Czytaj dalej

Czy do takich białogłów mógłby wzdychać Mickiewicz?

Poezja chce działać, angażować się, chce być zażywana i używana, chce być jednym ze środków walki.

Podczas pierwszego ogólnopolskiego strajku kobiet na demonstracji w Poznaniu został przeczytany wiersz Ewy Lipskiej:

Z listu (II)

I jak tu popełnić samobójstwo droga pani
kiedy się już dawno nie żyje.
Bo jak można żyć w takim krochmalu naszych czasów.
Ani ręki z tego wyciągnąć by nacisnąć spust pistoletu
ani się w tym utopić.
A jak się patrzy na to wszystko Droga Pani
to czarno czarno czarno
jakby strajk wdów
Hania moja wyszła za mąż.
Będzie miała dziecko.
Cieszymy się wszyscy.

Wiersz rzeczywiście na wskroś współczesny, a pojawiające się w nim rekwizyty i obrazowanie: czerń, strajk, dziecko, decyzja o życiu lub śmierci – czynią z niego komentarz bardzo aktualny. Jednocześnie szerokość semantyczna tekstu sprawia, że spokojnie mógłby zostać użyty przy innych okazjach, gdzie rolę przejęłyby inne rekwizyty czy skojarzenia. Jego egzystencjalny wymiar pozwala zgromadzić możliwie dużą wspólnotę osób odczuwających w ten bądź inny sposób ucisk (niekoniecznie polityczny czy systemowy) i związaną z nim bezsilność. Obok socjalistki staje kapitalistka, obok konserwatystki – liberałka, obok prawicy – lewica, obok feministki – niefeministka. Wszystkie walczą z ograniczeniami, w tej sytuacji: z próbą totalnego ograniczenia praw kobiet.

Tak zarysowaną wspólnotę wspierały inne wystąpienia i ogólny charakter strajku 3 października: protest odbywał się nie przeciw wspólnemu wrogowi (czy to państwo, policja, kapitał, Kościół, naród, lewica, prawica) i nie we wspólnym celu (pozostawienie „kompromisu” bądź liberalizacja), lecz przeciw absurdalnej ustawie; wspólnota była sytuacyjna i apolityczna, więc bez konkretnych politycznych postulatów, które chciałaby wprowadzić, a przeciw postulatom, które się pojawiły z zewnątrz. Po sukcesie jej akcji – odrzuceniu projektu w Sejmie – automatycznie pojawiło się pytanie: „Kompromis czy liberalizacja? Po co wyszłyśmy na ulicę?”. Bez odpowiedzi na nie wszelkie dalsze działania są zablokowane.

Jeszcze silniej charakteru owego nabrała demonstracja podczas strajku 24 października, która w Poznaniu odbywała się totalnie no logo, więc ze sceny przemawiał prezydent Jacek Jaśkowiak z PO.

Apolityczność ujawniła swoje podskórne intencje: w istocie wspiera rządzących i ich wybory.

Odpowiedź na pytanie „co dalej?” w takim układzie leży już zatem po stronie władzy, bo to ona przy odgórnie narzuconej apolityczności podejmuje decyzje, skoro reszta wspólnoty, która ma konkretne pomysły na działania i rozwiązania, nie jest dopuszczona – jako wstrętnie polityczna – do głosu. O bezpieczeństwo dbała Straż KOD – więc apolitycznie, ale trochę jednak zupełnie nie.

Co innego, gdyby na demonstracji przeczytać jeden z wierszy Kiry Pietrek, na przykład lochy. Tutaj ucisk płciowy, gatunkowy czy rasowy każdorazowo wiąże się z systemową kontrolą ekonomiczną – dlatego tylko zniesienie tej kontroli jest w stanie go zniwelować. W tym kluczu krytyka aktualnych posunięć rządu to krytyka kapitalizmu. Obok kobiety staje pracownik, obok imigranta – lokatorka, obok studentki – rolnik: wszyscy – jako siła robocza – są podporządkowani ekonomicznej władzy, a o ich ciałach i życiach decydują uprzywilejowani: mężczyźni, korporacje, pracodawcy, obywatele czy właściciele nieruchomości. Tak zarysowaną wspólnotę wspierały wystąpienia i ogólny charakter czarnego protestu organizowanego przez partię Razem w Poznaniu miesiąc temu, 22 września, gdzie wśród przemawiających znajdowali się przedstawiciele Inicjatywy Pracowniczej czy Federacji Anarchistycznej. Cel był wspólny – liberalizacja ustawy – i wróg był wspólny – globalny kapitał. Uczestniczki i uczestnicy doskonale wiedzieli, po co wyszli na ulicę, a więc o co walczą i z kim, a kwestia nie była „kobieca”, tylko polityczna.

Wybór określonego wiersza i autora nadaje wspólnocie inny charakter i inne wartości, którymi się kieruje – a zatem i inne strategie.

Wiersz jest polityczny – nawet gdy zawzięcie wmawia, że zupełnie nie.

Aborcja, czyli polityka

We Wrocławiu na demonstracji w trakcie strajku 3 października młoda poetka Justyna Sieniuć wykrzyczała swój wiersz o aktualnej sytuacji kobiet w Polsce , a strajkujące skandowały razem z nią. W weekend poprzedzający pierwszy ogólnopolski strajk odbyło się z kolei spotkanie literackie w Gnieźnie pt. Nie tylko końcówki. Czy literatura ma płeć?, w którym uczestniczyły Alex Freiheit, poetka-performerka, oraz Dominika Dymińska, pisarka i felietonistka. Uczestniczki dyskutowały z publicznością o aborcji, feminizmie, strategiach walki i podstawowych prawach człowieka. Czyli – również – o poezji. W dniu drugiego strajku Dominika Dymińska opublikowała swój wiersz o prawie do aborcji jako komentarz polityczny na stronie „Dziennika Opinii”.

Poezja się angażuje, bo piszą ją ci, którzy żyją – a żyją w konkretnych czasach, pod konkretną władzą, z konkretną płcią, rasą, językiem i szeregiem innych cech, które nie są ani egzystencjalne, ani naturalne, ani tym bardziej uniwersalne, tylko polityczne – więc możliwe do zmiany przez politykę.

I tak też ujmują kwestię aborcji – aborcja to naprawdę nie temat zastępczy dla prawdziwie politycznych spraw, lecz po prostu prawdziwie polityczna sprawa.

Regulowana przez system kontrola nad płcią – podobnie jak regulowana przez system kontrola nad pracą, płacą, handlem, edukacją – to polityka, nie światopogląd.

Dopiero gdy aborcja zostanie uznana za kwestię polityczną, będzie można naprawdę zacząć działać, bo to prawo i polityka ją regulują, a nie – indywidualny w końcu i prywatny – światopogląd. Prawo i polityka oczywiście mogą sprawić, że kobiety będą mogły podejmować decyzje zgodnie z własnym światopoglądem i własną sytuacją życiową – wówczas to rzeczywiście będzie kwestia światopoglądowa; ale od 1993 roku w tzw. kompromisie aborcyjnym narzucany jest światopogląd katolicki, więc rzecz jest jak najbardziej polityczna – i konieczna do zmiany właśnie politycznie. Angażowanie się w tę zmianę to już uprawianie polityki: to decydowanie o swoim ciele i życiu zgodnie z konkretnymi założeniami i w konkretnym kierunku.

Apolityczność działa wyłącznie w interesie uprzywilejowanych i pozwala im zachować kontrolę pod pozorami uniwersalnych, naturalnych czy oczywistych praw. Apolityczność wyrównuje wszystkich uczestniczących, niezależnie od sytuacji finansowej, rodzinnej, niezależnie od płci, orientacji, narodowości, wykształcenia, pochodzenia, i wspólnie włącza w obowiązującą „uniwersalną” perspektywę, w imię której rzekomo wszyscy walczą. Dla dobrze sytuowanych mężczyzn problem aborcji może być apolityczny czy światopoglądowy, bo nikt nigdy nie każe im rodzić wbrew ich woli, poza tym stać ich na wyjazd za granicę ze swoją partnerką, jeśli akurat postanowią, że nie chcą decydować się na dziecko. Dla innych to problem jak najbardziej polityczny, bo państwo odbiera im kontrolę nad własnym życiem i ciałem, a nie stać ich na bezpieczne działanie wbrew prawu: i tylko politycznie mogą to zmienić.

Apolityczność to kiedy krzyczysz, że chcesz mieć prawo do decydowania o swoim życiu, że chcesz mieć legalne zatrudnienie, ubezpieczenie i emeryturę zamiast śmieciówki, że nie chcesz być inkubatorem ani maszyną do produkcji pracowników i konsumentów wbrew swojej woli, a dobrze ustawiony pan prosi cię o spokój, bo to niekulturalne tak krzyczeć, histeryczko, a poza tym no logo, zdejmij tę przypinkę, zwiń tę flagę, osobo z poglądami, bo zajmowanie się tego typu doraźnymi sprawami jest w ogóle nieeleganckie, brudne i niegodne, i z natchnieniem dodaje, że lepiej się zamyślić nad tym, jak to w końcu i tak wszyscy umrzemy. Spoko, umrzemy, ale teraz żyjemy, a ty mnie wykorzystujesz; ty masz fajne życie, a ja nie: mogę umrzeć w trakcie ciąży lub porodu, bo tak zarządził ktoś lepiej ustawiony ode mnie, a tobie to wisi, bo jego interesy to twoje interesy, więc nic ci nie grozi.

Przysłanianie realnych politycznych kwestii tymi egzystencjalnymi, metafizycznymi czy uniwersalnymi działa na korzyść tych, którzy nie chcą zmian, bo jest im dobrze.

To ich perspektywa jest tą uniwersalną i to ona wyznacza standardy „kultury”, za które otrzymuje się pieniądze, nagrody i prestiż, więc do której aspirują młodzi, reprodukując tak ustawione wartości i poetyki. Dzięki temu ucisza się inne głosy, które nie mają żadnego interesu w tym, żeby działać na przykład poetycko w elitarnym środowisku. To ci uprzywilejowani rozdają pozycje w polu, więc dlaczego mieliby to robić przeciwko swojemu uprzywilejowaniu?

Więc gdy deklarujesz apolityczność, politycznie stawiasz się po stronie rządzących: działasz na rzecz utrzymania ich władzy i przeciwko zmianom w panującym układzie. Stajesz po stronie prezydenta – Polski, Poznania – trzymasz za rękę dyrektorów korporacji i walczysz o ich interesy, które rażąco nie są twoimi interesami, bo pracodawca i pracownik, właściciel kamienicy i lokator czy rzeźnik i ubijane zwierzę naprawdę nie pragną tego samego, choć panujące narracje bardzo lubią to ukrywać. Bo śmierć zwierzęcia w rzeźni to też na jego korzyść: w końcu i tak wszyscy umrzemy, nie bądźmy drobiazgowi.

Założenie o apolityczności prowadzi olbrzymią część poezji współczesnej. Gdy poezja włącza się w kwestie społeczno-polityczne, argumenty są do przewidzenia: to publicystyka, gdzie tu uniwersalizm, ależ tu Prawdziwa Poezja znika pod naporem doraźności i brudnej, niegodnej polityki.

Poezja uniwersalna to poezja dobrze ustawionych panów, którzy nie potrzebują zmian (politycznych) ani mieszania się w aktualne spory, bo w obecnym systemie jest im dobrze.

Taka poezja jest nagradzana, czego przykładem tegoroczna Nike dla Bronki Nowickiej za książkę z prozą poetycką Nakarmić kamień.

Może mała próbka: „Dziecko martwi się, bo nie umie nakarmić kamienia. Nie dlatego, że nie znajduje w nim ust. Wie – cały jest ustami. Nie wie, do czego je przystawić, żeby chciały jeść”. Ładne i sentymentalne: można się wzruszyć, zastanowić nad przemijaniem, jeśli się ma na to czas – gorzej, jeśli się nie ma, bo nie ma się czym nakarmić nie kamienia (?!), tylko na przykład dziecka. I z tego powodu nie chce się go rodzić, ale w sumie nie ma się możliwości wyboru. Wtedy uniwersalność, gry słów i ogólne karmienie kamienia mogą nie wystarczyć, a wręcz wydawać się totalnie oderwane od tego, co się dzieje i co przeżywamy, więc lekko wkurwiać: całkiem jak wypowiedzi polityków w kwestiach nas dotyczących, o których, z racji swojej pozycji, nie mają pojęcia, albo te księży o życiu seksualnym i ciałach kobiet.

I wtedy jawną niesprawiedliwością może się wydać to, że karmienie kamienia decyzją ustawionych elit, państwa jurorów, dostaje 100 000 zł.

Werdykt Nike jest na wskroś polityczny i tak też go trzeba oceniać: Nakarmić kamień w tym miejscu i w tym czasie to deklaracja apolityczności i no logo. To osoby decydujące w polu – jurorzy, wydawcy, dyrektorzy festiwali i instytucji – ustawiają hierarchie, bo to w ich rękach jest kapitał, więc władza. Ponad 90% osób na stanowiskach kierowniczych w poezji to mężczyźni.

Czytelnicy z kolei wręczyli swoją nagrodę Magdalenie Grzebałkowskiej za reportaż 1945. Wojna i pokój. Gdy w niedzielę, dzień przed pierwszym strajkiem kobiet, odbierała nagrodę, mówiła: „Chciałam zadedykować tę nagrodę wszystkim kobietom w Polsce. Wszystkim pisarkom, reporterkom, wszystkim kasjerkom, nie wiem, prawniczkom. Żyjemy w trudnych czasach. Kochane, musimy się trzymać. Zróbmy jutro, co mamy zrobić”.

Aborcja, czyli poetyka

Poeci, którzy nie mają tak dobrze, by pochylać się nad karmieniem kamienia, i nie zgadzają się na ustawienie takiej uniwersalności – w której zwyczajnie się nie mieszczą – piszą o aktualnych problemach, którymi żyją, bo bezpośrednio ich one dotyczą. Jednocześnie otwierają się na inne przestrzenie, obiegi i media, żeby słyszano ich także poza zamkniętym środowiskiem, poza elitarną uniwersalnością, która nie chce zmian, bo dobrze jej tak, jak jest, więc nie rozumie lub bardzo nie chce rozumieć problemów pojawiających się w tej poezji. Poeci zaangażowani pragną docierać do tych, których ich wiersze bezpośrednio dotyczą. Piszą o wyzysku, który jest codziennością większości społeczeństwa: chcą zmiany, żądają zmiany.

Na przykład Szczepan Kopyt, który podejmuje krytykę kapitalizmu w swoich piosenkach; albo Kira Pietrek, która o eksploatacji ciał i żyć pisze korponowomową, a wiersze przeplata własnymi ilustracjami; to także Rozdzielczość Chleba, która eksploruje życie na niestabilnych formach zatrudnienia na fanpage’u टट्टी Z U S w a v e; lub Dominika Dymińska, która demitologizuje warszawską inteligencję i jej wartości wpoemacie wydanym w politycznym wydawnictwie; to również Łukasz Podgórni, którywydał książkę złożoną ze statusów na fejsie; lub Jaś Kapela, który publikuje wiersze jako komentarze polityczne w „Dzienniku Opinii”; albo Alex Freiheit, która skanduje teksty o aktualnych problemach w swoich muzycznych performensach jako SIKSA.

Poezja chce działać, chce się angażować, chce być zażywana i używana – na manifestacjach, w dyskusjach i na fejsie, chce być jednym ze środków walki, by wreszcie coś zmienić, bo jej autorzy tych zmian zwyczajnie potrzebują. Jak w ogóle większość Polek i Polaków.

Uniwersalizm to starszy pan z papierosem, który ciągle jest „przeciw”, byle tylko nie postawić się po jakiejś stronie, byle pozostać apolitycznym, więc nie zmieniać tego, jak jest. To uniwersalizm, który pozwala pisarzowi – w ramach paradygmatu romantycznego – czuć się wybranym, osobnym i wielkim: bo taką ma pozycję, bo go na to stać, bo całe środowisko podbudowuje w nim to przekonanie i tego od niego wymaga. Dla takiego pana im mniej zachodzi zmian, tym lepiej, więc im mniej pojawia się polityki, tym lepiej.

Miło byłoby palić sobie papierosa i na to nie zważać – bo można – ale nie można. Hegemoniczny uniwersalizm sprawia, że istnieje poezja i poezja kobieca, bo męska to ta uniwersalna, więc nie potrzebuje dodatkowego określenia; albo poezja i poezja zaangażowana, bo niezaangażowana to ta uniwersalna.

Kobiety, osoby zaangażowane politycznie – to zwyczajnie nie mieści się jako aktywny podmiot w obowiązującym modelu poezji.

Poeta ma być ponad to wszystko, ponad całe to bagno. Problem w tym, że to „bagno” dotyczy ciał i żyć osób, które nie mają takiej pozycji, więc i takiej możliwości publicznej ekspresji jak poeta (i stojący za nim juror, wydawca, dyrektor festiwalu), a – w przeciwieństwie do niego – chcą działać na rzecz czegoś więcej niż własna pozycja i własny mit.

Wiersze nie są ważniejsze niż aktualne kwestie, bo aktualne kwestie są cholernie ważne – to przez ich pomijanie poezja staje się nieważna: leży i pręży się gdzieś obok, w zaciszu uniwersyteckich hal.

Polityka i poetyka, czyli ku liberalizacji prawa aborcyjnego

Poezja zaangażowana wypływa ze wspólnoty i w nią włącza, współtworzy jej języki i wartości, ułatwia komunikację, ujawnia strategie i konsekwencje określonych ruchów, testuje możliwości, obnaża apolityczne mity rządzące dyskursem publicznym. To, jakim językiem mówimy o aktualnych sprawach, w olbrzymiej mierze determinuje ich charakter i związane z nim działania czy przeciwdziałania. W świadomej tego poezji „ja” poetyckie to nie wyższościowe „ja”, które tu oto rzuca przed maluczkich swoje natchnione wytwory, lecz „ja” związane z konkretną przestrzenią, ciałem, życiem i konkretnymi poglądami, a te współdzieli po równo z innymi – i razem z nimi może je kształtować.

Każdy może pisać wiersze i każdy może je czytać – wiersze z założenia są bardzo egalitarne, a ich przejęcie przez elitarne środowisko, głównie uniwersyteckie, to nie rzecz naturalna czy uniwersalna, tylko polityczna. Można ją zatem zmienić.

Pojawia się w końcu poczucie, że polityka i poetyka znów są w naszych rękach – możemy na nie wpływać, możemy o nich decydować: to nasza sprawa. To nie tak, że polityka uniwersalnie czy z natury rzeczy jest zła – to prowadzona hierarchicznie, seksistowsko i zgodnie z interesami uprzywilejowanych polityka jest zła. Winna jest zatem nie sama polityka, lecz obowiązujący sposób jej uprawiania: jej poetyka. Można też ją robić inaczej, z innymi wartościami i innymi środkami: inna poezja jest możliwa.

Mamy nie mówić o zajmujących nas aktualnie sprawach, bo to brudne, nieeleganckie i w ogóle niepoetyckie? Mamy nie bezcześcić poezji? Henryk Szewczyk w swoim komentarzu do czarnego protestu pyta: „Czy współczesne sufrażystki muszą być tak ordynarne i wulgarne? Czy do takich białogłów mógłby wzdychać Mickiewicz, Asnyk, Leśmian?”. Panie Henryku, pewnie to Pana zaboli, ale kobiety w wierszach to już nie tylko obiekt zachwytu, ale i autorki. Aktywne podmioty. Przejmujemy władzę, podejmujemy decyzje: my też tworzymy. Wiersze, prawo, politykę. Takie tam.

Jasne, że osoby, którym zmiany namieszają w szczęśliwie ułożonych życiach, trzymają się swoich polityk i poetyk: uniwersalizm to ich uniwersalizm. Problem w tym, że uniwersalizm z „kompromisem aborcyjnym” to już nie jest nasz uniwersalizm; uniwersalizm, gdy większość osób na stanowiskach z polityki czy poezji to mężczyźni, to też nie nasz uniwersalizm. Nasze realne, codzienne problemy związane z walką z eksploatującym nas systemem nie są mniej uniwersalne od refleksji o bogu, istocie wszechrzeczy, egzystencji albo rozkminki o karmieniu kamienia. Jasne, to ważna poezja i potrzebna, w ramach różnych światopoglądów, ale nie gdy jest jedyna obowiązująca i nagradzana; podobnie jak decyzja o braku aborcji jest ważna i potrzebna, jeśli podjęta przez kobietę, ale gdy się ją narzuca, staje się zwyczajnie opresyjna, bo uprzedmiotawia i podporządkowuje jednej dominującej wizji.

Chyba nadszedł taki moment, że nie stać nas już na no logo, na nieangażowanie się i niestawianie się po żadnej ze stron: nie stać już nas na uniwersalne nieposiadanie poglądów. Polityka to nasza codzienność: to tu odbywają się nasze prywatne decyzje. Jeśli chcemy wciąż mieć na nie wpływ, musimy się zaangażować, bo dobrze ustawieni panowie nie mają żadnego interesu w tym, by występować w naszej sprawie.

Nie chcemy już się podporządkowywać w poezji, w polityce – mamy swój głos i wreszcie chcemy nim mówić o naszych codziennych, doraźnych problemach, i wreszcie chcemy je rozwiązywać.

Przejmujemy aktywność, nie poddajemy się dominującej – uniwersalnej, apolitycznej – narracji. Chcemy działać – tym, co mamy, i tym, czym umiemy: także wierszami; chcemy je wykorzystać jako jedno z narzędzi prowadzonej walki. Tradycje są, nie trzeba daleko szukać: wystarczy wrócić do wiersza Ewy Lipskiej i przypomnieć sobie zaangażowanie poetów nowofalowych, na przykład Etykę i poetykę Stanisława Barańczaka – rzecz jak najbardziej na czasie choćby przy okazji obchodów 40-lecia KOR-u.

Jasne, że w końcu wszyscy umrzemy i tego nie zmienimy, nie zmienimy też kamienia, żeby zechciał coś zjeść – możemy za to mieć dostęp do publicznej służby zdrowia i emerytury, możemy mieć podstawowe prawa pracownicze, lokatorskie, seksualne i reprodukcyjne. I to możemy zmienić: jak tylko umiemy, różnymi środkami – jednym z nich jest poezja. Walczymy dalej – politycznie, bo wiemy, o co i po co. Czas zmienić poetykę tej polityki.

Czytaj także:
Dominika Dymińska, Aborcja z miłości
Maja Staśko, Wolność, równość, aborcja
Agnieszka Wiśniewka, #jesteśmyznatalią
Agata Diduszko-Zyglewska, Po co nam na marszach politycy z flagami

Anna-Cieplak-Ma-Byc-Czysto

 

**Dziennik Opinii nr 300/2016 (1500)

Bio

Maja Staśko

| Krytyczka literacka

Maja Staśko – krytyczka literacka, doktorantka interdyscyplinarnych studiów w Instytucie Filologii Polskiej UAM. Współpracuje m.in. z „Ha!artem” i „Wakatem”.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.