Teatr

Matkę ćpać

narkotyki-fot-kasia-chmura

Toksyny dzielą się na dwie grupy – więzi i substancje. Jeśli miałeś / miałaś bardzo dobre relacje z matką, nie pozostał ci żaden wybór. Tylko morfina. Ewentualnie peyotl, eter albo dopalacze.

Karolina Porcari w prywatnym życiu jest matką, więc w swojej Złej matce podjęła temat toksyn rodzaju pierwszego i opowiedziała o macierzyństwie, jak wynika z opisu spektaklu – na podstawie własnych doświadczeń. Od rozważań na ten temat nie stroni też Oskar Sadowski w Narkotykach, jednak jest to macierzyństwo nieco odmienne, bo zaczerpnięte z Matki Witkacego. Przede wszystkim zainteresowały go jednak toksyny drugiego rodzaju.

Temat jak każdy inny

Zacznijmy od tekstu Krzysztofa Szekalskiego. Nie miałam okazji go czytać, wysłuchałam go już w scenicznym „dzianiu się”. Kiedy jednak próbuję o nim myśleć, wyodrębniając go ze spektaklu, wydaje mi się dość miałki. Ot, macierzyństwo, temat jak każdy inny. Społeczeństwo wymaga od kobiety bycia „superkobietą”, a więc także „supermatką”. Tymczasem bycie matką to mnóstwo rozterek, konieczność udawania krowy ku uciesze berbecia, nieprzespane noce, lęk przed tym, że syn przyprowadzi do domu dziewczynę, i wiele, wiele innych aspektów, omówionych wzdłuż i wszerz, zanim Teatr Trzyrzecze postanowił podjąć tę kwestię. Na szczęście jednak dwie kobiety – Karolina Porcari i Małgorzata Bogdańska – tchnęły w tekst tyle życia, że warto to zobaczyć.

Zazwyczaj nie mam zaufania do spektakli, które reżyseruje jedno z biorących w nim udział aktorów / aktorek. W przypadku Złej matki wypadło to jednak bardzo dobrze. Tekst rozpisany został na dwie bohaterki, jedna z nich, Karolina Porcari, odpowiada także za reżyserię. Przedstawienie jest aż nazbyt skromne. Brak scenografii, trochę muzyki, minimalistyczne kostiumy. Wszystko oparte zostało na słowie i ruchu.

Słowo, jak już pisałam, jest niekoniecznie odkrywcze, pozostaje nam więc aktorska ekspresja. Na początku spektaklu kobiety uprawiają fitness w korporacyjnych kostiumach. Stwierdzenie, że presja społeczna wymaga od nas, abyśmy były bardzo korpo i bardzo fit, to banał. Zilustrowanie go w ten sposób działa odświeżająco, wydobywa śmieszność tego wymagania.

Podobnie jest w kwestii macierzyństwa – co innego wiedzieć, że matki niepokoją się, gdy ich dzieci nie odbierają od nich telefonów, co innego zobaczyć matkę w akcji, wydzwaniającą do swojego syna, jakby był wyjątkowo perfidnym kochankiem. Nasuwa się myśl o tej przedziwnej więzi, niejednoznacznej dla obu stron. Jakkolwiek by ona wyglądała, zawsze będzie generować problemy. Można oskarżać matkę o to, że jest toksycznie nadopiekuńcza lub przeciwnie – zimna i niedostępna. Złoty środek to coś nieosiągalnego, tymczasem presja społeczna działa jak apodyktyczna szefowa, krzycząca nam nad głową, że musimy pracować szybciej, lepiej i wydajniej. W efekcie co najwyżej zaczynają nam się trząść ręce.

Można oskarżać matkę o to, że jest toksycznie nadopiekuńcza lub przeciwnie – zimna i niedostępna. Złoty środek to coś nieosiągalnego.

Wróćmy na chwilę do owej niejednoznacznej więzi, która wydaje mi się jeśli nie głównym, to na pewno najsubtelniej potraktowanym przez spektakl tematem. Po monologu Małgorzaty Bogdańskiej w roli nadopiekuńczej matki następuje niema scena, w której aktorka przywiera do swojej scenicznej partnerki i za żadne skarby nie chce się odkleić. Konsternacja na twarzy Karoliny Porcari udziela się widzom – za dużo tej intymności, ona dusi. W innej scenie będziemy mieli do czynienia z sytuacją odwrotną – to Karolina Porcari będzie oplatać się wokół Małgorzaty Bogdańskiej. Obrazy te są jednocześnie piękne i nieznośne, co stanowi ciekawą ilustrację pewnego wariantu więzi matki z dzieckiem. Może być ona obopólnie narkotyczna.

Spektakl Teatru Trzyrzecze to przedsięwzięcie arcybezpieczne – mimo całej swojej urody i dynamiki nie mówi nam nic, od czego zabolałyby zęby. Jedna z bohaterek przyznaje, że czasem nienawidzi swojego syna, bo wraz z jego pojawieniem się jej życie uległo diametralnej przemianie. Szybko i zapobiegliwie dodaje jednak, że to uczucie prędko mija.

Co zrobiłoby na mnie naprawdę duże wrażenie, to spektakl o matkach, którym to uczucie nie mija. O takich, które w oczach społeczeństwa w pełni i bez żadnych zastrzeżeń zasłużyły na miano „złych matek”. O tym, co czują, co przeżywają, jak sobie radzą. Zła matka Karoliny Porcari to spektakl o dobrych matkach, a o tych wiemy już całkiem sporo.

Szczęśliwe macierzyństwo to pułapka na kobiety

Z pustego i morfina nie naleje

Teatr Studio otwiera się na widza masowego. Krok pierwszy poczyniony w tym kierunku – spektakl plenerowy w środku miasta, co stanowi alternatywę dla wieczorów na bulwarach Wisły. Krok drugi – miejsca siedzące są śmiesznie tanie, a miejsca stojące wręcz za darmo. Krok trzeci – MOŻNA PIĆ PIWO! – i inne trunki, nawet na miejscach siedzących. Krok czwarty – spektakl jest o narkotykach, a więc o tym, co żywo interesuje nie tylko koneserów sztuk wszelakich.

To by było na tyle, jeśli chodzi o ukłon w stronę szerokiej widowni, bo Narkotyki Oskara Sadowskiego łatwe w odbiorze nie są. Zasadniczo opierają się na Narkotykach. Niemytych duszach Witkacego, choć w spektaklu wykorzystano też inne jego teksty, m.in. spore partie Matki. W jednej ze scen rozmawia więc Witkacy (Paweł Tomaszewski / Tomasz Nosiński) z Zofią Stryjeńską (Rozalia Mierzicka), a już w następnej – Leon (Robert Wasiewicz) ze swoją Matką (Ewelina Żak). Ponadto w przedstawienie wplecione zostały wypowiedzi całkiem współczesnych miłośników stanów odmiennej świadomości. Zapomnieć możemy o jakiejkolwiek fabule, Narkotyki to raczej ciąg oniryczno-narkotycznych, luźno ze sobą powiązanych scen.

Korczakowska: Obecna władza panicznie boi się wolności

Najbardziej interesującym aspektem spektaklu jest sama przestrzeń oraz scenografia (autorstwa Anny Met). Układ sceny jest horyzontalny, najciekawsze rzeczy dzieją się z lewej (no ba!) strony. Twórcy i twórczynie z wdziękiem wykorzystali infrastrukturę. Próba rozmowy z kamiennym Mikołajem Kopernikiem, równo przystrzyżony trawnik, na którym „rosną” kroplówki z tajemniczym, zielonkawym płynem, czy wreszcie bezpośrednie zwroty do publiczności podkreślające, w jak rozkosznym plenerze się właśnie znajduje – wszystkie te elementy sprawiały, że miałam poczucie, iż przestrzeń sceniczna jest jedną z głównych współautorek wydarzenia. Nie tylko nadawały rytm, ale budowały niepowtarzalny klimat teatru, który wyrwał się na wolność i można go teraz kontemplować, sącząc piwo pod gołym niebem.

Pytanie, które w moim odczuciu stawia spektakl, brzmi – dlaczego tak nas ciągnie do narkotyków? Dopiero te powody są ciekawe, bo przecież nie używki same w sobie. Sceniczny Witkacy w narkotykach widział szansę na poród – zapewne na powicie czegoś artystycznie wyjątkowego. Wplecenie w spektakl postaci z Matki, które rozprawiają o ideach, nasuwa myśl, że niektórym może chodzić właśnie o nie, a więc za pomocą substancji psychoaktywnych chcą pobudzić swoje mózgi do działania. Jedna z kobiet (Ewelina Żak) opowiada po prostu o doświadczeniu czegoś niezwykłego, raczej nieokreślonego, ale ma to duży związek z miłością. To chyba trzy główne powody, choć w spektaklu zaznaczono też, że niektórym chodzi o dobrą zabawę, a jeszcze inni potrzebują móc porozmawiać z kamiennym posągiem.

Dlaczego tak nas ciągnie do narkotyków? Dopiero te powody są ciekawe, bo przecież nie używki same w sobie.

Nie obyło się też bez grożenia palcem, wszak narkotyki to współczesny Antychryst. Oczywiście nie wypadło to przekonywająco i chyba nawet nie miało. Witkacy w swoich Narkotykach również przestrzegał, palec pod budkę, do kogo bardziej przemówiły ostrzeżenia niż opisy odmiennych stanów świadomości. Warto jednak zwrócić uwagę na kobietę mówiącą o przeżyciu czegoś niezwykłego – na tysiące odlotów narkotykowych przydarzyło jej się to jeden raz. Wniosek, który może zachęcić do podejmowania także innych, poza przyjmowaniem narkotyków, aktywności – żeby coś przeżyć, trzeba mieć umysł zapełniony jakimiś treściami. Z pustego i morfina nie naleje.

Co może być także trafnym podsumowaniem całego przedsięwzięcia artystycznego, jakim są Narkotyki. Mimo całego uroku wizualnego i pewnego współodczuwania wobec tego, co twórcy i twórczynie sądzą o używkach, pozostało mi wrażenie przyjemnego dryfowania po powierzchni. Bo, jak już wspomniałam, to nie narkotyki są interesujące. Interesujące jest dopiero to, do czego są one w stanie pobudzić – owe idee, dzieła sztuki i przeżycia. A o tym można było trochę więcej i trochę głębiej.

Zgony po dopalaczach to wina polityków

O macierzyństwie i narkotykach na pewno nie wiem jeszcze wszystkiego. Ani Porcari, ani Sadowski tej wiedzy raczej nie pogłębili. Aktorsko świetna Zła matka i urzekające wizualnie Narkotyki pozostawiają niedosyt.

*
Zła matka, reż. Karolina Porcari, Teatr Trzyrzecze w Warszawie
Narkotyki, reż. Oskar Sadowski, Teatr Studio w Warszawie

Bio

Jolanta Nabiałek

| Filolożka i kulturoznawczyni
Absolwentka filologii polskiej i kulturoznawstwa na Uniwersytecie Wrocławskim, słuchaczka podyplomowych gender studies w IBL PAN w roku 2017/2018. Publikowała w Internetowym Magazynie Teatralnym „Teatralia” i w Dzienniku Teatralnym. Obecnie zawodowo związana z Fundacją NeuroPozytywni, wspierającą osoby z chorobami mózgu. Prowadzi fanpage „Nie więcej niż pięć linijek”, na którym publikuje mikrorecenzje książek.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.