni miejskiej, przez mobilność rozumianą szerzej niż przemieszczenie się samochodem z punktu A do B i z powrotem, aż po instytucje kultury. To gigantyczna zmiana, która w Polsce zaszła szybciej niż na świecie, bo miasta zachodnie zaczęły proces przechodzenia do epoki postindustrialnej już w latach 70., a polskie dopiero po 1989 roku.

I miasta się dostosowują do nowych oczekiwań mieszkańców?

Dobrym przykładem jest Gdańsk, gdzie Paweł Adamowicz, długo funkcjonujący prezydent zaczynał jako modelowy przedstawiciel liberalnego technokraty związanego z Platformą Obywatelską. Głośno protestował przeciw obywatelskiej partycypacji: że przecież po to dostaje mandat, żeby go mieszkańcy mogli rozliczyć, a nie żeby musiał męczyć obywateli współrządzeniem, a oni jemu mieli przeszkadzać… I nagle Adamowicz odkrywa – między innymi pod wpływem ruchów miejskich – że trzeba zacząć kooptację, jeśli nie personalną, to na pewno ideową.

I co sprowadziło na niego oświecenie? Dobre wyniki tych niepartyjnych, oddolnych ruchów?

Był jeszcze drugi czynnik, strukturalny. Są bowiem problemy, które złożonością wykraczają poza możliwość zarządzania technokratycznego. Dla Gdańska takim przełomem było podtopienie miasta w 2016 roku, kiedy dwie osoby zginęły. Okazało się też, że system zbudowany przez ekspertów zwyczajnie nie zadziałał.

Prognoza dla Polski: znowu nas zaleje

Może po prostu trzeba było wynająć lepszych ekspertów?

Nie, zrozumiano, że zarządzanie systemem alarmowym w kontekście anomalii pogodowych, które będą przecież coraz silniejsze ze względu na zmiany klimatyczne, nie może być „techniczne”, że wymaga to rozwiązań społecznych. Z tego powodu Gdańsk podążył za rekomendacją Marcina Gerwina i zdecydował się zwołać panel obywatelski. To dość radykalna metoda, bo panel nie jest ciałem konsultacyjnym, tylko decyzyjnym. Rekomendacje panelu, które zyskają poparcie 80 procent jego uczestników, stają się w Gdańsku obowiązujące. Do tego jeśli obywatele zbiorą 5 tys. podpisów, władze miasta mają obowiązek zorganizować panel na wskazany przez mieszkańców temat. Trudno o lepszy przykład obywatelskiego współwytwarzania polityki miejskiej.

Gdańsk w pigułce

I o czym w takim panelu decydują?

Na razie w Gdańsku były trzy panele, wszystkie zwołane przez prezydenta, z tym że tematy dwóch pierwszych zasugerował Marcin Gerwin, trzeci sformułował Paweł Adamowicz. Pierwszy dotyczył podtopień, drugi smogu w mieście. Tu znowu się okazało, że sprawa wcale nie jest techniczna, bo co to właściwie znaczy „zmniejszyć emisję”? Zaczynamy rozumieć, jak ważnym problemem jest ubóstwo energetyczne. Nie poradzimy sobie ze smogiem, jeśli nie rozwiążemy tego problemu socjoekonomicznego.

A jak wprowadzimy po prostu normy jakości spalanego paliwa i zaczniemy je twardo egzekwować?

To ludzie będą marznąć, co jest i nieludzkie, i politycznie zabójcze. Gdańsk też nie rozwiąże tego problemu, jeśli nie uwzględni głosu mieszkańców – w tym też tych, których nie stać dziś na ekologiczne ogrzewanie. Ostatni panel był może najbardziej karkołomny, bo dotyczył samej aktywności obywatelskiej: wbrew stereotypowi Gdańska jako „miasta wolności” i mimo że są tam silnie zmobilizowane grupy – np. lokatorskie czy rowerzyści – aktywność nie ma masowego charakteru. Frekwencja wyborcza jest na tle kraju niewielka.

Jak Gdańsk walczy ze smogiem

Czyli tak jak wszędzie w Polsce: aktywna jest głównie klasa średnia?

Tak, klasa średnia, która czasem mobilizuje się w obronie klas niższych, jak w przypadku ruchów lokatorskich. To jest zresztą problem wszystkich miast i wręcz cecha endemiczna systemu: spora liczba ludzi wyłączonych z różnych form aktywności, od kultury po działalność społeczną i polityczną.

Ale dlaczego tak się dzieje, skoro zaufanie obywateli do władz lokalnych jest dużo wyższe niż na poziomie krajowym?

Właśnie na ten temat wypowiadałem się podczas trzeciego panelu obywatelskiego w Gdańsku – pokazywałem tropy związane z rodowodem obywatelskiej aktywności. W wyborach uczestniczyło tam czterdzieści parę procent obywateli, podobny odsetek bierze udział w praktykach religijnych, do tego przez wiele lat – od 1989 do początku tego wieku – aktywność zawodowa również nie przekraczała 50 procent. I teraz: nie mam badań dowodzących, że te odsetki się nakładają, ale intuicja – można powiedzieć, że marksistowska – podpowiada, że kto nie wytwarza, tzn. nie partycypuje ekonomicznie, nie wytwarza też więzi politycznej i społecznej.

Emeryci, owszem, nie pracują, a chyba są aktywni społecznie?

Emeryci jako siła polityczna w miastach to rzeczywiście niebywałe zjawisko, zwłaszcza w ostatniej kadencji samorządowej. Panel obywatelski jest w pewnym sensie odpowiedzią na nie, tzn. na tyranię „aktywnej mniejszości”. Bo w Polsce na poziomie samorządu nie ma „tyranii większości” – ta po prostu nie uczestniczy. Dominują wpływowe grupy interesu, które są w stanie przeforsować różne rozwiązania.

Odwrotnie niż na poziomie krajowym?

PiS też nie reprezentuje arytmetycznej większości, ale przynajmniej legitymizuje się w ten sposób – jako reprezentacja większości. W samorządach sytuacja jest odmienna – widać to w budżetach obywatelskich. Pokazały one, jak przy niskiej ogólnej aktywności mieszkańców takie narzędzia mogą zostać przejęte przez grupy, które chcą sobie coś „załatwić”. Tymczasem panel obywatelski jest genialnym rozwiązaniem, bo jego ideą jest stworzenie naprawdę reprezentatywnej grupy mieszkańców metodą losowania, według płci, wieku, miejsca zamieszkania, a to osłabia relatywną siłę małych, najbardziej aktywnych grup.

Bo to panel obywatelski właśnie, a nie panel obywateli-aktywistów?

W Lublinie odczuli to niektórzy przedstawiciele ruchów miejskich: oni nie mówili tego wprost, ale widać było, że poczuli się jakoś zagrożeni. Dotąd tworzyli grupę nacisku, ale zarazem wierzyli, że reprezentują jakiś interes ogólny, że lepiej wiedzą, jaki on jest. I potem idą z tym czymś do miasta, a prezydent ich słucha albo nie, bo ma dylemat: a kogo oni reprezentują poza własną energią? W panelu grupa interesu czy eksperci to tylko jedno ze źródeł wiedzy dla panelistów, którzy mają wypracować wspólne rozwiązanie.

Jeśli tak jak w Gdańsku decyzje są wiążące, to rozumiem, że rośnie sprawczość obywateli, ale też poziom ich reprezentacji?

Tak, i to nie musi się dziać tylko na poziomie miejskim. Zmiana konstytucyjna w 2016 roku w Irlandii w sprawie związków jednopłciowych, a teraz w sprawie aborcji, była przygotowana właśnie w formie panelu – zbudowano panel krajowy po to, żeby zmniejszyć polaryzację debaty.

Irlandia: Od panelu obywatelskiego do referendum w sprawie aborcji

Czyli demokracja bezpośrednia, ale nie plebiscyt ani referendum? Dyskutujemy, aż znajdziemy optymalne rozwiązanie, zamiast dawać ludziom do wyboru opcję A albo B?

Przypadek Irlandii pokazał, że referendum ma sens jako źródło radykalnej zmiany, o ile jest poprzedzone debatą, która mapuje złożoność problemu – a do tego właśnie warunki tworzy panel. W miastach robi się referenda wokół spraw personalnych, odwołano w ten sposób np. prezydenta Kropiwnickiego w Łodzi, ale to kiepski sposób rozstrzygania o sprawach merytorycznych. Nie rozwiążesz kwestii smogu w referendum. Można oczywiście zapytać ludzi, czy zakazać palenia węglem w mieście, tylko że to głupie postawienie sprawy – z powodów, o których już mówiliśmy. Panel oczywiście wymaga czasu, trwa przez kilka spotkań weekendowych, ludzie budują wiedzę i dopiero wtedy można projektować rozwiązania całościowe.

Ostatnio panel obywatelski na poziomie całego państwa proponował Klub Jagielloński – jako jeden z etapów przygotowania projektu konstytucji RP.

Na poziomie państwa to na razie słabo wychodzi. Nie mówię nawet o karykaturalnym trybie stanowienia prawa przez parlament, ale nawet konsultacje społeczne przy okazji tzw. ustawy Gowina zostały skompromitowane. Niezdolność włączenia obywateli do stanowienia prawa to nie nowość, ale obecny rząd doprowadził rzecz do ekstremum.

Referendum konstytucyjne 2.0

czytaj także

A była kiedyś szansa to zmienić?

Protesty przeciwko ACTA były taką szansą – na fali niezrozumienia i szoku po stronie rządu minister Michał Boni próbował zmienić mechanizmy wytwarzania decyzji i produkcji wiedzy. Wprowadził np. dekalog dobrych praktyk konsultacji społecznych. Na dłuższą metę się to jednak nie przyjęło – dopiero przy kwestii smogu to jakoś powraca, kiedy mamy problem niedający się rozwiązać jedną ustawą.

Mówiliśmy o miastach, które włączają obywateli do rządzenia – to pozytywne przykłady na tle opornego w tej sprawie państwa. A są jakieś równie oporne miasta w Polsce?

Nawet tam, gdzie prezydenci odbiegają od ideału zarządzania partycypacyjnego, jak choćby w Białymstoku czy Toruniu, wytworzyły się mechanizmy podejmowania decyzji, dzięki którym większość jest zadowolona. W tym sensie miasta te również stały się strukturami demokratycznymi.

Tyle że to jest klasyczna demokracja, gdzie większość decyduje wbrew głosom mniejszości?

Jest tam część mieszkańców – związanych np. z ruchami miejskimi – którzy krytykują decyzje infrastrukturalne, głównie w sprawach drogowych, projektowane w duchu lat 70., a więc bardzo niezgodne z dzisiejszym paradygmatem. Prezydent Torunia mówi jednak, że w czasie jak sprawuje władzę, to liczba samochodów w mieście wzrosła ponaddwukrotnie, które nawet jak nie jeżdżą, to muszą gdzieś stać, więc budowa nowych dróg i poszerzanie istniejących to decyzja, która pozostaje w zgodzie z oczekiwaniami mieszkańców. Daleki jestem od odsądzania go od czci i wiary i przekonania, że można Toruń zamienić w Kopenhagę.

Bo mieszkańcy po prostu tego nie chcą?

To byłoby dziś wbrew świadomości społecznej, ale też być może nieadekwatne do struktury osadniczej i trendów jej rozwoju – jej zmiana to praca na wiele kadencji.

Ale co do zasady uważasz, że większa partycypacja obywateli w rządzeniu miastem to dobry kierunek?

Tak, ale to też nie jest panaceum na wszystkie problemy. Gdańsk, Poznań po zmianie prezydenta Grobelnego na Jaśkowiaka czy Lublin wykazują wręcz przesycenie partycypacją, tzn. widać, że potencjał „wytwarzania miasta” przez spontaniczne zaangażowanie mieszkańców jest ograniczony.

Co to znaczy?

Weźmy Lublin. Przy okazji ubiegania się o Europejską Stolicę Kultury powstał społeczny program oparty na wiedzy i entuzjazmie mieszkańców, ale to się wyczerpuje i wymaga instytucjonalizacji. Część aktywistów prezydent Żuk włączył do pracy Urzędu Miasta, wiele też dzieje się dzięki energii samoorganizacji, powstał Kongres Kultury Lubelskiej. Widać jednak, że to nie wystarcza, że należałoby pójść dalej.

Ale czego konkretnie nie wystarcza?

Strategię miasta na poprzednią dekadę przygotowano w sposób dość uspołeczniony, przy udziale lokalnych i zaproszonych ekspertów, a nie kupiono – jak było wówczas w modzie – gotowca od znanej grupy doradczej. Stosunkowo łatwo było ją jednak wymyślić: wzmacniamy sektor akademicki jako zaplecze dla gospodarki, poprawiamy infrastrukturę za środki unijne… Punktowe priorytety, wiadomo było, co robić, jak i za co, wszystko dało się wyobrazić, także jakie będą dostępne zasoby. To była strategia „liniowa”, wymagająca bardziej determinacji niż wyobraźni, a potem mobilizacji dostępnych zasobów społecznych.

A teraz?

Teraz nie ma punktowych problemów, bo wszystkie mają charakter złożony, a ich rozwiązanie wymaga uruchomienia zasobów, których albo nie ma, albo w najlepszym razie ich nie widzimy. Mówiąc konkretniej: demografia. W starym paradygmacie technokratycznym to było po prostu prognozowanie: patrzymy na wskaźniki dzietności, w mieście dzisiaj jest tyle osób, a tyle będzie w przyszłości. Teraz natomiast dodaje się kwestię przepływu ludności, a zagadnienie jest kompleksowe, bo dotyczy, po pierwsze, napływu studentów do Lubina, głównie z regionu, z których część zostaje w mieście; po drugie odpływu ludności do innych metropolii i za granicę; wreszcie, po trzecie, relacji z Ukrainą.

I w czym problem?

Już w prognozowaniu tej jednej kwestii jesteś zakładnikiem sytuacji lokalnej, a także polityki krajowej, na którą nie masz wpływu, oraz sytuacji geopolitycznej – bo jak masz blisko granicę z Ukrainą, to rozumiesz, co znaczy wojna w Donbasie. Do tego trzeba budować strategię z kilkoma wariantami, szukać odpowiedzi na trend depopulacyjny – obiektywny, bo związany z niską dzietnością, nawet jak się zahamuje tendencję emigracyjną.

To trzeba sprowadzić Ukraińców.

Tak, trzeba jakoś ten trend zrównoważyć, ale pytanie nie brzmi, jak przywieźć efektywnie 30 tysięcy mieszkańców innych narodowości, bo technicznie to się da zrobić, nawet można zbudować dla nich mieszania. Pytanie właściwe brzmi: jak ich zintegrować z tkanką miejsca, skoro nawet w przypadku tak bliskich kulturowo narodów jak Ukraińcy to nie idzie bezproblemowo. Po pierwszej spontanicznej fali imigracji, kiedy Ukraińcy przyjechali do pracy i byli niewidoczną częścią miasta, teraz sami zaczynają się o widoczność upominać, odkrywają swój status mieszkańców, którzy nie są obywatelami. Jak ich zatem zintegrować, formalnie, ale i faktycznie – jak ma np. wyglądać oferta kulturalna, która uwzględnia potrzeby ludzi mówiących innymi językami? Bezpieczeństwo też nie jest kwestią policyjną, tylko społeczną, bo napięcia wynikają np. z przyzwolenia, które państwo daje ksenofobii.

I to są naprawdę nowe problemy?

Dopiero teraz je odkrywamy. To zupełnie inne wyzwanie niż „chcemy być miastem z ośrodkiem akademickim, otwartym na zagranicę i ściągnąć masę studentów”. Lublin od lat niwelował przecież ubytek polskich studentów. To umiemy w Polsce coraz lepiej robić: jeździsz na targi edukacyjne, promujesz się w Ukrainie czy Indiach, robisz normalny marketing oferty uczelnianej. A potem trzeba mieć kadrę mówiącą po angielsku, ewentualnie ją doszkolić…

A jak sobie radzimy z tymi nowymi problemami?

W Gdańsku na przykład powołano ciało doradcze przy prezydencie, Radę Imigrantów i Imigrantek złożoną z imigrantów. To miejsce wytwarzania wiedzy o ich potrzebach, część z nich ma przecież obywatelstwo i meldunek, mogą więc głosować, ale część nie jest obywatelami miasta, choć w nim mieszka… Ale jak zaczynasz politykę prointegracyjną, to uruchamiają się napięcia wewnętrzne: „A ilu naszych jest wykluczonych?!”. „Czemu zajmujemy się przybyszami?”

Mówiłeś o ofercie kulturalnej. Można ją tak zaprojektować, żeby włączała przybyszów, a nie dzieliła mieszkańców na swoich i obcych?

Tutaj ujawnia się kolejny dylemat związany z rozwojem miasta. Jednym ze znaków markowych Lublina są festiwale, dopasowane do lokalnego kontekstu, ale też rozpoznawalne poza nim. To nie jest Open’er, tylko np. Carnaval Sztukmistrzów, ludyczna forma kultury, ale w wydaniu bardzo profesjonalnym i wyrafinowanym estetycznie. Podobne są też Inne Brzmienia czy Noc Kultury. Wszystkie są, co istotne, bezpłatne, w centrum miasta, a więc dostępne dla każdego. W zeszłym roku zbadano wpływ tych imprez na gospodarkę miasta, ale też uczestnictwo – kto bierze w nich udział.

Czyli w otwartych, bezpłatnych i dość demokratycznych estetycznie festiwalach…

No właśnie. I okazało się, że to głównie imprezy klasy średniej i wyższej średniej, wcale nie przychodzi na to lud. To wykluczenie klas ludowych znamy też skądinąd – w Warszawie jest tak samo: aktywne uczestnictwo w kulturze, związane ze świadomym wyborem oferty, to domena kilkunastu procent mieszkańców; połowa warszawiaków w ogóle nie partycypuje poza telewizją i ewentualnie festynowymi formami. Mechanizm nieuczestnictwa jest w zasadzie niezbadany, mamy tylko kilka intuicji socjologicznych. Jedna z nich mówi, że wykluczająca jest sama przestrzeń miasta – w Lublinie i tak mało zgentryfikowana – bo stwarza barierę wstępu dla mieszkańców osiedli zmarginalizowanych.

W jaki sposób?

Na takiej samej zasadzie, jak człowiek z klasy niższej czuje opór przed wejściem do teatru.

Uważa, że to miejsce nie dla niego? Czyli nie chodzi o samą formułę imprezy kulturalnej, tylko przestrzeń, gdzie jest ona organizowana, już wcześniej była nacechowana klasowo i odpychająca?

To idzie równolegle. Lubelskie Stare Miasto kilkanaście lat temu to była zupełna katastrofa. Wtedy powstał pomysł, żeby przywrócić je do życia, zacząć redefiniować miasto wokół aktywności kulturalnej, a ESK była impulsem do stworzenia nowej oferty. Równocześnie trwały zabiegi rewitalizacyjne inspirowane przez miasto, ale i przez sektor prywatny. To zrosło się organicznie – bo nie można powiedzieć, że kultura była po prostu mechanizmem podnoszenia wartości gruntu przez inwestycje miejskie, tylko faktycznie był to pomysł na Śródmieście, które ma żyć wokół oferty kulturalnej czy knajpianej.

I faktycznie żyje?

Oczywiście, między innymi dzięki temu, że Lublin to wielkie miasto akademickie, z największym bodaj po Rzeszowie odsetkiem studiujących mieszkańców. Tak że to nie jest dekoracja dla turystów – ale jednak jest to przestrzeń naznaczona, nie jest neutralna klasowo.

Czyli nie trzeba zamienić miasta w lunapark dla zwiedzających, nie trzeba „syndromu Barcelony” – a i tak ktoś będzie wykluczony?

Tak, to zupełnie inny problem niż „turystyzacja” miasta, znana choćby z Krakowa. Dlatego Lublin to ciekawszy przypadek – choć Śródmieście bynajmniej nie zostało wyłączone jako strefa „kosmopolityczna”, wystawowa, dla turystów, są grupy ludności, dla których przestrzeń ta stała się miejscem dystynkcji, a nie włączenia. I, co jeszcze ciekawsze, to się reprodukuje w środowiskach imigranckich. Ukraińscy studenci przyjeżdżający do Lublina są zupełnie inną grupą niż ukraińscy robotnicy – studenci korzystają z oferty tak samo jak Polacy, bo mają kompetencje, uczą się bardzo szybko polskiego, ale też mówią po ukraińsku bez wstydu czy obciachu, bo czują się u siebie. Dopiero teraz zaczynamy rozumieć klasową złożoność rozwoju przez kulturę, to nie są już hipotezy lewicowych socjologów, ale coś, co zostało unaocznione.

„Cheap Eastern European girls”, czyli tajlandyzacja magicznego Krakowa

I co z tym fantem zrobić?

Niektóre festiwale mają potencjał komercjalizacji i uczestniczą w nich ludzie, których byłoby stać, żeby zapłacić za bilety – może więc te pieniądze powinny pójść na inną aktywność, jak szybszy rozwój infrastruktury i oferty kulturalnej w dzielnicach, np. budowanie bibliotek na osiedlach? To zresztą w Lublinie się dzieje, a dyskusja o nowych formach włączania środowisk wykluczonych nabiera temperatury, czas jednak na wyraźniejsze zdefiniowanie priorytetów.

Biblioteki są chyba bardziej „inteligenckie” niż festiwal sztukmistrzów.

To nie jest przesądzone, bo ofertę można tworzyć różnie, zwłaszcza kiedy pośrednikiem są dzieci jako naturalny – ze względu na obowiązek szkolny – odbiorca. Ważniejsza jednak jest lokalność: w kolumbijskim Medellin interwencje włączające dzielnice nędzy polegały na budowaniu bibliotek według projektów zamówionych u najlepszych architektów – by dowartościować lokalną społeczność, ale i dać jej dostęp do wiedzy i kultury.

Skoro jednak ktoś kiedyś ustalił, że wykluczeni i tak nie głosują, to może szkoda zachodu?…

I tu przechodzimy do kwestii brakujących zasobów. Jeszcze dziesięć lat temu zwracaliśmy uwagę na wykluczonych jako problem moralny czy społeczny – że trzeba ich zaopatrzyć w pewne dobra, ewentualnie spacyfikować. Politycznie to nie był w Polsce problem, ze względów, o których mówisz – chyba że pośrednio. Bo część młodych już dawała się organizować w prawicowe bojówki, a więc wykluczenie mogło wracać do miasta w formie przemocy. Ale to był z kolei problem bardziej policyjny.

A teraz?

Dziś, kiedy pytamy, jak miasto ma się rozwijać, chodzi o włączenie tych ludzi z ich kompetencjami.

Może po prostu nie mają potrzebnych kompetencji?

Jak przyjmujemy, że nie mają, to wtedy łatwo traktować ich jako odpad społeczny – i wtedy trzeba minimalizować koszty związane z ich obecnością. Tyle że liczne doświadczenia spoza Polski, ale też np. badania etnograficzne Tomasza Rakowskiego pokazują, że tam są poważne zasoby kompetencji, których z pozycji środka nie dostrzegamy albo po prostu definiujemy jako deficyty.

A konkretnie jakie zasoby?

Potrzebna jest socjologia tych grup, bo one przecież funkcjonują w jakimś świecie wartości, trzeba tylko zrozumieć, kim są. I może się okazać, że ludzie ci potrafią się samoorganizować, przetrwać w warunkach niedoboru pieniędzy, ale też być twórcami ciekawych praktyk kulturowych. To, że nie uczestniczą w tych prawomocnych, uznawanych przez klasę średnią, nie znaczy jeszcze, że w ogóle nie wytwarzają przestrzeni symbolicznej – przykładem jest kultura kibicowska. Może nam się ona z różnych względów nie podobać, ale jest kulturą, tzn. zdolnością opowiadania świata przez często wyrafinowane instrumenty, jak choćby oprawy meczów… Rzecz w tym, żebyśmy potrafili zinwentaryzować ten zasób i włączyć go jako potencjał rozwojowy – a nie koszt.

Bo jak tego nie zrobimy, to się kibice nam – temu „środkowi” – rzucą w końcu do gardła?

To jest właśnie myślenie sprzed dekady. Dziś stawką jest włączenie grup, które mogą „wytwarzać miasto”, w sensie ekonomicznym i społecznym, ale nie tylko przez rynek, tzn. że niekoniecznie będą pracownikami płacącymi podatki. Gdy obserwujemy transformację współczesnej gospodarki, to widzimy, że cała sztuka polega na tym, jak wytwarzać więcej za mniej, tzn. jak dostarczać usługi związane choćby z obsługą starzejącej się populacji przez uruchamianie innych mechanizmów niż finansowanie ze środków publicznych czy poprzez rynek.

„Więcej za mniej” to chyba się nazywa wyzysk.

Na rynku tak, ale model takiego wyzysku, np. w pracy opiekuńczej, niedługo się wyczerpie ze względu na kurczące się zasoby pracy. Zapowiadane właśnie strajki sektora publicznego będą wkrótce permanentne. Dlatego dzisiaj chodzi o to, żeby np. zestawić czyjś czas i zasoby materialne kogoś innego. W Holandii coraz popularniejsze jest łączenie w dużych mieszkaniach emerytów ze studentami. Problemem tych pierwszych jest samotność, więc pieniądzem studenta jest czas, który może poświęcić starszej osobie – i za to dostaje kwaterę, na którą nie musi wydać horrendalnych kwot. Inną, systemową metodą łączenia zasobów jest lokalna waluta – pieniądz miejski, jakim można płacić lokalne podatki, za ofertę instytucji publicznych – np. dostęp do instytucji kultury i ich infrastruktury, a także za ofertę komercyjną firm, które włączyły się do systemu. Pieniądz ten może być dystrybuowany zarówno jako forma wynagrodzenia za pracę świadczoną poza rynkiem, jak i w formie lokalnych form dochodu podstawowego. Spory katalog konkretnych rozwiązań wypracowało wspominane już Medellin, które z kolei inspirowało się Barceloną, do dziś niezwykłym źródłem inspiracji w obszarze inkluzywnego urbanizmu.

W Polsce można to zrobić?

Do tego trzeba ludzi wykluczonych „uznać” i zbudować mechanizmy integracji. Dziś wykluczeni są w Polsce dla klasy średniej tak samo obcy kulturowo jak Ukraińcy czy inni imigranci, albo nawet bardziej. To będzie trudne, zwłaszcza przy polskim klasizmie. Być może łatwiej się to uda w wypadku ludzi z niepełnosprawnościami, których w każdej populacji jest około 10 procent. Włączenie ich w aktywne życie w mieście to często kwestia drobnych rozwiązań technicznych; wystarczy pojechać do Berlina, by zobaczyć jak wiele osób w Polsce niewidocznych, bo nie mają jak opuścić domu, funkcjonuje pełnią miejskiego i zawodowego życia. Nie ma żadnego powodu, żeby u nas nie można było zwiększyć podaży ludzi aktywnie tworzących miasto o te kilka procent – dziś skazanych na marginalizację i na to, co widzieliśmy ostatnio w Sejmie.

Mam wrażenie, że sednem bardzo wielu z tych wykluczeń – dotyczących także aspirującej klasy średniej – jest problem mieszkaniowy. Czy miasta mogłyby być wehikułem zmiany cywilizacyjnej w tym obszarze? Bo państwo chyba słabo sobie radzi…

Obawiam się, że obowiązujący od ćwierćwiecza w mieszkaniówce paradygmat rynkowy będzie coraz silniejszy, bo wpływ na politykę społeczną miasta zaczynają mieć ludzie, dla których to nie jest problem.

Starsze pokolenie?

Tak. Boję się, że straciliśmy moment na silne zaangażowanie środków publicznych na rzecz rozwiązania problemów mieszkaniowych, bo teraz większość z nich będzie kierowana na obsługę potrzeb ludzi starzejących się. Notabene prezydenci miast – np. Jaśkowiak w Poznaniu – już dziś z dumą mówią, że mają miejską politykę senioralną. Tymczasem to nie jest żadna ambitna innowacja, po prostu stanęli przed koniecznością. Dziesięć lat temu to byłaby polityka proaktywna wobec tendencji zaniedbanej przez państwo, dziś jest tylko polityką reaktywną. Seniorzy to liczny, zorganizowany i kompetentny elektorat. Są obecni na radach miejskich, potrafią się mobilizować w konkretnej sprawie, a ostatecznie mają argument, że są najbardziej zdyscyplinowaną grupą wyborców.

A właściwie dlaczego ma być mniej środków? Rozumiem, że starzejąca się populacja będzie potrzebować coraz więcej usług, ale dlaczego „za mniej”?

Skończą się pieniądze unijne, a infrastrukturę dalej trzeba będzie budować; trochę z nią nadgoniliśmy, ale przecież potrzeb jest więcej. Coraz więcej trzeba też będzie przeznaczyć na obsługę tej już zbudowanej, bo koszty amortyzacji będą coraz większe. Baza podatkowa będzie się kurczyć, jeśli nie uzupełnimy braku zasobów pracy innowacjami – krótko mówiąc, wpływy bieżące będą maleć, a koszty związane z rosnącym udziałem ludzi w wieku nieproduktywnym w populacji będą rosły.

Czy da się zbudować w Warszawie 50 tysięcy mieszkań?

O jakiej skali starzenia się i wyludniania właściwie mówimy?

Raport profesora Śleszyńskiego o 122 miastach zagrożonych degradacją szacuje deficyt demograficzny Polski w 2050 roku na 7 mln ludzi, o ile nie nastąpi zwrot imigracyjny lub reemigracyjny. Ale nawet jeśli tak się stanie, to te 7 milionów może zmaleć do 4 milionów. Ilu z tych ludzi zastąpimy przybyszami z zewnątrz? Milion możemy wchłonąć, ale w jakim tempie? Te 4–7 milionów przekłada się na rynek pracy, bo dzisiaj pracuje 18 milionów ludzi. Zabraknie więc nawet 1/3 pracowników. Do tego infrastrukturę buduje się na dzisiejszą populację, ale jeśli np. w mieście takim jak Tarnów albo Zabrze ona zmniejszy się o połowę – a wszędzie się jakoś zmniejszy, bo do 2035 roku tylko sześć metropolii nie straci mieszkańców – to zostanie w nich infrastruktura, której nie będzie za co utrzymać.

Czyli mamy zapaść gospodarczą? Zanim zastąpią nas roboty, zdąży nam zabraknąć rąk do pracy?

Na to się nakłada problem polityczny, bo część „produktywna” w sensie rynkowym – ludzie pracujący i płacący podatki – nie będzie miała wystarczającej reprezentacji. Młodzi już dziś jej nie mają: w elektoracie PiS osób do 24 roku życia jest 4 procent, w PO niedużo więcej. To działa na dwie strony: ta grupa ludzi dla partii nie jest interesująca ze względu na zbyt małą liczebność. Jeżeli reguły gry demokratycznej nie zostaną zmodyfikowane, tylko będą się dalej opierać na agregacji ilościowej, to młodzi po prostu nie będą mieli głosu.

A starsi nie będą samoograniczać swoich potrzeb?

Jak będzie wybór: więcej na opiekę medyczną dla ludzi starszych albo na publiczne przedszkola, to zwykła agregacja pojedynczych preferencji zdecyduje przeciw młodym. I dlatego, jeśli nie będzie instytucji, które włączyłyby i zracjonalizowały jakoś ich potrzeby, będzie to prowadziło do ich wyjścia z systemu demokratycznego. Radykalizacja młodych ludzi już dziś odpowiada na ten deficyt, tzn. na świadomość, że system z ich punktu widzenia jest zabetonowany, więc w tę zabawę w demokrację nie warto inwestować.

Jutro należy do nich

I co wtedy?

Dopóki dzięki internetowi i samoorganizacji można realizować strategie indywidualnej autonomii, to jest pół biedy, ale jak skończą się zasoby materialne, to zacznie się przemoc. Nad tym w ogóle nie ma dyskusji w miastach, nawet najświatlejsi prezydenci miast słabo to dostrzegają.

Mimo że miasta są i tak lepiej predysponowane do reagowania na takie zmiany?

Tak, choćby poprzez takie instrumenty, jak wspomniany panel obywatelski, czyli instytucje, które łamią hegemonię jednego, najsilniejszego aktora. Problem polega na tym, że metropolie wciąż są w stanie oczarowania: zbierają owoce inwestycji infrastrukturalnych, ale też akumulacji kapitału ludzkiego – to jest przecież apogeum koncentracji w wielkich miastach młodych pokoleń, które są najlepiej wykształcone w historii tego kraju.

Znaczy: dobrze jest.

Jeszcze tak, ale już nie wszystkim. W Poznaniu ciekawe badania na zamówienie ratusza robił Rafał Drozdowski z zespołem – pytał, jak mieszkańcy definiują rozwój miasta, i mierzył postawy prorozwojowe. Wyszło mu, że w tej chwili ci młodzi, napakowani aspiracjami i wiedzą ludzie napotykają efekt szklanego sufitu, tzn. nie są w stanie zrealizować się nawet w takim mieście jak Poznań. To się przekłada na frustrację, zwłaszcza u ludzi o najlepszych zasobach. Najbardziej pozytywnie odpowiadają ludzie o niższym statusie, głównie dzięki temu, że nie ma bezrobocia. Jak jesteś robotnikiem w Poznaniu, to nie jesteś sfrustrowany, masz przyzwoitą – w czasach niskiego bezrobocia – pensję, miasto dobrze wygląda i masz niedaleko na basen.

A jak masz wyższe wykształcenie?

To słyszysz ciągle: załóż start-upa – i widzisz jednocześnie, że tak się nie da. U nas panuje wciąż przekonanie, że my w tej Polsce damy radę, że zaraz będziemy tu mieli Dolinę Krzemową. A przecież nawet Solaris się ostatnio sprzedał Hiszpanom, bo takie jest nasze miejsce w globalnych łańcuchach produkcji…

I nic się z tym nie da zrobić?

Decydenci powinni myśleć o tym, co będzie za pięć lat, kiedy nadwyżka kapitału ludzkiego szybko stopnieje z powodów demograficznych. Teraz – jeszcze przez chwilę – są zasoby demograficzne i intelektualne do wytworzenia modelu rozwoju na czasy zwijania się. Ta kadencja będzie dla miast decydująca. Jeśli tego nie zrobimy, to niedługo będziemy skazani na politykę reaktywną, która będzie polityką zarządzania upadkiem.

A wszyscy myślą, że jesteśmy jeszcze w fazie zarządzania wzrostem?

Nawet najbardziej progresywni prezydenci nie chcą przyjąć do wiadomości, że to już się skończyło. Jak się czyta różne strategie miejskie, to widać intuicje tej zmiany, ale nie przekłada się to na redefinicję zasobów. Czyli na pytanie: z czego miasto ma żyć, kiedy pieniądze i klasyczne zasoby rozwojowe będą się kurczyły.

To jeszcze powiedz, w czterech zdaniach, co robić w tej sytuacji.

Po pierwsze, potraktujmy wyzwania przyszłości jako szansę. Wszak jeśli ludzkość ma sobie poradzić z kryzysem ekologicznym i klimatycznym, musi zmienić model rozwoju z ekstensywnego na post-wzrostowy. Jeśli chcemy uniknąć walk o kurczące się zasoby, musimy poszerzyć ich pulę, ale nie w wymiarze ilościowym, bo to będzie coraz trudniejsze, tylko jakościowym. Jedynym sposobem jest radykalna inkluzja, czyli włączenie do wytwarzania miasta i jego przyszłości grup i środowisk dotychczas zmarginalizowanych. Co z kolei oznacza konieczność otwarcia się na innowacje społeczne, kulturowe, organizacyjne i technologiczne. By do nich doszło potrzebna jest zarówno przebudowa miejskiego ładu instytucjonalnego – musi zmienić się misja instytucji kultury, edukacji i potrzebne są nowe instytucje-platformy nie tworzące wykluczających dystynkcji, lecz włączające, jak np. coraz częściej praktykowane w miastach świata FabLaby. By jednak doszło do takiej proinnowacyjnej zmiany instytucjonalnej, musimy uruchomić wyobraźnię, czyli zdolność do dalekosiężnego myślenia w kategoriach alternatyw i nieciągłości. Dobrym sposobem na pobudzanie wyobraźni jest foresight miejski – społeczna debata o przyszłości i możliwych scenariuszach. Miałem okazję organizować lub współorganizować takie projekty we Wrocławiu, Lublinie, na Warmii i Mazurach. Pokazały, że pole możliwości jest znacznie szersze, niż tylko kontynuacja status quo. Czy ta świadomość wystarczy do uruchomienia zmian, nie wiem. Wiem, że nie mamy innego wyjścia.

Bio

Michał Sutowski

| Publicysta Krytyki Politycznej
Politolog, absolwent Kolegium MISH UW, tłumacz, publicysta. Członek zespołu Krytyki Politycznej oraz Instytutu Studiów Zaawansowanych. Współautor wywiadów-rzek z Agatą Bielik-Robson, Ludwiką Wujec i Agnieszką Graff. Pisze o ekonomii politycznej, nadchodzącej apokalipsie UE i nie tylko. Robi rozmowy. Długie.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.