Czytaj dalej

Czechowicz, nauczyciel i bloger: Nie jestem siłaczem [rozmowa]

W prozie – tak jak w ludziach – szukam wyrazistości.

Katarzyna Tubylewicz: Czy czujesz się bohaterem pozytywistycznym?

Jarosław Czechowicz: Rozumiem, że z racji mojej działalności pedagogicznej chcesz porozmawiać o pracy u podstaw i dowiedzieć się, co sądzę o Stasi Bozowskiej? Tak, pracuję u podstaw. Bardzo trudnych podstaw. Co więcej dzisiaj – inaczej niż w czasach Żeromskiego – praca nauczyciela i jego status są mocno deprecjonowane. Opinia publiczna coraz częściej uważa, że belfer to ten, któremu gdzie indziej nie wyszło, który nie zarabia kokosów, trudni się prostym zajęciem i śmie narzekać, że dostaje za to głodowe wynagrodzenie. To przekonanie o jakiejś klęsce nauczyciela umacnia się, nauczyciel to taki, co to trzyma się etatu, bo na nic innego nie może liczyć. Naprawdę trafia mnie szlag, jak to słyszę. My nie tylko uczymy, ale także kształtujemy ludzi i wielu z nas robi to z pasji! Lubię moją pracę i jest ona moim świadomym wyborem, choć przyglądanie się dzisiejszym postawom młodego człowieka bywa trudne i frustrujące. Nie jestem siłaczem i nie poświęcam się, biorę wszystko na klatę, ale z dystansem. Dowodem na to jest fakt, że poza pracą w szkole od siedmiu lat zajmuję się także pisaniem o literaturze.

Mówiąc szczerze, pytając o pozytywistyczny stosunek do świata, miałam na myśli właśnie twoją działalność blogerską. Piszesz o książkach w kraju, w którym gwałtownie kurczy się przestrzeń dla krytyki literackiej i w którym prawie nikt nie czyta. Co więcej, twoje recenzje powstają bez honorarium.

No proszę, nie spodziewałem się tego pytania w kontekście innym niż praca w szkole! Naprawdę wierzysz w to, co ciągle się powtarza o kryzysie czytelnictwa w Polsce? Bo ja staram się temu przekonaniu nie poddawać i nie tylko dlatego, że widzę czytających w komunikacji miejskiej. Załóżmy jednak, że jest tak tragicznie, jak sugerujesz. Moja działalność i tak jest skierowana do bardzo konkretnej grupy odbiorców i nawet jeśli jest to grupa nieduża, to wiem, że istnieje. Nigdy nie było moim zamierzeniem, by „Krytycznym okiem” dorównywało liczbą odwiedzających blogom o ciuchach. Po prostu robię swoje i będę to robił dla tych, którzy być może tego potrzebują. Zresztą wielu ludzi, którzy czytają, wcale nie sugeruje się recenzjami, więc blog literacki to w ogóle nisza.

To ilu czytelników ma twój blog?

To nie jest takie proste do zliczenia. Jest co prawda licznik, on mi wyświetla konkretne liczby, ale pytasz o czytelników, czyli o ludzi, nie o martwe cyfry statystyk. Regularnie czyta mnie przynajmniej kilkadziesiąt osób, co oczywiście jest niczym w porównaniu z liczbą czytelników recenzji w opiniotwórczych pismach, ale to jest grupa, której nie chcę zawodzić. Codziennie „Krytycznym okiem” odsłania się już około 1000 razy, więc zakładam, że czytelników jest dużo. To też spora odpowiedzialność – pisać tak, by ludzie wracali na twoją stronę. By mieli po co wracać.

Dlaczego zdecydowałeś się na pisanie?

Na początku ze złości. Serio! Miałem dość wykłócania się o przecinki z jednym portalem literackim i postanowiłem założyć własne poletko. Eksperymentalne. Po jakimś czasie pojawiło się poczucie, że robię coś oryginalnego, bo w 2007 roku to było jeszcze oryginalne. Teraz toniemy w blogach książkowych. Od początku uczyłem się na własnych błędach i sprawiało mi to dużą frajdę. 

Pracujesz na pełnym etacie w szkole, a zarazem piszesz kilka recenzji tygodniowo. Jak wygląda twój dzień pracy?

Jest po prostu uporządkowany. Nie znoszę marnowania czasu, mam go bardzo mało do śmierci – kiedykolwiek by nastąpiła. Nie znoszę pustki i próżni. Zwykły dzień to wstawanie bladym świtem, praca w szkole, odpoczynek przez moment, a potem czas na literaturę i pisanie o niej… Zostaje jeszcze dużo przestrzeni, między innymi na życie towarzyskie.

Skąd czerpiesz energię?

Sporo życia przeciekło mi przez palce. Z mojej winy w dużej mierze. Nie zamierzam snuć zwierzeń o trudnej przeszłości, powiem tylko tyle: kilka lat poszło na zmarnowanie. Teraz energia przychodzi ze zdarzeń i od ludzi. Z książek też, wiadoma sprawa. Generalnie uważam, że w życiu pomaga ateizm. Uświadamiasz sobie, że nie czeka cię po śmierci miejscówka na niebiańskich polanach i jesteś na tym świecie na chwilę, więc po co to marnować? To energia świadomości końca.

Czy masz jakichś mistrzów krytycznoliterackich?

Nie mam żadnych mistrzów, lubię czytać teksty krytyczne Roberta Ostaszewskiego, Dariusza Nowackiego, lubię swobodny i erudycyjny styl Justyny Sobolewskiej, wnikliwość Pawła Dunina-Wąsowicza, chętnie czytam Juliusza Kurkiewicza i Anię Marchewkę, z którą mam chyba podobną wrażliwość. Fajnie pisza Agnieszka Nęcka, Marta Mizuro. Lubię drapieżność Pauliny Małochleb. Podglądam, czytam czasem wybiórczo, czasem bardzo uważnie i cieszę się, że jest jednak sporo ludzi ciekawie i mądrze piszących o literaturze.

Czy zdarza ci się czytać recenzje, które doprowadzają cię do furii?

Tak, na przykład wtedy, gdy widzę, jak recenzent zdradza zbyt wiele z treści albo wręcz przedstawia zakończenie. To pierwsze też mi czasem zarzucano, ale wiem, ile można zdradzić. Niektórzy nie wiedzą.

Czego nie wolno krytykowi literackiemu? Jakie są największe błędy recenzentów?

Największym błędem niektórych recenzentów jest zbyt silne przekonanie o tym, że są recenzentami. Wielu krytyków pisze przede wszystkim pod siebie i o sobie. I nie jest to tylko przytyk w stronę innych, bo sam też tak czasem miewam.

A mnie zdarza się zdenerwować, gdy czytam recenzję świadczącą o tym, że jej autor chciał sobie poprawić humor, niszcząc pisarza lub pisarkę. Czy to jest dozwolone? Czy w krytyce literackiej, zwłaszcza tej blogowej, nie ma żadnych ograniczeń?

Prostą radą, którą mógłbym dać każdemu krytykowi, który zajmuje się człowiekiem, a nie efektem jego pracy, jest: jeśli chcesz robić osobiste wycieczki względem autora, ochłoń trochę i napisz do niego maila, a książkę oceń bez zbędnych emocji. Problemem jednak jest też to, jak krytyczne teksty są rozumiane przez pisarzy. Czasami autorzy dopatrują się w nich intencji dalekich od intencji krytyka. Robi się z tego zamieszanie, bo tak jak pisarz nie powinien się tłumaczyć nadmiernie ze swej twórczości, tak też krytyk nie będzie tłumaczył, co dokładnie miał na myśli. Czasem trzeba być też trochę złośliwym – mądra ironia czy sarkazm recenzenta mogą rozbawić nawet samego autora czy autorkę.

Co cię w prozie zachwyca najbardziej? Czego szukasz?

Tego, czego w ludziach – wyrazistości.

A zachwycająca proza to taka, która po pierwsze pozostawi mi w świadomości ślad na zawsze, po drugie – urzeknie formą, po trzecie zaś – wpisze się w kontekst, ale zarazem wyrośnie poza swój czas i poza miejsce, w jakim powstała.

Wydaje mi się, że najlepiej piszą Rosjanie. Pisali.

Czego ci brakuje w polskiej literaturze?

Autorskiej swobody pełnego bycia sobą. Mają ją zwykle debiutanci, pozostali wpisują się w obowiązujący kontekst, krąg tematyczny czy towarzyski, właściwy trend, specyfikę oczekiwanej przez ich grupę docelową narracji. W mijającym roku dobrych debiutów było jak na lekarstwo. Świetną rzecz napisał Wojtek Engelking. Interesującą Joanna Dziwak. Ciekawą i z potencjałem, ale nieco rozczarowującą – Aleksandra Zielińska. Polska proza współczesna bywa mocno manieryczna i hermetycznie pisana dla wąskiego kręgu odbiorców. Na szczęście są tacy, którzy z każdą nową książką zaskakują, jak Dawid Kornaga. Czego mi jeszcze brakuje? Nowych tematów, naprawdę nowych. Albo przynajmniej przedstawianych z wyjątkowej perspektywy. Kawałka solidnej prozy, bez eksperymentów formalnych, udziwniania narracji i komplikowania świata przedstawionego. Praktycznie połowę polskich książek zapominam po kilku miesiącach od lektury. Nawet kiedy piszę o nich pozytywnie i uważam, że są niezłe. To smutne, ale niewiele już mnie rusza w przypadku polskich pisarzy. Dlatego kuszą mnie debiuty, jestem ich spragniony, a jest ich naprawdę niewiele.

A czego jest nadmiar?

W nadmiarze mamy rozćwierkanych, radosnych narracyjek o życiu rodem z sitcomów czy tasiemcowych seriali. Jest też nadmiar kryminałów. A także autorskich przekonań o tym, że oto proponują nam dzieła wybitne.

Jak zachęcić do czytania tzw. trudną i „nierokującą” młodzież? Wiem, że i z takimi młodymi ludźmi masz do czynienia.

Niektórzy moi uczniowie są w szoku, gdy widzą, czym się zajmuję po godzinach, i czasami to wystarczy, by ich przekonać do czytania. Skoro on poświęca temu tyle czasu, to może ja poświęcę ciut więcej? Chyba warto? Czasami trzeba się natrudzić, bo coraz częściej w domu rodzinnym albo nie ma żadnych książek, albo nie są one darzone szacunkiem. Pokazuję uczniom różne tropy, odmienne sposoby opowiadania. Testujemy, co ich porusza w krótkich fragmentach prozy. Robię wszystko, by nie czytali tylko ściąg i billboardów, a „nierokujący” potrafią zaskoczyć, gdy przeczytają wreszcie książkę i chcą się tym podzielić, bo właśnie odkryli Amerykę. Ale nie jestem cudotwórcą – nie przekonam każdego ucznia, że czytanie jest wartościowe i fajne.

Wiem, że jesteś bardzo lubianym i często nagradzanym nauczycielem. Jak udaje ci się nawiązać kontakt z uczniami?

Prawdziwą nagrodą za moją pracę są rozmowy po latach z tymi, których pokierowałem we właściwą stronę i którzy przyszli mi o tym powiedzieć. A dobry kontakt z podopiecznymi? Nauczyciel nigdy nie powinien ustawiać się w pozycji lepszego, mądrzejszego. Jeśli wiedzą, że ich szanujesz, a twoje spadki nastroju nie odbijają się na toku i poziomie lekcji oraz na relacjach z nimi, a do tego jesteś obiektywny i konsekwentny, to prędzej czy później do nich dotrzesz. Do większości. Chociaż zdarza się, że brakuje czasu.

System edukacyjny poszatkował nam spotkania z dziećmi i młodzieżą na okresy trzyletnie. Jako wychowawca czasami docieram do trudnego ucznia dopiero po dwóch latach.

Niestety później on ląduje gdzieś indziej i to, co wypracowaliśmy, przepada. Być może nie będzie mu się chciało otwierać przed nowym wychowawcą na kolejny krótki okres.

Co jest największym problemem współczesnej polskiej szkoły?

Poza okrutnym podziałem na cykle trzyletnie, niewystarczające dla nawiązania stabilnych relacji z uczniem, największym problemem jest wciąż narastająca papierologia. Nawet sobie nie wyobrażasz, co i w jaki sposób trzeba w szkole dokumentować. Ile z tego cennego czasu można byłoby poświęcić pomocy słabszym czy inspirowaniu zdolnych! Poza tym niedofinansowanie szkół – błagasz rodziców dzieci o pieniądze na ksero, drukarkę to najlepiej mieć w domu własną, brakuje na środki czystości do toalet, na remonty. Żenujące są składki na podstawowe potrzeby. Dyrektorzy większości szkół muszą być cudotwórcami, by związać koniec z końcem i jednocześnie modernizować placówkę. Na szczęście wielu z nich nimi jest, ale i tak belfer zmaga się na każdym kroku z problemami tak prozaicznymi, że aż wstyd o tym mówić. Problem polskiej szkoły to także kwestia braku kompatybilności między tym, co przekazujemy w godzinach naszej pracy, a tym, jak to jest odbierane w domach i czy w ogóle pojawia się porozumienie na linii szkoła-rodzice. Wobec szkoły jest mnóstwo roszczeń. W większości są absurdalne.

A co jest sukcesem polskiego szkolnictwa?

Tak ostatnio myślałem, że najlepsze, co polską szkołę w ostatnich latach spotkało, to dziennik elektroniczny. I nie wymyślił tego nikt z ministerstwa! Mnóstwo szkół ma wybitnych laureatów olimpiad, nasi uczniowie na tle Europy często bardzo wysoko plasują się w różnych konkursach. Sukcesem są na pewno międzynarodowe wymiany, możliwość pracy metodami projektowymi, częsta i owocna współpraca z różnymi ważnymi podmiotami wspierającymi edukację. Także przekierowanie myślenia dyrektorów na tor bycia przedsiębiorcą i specem od promocji. To ważne.

Jakie blogi literackie czytasz i polecasz?

Niezmiennie „Miasto książek” Pauliny Surniak, bo to jest blog prowadzony od lat na bardzo wysokim poziomie merytorycznym i z charakterystyczną czułością wobec grupy odbiorców. Podglądam i lubię czytać blog „Czytam, bo lubię” Agnieszki Kalus czy „Kreatywę” Klaudyny Gąsior, choć to nie jest rzecz stricte literacka. Kibicuję też Piotrkowi Chojnackiemu – „Beznadziejnie zacofanemu w lekturze”. Stałą sympatią darzę „Wyliczankę” Marcina Wilka.

Masz często kontakt z wydawnictwami, więc pewnie także przemyślenia na temat tego, jak świat wydawniczy zmienił się, odkąd zacząłeś prowadzić bloga.

Moje kontakty dotyczą głównie działów promocji. Widać w nich ogromną rotację personelu. Tylko w przypadku Wydawnictwa Czarne od siedmiu lat niezmiennie kontaktuję się z jedną i tą samą kompetentną osobą. Te ciągłe zmiany są o tyle frustrujące, że czasami po kilku latach współpracy muszę się nowej osobie na stanowisku tłumaczyć, kim jestem i dlaczego chcę dostać książki. Były i takie sytuacje, że po wymianie kadry współpraca zamierała. Przez minione siedem lat byłem świadkiem kilku upadków niszowych i ambitnych oficyn oraz narodzin paru świetnych projektów wydawniczych. Bardzo jest mi przykro, gdy dobry wydawca po dwóch tytułach, maksymalnie trzech, musi kończyć działalność. Żyjemy w dyktacie dużych wydawnictw, które mają największy wpływ na media. Staram się pomagać tym mniejszym, wspierać niszowe oficyny.

Dlaczego zdecydowałeś się wydać książkę z wywiadami?

Chciałem, żeby moje blogowe rozmowy z pisarzami znalazły się też na półkach. Nie ma ich już na stronie „Krytycznym okiem”, bo zamieniły się w Rok w rozmowie. To cykl bez tezy – trochę przez to wyjątkowy. Naprawdę fajny zbiór wywiadów.

Czy pisarze są łatwymi rozmówcami?

Rozmowa z pisarzem będzie zawsze wyzwaniem, jeśli chcesz dotrzeć gdzieś dalej poza ostatnie zdanie i ostatnią kropkę jego ostatniej książki. Starałem się to zrobić i chyba mi wyszło, ale ocenić to mogą tylko czytelnicy książki.

Jaroslaw Czechowicz – nauczyciel języka polskiego, autor bloga Krytycznym okiem oraz książki „Rok w rozmowie”.

Bio

Katarzyna Tubylewicz

| Pisarka, publicystka

Pisarka, kulturoznawczyni i tłumaczka z języka szwedzkiego (przełożyła m.in. cztery powieści Majgull Axelsson i trylogię Jonasa Gardella o AIDS w Szwecji). Autorka powieści „Własne miejsca”, „Rówieśniczki” i „Ostatnia powieść Marcela”, współautorka głośnej antologii na temat czytelnictwa „Szwecja czyta. Polska czyta”. W 2017 roku ukazała się jej nowa książka „Moraliści. Jak Szwedzi uczą się na błędach i inne historie”, zbiór rozmów i reportaży o współczesnej Szwecji i wyzwaniach stojących przed społeczeństwem wielokulturowym. W latach 2006–2012 była dyrektorką Instytutu Polskiego w Sztokholmie. Była też dyrektorką programową pierwszej edycji festiwalu Odnalezione w Tłumaczeniu, Gdańskie Spotkania Tłumaczy i prowadziła zajęcia na temat kultury polskiej na Uniwersytecie Sztokholmskim. Jako publicystka współpracuje z „Krytyką Polityczną” i „Gazetą Wyborczą”. Mieszka w Sztokholmie i w Warszawie. Od lat praktykuje jogę i jest jej nauczycielką. 

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.