Kraj

Czemu służy straszenie „ideologią gender”?

Radkowska-Walkowicz: Chodzi o rolę Kościoła katolickiego w Polsce i umacnianie jego pozycji. O prawo nadawania znaczeń i wyznaczania moralnych powinności.

Tomasz Stawiszyński: Gender – śmiertelne zagrożenie dla Kościoła?

Magdalena Radkowska-Walkowicz: Śledząc debatę na ten temat w ostatnich tygodniach, można odnieść takie wrażenie. Pytanie: dlaczego i dlaczego teraz? Czy chodzi tylko o PR-owe przykrycie afery pedofilskiej, jak sądzą niektórzy? Jest to zapewne element jakiejś większej całości. Aborcja, homoseksualizm, a ostatnio in vitro – są to przecież tematy związane z kwestią gender i od dawna się nad nimi dyskutuje. Na pewno chodzi tutaj o umacnianie patriarchalnej władzy, o zachowanie ustalonych ról kulturowych. Interesujące z mojej perspektywy jest to, że atak Kościoła na gender trafia jednak na podatny grunt, że nie jest to tylko problem Kościoła instytucjonalnego.

Właśnie – dlaczego to działa?

Trafia przede wszystkim na podatny grunt medialny. Tak działają media. Mam tu na myśli zarówno media tradycyjne – prasę czy telewizję – które budują mocne, pozornie symetryczne spory, bo ich przedstawicielom i twórcom wydaje się, że tego chce odbiorca. Ale to także kwestia internetu. Kiedy badałam problem in vitro, bardzo wyraźnie to widziałam – i w przypadku gender jest podobnie: internet nie musi budować przestrzeni pluralizmu opinii, ale może – i tutaj tak jest – wzmacniać opozycyjność i ujednolicać wypowiedzi. Technika „kopiuj-wklej” odgrywa ogromną rolę w tego typu przekazie: informacja wielokrotnie powtarzana legitymizuje sama siebie.

Ale co ważniejsze, straszenie „ideologią gender” wpisuje się w pewne niepokoje społeczne. Bardzo dobrze to było widać w dyskusji o finansowanym przez Unię programie „Równościowe Przedszkole”, który – jak przeczytałam na portalu WPolityce.pl – „w całej rozciągłości służy zdyskryminowaniu chłopców na rzecz dziewczynek i szerzenia genderyzmu w Polsce” i ma „odzierać chłopców z ich godności”. Jednym z punktów tego programu są przebieranki. I to nagle wiele osób zaniepokoiło i zbulwersowało. Nie tylko hierarchów Kościoła i publicystów prawicowych, ale także rodziców – było to widoczne na wielu forach poświęconych sprawom dzieci.

O czym to świadczy?

Przede wszystkim o tym, że wielu członków naszego społeczeństwa cały czas nie akceptuje i nie rozumie równościowych dyskursów i polityk. Że kontestowanie dotychczasowych, stereotypowych ról płciowych wcale nie jest oczywistością, jak chciałybyśmy to widzieć z perspektywy akademickiej. I że niektórzy dobrze i bezpiecznie czują się w starych układach genderowych. Męskość w tej retoryce nie powinna być kwestionowana.  Nie powinno się podawać w wątpliwość roli mężczyzny, ojca, który ­– cytuję za Frondą, „według planów Pana Boga to był ktoś, kto zdobywa pożywienie dla całej rodziny, jest jej żywicielem, więc jest najważniejszy”. „Tak przecież został stworzony świat. Kobieta została powołana do pomocy mężczyźnie” – dlaczego to zmieniać?

Ale cała ta dyskusja pokazuje też bardzo ciekawy paradoks:

z jednej strony krytycy pojęcia  gender twierdzą, że płeć jest czymś stabilnym, oczywistym, naturalnym i jasnym, z drugiej – boją się, że chłopiec, który założy sukienkę, będzie miał problem ze swoją tożsamością.

Ale gdyby naprawdę wierzyli w trwałość tożsamości płciowej, w ogóle nie powinni widzieć w tego typu akcjach problemu. Jeżeli ktoś ma stabilną tożsamość płciową, to założenie sukienki nic nie zmieni. A im bardziej mówimy, że mężczyźni sukienek zakładać nie powinni, tym bardziej potwierdzamy, że płeć jest dla nas kategorią niejasną i niestabilną. Sama ta dyskusja i jej temperatura pokazują więc, że rozpoznanie płynności ról związanych z płciami jest słuszne. Gdyby to nie był problem, nikt by się nie sprzeciwiał. Mam wrażenie, że jest to niedyskursywna, niewerbalizowana wprost pewność, że mamy tutaj do czynienia z czymś niepewnym.

No ale wiadomo, że dzieci można zdeprawować…

Czyli jednak płeć nie jest trwała i zależna jedynie od chromosomów? W tym wszystkim ważna jest seksualność – widać również, jak mocno w naszej kulturze definiujemy płeć właśnie poprzez nią. Rozmawianie o tym, co jest męskie, a co nie; jak chłopiec może się ubrać, a jak nie – to już jest postrzegane jako rozmowa o seksie. Tak, tu chodzi też o seksualizację dziecka – i pewnie tego boją się rodzice. O dziecko, które ma być wolne od wszystkiego, co związane z seksualnością. To oczywiście nie jest postawa konsekwentna, bo kultura konsumpcyjna, w której dojrzewają współczesne dzieci, odwołuje się w dużej części do tej sfery i jakoś nie budzi to już takiego oporu. 

Marek Jurek powiedział kiedyś – cytuje go Hanna Samson w swojej ostatniej książce – „Szanujemy kobiety w ich naturalnych rolach”.

I znów pojawia się kategoria natury. Natura jest świetną legitymizacją i dlatego  współcześnie dyskursy konserwatywne, ale nie tylko one, tak lubią się do niej odwoływać – do natury jako czegoś oczywistego, jako natury rzeczy, ale też w znaczeniu biologiczności. Natura ma być ostateczną instancją, niezmienną i nieomylną.

Tadeusz Bartoś twierdził, że w tym lęku przed gender jest coś zasadnego. Że mamy tu do czynienia z konfrontacją dwóch różnych wizji człowieka i kultury.

Zapewne tak i dlatego ta retoryka przeciwników jest tak mocna, a wróg tak demonizowany. Ta strategia sprawdziła się już przy okazji debaty o aborcji i in vitro. Ale nie zgodzę się tutaj z większością osób wypowiadających się w mediach w obronie terminu gender i genderowych programów, że jest to jedynie akademickie rozpoznanie, kategoria wypracowana przez nauki społeczne, a więc nie powinniśmy jej z akademii wynosić. Nie, nauka nie jest neutralna, nie funkcjonuje w społecznej próżni.

To, że powstało takie rozpoznanie – że płeć kulturowa jest i to ona, a nie biologia, wyznacza nam pozycje w społeczeństwie – ma ogromne konsekwencje społeczne i polityczne. Pozwala zdekonstruować tradycyjną rolę kobiety, zredefiniować rozmaite związane z płcią powinności i obowiązki. To jest właśnie polityczna emancypacja.

Pamiętajmy jednak też, że jeżeli coś jest kulturowe, jak płeć, to wcale nie znaczy, że jest trywialne i łatwo podważalne. Weźmy choćby kategorię narodu, na którą tak często przywołuje polska prawica – jest to kulturowy konstrukt, ale dla konserwatystów niepodważalny.

Ale w jaki sposób odpowiadać Kościołowi, skoro strategia powtarzania, że mamy do czynienia z naukową koncepcją nie jest szczególnie skuteczna? Ksiądz Oko ze swoimi agresywnymi bredniami triumfuje w kolejnych medialnych spektaklach.

Mam wrażenie, że właśnie nie powinniśmy odwoływać się do akademii i pokazywać, że tylko z jej perspektywy wolno nam mówić o gender, bo wcale tak nie jest. Przecież to kwestia kultury i obyczajowości. Mówimy po prostu o tym, że to nie kobieta musi zmywać naczynia, że mężczyzna może to robić, że kobieta także może przeżywać przyjemność seksualną, że mężczyzna będzie umiał zajmować się dzieckiem, a kobieta zarabiać pieniądze.

Bo przeciw czemu właściwie buntują się ci, którzy twierdzą, że gender to „dewastacja człowieka i rodziny”? Właśnie przeciwko zrelatywizowaniu ról.

Tylko o to im chodzi?

W ogóle to chyba chodzi o rolę i miejsce Kościoła katolickiego w Polsce i umacnianie jego pozycji. O prawo nadawania znaczeń i wyznaczania moralnych powinności. A droga do tego wiedzie właśnie przez rodzinę i ingerencję w sferę prywatną.

To podatny grunt, bo polskie społeczeństwo jest bardzo konserwatywne.

Nie tylko polskie… I potrzebuje jasnych granic. To świetnie widać w sklepach z zabawkami, mamy tam taki jasny podział: różowo po stronie dziewczynek i czarno od broni po stronie chłopców.

Nie ma nic pomiędzy.

Nie ma szarości, tu nie można być trochę chłopcem, a trochę dziewczynką. Są dwie płcie i dwa typy zachowań, upodobań. A trzecia płeć? O niej w ogóle w tej debacie się nie mówi, a przecież odkrycie gender jest związane właśnie z odkryciem przez antropologię, że w innych kulturach istnieje trzecia, a może i czwarta płeć – np. hidżra w Indiach, berdache wśród Indian Ameryki Północnej. Można się zastanowić, czy w kulturze europejskiej takiej roli nie odgrywają właśnie księża. I nie dlatego, że są to mężczyźni chodzący w strojach przypominających suknie, ale dlatego, że nie odgrywają przeznaczonych w naszej kulturze dla mężczyzn ról płciowych, nie spełniają się jako ojcowie i nie reprodukują, a swojej męskości nie potwierdzają za pomocą seksualności.

W pewnym sensie więc księża sami są dowodem na to, że XX i XY to nie wszystko, że to nie biologia tworzy ostateczną płeć, ale kultura, która nadaje znaczenia, negocjuje biologiczne predyspozycje, rozdaje role.

Ale w sumie dlaczego to w naturze szuka się ostatecznego uprawomocnienia ról społecznych? Przecież dziś łatwiej zmienić naturę, czymkolwiek by była, a niedługo być może będziemy ingerowali w życie na poziomie molekularnym. Ale zmienić to, co skonstruowane społecznie i utrwalone w kulturze? To dużo trudniejsze. Może więc odwołanie się do historii i kultury będzie lepszym gwarantem zachowania społecznego status quo?

Magdalena Radkowska-Walkowicz – antropolożka kultury, dr socjologii, adiunktka w Instytucie Etnologii i Antropologii Kulturowej UW. Absolwentka Szkoły Nauk Społecznych przy Instytucie Filozofii i Socjologii PAN. Do czerwca 2009 r. redaktorka naczelna kwartalnika kulturalno-społecznego „(op.cit.,)”. Ostatnio ukazała się jej książka Doświadczenie in vitro. Niepłodność i nowe technologie reprodukcyjne w perspektywie antropologicznej.

Bio

Tomasz Stawiszyński

| Eseista, publicysta
Absolwent Instytutu Filozofii UW, eseista, publicysta. W latach 2006-2010 prowadził w TVP Kultura "Studio Alternatywne" i współprowadził "Czytelnię". Był m.in. redaktorem działu kultura w "Dzienniku" oraz szefem działu krajowego i działu publicystyki w "Newsweeku". W Polskim Radiu RDC prowadził audycję "Niedziela Filozofów czyli potyczki z życiem". Autor książki "Potyczki z Freudem. Mity, pokusy i pułapki psychoterapii" (2013).

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.