Kraj

Portfel posła – głupi populizm kontra reprezentatywność

sejm

Czy zatem cięcie po kieszeni parlamentarzystów to czysta demagogia? Pokażmy tę kwestię nie od strony odsetka wydatków publicznych, ale na tle wynagrodzeń Polaków.

15 stycznia partia Razem przedstawiła pięć projektów, z którymi – jako konkretami – chce iść do wyborów parlamentarnych. Obiecuje, że jeśli znajdzie się w Sejmie, to w pierwszym rzędzie przedłoży pakiet właśnie tych rozwiązań. Nie ma tu nic nowego, czego nie znalibyśmy od trzech lat – każdy z punktów można znaleźć w programie ugrupowania. Mimo to w Polskich mediach propozycje Razem traktowane są jako zupełna nowość. Pośród piątki spraw „do załatwienia w pierwszej kolejności” mamy dwa tematy dotykające obyczajowości i praw człowieka (liberalizacja ustawy aborcyjnej i ustawa o związkach partnerskich oraz równości małżeńskiej). Dwa tematy dotyczą rynku pracy i aktywności zawodowej (skrócenie tygodnia pracy i żłobki/przedszkola dla każdego dziecka). Najwięcej emocji budzi jednak piąty element pakietu: idea obniżenia poselskich pensji.

Majmurek: Przedwczesny ruch Razem

„Fatalny pomysł” – ocenia Jakub Majmurek na Facebooku i podobnie pisze o nim w swoim tekście. „Wstawianie jako jednego z pięciu najważniejszych haseł na wybory parlamentarne obniżki poselskich pensji jest beznadziejnie głupie i marnie populistyczne (marnie, bo bywa populizm inteligentny). Posłowie wcale nie zarabiają za dużo, tylko nie świadczą społeczeństwu usług wartych tych pieniędzy…” – komentuje na tym portalu Jacek Rakowiecki, były sekretarz redakcji „Gazety Wyborczej” i były redaktor naczelny „Przekroju”, sympatyzujący z partią i aktywny w ruchach obywatelskich. Inni przypominali, że w ogromie wydatków budżetowych koszt utrzymania posłów jest znikomy. Z podatków i dochodów własnych oraz dzięki zaciąganiu długu nasze państwo w 2017 miało wydać 383,4 mld zł. Tymczasem dieta plus uposażenie szeregowego posła kosztuje nas rocznie ok. 175,6 tys. zł (wliczając składki), co pomnożone przez 460 miejsc daje kwotę 80,8 mln zł – niespełna 1/4 promila państwowych wydatków. Nawet w strukturze wydatków Kancelarii Sejmu pensje posłów to niespełna 17% z prawie 482 mln zł, jakie w ubiegłym roku miała wydać ta instytucja.

Czy zatem cięcie po kieszeni parlamentarzystów to czysta demagogia? Na co dzień zajmuję się rynkiem pracy, dlatego postanowiłem pokazać tę kwestię nie od strony odsetka wydatków publicznych, ale na tle wynagrodzeń Polaków. W 2017 roku miesięczne uposażenie posła (pomijając dodatki za pełnione funkcje) wynosiło 9892,30 zł, zaś dieta – 2473,08 zł. Wybrańcy są jednak traktowani przez fiskusa wyjątkowo: dieta nie jest obciążona podatkiem dochodowych, zaś kwota wolna od podatku dla posłów jest blisko czterokrotnie wyższa niż dla zwykłego obywatela i dla 2017 roku wynosiła 30 451 zł. W rezultacie roczne zarobki „na rękę” naszych wybrańców w ubiegłym roku można było obliczyć na ok. 113 726 zł. Żeby taką sumę otrzymać na konto, w 2017 roku pozbawiony przywilejów poselskich, zatrudniony na umowę o pracę, musiałbym zarabiać ok. 13 494 zł brutto miesięcznie.

Najnowsze dane dotyczące statystycznego rozkładu wynagrodzeń pracujących Polaków GUS przedstawił dla października 2016 roku. Na ich podstawie wiemy, że przeszło trzykrotność średniego wynagrodzenia, czyli ok. 13 040 zł brutto, zarabiało ok. 2,3% najlepiej sytuowanych. Ponieważ średnia wynagrodzeń zwiększyła się w relacji do października 2014 roku (rozkład analizowany jest raz na dwa lata) o 5,8%, przyjmijmy roboczo, że średnia dla całego 2017 roku była o 3% wyższa od tej w październiku 2016 roku. Trzykrotność takiej podwyższonej przeciętnej to już ok. 13 431 zł brutto miesięcznie. Czyli o 63 zł mniej niż kwota, jaką trzeba zarabiać miesięcznie, by na rękę otrzymać tyle, co szeregowy poseł. Stąd z bardzo dużym prawdopodobieństwem możemy stwierdzić, że każdy parlamentarzysta otrzymuje za swoją pracę więcej niż 98,7% pracujących w naszym kraju.

Właściwie trudno znaleźć zawód, w którym zarabia się takie pieniądze. To pułap podobny do tego, jaki osiągają kontrolerzy ruchu lotniczego, komendant główny policji czy szef ds. bezpieczeństwa informatycznego dużego banku. Albo dyrektor – firma Sedlak&Sedlak podaje, że w 2016 roku mediana wynagrodzeń najwyższej kadry kierowniczej wynosiła 12 tys. zł brutto w skali całego kraju oraz np. 13,4 tys. zł brutto w Szczecinie czy też 16 tys. zł brutto w Warszawie.

10 najbogatszych osób w Polsce ma tyle, co 6,8 miliona najuboższych

Wielu (jeśli nie większość) dyrektorów cieszy się bogatym pakietem benefitów i korzyści, jakie de facto powiększają i tak imponujący dochód rozporządzalny, czyli taki, który pozostaje po potrąceniu kosztów związanych z comiesięcznymi wydatkami. Służbowe auto, karta kredytowa i inne bonusy np. zapewnienie darmowego lokum o odpowiednim standardzie w miejscowości, w której znajduje się biurowiec firmy, to nic nadzwyczajnego w świecie top managementu. Posłowie mogą mieć pod tym względem podobnie, jeśli nie lepiej – Kancelaria Sejmu (KS) zapewnia im środki na utrzymanie biura poselskiego (do 14,2 tys. zł miesięcznie – w przypadku posłów z niepełnosprawnością do 21,3 tys. zł), a przeciętna kwota zwracana posłowi na pokrycie kosztów podróżowania autem to 25-30 tys. zł rocznie. Parlamentarzyści zgłaszają się do kancelarii z bardzo wieloma wydatkami, które są pokrywane z budżetu KS: przeloty lotnicze, przejazdy taksówkami, posiłki w restauracjach, wydatki na pralnię, a nawet kwiaty. No i jeśli miejsce zamieszkania parlamentarzysty mieści się poza Warszawą, to do dyspozycji jest hotel sejmowy. Mało tego, blisko co czwarty poseł osiąga także dodatkowe dochody dzięki pełnieniu funkcji przewodniczącego lub zastępcy przewodniczącego komisji lub podkomisji sejmowej.

Reasumując: zarabiając prawie czterokrotność mediany wynagrodzeń i mając do samodzielnego opłacenia mniej rachunków niż przeciętni obywatele, posłowie należą do elity 2% najlepiej wynagradzanych pracowników w Polsce. Zasoby, jakie mogą przeznaczyć na oszczędzanie lub wydatki na cele konsumpcyjne, plasują ich w gronie ciasnej, uprzywilejowanej elity, liczącej najwyżej 300 tys. osób. I to mimo ich regularnego utyskiwania na to, że koszty życia idą w górę, a ich pensje od niemal 9 lat stoją w miejscu.

Uposażenie parlamentarzystów może nie rośnie, ale to nie zmienia faktu, że miażdżąca większość posłów, którzy wcześniej pracowali poza Sejmem, zajmując miejsce w poselskich ławach poprawia swoją sytuację zarobkową. Według „Wprost” w 2016 roku tylko 34 posłów wykazało w zeznaniach podatkowych mniejsze sumy brutto, niż rok wcześniej. Wzrost średnich zarobków miesięcznych brutto wynosił u posłów ok. 3,5 tys. zł – warto przy tym zaznaczyć, że 44% składu Sejmu to debiutanci.

Co z tego wynika? Obowiązująca w Polsce ustawa zasadnicza w art. 104 pkt 1 informuje, że poseł jest przedstawicielem Narodu. W praktyce oznacza to, że jest on reprezentantem naszego społeczeństwa zasiadającym w ciele ustawodawczym. Ani nasza, ani żadna inna konstytucja na świecie nie wymaga, aby członek parlamentu miał określone IQ, wykształcenie, doświadczenie zawodowe czy ekspercką wiedzę z wybranej dziedziny. Wiadomo, że odpowiednie atrybuty mogą być pomocne w pracy, ale w założeniu każdy poseł, poszczególne komisje i cały parlament mogą korzystać z analiz zewnętrznych ekspertów np. na poziomie indywidualnym posłowie mogą korzystać ze społecznych czy też opłacanych (ze środków publicznych) specjalistów wspierających wybrańców swoimi kompetencjami. Zajęcie miejsca w jednej lub większej liczbie komisji czy podkomisji jest przy tym nie tylko okazją, ale i impulsem do poszerzenia zakresu swoich kompetencji w wybranej przez posła (lub kierownictwo partii) dziedzinie.

Wybory do Sejmu mają więc na celu wyłonienie nie 460 najznakomitszych fachowców w dziedzinie prawa, stosunków międzynarodowych, finansów itd., a raczej grupy będącej odbiciem społeczeństwa w dziedzinie poglądów politycznych, społecznych, obyczajowych. Po ostatnich wyborach w 2015 roku skład naszego Sejmu (na poziomie ogólnych danych oczywiście) określić można jako coś w ćwierć (?) drogi między specyficznie zmodyfikowaną próbą losową (z 30,5 mln polskich wyborców) a patriarchalną merytokracją. Sejm charakteryzuje silna nadreprezentacja mężczyzn (73% składu Sejmu) oraz osób z wyższym wykształceniem (92% – pośród wyborców ok. 20%), w tym nauczycieli i wykładowców akademickich (13% składu Sejmu – w ogóle pracujących niespełna 5%), prawników (10% – wśród wszystkich pracujących posiadający uprawnienia adwokaci, radcy prawni, prokuratorzy i sędziowie stanowią łącznie ok. 0,4%, a pośród uprawnionych do głosowania odsetek osób z dyplomem magistra prawa to również ok. 0,4%), ekonomistów (10% – ok. 3% wyborców może się pochwalić dyplomami ukończenia studiów z zakresu ekonomii lub administracji), lekarzy (3% – w ogóle pracujących stanowią 1%, a w ogóle wyborców – ok. 0,7%) – abstrahując przy tym od relatywnie potężnej nadwyżki stronników silnych i zorganizowanych grup interesów np. fundamentalistów religijnych czy myśliwych.

Posłom zdarza się głosować odwrotnie od zamierzeń (np. podczas zeszłotygodniowego  głosowania w sprawie projektu Ratujmy Kobiety). Ani to, ani jakość ich wystąpień publicznych, nie muszą bronić tezy,  że oto mamy w parlamencie przedstawicieli 2% najlotniejszych umysłów naszego narodu, narodowy crème de la crème. Nie to jest przecież celem demokratycznych wyborów – celem jest reprezentowanie złożoności punktów widzenia, opinii i przekonań naszego społeczeństwa!

Politykom należy się podwyżka

Biorąc to wszystko pod uwagę sądzę, że postulat Razem mówiący o obniżeniu wynagrodzenia posła z aktualnych 12 365 zł brutto (uposażenie plus dieta) do trzykrotności wynagrodzenia minimalnego, które wynosiło 1850 zł w 2016 roku, 2000 zł w 2017 roku, a 2100 zł w roku bieżącym, na tle powyższych danych ekonomicznych nie wydaje się ideą radykalną, na dodatek podszytą „głupim populizmem”. W 2016 roku ta trzykrotność uplasowałaby posłów pośród 20% najlepiej zarabiających. Skoro – jak pokazuje praktyka – posłowie prawie za nic nie muszą płacić, możemy zignorować fakt, że przyjdzie im pracować w mieście o najwyższych kosztach życia w całym kraju. Inaczej mówiąc – prawdopodobnie dochodu do dyspozycji mogłoby im pozazdrościć może prawdopodobnie nawet 9 na 10 z pracujących. Razem proponuje więc degradację z 2% elity do poziomu zarobków 20% najlepiej wynagradzanych pracowników w tym kraju. W dzisiejszych realiach oznaczałoby to, że dla przeciętnego debiutanta w Sejmie wstąpienie do szeregu posłów nie oznaczałoby ani pogorszenia, ani polepszenia warunków ekonomicznych. Czy to źle?

Większość z nas, wyborców, nie ma dostępu do prywatnej służby zdrowia, prywatnych szkół, opiekunek do dzieci, egzotycznych wyjazdów i jedzenia w restauracjach „za darmo” oraz wożenia się taksówkami za każdym razem, gdy przyjdzie nam na to ochota. Jeśli nieco ponad 1/3 posłów zasiada w Sejmie już trzecią lub kolejną kadencję, mamy do czynienia z grupą doświadczonych parlamentarzystów – ale też osób, które od dłuższego czasu, a może nawet przez całe swoje życie zawodowe, nie miały okazji mierzyć się z wyzwaniami życia w Polsce. To sprawia, że ich emocjonalne zaangażowanie w rozwiązywanie problemów, jakie dręczą większość obywateli, z natury musi być mniejsze. Im większe „odklejenie” posłów od realiów życia w naszym kraju, tym trudniej wierzyć w to, że zdolni są do realnego i świadomego reprezentowania swoich wyborców. Pytanie się szofera o to, jak się żyje Polakom, może nie wystarczyć.

Czy zejście z pułapu 2% do 20% najlepiej zarabiających byłoby tak szkodliwe dla jakości naszej demokracji? Czy istotnie pogorszyłoby poziom debaty parlamentarnej? Czy częściej zdarzałyby się pomyłki przy głosowaniu? Czy większa liczba posłów „latałaby samochodem” na „sejmowe delegacje”? Czy skład Sejmu gorzej oddawałby spektrum poglądów, jakie cechują naszych rodaków? Czy do parlamentu trafiłoby istotnie mniej osób pracowitych i faktycznie zdeterminowanych, by zrobić coś dla naszego kraju? Czy taka zmiana zwiększyła, czy zmniejszyłaby liczbę karierowiczów i osób łasych na pieniądze oraz apanaże? Czy posłowie staliby się łatwiejszym celem do korumpowania (o co warto pytać w kontekście afery z senatorem Kogutem)? Każdy z wyborców oceniając pomysł lewicowej partii powinien odpowiedzieć sobie na te pytania. Ufam, że mając kilka dodatkowych danych odnośnie struktury wynagrodzeń Polaków, może to być nieco łatwiejsze.

Czas na płacę maksymalną

Od siebie miałbym dla Razem tylko jedną sugestię. Zamiast trzykrotności płacy minimalnej wynagrodzenie posłów mogłoby zostać określone jako płaca minimalna plus mediana wynagrodzeń. W 2016 roku dawałoby to 1850+3511, czyli 5361 zł brutto miesięcznie – ciut mniej niż 3×1850, czyli 5550 zł. Niemniej moja formuła miałaby dodatkowe walory ponad silne umotywowanie posłów do dbania o regularne i śmielsze podwyższanie minimalnej pensji:

1.Wynagrodzenie posłów rosłoby naturalnie wraz ze wzrostem zarobków całej populacji pracujących – a marginalizowany byłby fakt, że w pewnym uproszczeniu najszybciej wynagrodzenia rosną tym, którzy zarabiają w polskiej gospodarce najwięcej (co znajduje odbicie w średniej).

2. Posłowie, a także większość naszych rodaków przyswoiłaby sobie pojęcie „mediany” i lepiej rozumiała przewagi tego wskaźnika nad średnią arytmetyczną. Na rynku pracy (i nie tylko) to dość użyteczna wiedza.

3. Zamiast raz na dwa lata przeszlibyśmy do analizowania rozkładu wynagrodzeń w rytmie corocznym lub nawet częstszym – a to także korzyść dla świadomości obywateli względem tego, jak dużo (a właściwie jak mało) zarabia się w naszym kraju i w jakim tempie to się zmienia. W kąt poszedłby wskaźnik przeciętnego wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw, wyliczany w tej lepszej 1/3 naszego rynku pracy.

Bio

Łukasz Komuda

| Ekonomista, publicysta, ekspert rynku pracy
Ekonomista, ekspert rynku pracy, redaktor portalu rynekpracy.org, związany z Fundacją Inicjatyw Społeczno-Ekonomicznych.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.

Komentarze archiwalne

  1. I ok jestem za ale może Razem wyciągnęłoby wnioski z porażki sprzed 2 lat i przestało być partią wsobną :). Sama z wielkim zainteresowaniem słuchałam ich lidera 2 lata temu. Ale obserwując co robi przez 2 lata stwierdzam że niczego się nie nauczyli. Aby coś ugrać trzeba wygrać. Nic nie robią na prowincji a te parę stołków które uda się im wyrwać sprawi że będą mieli takie bonusy jak piszą w swoim programie. Zaznaczam. Nie należę do żadnej partii i nie wiem teraz już na kogo zagłosuję ale po 2 latach na ulicy 🙂 mam prawo wyciągać takie wnioski.

  2. Generalnie bronię partii Razem przed zarzutami, że w 3 roku istnienia, bez stażu parlamentarnego nie jest dojrzałą, kilkunastoprocentową partią której wszystkie pomysły są sprawiedliwe dla wszystkich i skuteczne, bo do tego sprowadzają się zarzuty. Ale w tym jednym szczególe też będę kręcił głową. Jeśli jesteście tak pryncypialni, to czemu równolegle nie skrytykujecie uposażeń eurodeputowanych? Czemu krytycznie analizujecie polskie rozwiązania, a w przypadku europejskich siedzicie cicho? Przecież wynagrodzenia „kurii” brukselskiej jeszcze bardziej domagają się krytycznej oceny. A przecież wasz wpływ na rozwiązania polskie i brukselskie jeszcze przez wiele lat będzie tak samo nikły. Bo co, bo atakowanie nadużyć eurobiurokracji jest niepoprawne politycznie? Za dużo „frontów”? Czy za dużo czytacie Gazety Wyborczej?

    Błąd tkwi w tym, że Razem nie wychodzi od namysłu nad systemem. Jak na egalitarną partię przystało, trzeba zacząć od regulacji określających płacę maksymalną (obejmującą kontrakty menedżerskie) – niech ona będzie bardzo wysoka, ale jakiś próg musi istnieć, a kogo to nie satysfakcjonuje, niech jedzie na Zachód, tam wszystkich chętnych menegierów z Polski przyjmą na stanowiska kierownicze w korporacjach. Dopiero od płacy maksymalnej można zacząć dyskusję m.in. o wynagrodzeniu posłów. Co do szczegółów może inny pomysł – niech poseł zarabia jednakową dla wszystkich dietę związaną z wydatkami poselskimi plus średnią z 3 lat najlepszych swoich wynagrodzeń albo 3 lat poprzedzających objęcie mandatu? Zróżnicujemy wtedy posłów ze względu na kwalifikacje, osłabnie motywacja by zajmować się polityką z uwagi na skokowy wzrost wynagrodzenia, a specjalista nie będzie demotywowany do służby publicznej. Sam widzę, że to rozwiązanie wymagałoby wiele uszczegółowień by nie dochodziło do niefortunnych zbiegów różnych przesłanek, ale idei będę bronić.

    1. Warto dodać że sowicie opłacany Parlament Europejski jest parlamentem tylko z nazwy. Nie ma prawa wymyślać ustaw więc niczego nie zmieni. Nie ma znaczenia kto się tam dostanie i jaka będzie frekwencja wyborcza. Ciekawe że Słowacy uszczęśliwieni euro mają najniższą frekfencję w wyborach europejskich. Czują się zdradzeni?

  3. Nie w pensjach rzecz. Ile by polski podatnik nie wysupłał zawsze Berlin i Bruksela dadzą więcej. I będą doić rzeczonego podatnika.

  4. Jaro i Dobra Zmiana mają takie teksty tam gdzie słońce nie dochodzi. Jest zadanie do wykoniania, a nie kasiora na koncie.

  5. Pytanie: czy to dobrze, że Polskę reprezentuje Robert Lewandowski? Przecież on gra w piłkę znacznie lepiej od przeciętnego Polaka. Wbrew pozorem pytam poważnie. Czy reprezentacja ma oznaczac odwzorowanie wprost przeciętnego członka grupy?

  6. Przecież obecnie posłowie nie są wśrod 2 proc najlepiej zarabiających, ale tych zatrudnionych o umowę o pracę. Osoby b dobrze zarabiający płacą cit, a nie pit – nawet gdy nie są przedsiębiorcami, ale po prostu mają jednoosobową działalność jako sposob ucieczki pdzed pit.
    Tani populizm.

  7. „ŁUKASZ KOMUDA Ekonomista, publicysta, ekspert rynku prac”
    „13 494 zł brutto miesięcznie”
    „Właściwie trudno znaleźć zawód, w którym zarabia się takie pieniądze. To pułap podobny do tego […] czy szef ds. bezpieczeństwa informatycznego dużego banku.”

    -> nie mam do „eksperta rynku pracy” wiecej pytan.

    1. Dokładnie, konsultant IT średniej wielkości miasto – 15k. Head of IT security w banku to min 30k plus premie i akcje, no ale pan ekspert wie lepiej.

      1. Nie można brać pod uwagę skrajności. Mocno napompowane pensje w IT dostaje bardzo mały odsetek zatrudnionych w Polsce.

        1. Tak, ma pan rację. Chodziło mi o to żeby wykazać, że pan „eskpert” w tej kontrektnej sprawie zdaje się nie znać realiów.

        2. Problem w tym, ze kazdy przytoczony przez autora przyklad (oprocz komendanta policji) jest podobnie z d.. wziety i mozna to paroma klikami stwierdzic. Pozatym gdyby porownal place poslow z warunkami warszawskimi to cala argumentacja zupelnie legla by w gruzach.

          Podobnie razi w artykule jako argumenty:
          *ze poslowie maja zwroty kosztow podrozy, hotelu itp. Czysty bullshit. Czy w przypadku analiz rynku pracy „fizycznej” tez autor jako bonusy wymienia odziez ochronna sponsorowana przez pracodawce itp?
          * ze diete uznaje za skladnik wynagrodzenia. Dieta nalezy sie pracujacemu poza miejscem zamieszkania jak psu buda. I tak, dieta poselska jest wyzsza niz krajowa, ale mysle, ze posel czesciej ma okazje i koniecznosc wydac np. na zarcie w czyms lepszym niz bar mleczny za rogiem niz szary obywatel na delegacji. Zwracam tez uwage, ze kazdy delegowany np. do Niemiec dostanie ponad 2x wieksza diete niz te poselskie 2’500pln.

          jako obywatel oczekuje, ze poslowie:
          * beda mentalnie w stanie uczyc sie i ogarniac merytorycznie rownolegle rozne dosc zlozone „projekty”
          * jak trzeba beda robili bezplatne(!) nadgodziny, beda czesto w podrozy
          * beda oganizowac prace swoja, sensownie delegowac i zarzadzac ludzmi (pracownicy i „klienci”)

          nie jestem wprawdzie „ekspertem” ale mysle, ze placa posla ww. 9KPLN nie odbiega znaczaco od sredniej w polskiej gospodarce za taki „job spec”, a juz napewno nie od sredniej warszawskiej. Obnizanie tego pozimu to bybylo po prostu dziadowanie.

          mysle, ze caly pomysl i jego priorytet dla Razem jest dla wielu ludzi (w tym dla mnie), ktorzy po numerze z ratujmy kobiety teraz sie zastanawiaja nad wypieciem sie na PO i N na korzysc Razem jak wiadro (no dobra wiaderko) zimnej wody na leb, bo dowodzi, ze rowniez Razem ma swoje po prostu nierozsadne odpaly ideologiczne (w sobie wlasciwa strone). Nie tedy droga.

    2. Co zasadniczo nie zmienia faktu, że mówimy nadal o 3% najlepiej zarabiających w Polsce.

  8. Bardzo dobry punkt widzenia. Dzięki niemu projekt Razem do swojego lekko populistycznego charakteru nabiera wyraźnych rysów demokratyzujących i mających dobry wpływ na rynek pracy.

  9. W sprawie projektu Ratujmy Kobiety posłowie nie głosowali odwrotnie do zamierzeń. Ci co byli przeciw albo nie głosowali nie zamierzali być za.

  10. Fantastyczny pomysł. Rozumiem że nie zauważają państwo już teraz występujacej selekcji negatywnej do polityki, ani tego że żeby ściągnąć fachowca do ministerstwa finansów czy cyfryzacji trzeba im zapewnić obrywy w spółkach skarbu państwa bo wynagrodzenie na poziomie 7000 brutto w Warszawie dla specjalisty może tylko wywołać uśmiech politowania. Nie widzą też państwo problemu w tym żeby przedstawiciele społeczeństwa stanowiący prawo dotykając milionów ludzi i miliardów złotych zarabiali mniej niż wynosi świadczenie socjalne w Niemczech czy Wielkiej Brytanii. Z całą pewnością zapominając o dobrze własnym i swych najbliższych rozpaleni rewolucyjnym żarem oprą się korupcyjnym pokusom.
    Ważne żeby było sprawiedliwie, czyli równo w g****.

    1. Czy to znaczy, że teraz występuje selekcja negatywna, dlatego, że posłowie zarabiają za mało i powinni zarabiać jeszcze więcej ? Nie wydaje mi się, żeby pieniądze były właściwym motywatorem do uprawiania polityki. Taka motywacja właśnie prowadzi do negaywnej selekcji. Druga sprawa – posłowie to nie są czesto specjaliści i nie taka jest ich rola, co opisano w artykule. Ostatni argument jest w ogóle nieprzekonywujący – większość Polaków zarabia mniej niż świadczenie socjalne na zachodzie i nie ma powodu, żeby posłowie zarabiali wielokrotnie więcej. Zarobki na poziomie 2% najlepiej zarabiających skutecznie odrywają ich od rzeczywistości w której żyją ich wyborcy. I nie chodzi tylko o sprawiedliwość, ale o jakość pracy posłów – obniżka wynagrodzeń prawdopodobnie ją poprawi.

      1. Otóż myli się pan, jest bardzo konkretny powód dla którego powinni zarabiać dużo więcej niż przeciętnie obywatele. Przeciętnego obywatela nikt nie będzie kusić wielokrotnoscia jego wynagrodzenia żeby ten się „pomylił” w swojej pracy, bo zazwyczaj jest to mało brzemienne w skutkach. W przypadku, osób stanowiących prawo sprawa ma się inaczej. Najlepszy przykład to karuzele VATowskie. Nigdy nie uwierzę że cały aparat państwa przez wiele lat bezinteresownie nie zauważał problemu. A skala zjawiska mówi chyba sama za siebie. Polityka to praca jak każda inna a ja na przykład ludziom z tzw powołaniem po prostu nie ufam. Mogę podać konkretny przykład ze swojej branży czyli IT gdzie pracuje wielu specjalistów, nie tylko pasjonatów ale tez ludzi którzy świadomie się przebranzowili. Wielu z nich to ludzie inteligentni znający po 2 języki obce i obyci w świecie, zaangażowani też w sprawy obywatelskie. Żaden z nich nie zdecydowałby się zostać posłem przy obecnym poziomie uposażenia, bo poprostu zarabiają więcej i wiedzą z jakimi negatywnymi konsekwencjami się to wiąże.

          1. Po pierwsze nie wiem na jakiej podstawie pan twierdzi, że drogówka przestała brać, może poprostu ludzie już tak chętnie nie dają. Po drugie największe znaczenie miało to wprowadzenie mandatu kredytowego jak jedynej formy płatności i „targety” jakie policjanci teraz mają do wyrobienie.

      2. @Wojtek
        Mówimy o pieniądzach, które są po prostu na dobrym, przyzwoitym poziomie, a nie żadnych kominach, super apanażach itd.
        Co znaczy odrywają ich od rzeczywistości, czy prezes banku zarabiający kilkaset tysięcy jest dalej od rzeczywistości, niż bezrobotny w PGRze na Warmi i Mazurach ? To po prostu różne rzeczywistości, ale to jednak prezes coś czyta, ogląda informacje, zna się na rynku finansowym i zjawiskach w gospodarce. Socjolog badający poziom ubóstwa, patologię społeczne, nie musi być osoba biedną.
        To jest pewien absurd podejścia do polityki, piłkarzy ma trenować fachowiec i godzimy się na wysokie pensje trenerów, operować nas ma chirurg po studiach z którymś tam stopniem specjalizacji i jeszcze najlepiej po stażu w USA, chcemy lecieć samolotem z doświadczonym pilotem, natomiast do polityki dajmy jeszcze gorszych patałachów i płaćmy im za karę o połowę mniej – będzie lepiej jak nic.
        Przecież ta dieta i tak jest zamrożona, poseł na początku lat 90-tych proporcjonalnie zarabiał więcej, licząc siłę nabywczą, czy stosunek jego pensji do przeciętnego wynagrodzenia. Klasa polityczna nigdzie nie jest 1 do 1 do społeczeństwa i dotyczy to nawet ugrupowań lewicy.

  11. Obniżka uposażeń parlamentarzystów to jedno. Należałoby również skrócić możliwość sprawowania mandatu do maksymalnie 3 kadencji. Rzeczywistość podlega dynamicznym zmianom, a zatem należy również regularnie wymieniać reprezentantów społeczeństwa. Zasiadanie przez 25 lat w ławie poselskiej to patologia. Po trzecie nie musimy mieć aż 560 parlamentarzystów, połowa tego wystarczy.

    1. Albo jeszcze lepiej, nie obnizac uposazen tylko ograniczyc okres sprawowania mandatu do dwoch kadencji. W ten sposob nie zniecheci sie dobrze zarabiajacych ludzi do czasowego podjecia sie funkcji posla. I niech o wysokosci uposazen poslow decyduje calkowicie niezalezny organ a nie oni sami.

  12. Bardzo dobry artykuł!

    1. Tylko mam dwie uwagi. Skoro postuluje pan związać wynagrodzenie poselskie z medianą (słusznie!) to po co w artykule analizuje Pan wysokość średnią.

    2. Na lewicowym portalu poza porównaniem wysokości uposażenia do pracy etatowej przydałoby się jeszcze porównanie do śmieciówki, która na polskim rynku pracy jest absolutnym standardem.

  13. Propozycje autora wykoszą z sejmu specjalistów, bo mało który fachowiec (nie tylko prawnik) pójdzie do Sejmu na 4 lata za medianę + 1500. Zostaną idealiści, aparatczycy (finansowani przez partie) i ludzie zamożni, dla których 4 lata utraconych zarobków nie mają znaczenia.
    Natomiast może faktycznie warto i by się przyjrzeć owym „kwiatkom i kwitom z pralni” finansowanym przez Kancelarię Sejmu? To ogromne pole do nadużyć.

    1. Nie zrozumiałeś. Właśnie NIE O TO chodzi. Nadużyciami niech się zajmują służby i dziennikarze. Chodzi o sprowokowanie corocznej dyskusji o płacach i UZALEŻNIENIE posłów od zmian w tym poziomie płac.

    2. Patrząc się na ten sejm, to można co najwyżej zobaczyć fachową kompromitację. A tak bardziej serio, to w tekście jest dość wyraźnie napisane, że posłowie nie są od fachowości (bo mają wsparcie takowych), a od reprezentacji woli politycznej społeczeństwa. Więc może lepiej, żeby fachowcy się nie marnowali w rolach posłów i nie odczuwali osobistego dyskomfortu, że po raz kolejny propozycje merytoryczne zostały przehandlowane politycznie.

      1. W tekście jest to rzeczywiście napisane i jest to, moim zdaniem, nieporozumienie. Posłowie mają dobrze reprezentować interesy swoich wyborców, a tego i nie da się zrobić bez dosyć szerokich horyzontów, inteligencji i umiejętności działania. Tacy ludzie z reguły są cenieni w pracy i zarabiają sporo więcej niż proponuje autor.

        1. Oczywiście masz rację, że posłami powinni być ludzie o szerokich horyzontach i umiejętności działania. Ale czy obecnie tak jest mimo dużego uposażenia posłów ? Czy prawo, które tworzą jest wysokiej jakości ? Czy ustawy są przed uchwaleniem merytorycznie dyskutowane przez posłów-specjalistów, tak by uwzględnić różne racje i osiągnąć jak najlepszą jakość ustaw ? Posłowie powinni być wynagradzani godziwie, ale nie może być tak, żeby dla 90% z nich dostanie się do Sejmu powodowało znaczny awans finansowy. To powoduje, ze motywacją do zostania posłem są pieniądze, a to nie idzie w parze czesto z szerokimi horyzontami i inteligecją, w każdym razie nie taką jak byśmy zapewne oczekiwali u posła.

  14. Proponuję poprawić błąd ortograficzny w nagłówku artykułu. Nie piszemy „pokaRZmy” tylko „pokaŻmy” (bo jest to forma pochodząca od czasownika „pokazywać” — „pokarzmy” pochodzi natomiast od „pokarać”, przy czym z kontekstu wynika, że autorowi chodzi o ten pierwszy czasownik). Z przykrością odnotowuję, że nie jest to przypadek odosobniony, a Krytyka polityczna ma wyraźny problem z redagowaniem zamieszczanych na portalu tekstów. Literówki, pominięcia wyrazów, czy wręcz błędy ortograficzne to tutaj chleb powszedni. Bądźcie bardziej uważni i powodzenia w dalszej pracy!

  15. Bardzo ciekawy tekst. Myślę, że problemem jest nie tyle samo obniżenie zarobków posłów (bo to nie jest głupi postulat, w końcu teoretycznie do tej pracy nie są wymagane żadne kompetencje) tylko fakt, że Razem umieściło ten punkt w Top 5 swoich postulatów. Naprawdę nie ma ważniejszych kwestii?

    1. Nie zrozumiałeś tego tekstu? Co może być bardziej bazową kwestią, niż płace? A może twoim zdaniem lepiej zgłaszać postulat jak z cepa, w rodzaju „podnieść każdemu płace o 100zł”?

      1. Myślę, że go zrozumiałem, zresztą doceniłem go w pierwszym zdaniu. Chodzi o to, że w mojej opinii nie jest to na tyle istotny problem by umieszczać go w pierwszej piątce. Obniżenie uposażenia posłów będzie miało znaczenie PR-owe ale nie przełoży się na poprawienie jakości życia wyborcy. Widziałby raczej miejsce do konstruktywnej debaty na temat programy 500+ albo prawa podatkowego.

    2. Bzdura – postulat Razem pokazuje poziom tej partii i jest to po prostu poziom Samoobrony, nikogo nie obrażając – szczególnie byłych działaczy Samoobrony, świętej pamięci Leppera. Możemy oczywiście pisać, że do polityki nie potrzeba żadnych kompetencji, traktować klasę polityczną jak chłopca do bicia, ale to nie prawda, jeśli coś jest problemem to raczej zbyt mała elitarność w polskiej polityce, oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu, gdzie w Bundestagu bodaj ponad 50 procent posłów to prawnicy, często po doktoratach, normą jest dobra znajomość języka angielskiego itd.
      Straszne 10 tysięcy złotych na rękę miesięcznie w polskich warunkach to z punktu widzenia mediany, czy nawet średniej dość dużo, ale umówmy się, że wszędzie posłami są ludzie powyżej średniej i dotyczy to, także lewicy – Barbara Nowacka jak sama przyznała zarabia np na uczelni około 8 tysięcy.

      1. Pytanie czy chcemy elitarności w polityce. Ja wolałbym widzieć w sejmie ideowców, działaczy społecznych, pracowników uczelni czy doświadczonych urzędników. Oczywiście w rządzie chcę specjalistów ale co do posłów to nie widzę takiej potrzeby.

      2. 1. słusznie zauważasz, że polska polityka nie jest elitarna
        2. Wcale nie jestem przekonany, czy parlament powinien się składać z samych prawników. Ustawy na zamówienie i tak piszą kancelarie prawne, wiec nie jest to argument. Parlament to nie sąd – nie ma konieczności, żeby byli tu sami prawnicy. Sam prywatnie wolałbym uniknąć sytuacji pisania, nawet bardzo dobrych ustaw, które się nie sprawdzają w rzeczywistości. Napisac idealną pod względem formalnym ustawę to jedno, a sprawić, zeby ona była realnie sensowna to zupełnie coś innego.
        3. Zupełnie nie rozumiem dlaczego w komentarzach porównujecie parlamentarzystów albo do wykładowców albo do lekarzy. Akurat jedni i drudzy powinni dobrze zarabiać . Zresztą jak dowodzi artykuł to,z ę Barbara Nowacka zarabia 8 tysięcy to jedno, ale to, ze w przeciwieństwie do posłów jej nie zwracają za benzynę i ze płaci normalny podatek to też co innego.
        4. Jeśli tak bronicie wynagrodzenia poselskiego – ok. ale niech oni chociaz nie wyciągają kart z czytnika, nie wychodzą z sali i przeczytają nad czym głosują. Przecież dzisiejszy posłowie bez żadnej żenady przyznają otwarcie w mediach,z ę głosowali przez pomyłkę, nie wiedzieli nad czym, albo nie zrozumieli jaki będzie skutek głosowania. Gdybym ja tak pracował to jutro szukałbym nowej pracy

        1. @Czytelnik
          Oczywiście posłowie nie muszą sami pisać projektów ustaw, ale przynajmniej powinni być wstanie je zrecenzować i ocenić, tak jak pani Dunin recenzuje tu książki, nie można być prawnym analfabetą. Wyciągnięcie karty z czytnika jest jakimś politycznym wyborem, podobnie jak wyjściem z sali i to może być różnie oceniane, ale to jest święte prawo demokracji. W przypadku rozliczeń za telefony, paliwo to z kolei połowa posłów powinna iść siedzieć za nadużycia i tu byłbym bardziej surowy – wiele wypadków to wciskanie kitu, że ktoś wyjechał miesięcznie benzyny za 30 tysięcy – musiałby przez cały miesiąc nie wychodzić z samochodu, łącznie ze spaniem podczas jazdy.

          1. Ok., ale w takim razie w parlamencie nie potrzebyujemy prawników tylko osób, którym chce się przeczytać ustawe. Mam uwierzyc, że wszyscy posłowie zagłosowali za brygadą świętokrzyską i żaden z nich nie wiedział za czym głosuje, wolne żarty. Głosowali bo są konformistami.

            Nie zgadzam się. Posel może głosować za, przeciw lub sie wstrzymać i z tego jest rozliczany. Zgodziłbym się, że poseł w absolutnie wyjątkowych okolicznościach może wyjąć kartę lub wyjś z sali na znak protestu. Ale na pewno nie może wyjść z sali w czasie wystapienia Rzecznika Praw Obywatelskich lub odczytywania obywatelskich projektów ustaw.