Gospodarka, Świat

Mindfulness robi wam wodę z mózgu

mindfulness

Orędownicy uważności w miejscu pracy przymykają oczy na to, co spacyfikowani w ten sposób pracownicy mogą tracić. Kult uważności może zastąpić bardziej namacalne świadczenia. Joga i ćwiczenia oddechu nie zastąpią elastycznych godzin pracy, dłuższego urlopu, spłaszczania hierarchicznych struktur podległości czy motywowania pracowników do współpracy zamiast do rywalizacji.

„Biorę głęboki oddech. Czuję, jak powietrze wypełnia mi płuca” – tak zaczynają się wspomnienia Hillary Clinton z kampanii prezydenckiej, wydane pod tytułem What Happened. Po przegranych wyborach z 2016 roku Clinton poświęcała oddychaniu więcej uwagi niż zwykle. Próbowała oddychania naprzemiennego – tłumaczyła we wrześniu Andersonowi Cooperowi w telewizji CNN, bez żenady demonstrując przed kamerami, jak robić wdech przez jedno nozdrze, a wydychać drugim.

Głęboki oddech wzięła też, zajmując miejsce na inauguracyjnej ceremonii Donalda Trumpa w styczniu 2017 roku. Każdego dnia starała się uszczknąć dla siebie odrobinę spokoju ducha. „Nie trzeba do tego siedzieć po turecku w cichym pokoju” – opowiadała w kwietniu 2016 roku. – „Równie dobrze można to ćwiczyć w samolocie, w samochodzie albo z samego rana, po przebudzeniu”.

Dość już tej pracy. Pora się w życiu zabawić

Tego rodzaju techniki relaksacyjne należą do praktyki „uważności” (ang. mindfulness) – sztuki skupionej obserwacji otoczenia i znajdowania wewnętrznego spokoju. Clinton nie jest ani pierwszą, ani nawet jedną z pierwszych polityczek, które jej próbowały. W 2013 roku w Davos zaproszono światowych przywódców na trening uważności, a rok później kongresman Tim Ryan z Ohio zwołał „ciche posiedzenie”, by zaszczepić uważność w amerykańskim Kongresie. Eileen Fisher (projektantka odzieży), Bill Ford (prezes Forda) i nieżyjący już Steve Jobs (który słynął z tego, że przed każdą prezentacją nowego produktu Apple spędzał kilka chwil w milczeniu) stosowali praktykę uważności w zarządzaniu swoimi korporacjami.

Uważność na sprzedaż

Chętnych na tego rodzaju nauki wciąż przybywa: niedawno powstałe czasopismo Mindful do 2016 roku sprzedało 85 tysięcy prenumerat. A na początku 2017 roku producenci aplikacji Headspace – najpopularniejszej z bogatej oferty podobnych – podali, że pobrano ją już 11 milionów razy. Pamiętnik Hillary Clinton nie jest więc punktem zwrotnym, a jedynie świadectwem, że uważność na dobre weszła do głównego nurtu.

Jak kraj długi i szeroki Amerykanie uczą się medytować w biurze. We wdrażanie uważności angażują się największe amerykańskie korporacje: od Aetny przez General Mills po Google. W swoich siedzibach wprowadzają szkolenia dla pracowników, a liderów praktykujących uważność awansują na najwyższe stanowiska. Wysiłki te nabrały rozmachu po kryzysie z 2008 roku, a więc w czasie największego spadku wskaźników ekonomicznych od Wielkiego Kryzysu z lat 30. ubiegłego wieku – w okresie zwolnień, outsourcingu, uśmieciowienia i uelastycznienia pracy.

Świat pracy jest na kolanach [rozmowa z Agatą Nosal-Ikonowicz i Piotrem Szumlewiczem]

Ci, którzy pracy nie stracili, doświadczali czegoś, co dziennikarki Clara Jeffery i Monika Bauerlein nazwały „wielkim przyspieszeniem”. Zmuszani robić coraz więcej coraz skromniejszymi środkami, pracownicy z coraz większym trudem ogarniają natłok nowych zadań i pracują coraz dłużej, na próżno oczekując podwyżek płac. Pozostanie na stanowisku często wymaga fundamentalnej zmiany stylu życia. W 2002 roku zaledwie 8 procent pracowników zaglądało do porannej poczty przed wyjściem do pracy. Dziś ponad 50 procent ankietowanych odpowiada na nowe wiadomości, zanim jeszcze wstanie z łóżka.

Gdy zmienia się model pracy, firmy wynagradzają pracowników za zmianę nastawienia. Gwałtowny rozwój pracy biurowej w latach 50. ubiegłego wieku zrodził „człowieka organizacji” – stroniącego od ryzyka, za to ze wszech miar lojalnego i uporządkowanego. W latach 80., za sprawą deregulacji sektora finansowego do rangi pracowniczych cnót urosły agresja i twarda rywalizacja. Dziś ekonomia stoi pod znakiem destabilizacji i nieustannych wstrząsów, a jej idealny pracownik to ktoś, kto pośrodku tej nawałnicy zachowuje anielski spokój, niewzruszenie skupiony na sprawnym wykonywaniu swoich obowiązków.

Treningi uważności na koszt firmy to nie zatem nie tyle przywilej, co sposób na uformowanie nowego typu pracownika. Pracuje cały weekend bez ustanku, w poniedziałek od rana robota pali mu się w rękach, a w przerwie na lunch resetuje się mentalnie głębokimi wdechami. Miejsce pracy jest ośrodkiem nie tylko jego wypełnionego po brzegi i nieprzewidywalnego życia zawodowego, ale także prostego i przewidywalnego życia duchowego.

Uważność nie nawróci prezesa

Czy owemu pracownikowi jest od tego lepiej? W samym praktykowaniu uważności trudno dopatrzyć się czegoś godnego potępienia. Thomas Joiner definiuje uważność w książce Mindlessness jako „świadomość różnorodności, subtelności i złożoności chwili obecnej”. Jednak propagowanie medytacji i spokoju w miejscu pracy może sprzyjać kulturze akceptacji, a przez to utrwalać nieznośne warunki. Praktyki te zachęcają pracowników, by oddzielili swój dobrostan duchowy od ekonomicznego i skupili całą uwagę na tym pierwszym – kosztem drugiego. Tym trudniej będzie im dostrzec, jak ściśle te dwie sfery są powiązane i jak szybko zawodowy stres przesącza się do życia prywatnego. Skoro szczęście jest czymś, co ma się w sobie, to brak szczęścia jest kwestią czysto osobistą. Praca nie ma z tym nic wspólnego.

Z początku warsztaty uważności były zarezerwowane dla najwyższych stanowisk w korporacyjnej hierarchii. Idea uważności wywodzi się z buddyzmu, ale zaczęła odrywać się tych korzeni już w latach 70., gdy Jon Kabat-Zinn – dziś najbardziej znany nauczyciel tej praktyki – założył klinikę „uważnościowej” redukcji stresu na Uniwersytecie Massachusetts. Sama praktyka jest urzekająco prosta. Zaczyna się zwykle od siadania z zamkniętymi oczyma i skupiania myśli na doświadczaniu tego stanu, wczuwaniu się w przepływ powietrza z każdym oddechem, w unoszenie i opadanie piersi. Dzięki skojarzeniu z empatią i otwartością umysłu uważność nadawała się doskonale na kosmetyk, którym można przypudrować niekorzystny wizerunek firmy i przydać ludzkiej twarzy jej kierownictwu.

Jednym z pionierów korporacyjnych eksperymentów z uważnością była firma Monsanto. Pod koniec lat 90. jej reputacja sięgnęła dna, głównie za sprawą tzw. „suicide seeds” – genetycznie modyfikowanych nasion, z których wyrastają rośliny niezdolne do dalszego rozmnażania się. Technologia ta (ostatecznie zarzucona) miała chronić własność intelektualną Monsanto i zmusić rolników, bo co roku kupowali nową partię nasion.

W jak dotąd najbardziej wyczerpującym omówieniu zastosowania uważności w biznesie, jakim jest książka Mindful Work z 2015 roku, dziennikarz „New York Timesa” David Gelles pisze, że medytację wniósł na międzynarodowe salony Bob Shapiro, wówczas świeżo upieczony prezes Monsanto. W 1996 roku zabrał piętnaścioro najwyższych rangą pracowników na trzydniowe warsztaty w Kalamazoo. Niewiele brakowało, a plan spaliłby na panewce, ponieważ instruktorowi leżało na sercu dobro środowiska i wzdragał się przed pracą dla firmy, którą uważał za „wcielenie zła”. Redaktor Gelles chwali w artykule inicjatywę Monsanto jako „najambitniejszy wówczas korporacyjny program wdrażania uważności” i sugeruje, że dzięki niej kierownictwo firmy nabrało „otwartości”. Przyznaje jednak, że gdy w roku 2000 program zlikwidowano, efekty okazały się mizerne. Zarząd Monsanto „przez pewien czas był nieco bardziej otwarty na krytykę”, ale ostatecznie firma „nie odstąpiła od rozwijania produktów GMO” – ani, należałoby dodać, od agresywnej postawy względem rolników.

Jak być prezesem z czułą życzliwością

Szeroko zakrojone treningi uważności dla całego personelu firm nadeszły nieco później. Te inicjatywy wykraczały już poza kultywowanie przyjaznego wizerunku firmy – teraz miały na celu zarządzanie emocjami pracowników.

Janice Marturano, która w latach 90. i w pierwszej dekadzie XXI wieku pracowała w General Mills jako radczyni prawna, trafiła do jednego z zacisznych ośrodków Jona Kabat-Zinna, gdy przeszła wyjątkowo trudny okres w życiu. W 2001 roku koncern przejął firmę Pillsbury, a jej powierzono rozwikłanie nader zawiłych regulacji antymonopolowych. Ta wyczerpująca praca trwała osiemnaście miesięcy. W tym czasie zmarli oboje jej rodzice. Według Gellesa, trening uważności pozwolił Marturano odzyskać mentalną odporność i ze spokojem uczestniczyć w stresujących zebraniach (czym zdobyła sobie podziw kolegów i koleżanek z pracy). W 2006 roku opracowała i wdrożyła program dla personelu General Mills, inspirując wiele innych firm, by poszły w jej ślady. Sesje trwają do dwóch godzin i obejmują ćwiczenia jogi, dyskusje w grupach i recytacje poezji. Dziś w każdym biurowcu na kampusie General Mills jest sala do treningu uważności.

Korporacyjne opowieści o genezie praktyk uważności pełne są heroicznych legend. Po ciężkich przejściach, przezwyciężywszy życiowy kryzys, obdarzona empatią i dalekosiężną wizją pani prezes niesie swoim pracownikom w darze relaks i skupienie, a przedsiębiorstwu pozytywne wibracje i lepsze wskaźniki. Mark Bertolini z firmy ubezpieczeniowej Aetna zainteresował się uważnością w 2004 roku, wkrótce po tym, jak ledwo uszedł z życiem z wypadku na stoku narciarskim, po którym pozostał mu chroniczny ból. Gdy doszedł do siebie i w 2010 roku zasiadł w fotelu prezesa, wprowadził w firmie kursy jogi i medytacji. Od tamtej pory skorzystała z nich niemal jedna trzecia z 50 tysięcy pracowników. Wobec innego wyzwania stanął Bill Ford, przejmując rodziną schedę. „Co mogę zrobić” – zastanawiał się świeżo upieczony prezes koncernu motoryzacyjnego – „by jako ekolog z przekonań i z praktyki, pracować na tym stanowisku i nie stracić człowieczeństwa?” Nie wprowadził kursów dla personelu, ale sam praktykował uważność, codziennie oddając się medytacjom, by stawiać czoła wyzwaniom „z empatią i czułą życzliwością”.

Bądź spokojny, kiedy cię zwolnią

Przedsiębiorstwa twierdzą, że uczestnictwo w warsztatach uważności i świadomość, że uważność praktykuje też kierownictwo firmy, podnoszą morale pracowników. Jedną z miar sukcesu jest popularność: Setki pracowników firmy Adobe zapisały się do „Projektu Oddech”, półtora tysiąca pracowników Intela wzięło udział w inicjatywie [email protected], a oferowany w Google program Google’s Search Inside Yourself („Szukaj w samym sobie”) ma takie wzięcie, że tysiące chętnych czeka na swoją kolej. Inną miarą jest skuteczność. Na zaproszenie firmy Aetna naukowcy z Uniwersytetu Duke zmierzyli efekty programu: 2000 dolarów rocznie zaoszczędzone na kosztach opieki medycznej i wzrost wydajności rzędu 3000 dolarów od pracownika!

Gelles, który odwiedził siedzibę General Mills w 2012 roku, opisuje panującą tam „pogodną atmosferę” i pozytywny nastrój wśród pracowników, wyraźnie się „bardziej zrelaksowanych”, mimo że firma właśnie szykowała zwolnienia. Podobnie życzliwą kulturę Gelles odnotował także w koncernie Ford. Gdy koncern eliminował etaty, „część zwolnionych pracowników pisała listy do prezesa” – nie po to, by wyrazić gniew, ale by podziękować za szczęśliwe lata.

Kodeks pracy bez dobrej zmiany

czytaj także

Trudno nie zauważyć, jak często korporacyjne zamiłowanie do uważności idzie w parze z falami zwolnień. Między początkiem kryzysu finansowego a jego końcem w 2010 roku Ford pozbył się ponad 15 tysięcy pracowników. Na kilka miesięcy przed wizytą Gellesa koncern General Mills zapowiedział likwidację 850 miejsc pracy, w tym ponad 400 w swojej głównej siedzibie w Minneapolis–Saint Paul, gdzie zatrudniał 3 tysiące osób. Od tamtej pory zarząd firmy kilkakrotnie zwalniał pracowników – w samym 2016 roku aż 1600 osób. Gdy Mark Bertolini objął kierownictwo Aetny, zwolnienia trwały tam od trzech lat bez przerwy, bo w kryzysie brakowało chętnych na komercyjne ubezpieczenia zdrowotne. Około 1700 osób przeszło na wcześniejszą emeryturę w 2011 roku, a na początku roku bieżącego Aetna ogłosiła, że zamierza zlikwidować dalsze 4000 etatów. Chociaż uważność reklamuje się często jako premię dla zatrudnionych w korporacjach z ludzką twarzą, ceniących otwartość i kreatywność, wewnętrzny spokój najbardziej przydaje się pracownikom wtedy, gdy pod ich miejscem pracy drży ziemia. A zwiększona wydajność – dodatkowe 69 minut skupionego wysiłku w miesiącu na osobę – nabiera znaczenia właśnie wtedy, gdy brakuje rąk do pracy.

Fejfer: Wolny rynek wyżyma pracownika jak mokrą szmatę

Gelles i Kabat-Zinn widzą w uważności cenną strategię radzenia sobie w niepewnych czasach. Jedynie 47 procent Amerykanów jest dziś zadowolonych ze swojej pracy, przypomina Gelles, a granica między pracą a życiem osobistym została „zatarła się niemal zupełnie”. Niepewność jutra i brak ekonomicznego bezpieczeństwa są na porządku dziennym. Zdaniem Gllesa praktykowanie uważności to sposób na przystosowanie się do nowej normalności, który pozwala ocalić choć cząstkę radości życia. – Praktykując uważność w miejscu pracy – pisze Gelles – możemy zmienić odczucia, jakie wywołuje w nas relacja z szefem i inaczej podchodzić do perspektywy długich, ciężkich godzin za biurkiem.

Czy polskie opiekunki w Niemczech pracują jak niewolnice?

Kabat-Zinn podchodzi do sprawy bardziej entuzjastycznie. Wyjście z kryzysu, twierdzi, „to nie tylko kwestia bailoutów, pakietów stymulacyjnych i magicznych zaklęć mających przywrócić zaufanie na rynku. Potrzeba nam nowego rodzaju ekonomii i nowego rodzaju zaufania. (…) Uważność otwiera nam drogę do osiągnięcia tego celu”. Ani jeden, ani drugi nie zwraca uwagi na to, jak upowszechnianie kultury akceptacji i pogody ducha może powściągać sprzeciw pracowników wobec wygórowanych wymagań pracodawcy i utrudniać im upominanie się o swoje prawa w tej nowej ekonomii.

Nie uważność, tylko prawa pracownicze

To prawda, że poprawnie wdrożone programy mogą przyczynić się do poprawy zdrowia i samopoczucia pracowników, jak wskazują badania prowadzone w Aetnie. Jednak orędownicy uważności w miejscu pracy przymykają oczy na to, co spacyfikowani w ten sposób pracownicy mogą tracić. – Kult uważności – przestrzega biznesowy coach David Brendel w wywiadzie dla „Boston Globe” – może zastąpić bardziej namacalne świadczenia. Firma, która oferuje pracownikom jogę i ćwiczenia oddechu, może tym samym zaniedbywać „realne rozwiązania redukujące stres, takie jak elastyczne godziny pracy, dłuższy urlop, spłaszczanie hierarchicznych struktur podległości i motywowanie pracowników do współpracy zamiast do rywalizacji”.

Fiala: Praca zabija nasze życie i związki

Raz po raz czytamy, że przedsiębiorstwa, które wdrażają uważność, nie są co prawda doskonałe, ale przynajmniej są lepsze dla swoich pracowników i dla świata niż większość pozostałych. General Mills nadal wciska „śmieciowe jedzenie dzieciom i puste kalorie dorosłym”, pisze David Gelles, ale przynajmniej pracownicy tej firmy są serdeczni. Samochody Forda nadal produkują gazy cieplarniane, ale koncernowi udało się uniknąć zaciekłych ataków, jakie uderzają w przemysł tytoniowy.

Przepraszam za 7 milionów śmierci rocznie. Twój koncern tytoniowy

czytaj także

Przepraszam za 7 milionów śmierci rocznie. Twój koncern tytoniowy

Tedros Adhanom Ghebreyesus i Tabaré Ramón Vázquez

Google z kolei albo „wchodzi z butami w naszą prywatność”, albo „twardo wycina konkurencję”. Raczej nie jest w stanie sprostać własnemu mottu „don’t be evil” („nie czyń zła”). Jednak budując kulturę uważności, konkluduje Gelles, zarząd firmy dowodzi, że „idealizm nadal jest mu bliski”. Najwyraźniej korporacje też lubią opowiadać sobie budujące historie o tym, jak tworzą nowy styl życia. W uważności znalazły zaś model nowego stylu odczuwania.

**
Laura Marsh jest redaktorką działu literackiego New Republic i współredaguje siostrzany magazyn Krytyki Politycznej Dissent.

Tekst ukazał się na DissentMagazine.org. Z angielskiego przełożył Marek Jedliński.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.

Komentarze archiwalne

  1. Tytuł tego artykułu jest niedostatecznie sprecyzowany. Powinien być np. tego typu: „Kapitalistyczna wersja mindfulness robi wodę z mózgu”.
    Byłoby co najmniej 95% mniej frustracji w komentarzach.

  2. No, Krytyka Polityczna znowu w formie – mindfulness zdemaskowana i potępiona.

    A odnosząc się do praktyki uważności, to oczywiście można ją stosować w celu poprawy wydajności pracy ale nie do tego została stworzona i nie to jest jej celem. Jest to narzędzie które wykorzystane ma być w celu uwolnienia się od cierpienia.
    Siddhartha Gutama, znany szerzej jako Budda (przebudzony) zauważył, że rzeczywistość można sprowadzić do trzech podstawowych fenomenów – annica (nietrwałość, zmienność) i, niejako pochodnych, – dukka (cierpienie) i anatta (nie-ja, brak ustalonego na zawsze, niezmiennego „ja”).

    Dukka czyli cierpienie jest związane z istnieniem – przemijanie „ja” jest z nim nieodłącznie powiązane tak jak i wszystko co przezywa człowiek czy zwierze – ból, strach, , pragnienie żeby było i żeby się nie stało, by mieć i nie mieć.
    Sidhartha oprócz analizy cierpienia (cztery szlachetne prawdy) przedstawił sposób uwolnienia się od cierpienia – należy podążać Szlachetną Ośmioraką Ścieżką, czyli ośmioma podstawowymi pouczeniami, zaleceniami, co należy robić aby wyzwolić się od cierpienia. W tym celu konieczne jest zrównoważenie umysłu czyli uważność w obserwacji jego działania i wynikającym z tego zachowania. Do tego służy uważność.

    Sama praktyka polega na świadomości że nie jesteśmy wyłącznie swoimi myślami, ze jesteśmy zarówno i w tej samej chwili, ich twórcą i obserwatorem, przedmiotem i podmiotem.
    Aby wprawić się w uważność, warto praktykować medytacje oddechu czyli jego uważna obserwację – oddech jest dobrą metaforą rzeczywistości: jest zawsze zmienny, nie ma dwu takich samych (annica), jest nasz ale i od nas niezależny (anatta) no i jest podstawową wartością w życiu, i pragnie się go i boi o jego brak (dukka).

    Obserwacja umysłu, „nawleczenie umysłu na nić oddechu” było porównywane z poskramianiem dzikiego słonia – słoń przywiązany do pala próbuje się wyrwać, ale kiedy mu się to nie udaje przywyka i sznur nie musi być już nawet przytwierdzony do pala, słoń nie ucieknie. Tak samo ma być z myślami opanowanego umysłu.
    Taka zdolność do koncentracji i pełna kontrola zachowania na pewno może być przydatna w życiu i pracy zawodowej ale nie do tego została stworzona. W latach 30 w Japonii zalecano medytacje zen w pracy i szkole co miało tworzyć świetnych pracowników i żołnierzy, ale nie bardzo to działało – przymuszani do tego ludzie, mimo że Japonia była krajem w orbicie wpływów buddyjskich, nie rozumieli w jakim celu maja siedzieć godzinami bez ruchu.
    W ogóle to że w Azji praktyka uważności czy buddyzm nie stworzyły społeczeństw idealnych nie jest żadnym argumentem przeciw nim, zresztą w myśl zaleceń Siddharthy buddyzm nie powinien nawet powstać – Siddhartha zalecał nie tworzenie rytuałów i religii, chciał buddów nie buddystów, można powiedzieć.

  3. Matko przenajświętsza od tytułu po ostatnią kropkę – jakbym czytał moraliet katolickiego księdza o tym jak zła jest masturbacja. Wiadomo masturbacja jest zła, bo odciąga naszą uwagę od wiary i Boga. Pracownicy rewolucji pracowniczej nie dokonają, bo omamił ich maindfullness – wymyslony wiadomo przez onych w celu kontroli totalnej. Masakra. Mam wrażenie, że intelektualista lewicowy jest wrogiem lewicy największymi. Jak człowiek pracy, to zawsze skrajnie umęczony i wyzyskiwany. Jak człowiek korporacji, to wypalony, stłamszony i spętany kredytami zniewolony przez „onych” kapitalistów. Żadnych półcieni, półtonów. A wszystko pisane z reguły z pozycji akademickich, w jedynie słusznym duchu krytyki totalnej. Tylko do kogo pisane? Dla zadowolenia wzajemnego? I jest w tym stylu pisania i myślenia o ludziach pracy ton arogancji. Ton godny kościelnych hierarchów, którzy zwykli traktować swoich wiernych jak bezwolne elektrony niezdolne do refleksji, wymagające nakierowania na właściwy tor. Dokładanie to tu czuć, to podmiot troski uciemiężony pracownik tutaj nigdy nie jest świadom swojego uciemiężenia. I choćby mówił, że jemu w tej korporacji jest ciepło i przyjemnie, krytyka lewicowa dognie myślową pętlę, wskazując jak daleko kapitalizm zawładnął biednym człowiekiem pracy, że ten nie zauważa własnego uciemiężenia.

  4. LAURA MARSH chyba odczuła jakoś spadek zainteresowania wymyślając temat i tytuł tego artykułu. Co mają wspólnego techniki relaksacyjne z kulturą organizacji, lub tym czy komuś się coś udało, bądź nie? Krytyka Polityczna też się wzbiła na wyżyny przedrukowując taką paplaninę bez sensu.

  5. Ten artykuł jest bardzo niesprawiedliwy. I ja stosuję mindfulness w pracy i pozwala mi ono zachować minimalną równowagę psychiczną i poczucie kontroli, których normalnie bym nie miał. Czy naprawdę musimy się skazywać na nieszczęście, żeby wiedzieć jaki system jest fatalny? Wiem to już bez tego.

    1. Wydaje mi się, że właśnie to, co napisałeś, przemawia najbardziej za zasadnością tego artykułu.
      Tzn nie wiem z pierwszej ręki jak to jest, bo nigdy nawet nie dostałem pracy, w której mógłbym tracić równowagę psychiczną…

  6. Najlepiej dla człowieka byłoby, gdyby skupił się na oddychaniu fizjologicznym. I dostarczaniu takiej ilości tlenu do mózgu, żeby móc skutecznie przeciwstawić się każdej mindlessness. Niestety świat jest głupi i życzliwy tylko głupcom.
    „Kiedy jedna małpa wkłada podróżną czapkę, wszystkie małpy robią to samo.”

    1. no można oddychac tlenem w punktach, ale nie wiem czy to jest dobra sprawa
      u nie w mieście im mniej oddychać tym lepiej, a azjaci też to oddychanie mają gdzieś w sumie – tu i tam smog

  7. Równie dobrze można by napisać:
    „Codzienna jazda na rowerze nie zastąpi nam elastycznych godzin pracy, dłuższego urlopu, spłaszczania hierarchicznych struktur podległości…”

    Co ma piernik do wiatraka?

    Ćwiczenia jogi spowodowały, że przestałem cierpieć na bóle kręgosłupa. I to nawet nie specjalnie forsowne ćwiczenia. Czy to znaczy że nie chcę lepszych zarobków albo dłuższych urlopów?

    To lewica teraz zechce może ustawowo zamykać szkoły jogi? To ja się jeszcze jednak zastanowię na kogo głosować.

    I można by rzec, że jeśli ktoś ćwiczy by uspokoić swoje myśli, to wtedy może dotrzeć do tego czego na prawdę potrzebuje i czego chce. Nierzadko okazuje się wówczas, że chce mieć więcej czasu na Życie – dla siebie i dla bliskich. A to akurat koreluje dodatnio z postulatami socjalnymi uprzednio tu wymienionymi.

    1. Poszedłbyś do fizjoterapeuty porządnego, i byś miał i lepiej, i po ludzku, i taniej. Joga z naukowego punktu widzenia, to po prostu straszliwie archaiczne ćwiczenia ciała ludzkiego, ujęte w system. Nic specjalnego. Dużo tradycyjnych ćwiczeń jest kompletnie zbędnych, niepotrzebnie obciążających. Niestety, ani ludzie nie chcą racjonalnej wiedzy i praktyki, ani się tego nie promuje. Lepiej pójść na wewnętrzny styl taj czi srao, czy ajurwedyjskie masaże tybetańskimi misami. 🙂

  8. 1. Mindfulness nie może zrobić nam wody z mózgu bo nie jest osobą.
    2. Co innego obwinianie korporacji za stosowane praktyki, a co innego obwinianie metody redukcji stresu jaką jest mindfulness. Innymi słowy – to, że korporacje stosują mindfulness nie przesądza o korzyściach płynacych z tej metody. A co jeśli ktoś praktykuje mindulness dla osobistej korzyści, a nie bo korporacja każe?
    3. Przywoływanie masowych zwolnień jako zjawiska idącego w parze z wprowadzaniem praktyk mindfulness do organizacji jest grubym naduzyciem.
    4. A co z naukowymi dowodami na temat wpływu mindfulness na jakość życia jednostki?

    1. Jeżeli ktoś praktykuje mindfulness dla jakiejkolwiek korzyści, to robi to błędnie 🙂
      Medytacja najwłaściwiej 😉 działa wtedy, kiedy jest praktykowana bez nastawienia na jakikolwiek efekt. Robisz to, bo to robisz :). W medytacji jest, owszem, bardzo potrzebny kierunek (czym jest ten kierunek, napisałem więcej w oddzielnym komentarzu), ale nie nastawienie na efekt – tzn. „chcę coś osiągnąć”. „Chcę”? Kto „chce”? A jeżeli medytacja doprowadzi cię (a z czasem doprowadzi), do odkrycia tego, że „ja” (które może powiedzieć „chcę”) nie istnieje, to co wtedy?
      A i tak wszelkie „korzyści”, które możesz osiągnąć (bo one owszem, istnieją), są tylko efektem ubocznym właściwego skutku medytacji. Którego nie osiągniesz, jeżeli będziesz chciał coś osiągnąć 🙂

      1. No to grubo poleciałeś. Swoją drogą, co myślisz o tym co mówi Jim Carrey na YouTub-ach (czysty, piękny nondualism jak dla mnie)?

        1. Nie wiem, nie słuchałem Jima Carreya. Nie bardzo mam ochotę tracić czasu na słuchanie wypowiedzi ludzi, którzy może i mają coś prawdziwego do powiedzenia, ale nie ma co do tego żadnej gwarancji ani pewności, skoro mozna na tym samym Youtubie posłuchać wypowiedzi prawdziwych, wysokiej klasy nauczycieli? Chociażby naszych polskich, np. Andrzeja Piotrowskiego czy Aleksandrę Porter… Jeżeli już mam kogoś słuchać, to niech to będzie wiedza z pierwszej ręki… 🙂

      2. Robisz, bo to robisz. Acha. To tak jak George Bush.
        Serio, to są właśnie takie pierdololo, nie trzymające się kupy. nauka zachodnia, a nie wschodnie nienaukowe usiłowania interpretacji rzeczywistości daje nam wiedzę o ludzkim działaniu. Wszystko, nawet depresja, jest po coś. Wszystko ma jakiś cel. Człowiek jako naczelny nie robi niczego po nic. Nawet to, że sobie wmawiasz, że medytujesz bez celu, jest po coś – co widać na przykładzie twego wpisu. Oczywiście, medytacja powoduje pozytywne zmiany w mózgu – potwierdzą to badania. Tyle, że to nie jest domena buddyzmu – w wielu kulturach odkryto prędzej czy później podobne praktyki. I medytuje się właśnie dla ich osiągnięcia – te mechanizmy nie muszą mieć nic wspólnego z bzdurami religijnymi w stylu zen etc.

        Dla wszystkich zachwycających się mistyką i religiami/filozofiami wschodu – poczytajcie historię, jak żyły kasty znające te techniki, chociażby w Tybecie, jak żył lud, jak usprawiedliwiano wyzysk całymi systemami klaskania jedną ręką czy tam tao srao.

        A że buddyzm wcale nie jest lepszy od innych, pokazuje buddyjska przemoc w Myanmarze, czy afery pedofilskie w Tajlandii i Korei. Opium dla mas, będące kulą u nogi człowieczeństwa od tysięcy lat.

        1. Ok, bartolo, jeśli wszystko ma jakiś cel, to jak wytłumaczysz istnienie i historię życia ludzi takich, jak np Mengele, czy Reinefarth? Chodzi mi o ludzi, którzy popełnili masę potworności, a potem w spokoju i dobrobycie dożyli późnego wieku. Dla mnie nie zadziała tu nic, poza prawem karmy, i to nie „instant karmy”, jak śpiewał Lennon, tylko karmy na wiele przyszłych wcieleń.

          1. Ech, wszystko ma swój cel w życiu. Pełni funkcję, o to chodziło. Emocje są po coś, np. deprocjonujesz siebie i się wstydzisz, bo łatwiej wtedy ci wytłumaczać twoje lenistwo i brak sukcesów. Tego typu historie miałem na myśli, że altruizm jest mechanizmem gratyfikacyjnym, depresja mówi o czymś jak i ból zranienia informuje o uskodzeniu. Żadnej metafizyki, że Mengele był po coś. Robili to, bo ich to napędzało, parafilia jakaś, sadyzm nekrofilny, czy coś.

            Lenon to śpiewał, żeby mieć na ultraczysty śnieg, i rasowanego Rolls Royca w psychodelliczne malunki.

          2. Wiem że ci trudno przyjąć, że oprócz mistycznych pierdół może mieć ktoś na myśli psychologię ewolucyjną. Która dewastuje te mistyczne pierdoloty. Zamknij się w jakimś klasztorze jak cie stać, i oglądjcie w nieskończoność marvelowski „Iron Fist”.

            W nowym roku życzę, aby nikt nie został wciągnięty do żadnej sekty.

          3. Wiesz, akurat tak się składa, że jestem psychologiem, i na podstawie książki Bussa robiłem kiedyś prezentację na proseminarium, więc mniej więcej jeszcze pamiętam, co tam było. I mam do tego tak samo równy dystans, jak do buddyzmu.

          4. Akurat psychologia ewolucyjna, czy ściślej socjobiologia, „walczy” przede wszystkim z antynaukowym, skrajnym skrzydłem
            lewicy feministycznej, która głosi „dobrą nowinę” konstruktywizmu społecznego , w którym osoba, tożsamość płciowa jest
            głównie konstruktem kulturowym z niewielkim udziałem drugorzędnych cech płciowych. Pewien Norweg nakręcił dokument, w którym skonfrontował tezy „naukowców” z wydzialu gender studies w Oslo z badaniami czołowych socjobiologów z USA i Wielkiej Brytanii, którzy te tezy rozbili w pył, przeciwstawiając im badania, a nie ideologiczne dogmaty. Taki stary, niemodny, oświeceniowy sposób analizowania rzeczywistości. Film okazał się tak kompromitujący
            dla wspomnianej uczelni, że miasto Oslo postanowiło ją zlikwidować, cofając finansowanie. Tak padła jedna ze zdobyczy marszu przez instytucje Gramsciego. I dzieje się to w bardzo prosocjalnej i lewicowej Norwegii. Najważniejsza scena tego filmu to końcówka, w której autor wraca po socjobiologicznym „tourne” w USA i m. in. Oxfordzie i prezentuje feministce z rzeczonego wydziału gender krytyczne ( przez delikatność tak to określę) komentarze do jej prawd objawionych, ignorujących genetykę ewolucyjną, jej wpływ na układ hormonalny itp. Prezentuje jej m.in. wyniki badań zachowania noworodków w zależności od poziomu wydzielania hormonów i wiele innych tzw. twardych badań. Pani znów próbuje tzw. artykulacji ala Szydło i mantruje swoje, ale z każdym kolejnym kontrargumentem opartym na badaniach kapituje , czując słabość swoich tez. W końcu , jako ostatnią linię obrony wybiera zwrot w stronę teologii lewicowej i z przynależnym jej patosem stwierdza, że nawet jeśli się mylimy, to nasze tezy zbudują lepszy świat. To także a propos sekt.

            Z mistyką akurat psychologia ewolucyjna nie walczy, bo to margines wielkich narracji religijnych i chyba jedyny niedogmatyczny i nie tylko deklaratywnie antyprzemocowy nurt każdej z nich. „Walczy” przede wszystkim z wszelkimi
            ideologicznymi, antynaukowymi kreacjonizmami monoteizmów i lewicy. To nurty tylko pozornie sobie wrogie, rzekłbym, że taktycznie;)
            Są bardzo podobne w maskowaniu swoich totalitarnych potencjałów i ciągot uwodzicielską obietnicą raju dla klas niższych.
            Oczywiście raj , a dokładniej droga do tego raju „przez instytucje” musi być przez nie zarządzana. Równie podobne są w dogmatycznym obciążaniu swoich żywicieli jakąś pierwotną , mroczną grzesznością , przez nie odkrytą i zarządzaną. Tu lacanowski ostateczny, nieubłagany Tanatos jakby przypomina podstawę biznesu z pustyni, czyli grzech pierworodny.

            Ich prawdziwym, wspólnym ,strategicznym i najgroźniejszym wrogiem jest nowe oświecenie, którego posłańcem jest
            we wspomnianym filmie jego autor. Nie będzie już miało twarzy Balcerowiczów, Korwinów, wilków z Wall Street, a nawet Hayeków;) i nie da się go biczować neolibem. . Czkawkę kulturową Trumpów, kaczyńskich i Orbanów traktuje, jako bolesną, ale tylko higieniczną reakcję klasy pracującej miast i wsi na nieznośną i durną poprawność polityczną lewicy i jej moralne bankructwo i śmieszność, kiedy postawiona wobec konfliktu swoich dwóch głównych fetyszy – klasowego ( kobiety) i kulturalistycznego ( radykalny i nieuchwytny umiarkowany islam) wybiera adorację tego drugiego w wyniku chyba jakiejś deprywacji sensorycznej i migotania spojówki wobec tak nagłego potencjału narcystycznej rozkoszy.

            Dla mistyki być może znajdzie się jakieś miejsce na tej łące – tak postuluje np. Sam Harris, wywołując tym konsternację swoich kumpli – Denneta i Dawkinsa. Natomiast dla dziś nam panujących panów w sukienkach i surowych wikingów w leninówkach, także rubasznych Źiżków itp. będzie to raczej miły, spokojny pensjonat na uboczu z obszerną biblioteką wypełnioną wszystkim od Szkoły Frankfurckiej w górę 😉

            Pozostańmy więc pełni fulness uważności, żeby nie przegabić powrotu oświeceniowego mesjasza. To już się dzieje, tylko
            chwilowo nie wyziera spod regresywnej czkawki populizmów.

            Z pozdrowieniem wobec rozsądnych utopistów i serdecznością wobec buddyjskich pustkofilów. Razem pociągniemy ten wózek iluzji;)

        2. Wszystkie twoje wypowiedzi to jest kompletne pomieszanie z poplątaniem. Nawet trudno z tym polemizować w jakikolwiek logiczny sposób, bo to co napisałes nijak sie logiki nie trzyma.
          Napisze tylko jedno. Zen – i praktyka buddyjska w ogólności – polega głównie na ciągłym stawianiu sobie pytań i poddawaniu w wątpliwość wszystkiego. Człowiek praktykujący zen stara sie ciagle od nowa patrzeć na rzeczywistośc z punktu widzenia „nie wiem”, kwestionowac wszystko, co uważa za pewnik. A może to wcale nie jest tak, jak mi sie wydaje?
          Ty najwyraźniej natomiast jesteś człowiekiem o bardzo sztywnych i ustalonych pogladach. Ty już wszystko WIESZ i absolutnie nie zamierzasz swoich pogladów zmieniać ani czegokolwiek nowego sie uczyć. Postepujesz zatem w sposób całkowicie nienaukowy ;), bo istotą nauki też jest ciągłe zadawanie sobie pytań i uswiadamianie sobie tego, czego nie wiemy. Kiedy dochodzimy do wniosku, że wiemy już wszystko, wtedy kończy się nauka.
          Tak więc również z punktu widzenia naukowego dyskusja z tobą nie jest możliwa.

          A twoje dziwaczne argumenty o warunkach życia w Tybecie czy przemocy w Myanmarze itp. w ogóle nijak się mają do tematu. Mówie tu cały czas o nauce Buddy i pełnym, prawdziwym praktykowaniu jego ścieżki, a nie o powierzchownym wypełnianiu kilku rytuałów i nazywaniu siebie „buddystą”. Pod tym wzgledem rzeczywiście buddyzm nie różni się od żadnej innej religii i nigdy nie twierdziłem inaczej.
          Ale taki „buddyzm” zupełnie mnie nie interesuje i nie o nim tu piszę.

          1. Jak się mają nijak do tematu? Czyli Stalin po prostu nie praktował pełnie i prawdziwie ścieżki komunizmu, jak i hitlerowcy nie wierzyli wystarczająco w Wotana i fuhrera.

            Tak, intersuje Cię tylko twój wyimaginowany buddyzm. Którego nie ma i nie było. Buddyzm został stworzony jak każda inna religia dla kontroli. Efekty medytacji można osiągnąć zupełnie bez niego.

  9. Może warto popatrzeć na sprawę od strony podstaw 🙂
    Praktyka mindfulness, czyli medytacji uważności, została przez jej twórców zaczerpnięta wprost z buddyzmu zen. Tyle tylko, że została wyjęta z całego kontekstu praktyki buddyjskiej i próbuje się ją propagować i nauczać jako „neutralną”, utylitarną technikę, która może być zastosowana w każdym celu, także nieetycznym.
    Tymczasem medytacja jest tylko JEDNYM Z ELEMENTÓW praktyki buddyjskiej. Na całość Szlachetnej Ośmiorakiej Ścieżki składają się: właściwy pogląd, właściwe myślenie, właściwa mowa, właściwe działanie, właściwe zarobkowanie (!!!), właściwe dążenie (intencje) i wreszcie – właściwe skupienie i właściwa medytacja.
    Poza ostatnimi dwoma, które zostały „wyjęte” ze ścieżki buddyjskiej i „sprzedane” jako mindfulness, wszystkie pozostałe elementy są elementami o charakterze stricte etycznym, a w kontekście pracowniczym szczególnie należy tu zwrócić uwagę na właściwe zarobkowanie, które oznacza taki sposób zarobkowania, który nie krzywdzi innych. Jak widać, od samego początku swojego nauczania 2,5 tysiąca lat temu Budda zwracał uwagę na problem wyzysku 🙂 (i nie tylko – „niewłaściwym” zarobkowaniem z punktu widzenia buddyjskiego jest np. zarabianie na handlu bronią, środkami odurzającymi, wszelkich rzeczach związanych z wojskowością, zabijaniu zwierząt, oszustwach itp.)
    Szlachetna Ośmioraka Ścieżka musi być praktykowana jako całość, inaczej nie ma sensu. „Wyjęcie” z niej tylko dwu elementów i praktykowanie ich bez uwzględnienia, a wręcz w opozycji do pozostałych elementów ścieżki jest absurdem. Ponadto, jak wskazują badania psychologiczne, medytacja praktykowana bez świadomości celu, dla którego się ją praktykuje (czyli właśnie tych pozostałych elementów ścieżki) może spowodować szkodliwe skutki dla praktykujących. Efektem medytacji uważności są różnego rodzaju doświadczenia tzw. wglądu, które powodują dosłownie rewolucyjne zmiany w postrzeganiu świata przez osobę praktykującą. Przy braku odpowiedniego przygotowania, wynikającego z kultywowania pozostałych elementów ścieżki, te zmiany mogą okazać się głębokim szokiem i traumą (temat mogę rozwinąć na życzenie jeżeli ktoś jest zainteresowany). Żaden poważny nauczyciel w związku z tym nie może – i nie robi tego – propagować nauczani medytacji w ten sposób, a wręcz przeciwnie, proceder taki jest przez nauczycieli buddyjskich krytykowany, nierzadko w ostrych słowach.
    Jako osoba praktykująca zen od blisko 30 lat głęboko boleję nad tym, że elementy praktyki buddyjskiej są w nieetyczny sposób wykorzystywane dla celów komercyjnych i wszędzie tam, gdzie mogę, staram się propagować właściwe (czyli zgodne z całością Ośmiorakiej Ścieżki) podejście do medytacji.

          1. W tym wypadku, jak widać, twoją całkowita niewiedzą, niekompetencją i brakiem pojęcia, o czym piszesz 🙂

          2. To ty nie masz pojęcia o czym piszesz. Nie znasz kontekstu historycznego Azji, kształtowania się poszczególnych kultur i koniecznych do tego budowania systemów religijnych, usprawiedliwających akie a nie inne działania zbrojne. Wierzysz w jakieś praktyki i tradycję, a to jest rozmowa zupełnie innego rodzaju. W dodatku obrażasz, jak to fanatycy religijni zawsze mają w zwyczaju. Nabijacie ludzi w bambuko, często robiąc im krzywdę – ludzie miast fo lekarzy psychiatrów, trafiają na lata do takich oszołomów.

      1. Boję się, że troll wystepujący pod nickiem „bartooolooo” znowu zacznie wypisywac jakieś swoje przemądrzałości w odpowiedzi na moje wypowiedzi, a naprawdę szkoda mi na niego strzepić języka, no ale zaryzykuję… Napisze jak najkrócej bo temat jest dośc złożony.
        Wglądy uzyskiwane przez praktyke medytacyjną moga np. uswiadomic ci, że wszystko, co dotychczas traktowałes jako wyznacznik swojej wartości jako osoby czy na czym opierałeś swoją postawe życiową, są nic nie wartym złudzeniem. Może cie to zostawić w pustce, z którą nie będziesz sobie umiał psychicznie poradzić. Co więcej, ostatecznie praktyka medytacyjna prowadzi do tzw. „śmierci ego”, tzn. do zobaczenia, że to, co uważasz za „ja”, coś odrebnego od innych, niepowtarzalnego, konstytuującego ciebie jako osobę – w istocie nie istnieje, też jest złudzeniem. To może być już bardzo głębokim szokiem, prowadzącym do paskudnego stanu określanego jako tzw. ciemna noc duszy (przypuszczam, że cos takiego przezył Edward Stachura, u którego wglady pojawiły się samoistnie, bez praktykowania medytacji – bo mogą sie tak pojawić u róznych osób pod wpływem róznych bodźców – i kompletnie nie wiedział, co z tym zrobić, co ostatecznie doprowadziło go do samobójstwa).
        Pozostałe elementy ośmiorakiej ścieżki przygotowują cie do tego, uswiadamiają ci, że możesz sie tego spodziewać, że dokładnie tak ma być, i że ostateczne oparcie na drodze medytacyjnej znajdujesz w… pustce, w „niczym”.
        Sa też inne niebezpieczeństwa, związane z tym, że w wyniku praktyki medytacyjnej może ci się zrobić błogo, dobrze, spokojnie itp. i mozesz dac sie temu „uśpić”. Mniej więcej o takiej sytuacji jest mowa w artykule, o którym dyskutujemy. Człowiek, który doświadczy czegos takiego, może właśnie uznać, że to jest właściwy cel medytacji, i praktykowac dla osiągania tych stanów, przez co odcina sie od świata, zamiast rozwijać współczucie dla niego. Mozna też popaść w „złudzenie mocy” – uzyskać w wyniku medytacji jakieś szczególne zdolności i poaśc w samouwielbienie z tego powodu, zacząć się tym chełpić. Mozliwości zejścia z właściwej drogi i zagubienia się jest wiele, dlatego bardzo istotne są te pozostałe elementy osmiorakiej ścieżki, które są naszym „kompasem” na drodze medytacji.

        1. Jak tylko ktoś napisze coś niezgodnego z twą światłością wenętrzną o wielki guru, to nazwiesz go mocą swej haśvary trollem.

          Ja rozumiem, że to jest dla was kasa, ale mowa tu jest w kwestii zaprzęgania przez byznes waszych praktyk do niewolenia i manipulacji pracownikami. Do odbierania im dalszych praw i sprawstwa.

          Edward Stachura miał ciężką depresję, co najmniej. To nie kwestia medyczna, a nie duchowa. Jeszcze dr Zięba może zawita na te łamy. 🙂

  10. Totalnie zniesmaczony jestem tym artykulem. Mindfullnes to jest higiena i świadomość swoich emocji. Techniki które poprawiają jakość życia, a w szczególności tą osobista bardzo prywatną sferę. To że zachodnie koncerny
    szukają różnych sposobów na podniesienie „jakości pracy” czy „komfortu”, nie jest chyba niczym karygodnie złym. A za to że dochodzi do masowych zwolnień chyba nie jest odpowiedzialny moment skupienia się na oddechu . Cały wydźwięk artykułu brzmi jak ” nie będę jadła zdrowego jedzenia bo zrobiła się z tego moda i komercja” . Dobry przykład tego ” jak ideologia robi wodę z mózgu” i nie pozwala na konkretne rozpracowanie tematu. Do tego jeszcze ten tytuł, tak , narzekajmy na spłycanie dialogu społecznego i dajmy tytuł rodem z SE. bravo!

  11. Ooooo, bardzo podoba mi się to podejście. Racjonalność i wiedza na temat podstawowych potrzeb człowieka – przede wszystkim nieprzemęczanie absurdalnie długimi godzinami pracy, a nie 5 minut medytacji w miejscu pracy. Płaca pozwalająca żyć i świadomość pożyteczności zajęcia wykonywanej za środki do życia, a nie dyrdymały o o zen i pustce.

    Sprawa jest dużo szersza, skoro te „mądrości wschodu” się pojawiają. Właściwie cały ten pakiet – joga, kung fu, karate, tai chi, zen – to twory sztuczne, kalekie, nie mające zbyt wiele wspólnego z oryginałem.

    Kiedy towarzystwa teozoficzne w XIX wieku dostały hopla na punkcie tantryzmu, jogi i ajurwedy, właściwie ich już nie było w Indiach. Wyrugowane biedą, kolonializmem i postępem, pozostały właściwie w miejscach znanych biedocie – gdzie biali się nie zapuszczali – i w wachlarzu oferty różnych cwaniaków, widzących w głodnych niesamowitości oczach białych najeźdźców obietnicę zysku. Kiedy w latach 60 ruszyła ponowna fala mody na „perły starozytnej kultury”, Hindusi na gwałt uczyli się tych pereł ze świata Zachodu – bo już nie znali ani jogi, ani ajurwedy. Docięta do hippiesowskich imaginacji, wzbogacona o psychodelicznośc SLD, wybuchająca w kolejne dziwaczne sekty z absurdalnymi guru i zakochanych w nich Beatlesach – nie była zdolna po nieduacznej Epoce Wodnika zaistnieć na zachodzie.

    Po rewolucji Mao nie ostało się praktycznie żadne gong fa. Szczątki przetrwały do lat 80 tych, ludowych styli, najprostszych. Jedynymi ośrodkami w jakich kwitły „starożytne style kung fu”, były Macao i Hong Kong. Były to jednakże odnogi i wersje rozwojowe styli powstałych w końcu XIX wieku, zmuszone poprzez zasady rynkowe do pączkowania i rozwoju w najbardziej absurdalne, udziwnione nazwy i formy. Ani ze sztuką bojową wu shu, ani z pierwocinami kulturowymi sztuki nie miały one już wiele wspólnego. Degeneracja chińskich form bojowych nastąpiła już w 16 wieku, kiedy to Chiny zamykające się na świat przestały w niezliczonych utarczkach sprawdzać swe metody walki, szkolenia i uzbrojenia. Bezrobotni żołnierze musieli szukać pracy, a nie było jej zbyt wiele – zaczęli więc udziwniać swe umiejętności bojowe pozycjami zwierząt, legendami o tajemnych mocach, pohukiwaniem i absurdalnym uzbrojeniem. To stąd pochodzi cały ten idiotyczny sztafaż kung fu. Dodatkowo, po wybuchu popularności na azjatyckie martial arts w USA (będące pewnego rodzaju przeprosinami za dwoma atomówkami spuszconymi na Dżapsów), kiedy to nawet Elvis Pelvis Presley miał czarny pas, a powracający z Korei próżniacy okazywali się mistrzami w tajnych Kum Buc Sang Doo i zakładali w San Francisco szkoły, na czym wypłynął epigon chińszczyzny i tani coach – Bruce Lee – aby zostac mistrzem wystarczało wpłacić wpisowe, zaliczyć kurs (często korespondencyjnie) i zostawałosię mistrzem stylu, z prawem do tworzenia swojego. To są po prostu wszystko ściemy, wytwór kapitalistycznego rynku, a zapasy i boks nie wygrywają w starciach realnych dlatego, że są lepsze – tylko dlatego, że bazuje ich system treningowy na realnych przesłankach, na nauce.

    Nie wiem czy mieliście do czynienia z ludźmi zajmującymi się buddyzmem, tradycyjnie usiłującą się przedstawiac yogą, taoizmem. Jedno co mnie nieodmiennie w nich uderzało, to budowanie samozadowolenia w odcięciu się od realiów. Cała ich mądrość, cała ta pustka sprowadzala się do tego, że uśmiechali się, byli mili, mówili o dobrze i byciu tu i teraz – ale regułą było nieangażowanie się w pomoc, procesy polityczne, lokalne potrzeby, żadnej walki w imię dobra, polepszania rzeczywistości, możliwości konfrontacji. Głębiej w koncepcje nirwan czy bycia ponad jakimiś nieistotnościami przyziemności wnikał nie będę, ale właściwie do tego się to sprowadzało – bądź ponad, to będziesz szczęśliwy. Gigantyczna ściema. Ćwiczenie sztuki walki której nie da się zastosować w realu, uprawianie medytacji która sprawi, że ze spokojem ducha przyjmiesz gwałt czy zwolnienie z pracy, nieprzejmowanie się problemami na około – zanieczyszczenia środowiska, neonazistów na ulicach czy wojny na Wschodzie – bo to szkodzi na karmę …. Właściwie całe to tałatajstwo ma coś z sekciarstwa.

    Całe to wschodnie barachło to tak naprawdę wymysł zachodniej popkultury i biznesu. Prof Jigoro Kano pokazał, że podejście naukowe niweczy cały ten świat magii – trenowane wg wzorców zachodnich zapasów i pięściarstwa judo rozniosło w pył „starożytne” szkoły ju – jutsu. Stoicy są niewiele młodsi od buddyzmu, a dużo konkretniej pokazują, co jest istotne w spokoju. Jesteśmy Europejczykami, mieliśmy Oświecenie, mamy humanizm i NAUKĘ. Nauka mówi, że negatywne emocje są równie ważne co pozytywne, złość i nienawiść są składowymi naszego JA. Badania dowiodły, że osoby pesymistyczne mają często rację, a depresja jest umiejętnością nieoszukiwania się, widzenia realiów jakie są. Nie musimy siedzieć uśmiechnięci jak debile w pozycji lotosu w oparach kadzideł, aby być spełnieni.

    Praca zaś służy zarabianiu na życie, a nie wytrzymywaniu w niej za pomocą wschodnich technik relaksu. Praca ma być godnie płacona, i w zdrowych warunkach.

    Ps. Ludzie biali, ludzie zachodu, mieszkają po 40 lat w Azji, i nadal są dalecy od jej zrozumienia. Nie łudźcie się, że popłuczyny po tamtejszych nurtach kulturowych przeszczepionych tutaj coś wam wartościowego dadzą.

    1. W samo sedno – balsam dla mojej duszy, co rusz stykającej się z różnym mutacjami spirytualistycznego skretynienia, które od jakiegoś czasu panoszy się w Europie. Trzeba o tym pisać i mówić głośno, że są to rzeczy z gruntu po prostu głupie i złe.

    2. Heh, miałem 3 podejścia do ludzi zajmujących się buddyzmem, pierwsze w Polsce, dwa kolejne w Anglii. Za każdym razem rozczarowanie.
      Za to kiedy pojechałem do Tajlandii i zobaczyłe tamtejszą ludową theravadę w praktyce, poczułem coś jakby deja vu. Jakbym przeniósł się z powrotem do lat 80` w moim miasteczku na Podlasiu, w Boże Ciało albo w odpust:)

      1. Skoro jesteśmy przy Azji Południowo-Wschodniej, to warto zauważyć, że w naszym kręgu kulturowym ichniejsze modele spotkały się z wielką akceptacją, i propozycja Muay Thai, buddyzmu ich odmiany, czy afirmowanie „tajskiej swobody seksualnej” są obecne i w Polsce jako wielkie pozytywy. Co jest strasznym po prostu. W takiej Tajlandii, za wypowiedzenie słów krytyki pod adresem króla można trafić na dożywocie do więzienia. Biedne dzieciaki mają dwie opcje – prostytuować się, lub zostać zawodnikiem Muay Thai. I w ciągu kilku pierwszych lat kariery, w wieku 13 – 15 lat staczają więcej walk na ringu niż zawodowy europejski bokser w całym życiu. Na full. Dostają grosze za walki, tyle, że rodzina przez chwilę miała co jeść, sprzedając swoje dziecko do takiego gymu. Sławiona otwartość seksualna Tajów oraz tolerancja dla trans owocuje w praktyce tym, że chłopcy są sprzedawani przez rodziny na prostytutki (tu tez będzie obowiązywało nazewnictwo „sex-worker”?), i zmienia się im płeć, bo tak są bardziej dochodowi. Tajlandia handluje narkotykami na masową skalę, Muay Thai jest opanowany przez gangi i mafie, a w Polsce hołubi się takie absurdalne dziwadła jak „Muay Thai Przeciwko Narkotykom”, pod patronatem jakiegoś sadystycznego generała rodem z kacykowego wizerunku takowego z dawnych filmów o Bondzie. W innych krajach regionu, jest jeszcze gorzej, tam dzieci walczą bez kategorii wagowych w Muay Lao czy Muay Birma, bez ochraniaczy, czasem do śmierci. Turystyka narkotykowa i pedofilsko/efebofilska kwitnie, o czym co i rusz zawiadamiał nas specjalista od wizerunku Tymochowicz.

        Duma i poczucie przynależności z bycia Europejką i Europejczykiem w tej sytuacji nie jest niczym złym. My mamy psychologię i neurobiologię, ćwiczenia rozciągające i różnorodne techniki relaksacyjne, mamy Savate i pięściarstwo, zapasy, dawne sztuki walki bronią białą, czy metody Jacobsona. Serio potrzebujemy tego odpustu? Bo to jest dokładnie jak napisałeś – odpust.

    3. A ty miałeś coś wspólnego z prawdziwymi nauczycielami buddyjskimi i prawdziwym nauczaniem buddyzmu np. w Polsce? Czy tylko z ludźmi, którzy coś tam gadali, że „zajmują się buddyzmem”, a sami nauczyciela pewnie nawet nigdy na oczy nie widzieli?
      Jako osoba praktykująca zen od prawie 30 lat widzę niestety ten problem „buddystów”, którzy nie mają zielonego pojęcia o istocie praktyki buddyjskiej. Jeżeli ktoś chce „być ponad, żeby być szczęśliwym” i buduje samozadowolenie w odcięciu od realiów to taka osoba, jeśli pójdzie na rozmowę do rzetelnego nauczyciela, to z miejsca solidnie dostanie po głowie (inna sprawa, że bardzo często w ogóle nie zrozumie dlaczego, i za co). W mojej szkole bardzo wyraźnie się mówi (a i tak masa ludzi wciąż tego nie pojmuje), ze praktyka zen to jest przyjmowanie rzeczywistości takiej, jaką jest, bycie w tej rzeczywistości i w niej pomaganie ludziom. Zen to jest tylko „jak mogę ci pomóc”. Ale ważne jest też, że pomaganie to nie jest naiwne rozczulanie się nad każdym biednym pieskiem czy chorym dzieckiem i biegnięcie z pieniążkiem do wystawionej ręki. Pomagać trzeba mądrze – bardzo dobrze o tym mówi np. Janina Ochojska w wywiadzie Grzegorza Sroczyńskiego w książce „Świat się chwieje”. Że czasem chcąc pomóc, trzeba zachować się pozornie okrutnie i np. wyrzucić z samochodu na ulice matkę z dzieckiem błagającą o to, żeby ją wywieźć z bombardowanego miasta. Dlatego bardzo ważna jest świadomość, co, po co i dlaczego się robi, a dla zbudowania tej świadomości praktyka medytacyjna jest bardzo potrzebna, powiedziałbym że (poza nielicznymi ludźmi, którzy taką świadomość mają „sami z siebie”) wręcz nieodzowna.
      Właściwe uprawianie medytacji sprawi owszem, że ze spokojem przyjmiesz np. zwolnienie z pracy, ale to bynajmniej nie znaczy, że nie przejmujesz się tym, że twoje i innych prawa są łamane, że po ulicach grasują naziści itp. – wręcz przejmiesz się tym jeszcze bardziej, bo rozwijając współczucie (a TEMU PRZEDE WSZYSTKIM służy medytacja – nie budowaniu egoistycznego samozadowolenia w świecie swoich iluzji!) po prostu nie możesz się nie przejmować. Przejmujesz się, ale zamiast histeryzować, reagować emocjonalnie, miotać się i rwać sobie włosy z głowy, podchodzisz do tego z głębokim spokojem. Spokojem, który absolutnie nie wyklucza słusznego gniewu, a za to umożliwia ci skuteczniejsze działanie.
      To jest prawdziwy buddyzm, to jest prawdziwa medytacja. Jeżeli medytacja prowadzi do czegokolwiek innego, to jest to udawanie, podróba. Taka osoba potrzebuje przede wszystkim rzetelnego nauczyciela. I dużo pokory, żeby zobaczyć, że tak naprawdę jest na samym początku ścieżki i niewiele z niej rozumie.

    4. A ja oglądałem ostatnio film „Wielka cisza” o francuskim zakonie kontemplacyjnym. W średniowieczu na Bałkanach istniał także bardzo ciekawy ruch hezychastów, mogę się mylić, ale on nadal funkcjonuje w obrębie kościołów wschodnich. Podsumowując: cudze chwalimy, swojego nie znamy…

    5. Jest masa sztuk walki które są bardzo efektywne w walce, niektóre dające spektakularne rezultaty w krótkim czasie jak np karate, inne które trzeba bardzo długo praktykować żeby skutecznie walczyć. Co nie jest takie ważne, bo nie do tego, albo przynajmniej nie tylko do tego służą, tylko do rozwoju psycho-fizycznego, potencjalnie moralnego, ale przy ogromnej popularyzacji i komercjalizacji sztuk walki ten element jest zwykle pomijany.
      Medytacja(powiedzmy że mindfulness) poprawia zdrowie psychofizyczne, zdolności uczenia się, radzenia sobie ze stresem i koncentracji. Jest wartościowa samo w sobie i nie wiem jaki masz z tym problem. Korporacje używają miliony technik propagandy i psychologii behawiorystycznej, żeby bardziej wyzyskać, ogłupić i zdominować ludzi i pierwszy raz w historii coś wartościowego zaproponowali coś pracownikom i nie wiem o co jest wielka spina. Zrobili to, żeby zarobić więcej pieniędzy, co nie znaczy że jest w tym coś złego, aczkolwiek sceptycyzm wobec tego co robią jest dla mnie zupełnie zrozumiały i uzasadniony. Stoicy nie piszą już książek, nie nauczają ani nie żyją.
      Nie będą komentować większości Twojego posta, bo są to w większości bardzo daleko idące uogólnienia, jeśli nie przekłamania (żeby nie powiedzieć bełkot) pokazujące Twój brak wiedzy i zachodni suprematyzm kulturowy.

      1. W jakiej walce. Wg zasad jakieś odnogi karate tak – czyli np w zawodach wg regół knockdown, w których spektakularne zwycięstwa mogą osiągną trenujący pod tym kontem kyokushinkowcy czy oyamawcy; rzadziej ktoś z goy ryju, albo daido juku. Ale już z bokserem, brazyl JJ, czy zapaśnikiem kiepka sprawa. W MMA mająmało co szukać. Karate w najelpeszym razie uczy braku chronienia głowy, i pakowania prostych ciosów pchających w tyłów, na ulicy nie kopie się na głowę mając biodrówki. Sztuki walki uczą przede wszystkim, że jest pełno baranów, którzy kupią te bzdety o rozwoju moralnym. To jest zupełna nieprawda, w tzw sztukach walki oszukuje się ludzi, opowiada im bzdury o tajemnych technikach uczy idiotyzmów. To sporty walki uczą realnego szacunku do wysiłku, pracy, robienia krzywdy sobie i innym, respektowaniu reguł, walki ze strachem, odpowiedzialności i nieustępliwości. Nie wydumanych przy kopnięciach w powietrze, ale w realnej konfrontacji na ringu czy w oktagonie.
        A te sztuki walki o których mówisz, nigdy nie służyły do żadnych rozwojów duchowych. Samuraj używał tao, zen czy religii animistycznych do sprawniejszego zabijania i służenia panu. Ostrza mieczy sprawdzano podczas okupacji Chin na więźniach, tak jak i skuteczność ciosów karate – do. Cała reszta, choćby zabijanie otumanionych przez Oyame byków, czy chyba 6 odmian wing tsun na świecie, niektórych prowadzonych przez ludzie nawet nie mających styczności z oryginalnym nurtem … To są kpiny, i o żadnym rozwoju mentalno etycznym nie ma mowy. Zysk, kasa, zero skuteczności i sekciarstwo. Z Azji oczywiście działa wiele rzeczy – Praday Serey, Lethwei, Bokator,etc., ale nie znajdziesz tam etyczności, tylko rywlizację sportową i kasę. Medytacja daje dużo, ale jako metoda, a nie sposób na stress w pracy czy wyjazd grupowy. Pierwszą rzeczą jak zadziała, winno być odejście z korporacji.

        Stoicy napisali książki, i wciąż żyją. Proponują im techniki z zupełnie innego universum, przeznaczone do czego innego, a ty pytasz o co spina. Niech mu dadzą 8 godzinny dzień pracy, dobrą wypłatę i jej pewność, a nie mindfullness. Jezu, przecież nie robią tego, aby mu było dobrze, tylko sprawiają pozory, co mu ułatwi być sprawniejszym niewolnikiem.

        Przestańcie sprzedawczyki sztucznie wykreowanych towarów – bo tym są te „mądrości wschodu” – używając zarzutów o suprematyzm. Po prostu to co jest dla nas, bliżej będzie lepiej działać niż coś, do czego dostępu po prostu nie ma.

    6. Bardzo fajny wpis. Osobiście zawsze wiedziałem, że Bruce Lee to ściemniacz i jego walki są ustawiane przez HollyJew. W prawdziwym życiu Czak Norris rozwaliłby go jak Cortez Azteków, nawet bez wyciągania uzi spod pachy.

  12. Jak pracownik nie będzie uważny w pracy, to mu maszyna prędzej czy później łapę obetnie. Nie zważając na prawa pracownicze.

  13. Rozumiem co autor ma na myśli. Nie będę się wyzłośliwiał, że rozwój duchowy zastąpi pewne nihilistyczne ideologie i stąd ta niechęć do mindfulness 🙂 Tego zwyczajnie wiedzieć nie mogę.
    Wiem natomiast, że człowiek który stosuje min. te techniki i stara się nie zasypiać pośród kłębiących się myśli i emocji, mniej skory jest by ulegać pracodawcy. Wolę wyzwolenie od iluzji w której żyłem i wciąż w dużej mierze żyję, niż nawet dochód podstawowy. W pracy jesteś część dania, ze sobą całe życie.

    1. Wyzwolenie od iluzji jest ci potrzebne tak samo, jak dochód podstawowy 🙂
      Masz ciało i musisz je utrzymać przy życiu. Jeżeli twoje ciało umrze, kto będzie praktykował uważność? 😉
      Trzeba dbać tak o jedno, jak i o drugie 🙂

    2. Tylko po co wybierać?
      Fundamentem wschodnich filozofii jest empatia. Można uczyć mindfullness czy szerzyć dharmę i jest to szlachetne, ale mając empatię do wszystkich świadomych istot trzeba też rozjebać kapitalizm, który zagraża wszystkich gatunkom zamieszkującym tą planetę i jest przyczyną cierpienia i degradacji milionów ludzi.

      1. Bardzo empatyczna była kasta lamów w stosunku do biedy i zacofania ludu pod nimi. Konfucjanizm jaki był empatyczny. Teraz buddyści w Birmie są empatyczni, stosując ludobójstwo. Kierowani empatyzmem religii shinto i zen prowadzili eksperymenty biologiczne i obozy niezgorsze od swoich sojuszników z Niemiec.

        1. No dobra, chciałem być uprzejmy, ale jest Pan uprzedzony do granic skretynienia. Tak jakby powiedzieć: Hitler wymordował miliony, kierowany chrześcijańskimi przykazaniami miłości, dlatego chrześcijaństwo to ludobójcza filozofia. W przeważającej większości to klasa rządząca rękami żołnierzy mordowała i morduje ludzi., w utylitarny sposób wykolejając w danej kulturze filozofie, w taki sposób by legitymizowała ich działania. Ale dalsza rozmowa z Panem nie ma sensu.

          1. Nie jestem uprzedzony. Uprzedzenie nie bazuje na wiedzy, a już na pewno z niej nie wypływa. Większość tych wschodnich wspaniałości jest wymyślona, i nie ma nic wspólnego z oryginałem, czy to „sztuki walki” czy systemów religijno-filozoficznych/leczenia. Wiele z nich funkcjonuje w sposób sekciarski. A tu jeszcze się okazuje, że jakieś reiki, buddyzmy i Sun Tzu będą zaprzęgane do lepszej efektywności niewolnika. Praca, płaca – godna i wystarczająca. Najpierw. A medytacja i energie Ki jak się dowiedzie ich skuteczności, zaś nauczyciel będzie miał coś więcej niż papierek od magicznego sifu z nieznanej wioski w górach.

        2. Religia w tym buddyzm byl uzywany przez twor panstwowy, do panstwowych celow, tak bylo w Azji. Birma jest probleme skomplikowanym bo obecny szef(Arakan Rohingya Salvation Army),Ata Ullah, czyli przywodca muzulmnskich Rohingya , wiekszosc czasu spedzil w Mekkce w islamskiej szkole a pozniej przeszedl szkolenie w Pakistanie pod kierunkiem Talibow i kreca na tym lody fundamentalisci islamscy z Arabii Saudyjskiej, ktorzy go wspieraja o czym zachodnie mainsteramow media zapominaja wspomniac. Wiekszosc buddyjskich mnich w tym Dalai Lama czy Thich Nhat Nanh potepilo dzialania armii birmanskiej.A Japonii shinto w XIX w.zostalo oddzielone od buddyzmu, buddyzm jest religia swiatowa, uniwersalna a shinto religia rodzima, narodowa, doskonale nadajaca sie na potrzeby owczesnego nacjonalizmu japonskiego, kokka shinto czyli panstwoe shinto bylo kultem, ktory mial wyznawac kazdy Japonczyk buddyzm zostal zepchniety jako tradycja.