Felieton

„Ja? Lepiej poproście kolegę, on sobie poradzi”

olga-wrobel

Kiedy byłam dzieckiem, lubiłam publicznie śpiewać piosenki, recytować wierszyki i wypowiadać się na każdy temat. Jako nastolatka zamilkłam i tak mi już zostało.

Siedzę w biurze i gdybym obgryzała paznokcie, już dawno bym ich nie miała. Za godzinę powinnam powitać gości zgromadzonych na spotkaniu z Barbarą Frischmuth, austriacką autorką-instytucją. Przestudiowałam starannie Szkołę klasztorną, jej debiutancką powieść, która po prawie półwieczu została przetłumaczona na polski. Świeży egzemplarz najeżony jest karteczkami, znaczącymi istotne fragmenty tekstu. Przeczytałam też obie dostępne książki autorki wydane w Polsce w latach 80., wszystkie strony, streszczenia, podsumowania i wywiady, także po angielsku, znalazłam nawet online pracę magisterską, w której Frischmuth się pojawia (Joanna Ławnikowska-Koper, dziękuję, nieznana osobo).

Zrobiłam dziesięć stron notatek i wypisałam sobie wszelkie możliwe kierunki dyskusji. Uzupełniłam wiedzę na temat bieżących wydarzeń politycznych w Austrii, na wszelki wypadek. Odkryłam też, że autorka pasjonuje się ogrodnictwem, może porozmawiamy o permakulturach i łąkach kwietnych? NIC MNIE NIE ZASKOCZY. Czy czuję się dzielna, pewna siebie i zmotywowana?

Ależ skąd. Mam miękkie kolana, gorące policzki i zimne ręce. Kalkuluję w głowie: dwie i pół godziny, maksymalnie trzy, będzie po wszystkim. Wrócę do domu, zrobię sobie herbatę i smażone boczniaki w nagrodę, zero nerwów, już więcej nie będę brała takich zleceń, zapomnę o sprawie. Czemu w ogóle się na to zdecydowałam? Nie władam niemieckim, będę musiała polegać w stu procentach na tłumaczeniu. Okej, znam się na książkach, ale nie na Literaturze Austriackiej. Co będzie, jeżeli autorka nawiąże do jakiejś Znanej Austriackiej Powieści, o której nie mam pojęcia? Przecież nawet nie czytałam Bernharda, znam za to Christine Nöstlinger, może wystarczy? Czy nie wyląduję na mieliźnie? Czy publiczność będzie myślała cały czas „O rany, kto tu ściągnął tę mamroczącą kobiecinę, czemu spotkania nie prowadzi ktoś, kto się zna na temacie?”. AAAA. A mogłabym po pracy wrócić do domu jak normalny człowiek, zjeść pomidorową i porysować z dzieckiem. ALE NIE, muszę się wygłupiać po mieście, cała ja.

Skarżę się znajomym na fejsie na straszny los. Chcę zebrać trochę żebrolajków, ale robię też podkładkę pod katastrofę. Jeżeli po środowiskach książkowych zaraz rozniesie się wieść, że zupełnie położyłam spotkanie z austriacką legendą, będzie wiadomo, że spodziewałam się tego, zanim nawet wzięłam mikrofon do ręki. Koleżanka pisze: „Spoko, faceci na przykład nigdy nie mają problemu z pchaniem się na stanowiska, do których zajmowania nie mają kompetencji. Dasz radę”. Chytrze ignoruję zawartą w tym zdaniu sugestię braku kompetencji. Jeszcze raz zliczam lajki i ponuro jadę na spotkanie.

Dlaczego do debat należy zapraszać też kobiety

Jest godzina osiemnasta. Witam zgromadzonych gości, rozmawiam z Barbarą Frischmuth, tłumaczenie symultaniczne jest genialne, rozmowa wartka, pytania publiczności bardzo inteligentne. Wdrapuję się w mojej eleganckiej sukience na rower, jadę do domu pełna dumy i całkowicie z siebie zadowolona. Dałam radę. Chcę znów poprowadzić jakieś spotkanie. Było super, wspaniale móc rozmawiać z takimi postaciami jak Frischmuth i jeszcze dostawać za to pieniądze. Sprawdzę maila, może już wpłynęły nowe propozycje moderowania dyskusji literackich. Życie takie piękne, boczniaki jędrne i smakowite, dajcie mi więcej wszystkiego, teraz.

Kiedy kobiety czują się jak oszustki

Dzisiaj odświeżam wspomnienia, które podsuwa facebook. Przed rokiem odstawiałam analogiczną panikę w obliczu wywiadu z Colsonem Whiteheadem. Tamta rozmowa nie poszła mi dobrze. Pisarz był zmęczony, jeżeli pytanie mu nie pasowało, bez wahania mówił „O tym nic nie wiem” i czekał na kolejne, a ja, nieco zdezorientowana, zadawałam je drżącym głosem, gorączkowo wertując notatki. Jego odpowiedzi nie różniły się zbytnio od tych, na które natrafiłam w zagranicznych rozmowach przejrzanych przed spotkaniem. A na inne od tamtych pytania nie odpowiadał, nie wyciągnęłam więc z niego nic nowego. Zamknięte koło. Miałam nawet myśl, żeby skasować materiał z dyktafonu, iść do domu i udawać, że z nikim nie rozmawiałam o żadnej powieści dotyczącej niewolnictwa w Stanach, nikomu nie obiecywałam wywiadu, być może moja zła siostra bliźniaczka, ale z pewnością nie ja.

Kraj wolności – czarna opowieść

A potem przyszło otrzeźwienie: hola hola. Przeczytałam książkę? Owszem, dwa razy, dla pewności także po angielsku. Zrobiłam research? Tak. Przygotowałam pytania, w tym kilka wychodzących poza sztancę? Spotkałam się z autorem? Jak najbardziej. Chcę więc zainkasować wynagrodzenie. To nie moja wina, że nie miał nic ciekawego do powiedzenia i średnio się starał. Zacisnęłam zęby, spisałam wywiad, został opublikowany. Nikt nie uznał, że to żałosny wyskrobek z dna urządzenia rejestrującego, ba, pojawiły się nawet komentarze, że ciekawa rozmowa, gratulacje.

Colson Whitehead: Miałem pomysł oraz określone zamierzenia artystyczne. Nie myślałem za bardzo o odbiorcach

Dużo mówi się i pisze o tym, że kobiety mają patologicznie niską samoocenę. Bardzo nie lubię generalizować i dzielić świata na dwa obozy różniące się genitaliami, ale nie umiem zaprzeczyć faktowi, że dziewczynki socjalizowane są inaczej niż chłopcy. Kiedy trafiamy do szkoły, powinnyśmy być dobrymi uczennicami, grzecznymi, spokojnymi i chłonącymi wiedzę, inaczej niż łobuzujący chłopcy (którzy być może nieźle poradzą sobie z matematyką, ale przecież nie będą czytać książek po szkole, no wolne żarty, chociaż na wszelki wypadek wszyscy ich bohaterowie są właśnie chłopcami-urwisami-zdobywcami-ratownikami).

Moi rodzice uważali, że jestem bardzo zdolna i chwalili mnie za osiągnięcia w nauce – ale dlaczego miałam czwórkę z geografii, skoro stać mnie było na piątkę? Dlaczego opuściłam się w rysunku technicznym i o co chodzi z tą tróją z fizyki? Weź się w garść, chyba nie chcesz skończyć w mięsnym? Chyba chcesz iść do dobrego liceum / na dobre studia? Uczysz się dla siebie, nie dla ocen, ale i tak postaraj się poprawić średnią i zrób coś wreszcie z tymi włosami oraz posprzątaj pokój i opiłuj paznokcie, inne dziewczyny jednak o siebie dbają.

Nigdy nie będziesz perfekcyjna

Kiedy byłam dzieckiem, lubiłam publicznie śpiewać piosenki, recytować wierszyki i wypowiadać się na każdy temat. Jako nastolatka zamilkłam i tak mi już zostało – zaczęłam się bać, że powiem coś nie tak, odpowiem na pytanie nie w pełni, zwrócę uwagę na własną niewiedzę i skompromituję się zamiast zabłysnąć. Na studiach nie odzywałam się nigdy-przenigdy, nawet jeżeli znałam odpowiedź i znałam zadany tekst na wyrywki. Serce tłukło mi się w gardle, myślałam: może? Może tym razem powiem, może się odezwę? Wszyscy milczą, a ja przecież wiem. Ale siedziałam jak mysz pod miotłą, słuchając, jak inni odpowiadają za mnie, swobodnie improwizując. A potem szłam do domu absolutnie wściekła na siebie. Czemu nagle wyduszenie z siebie pełnego zdania stało się przeszkodą nie do przebycia? Dlaczego paraliżuje mnie obecność wykładowczyni i kilku znajomych?

Gilligan: Kobiety uczą dziewczęta, dziewczęta uczą kobiety

Na piątym roku okazało się nagle, że są i inne bariery, na przykład wstanie z łóżka, umycie się i udawanie, że jestem w stanie pozbierać myśli i nie płakać co pięć minut z powodu rozmaitych lęków. Wylądowałam u psychiatry, u psychologa, wypróbowałam rozmaite leki, na dobre została ze mną wenlafaksyna. Nie powiem, żeby zmieniła mi osobowość (dużo ludzi boi się, że antydepresanty zamienią ich w otumanione zombie, pragnę więc stanowczo zdementować te plotki. Dobrze dobrany lek nic takiego nie robi). Pomaga za to stać się osobą, którą widzę się we własnej głowie. To znaczy: odważną i energiczną, która owszem, boi się za każdym razem, ale nie siedzi już w bolesnym kokonie własnej głowy wypełnionej ponurymi myślami o potencjalnych wpadkach, niekompetencji, szydzących tłumach, motyce i słońcu.

Na studiach nie odzywałam się nigdy-przenigdy, nawet jeżeli znałam odpowiedź i znałam zadany tekst na wyrywki.

Nie powiem już nigdy „Oj, ja? Nie dam rady, nigdy nie próbowałam, chciałabym, ale może poproście kolegę, kolega to co innego, on sobie poradzi”. Będę się bała, będę przeklinała własne ego, pchające mnie w nowe i coraz dziwniejsze strony, ale na pewno nie zrezygnuję, bo tylko próbując zbieram doświadczenia (i, last but not least, zarabiam pieniądze). Dlatego: prowadzenie spotkania z Barbarą Frischmuth? Śpiewanie z okazji One Billion Rising w Chórze Cór w jednym z najruchliwszych miejsc Warszawy? Wydzieranie się w pierwszym rzędzie na manifestacji? Wywiady z ludźmi mądrzejszymi ode mnie? Biorę to wszystko i jeszcze więcej. Jeżeli coś nie wyjdzie, to będę pewnie przez chwilę cierpiała we własnej głowie, ale praktyka uczy, że świat się od tego nie zawali. Ludzie nie umrą. Klimat się nie ociepli. A jeżeli nawet stracę kolejne zlecenie, to skombinuję inne. Jeżeli wyrzucą mnie drzwiami, to może wrócę oknem, a może dyskretnie podkopię się przez piwnicę i po drodze zjem konfitury.

Odwagi, dziewczyny, świat rzadko jest taki straszny jak sobie wyobrażamy*.

* Mówię tu głównie o publicznych wystąpieniach, oczywiście w świecie może nam się zdarzyć wiele okropnych rzeczy, w przypadku których tupet, wrodzony i wyuczony, niewiele nam pomoże. Ale o ten felieton jest o czymś innym.

Nie uciekajmy do lasu, dziewczyny!

Bio

Olga Wróbel

| Kulturoznawczyni, autorka komiksów
Kulturoznawczyni, autorka komiksów, pracownica muzeum. Prowadzi (wraz z Wojciechem Szotem) bloga książkowego Kurzojady.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.