Felieton

Najsmutniejsza historia o patriarchacie ever

Na Oceanie Atlantyckim za burtę wypadł polski żeglarz, który opływał świat wraz ze swoją żoną. Zginął, bo kobieta nie potrafiła posłużyć się nawet sterem. Dlaczego?

No więc jest taki sport, żeglarstwo morskie. W większości krajów Globalnej Północy uprawia się go w sposób przyjemny i rekreacyjny: to idealny sposób spędzania czasu dla rodzin czy par emerytów. W Polsce natomiast żeglowaniu towarzyszy przeważnie atmosfera militarno-survivalowa: upokarzające wrzaski, niewybredne żarty i mocno koloryzowane morskie opowieści.

Kiedy zaczynałam żeglować jako nastolatka, właściwie mi to nie przeszkadzało. Doceniałam nawet zbawienny wpływ, jaki niesie za sobą przecioranie zarozumiałej gówniary przez bałtycki sztorm. I pewnie drzemał też we mnie mały Januszek, jaki drzemie we wszystkich ofiarach kocenia: że jak się postaram, to sama będę kiedyś tym kocącym. Zdobywałam kolejne patenty, wypływywałam kolejne godziny i obejmowałam coraz wyższe funkcje.

Stałam się już na tyle dojrzała, że nie miałam ochoty nikogo kocić – chciałam miło spędzać czas z osobami, które dzielą moją pasję. Powoli zaczęłam się jednak orientować, że protekcjonalny stosunek, jaki mają do mnie współzałoganci (często mężczyźni 50+), nie zależy tylko od tego, że nie mam dowodu, ale również od tego, że nie mam prącia. A jakichkolwiek kompetencji nie miałaby osoba bez prącia, nie będzie im przecież mówić, co mają robić. Jedynym sposobem, by uzyskać posłuch, był powrót do atmosfery militarnej, a więc naśladowanie zachowań agresywnych kapitanów alfa. Jaki udział w efektywności tej strategii miały fantazje seksualne zebranych na jachcie panów, nie chcę nawet wiedzieć.

Uwaga: najobrzydliwsza szanta świata

 

Podobnie jak wiele moich koleżanek, żeglarek dalece bardziej doświadczonych ode mnie, zagryzałam zęby i wchodziłam w tę poetykę: rechotałam z dowcipasów i prewencyjnie udowadniałam, że umiem wszystko. Z ludźmi, z którymi spędzasz dwa tygodnie na kilku przechylonych o kilkadziesiąt stopni metrach kwadratowych, wspólnie sikając i rzygając, nie ma sensu, jak sądziłam, szitstormować o dyskryminację kobiet. Lepiej zdobywać pozycję, udając faceta. I to był nasz, wszystkich żeglarek, które tak sądziły, błąd.

Dziewczyny mają dość klepania po dupach. Ja też

21 listopada w okolicach Barbadosu polski żeglarz wypadł za burtę podczas rejsu dookoła świata, który odbywał ze swoją żoną. Nieprzypięty szelkami (jacht na falach to coś jak pierwszy raz na pilates, tylko dużo gorzej) udał się na jego dziób, by poprawić żagiel i przekoziołkował do wody. Jego żona, pani Elżbieta, nie była w stanie udzielić mu pomocy, ani nawet jej wezwać. Niedawno zdecydowała się zrelacjonować przebieg zdarzeń Radiu Gdańsk. Opowieść pani Elżbiety gorąco polecam przeczytać w całości.

Wynika z niej, że pani Elżbieta nie miała pojęcia, co robić, gdy jej mąż wylądował w wodzie. Nie umiała manewrować jachtem ani na żaglach, ani na silniku. Nie wiedziała również, jak skorzystać z radia, telefonu satelitarnego oraz innych sprzętów, które umożliwiłyby jej wezwanie pomocy. Guzik do wyłączenia autopilota i uruchomienia silnika były zapewne w zasięgu jej ręki, guzik służący do wysłania w eter informacji o człowieku za burtą wraz z położeniem geograficznym jachtu – w zasięgu kilku kroków. Ale pani Elżbieta nie miała o tym pojęcia, więc siedziała bezsilnie na rufie, przez dwadzieścia minut obserwując oddalającą się głowę męża, który wołał o pomoc. Po kilku dniach samotnej żeglugi udało jej się nawiązać łączność satelitarną z córką, która wezwała pomoc i pomogła pani Elżbiecie wrócić do Polski.

„Nie lubię i nie umiem pływać” – przyznaje pani Elżbieta. I pyta: „Dlaczego nie trenowaliśmy pomocy osobie, która znajduje się za burtą?”.

Świeć Neptunie nad duszą pana Stanisława i dopomóż pani Elżbiecie, a okoliczności wypadku zbada Izba Morska. Obawiam się jednak, że z dużym prawdopodobieństwem potrafię odpowiedzieć na to pytanie.

Dziesiątki razy słyszałam bowiem żeglarzy, którzy dowodzili, że jest to sport ponad wszelką wątpliwość męski, że szelki asekuracyjne są „dla pedałów”, i że „co będę babie tłumaczył”. Widziałam też dziesiątki kobiet, które wsiadały na pokład jachtu dla swoich mężów, nie próbując zgłębić choćby podstaw żeglarstwa. On stoi za kołem sterowym, obserwuje pogodę, prowadzi nawigację, a ona robi herbatę, zabezpiecza sztućce przed nadchodzącym sztormem i buchtuje liny. Ona patrzy na niego z bezradnym zachwytem, a on napawa się tym, że jej los leży w jego rękach.

Członkowie żeglarskich grup dyskusyjnych, które przeglądałam, są mniej więcej zgodni w tym, że pan Stanisław nie spełnił jednego z podstawowych obowiązków kapitana, jakim jest przeszkolenie załogi w zakresie udzielania i wzywania pomocy. Niemal równie zgodnie uważają jednak, że tak to jest, jak się bierze babę na pokład, że nawet wyszkolone żeglarki są w awaryjnych sytuacjach bezradne (?!), i że może jakby pan Stanisław był sam, lepiej by zadbał o swoje bezpieczeństwo i założył szelki (sic!). Że „ocean to nie Mazury, gdzie można strzelić focha”, że „kobiety są ozdobą żeglarstwa”, i że jak poproszą, by „dać potrzymać ster”, to można, ale więcej już nie.

Mężczyźni objaśniają mi świat

czytaj także

Pierdy produkowane przez panów na forach są nie tylko obraźliwe wobec tysięcy zawodowych żeglarek zwyciężających w regatach, opływających samotnie świat, prowadzących rejsy na najtrudniejszych trasach i nie tylko przykre dla żeglarek-forumowiczek, ale nierzadko świadczą o tym, że panowie może i mają prącie, ale pojęcia, na czym polega żeglarstwo na akwenie większym niż jezioro Śniardwy, już nie.

W kontekście tragedii pod Barbadosem ględzenie o tym, że kobiety nie mają siły, żeby złożyć maszt albo uruchomić silnik „szarpanką” (przez pociągnięcie linki) jest śmieszne, bo w jachtach pełnomorskich masztu przeważnie się nie składa, a silnik wyposażony jest w rozrusznik elektryczny, uruchamiany guzikiem. Czynności, o których mówią panowie, nie wymagają zresztą siły herosa, a na egzaminach żeglarskich dają sobie z tym radę nastoletnie dziewczyny. Na jachtach istnieją ponadto przyrządy (np. kabestany + korby), które ułatwiają co cięższą pracę z linami.

No ale wracając do meritum: ta potwornie smutna historia pokazuje, jak ogromny popełniałyśmy z koleżankami-żeglarkami błąd, przemilczając rozliczne przypadki dyskryminacji na jachcie i dla świętego spokoju „udając” mężczyzn. Winy za wypadek na Atlantyku nie ponosi do końca ani pan Stanisław, który nie dopełnił obowiązków kapitana, ani pani Elżbieta, która dla swojego męża zrzekła się podmiotowości dorosłego człowieka.

Winę ponosi – choć Izba Morska nie wspomni o tym ani słowem – patriarchat, który każe mężczyznom nie dopuszczać kobiet do swoich rzekomo męskich zabawek, a kobietom uczestniczyć w tych zabawach w roli niemych wielbicielek. Dziewczyny, które próbowały podnosić ten temat na grupach żeglarskich, zostały masowo „oskarżone” o feminizm i w efekcie wypadły z dyskusji. A podobnych historii, jak historia pani Elżbiety i pana Stanisława, są setki: nie tylko w historii żeglarstwa, ale i wszystkich stereotypowo męskich sportów.

Być może w polskim żeglarstwie następuje powoli zmiana pokoleniowa: młodzi żeglarze i żeglarki pływają w międzynarodowych załogach, szkolą się w bardziej koedukacyjnych okolicznościach, a militarny model żeglowania wykształcony w czasach PRL odchodzi powoli w niepamięć. Patriarchalne schematy reprodukowane przez środowisko nie znikną jednak same z siebie: żeglarki czeka jeszcze ogrom pracy.

Sukcesy, które odniosły w ostatnich kilku latach kobiety w walce o swoje prawa, są niezaprzeczalne. „Trwałą zmianę damsko-męskich obyczajów” odtrąbiły nawet mainstreamowe media. Wystarczy jednak wyjrzeć poza aktywistyczną bańkę, by zrozumieć, że to dopiero (i aż) mała wygrana walka.

Bio

Kaja Puto

| Reportażystka, felietonistka
Wiceprezeska zarządu Korporacji Ha!art. Z wykształcenia kulturoznawczyni i filozofka, studiowała w Krakowie, Berlinie i Tbilisi. Zajmuje się Europą Środkowo-Wschodnią, Kaukazem Południowym i tematyką migracyjną. Publikuje m.in. w Krytyce Politycznej, „Nowej Europie Wschodniej” i „Polityce”. W Ha!arcie huczy, redaguje, tłumaczy z niemieckiego i ogarnia fundraising.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.

Komentarze archiwalne

  1. Pomijając wspomniane fakty, a biorąc pod uwagę przemyślenia autorki… O jeny!!!!
    Przyznaję, że z trudem przebrnąłem przez ten tekst! Pani Kaja wybrała tę historię do projekcji swoich przekonań i nic więcej – feminizm z niego kipi, a merytoryczne informacje są jedynie tłem. Pozostawiając za sobą niesmak jaki płynie z artykułu, a skupiając się na wnioskach jakie powinny z tej historii płynąć:
    – szkolenie bezpieczeństwa przed rejsem, potem ćwiczenie podejścia do tonącego to ważna rzecz.
    – Należy pokazać załogantom jak włącza i wyłącza się autopilota oraz silnik (przecież ja też mogę wypaść za burtę!).
    – Szelki nie są da „pedałów”

  2. W dawnych czasach uczestniczyłem w rejsie po Mazurach. Duża łódź „dezeta”, przerobiona z szalupy okrętowej. Załoga w większości z patentami, dwóch „szczurów lądowych”. Pierwszy dzień rejsu, jezioro Kisajno, spory kawał wody, pogoda dość parszywa. Dla nowych nauka manewru „człowiek za burtą”. Wyrzucanie koła, zrzucanie żagli, dojście do ofiary na silniku (to duża łódź i nauka manewru na żaglach nie jest prosta dla nowicjusza). Jeden grzecznie szarpie linką i manewruje dość niezdarnie, drugi (rozpuszczony szczeniak z bogatej rodzinki) odmawia, bo to tylko dwa tygodnie i od czego jest sternik właściwie? Dwadzieścia minut później delikwent przy dyskretnej pomocy sternika wylatuje za burtę (w kapoku) i nikt nie reaguje, jacht odchodzi od niego lekkim baksztagiem. Po kilku minutach powrót na silniku i podjęcie ofiary wykonuje świeżo nauczony adept. Uratowany bez szemrania odbywa szkolenie. Przez dwa kolejne dni wyrzucanie przedmiotów do wody i podejmowanie ich ćwiczone są tak długo, aż umieją wszyscy. Z tego opornego wyrósł potem sternik morski, tak mu się spodobało!
    Kapitan, który dopuszcza do sytuacji, w której na statku jest choćby jedna osoba, która nie potrafi się zachować w sytuacji „człowiek za burtą” zasługuje na los, który spotkał tego debila. Dziewczyny tylko szkoda.

  3. ciekawe czy srodowisko wysokogorskie rowniez boryka sie z takimi problemami xd
    to by mogło wyjasnic czemu ten facet niedawno zgiął w himalajach: wziął grażynę w klapkach ze sobą, strzeliła mu focha a jego uwięziło w śniegu. a z himalajami panie nie ma żartów, to już nie kasprowy wieerch

  4. „Zginął, bo kobieta nie potrafiła posłużyć się nawet sterem. Dlaczego?” Bo był głupi, on. Co innego krotka przejazdzka a co innego wielka wyprawa. Widac zone te sprawy nie interesowały, a on nie naciskał aby zona cos umiała. Nie przygotował sie na wyprawe. Był wyrazny podział rol.

  5. Szanowna autorka opisuje jakieś żeglarstwo, którego nie znam, mimo że żegluję na polskich jachtach po morzu od niemal 40 lat.

    Po pierwsze – żeglarstwo morskie – to nie sport. Ono zaledwie czasami bywa sportem – dla tych nielicznych chętnych, którzy się w żeglarski sport na morzu chcą bawić.

    Po drugie – polskie żeglarstwo morskie, takie które uprawiam i które zdecydowanie i od dawana w Polsce dominuje – to skrzyżowanie rekreacji i turystyki. Całkiem tak samo, jak w krajach „Globalnej Północy”. Południa zresztą – też 😉

    Po trzecie – żeglarstwo morskie, to które bywa moim udziałem, poza przykrą koniecznością wypełnienia kilku idiotycznych wymogów formalnych, które wciąż stawiają mu polscy biurokraci – nie ma nic wspólnego ze „zdobywaniem patentów”, „egzaminami żeglarskimi”, „wypływaniem godzin” czy „obejmowaniem funkcji”.

    Po czwarte – oprócz przykrego wrażenia, że autorka miała niewytłumaczalnego pecha w wyborze osób, z którymi żeglowała (z trudem opędzam się od myśli, że tego pecha sama prowokowała… albo że zwyczajnie zmyśla) – dostrzegłem w jej artykule silną manierę pisania „pod tezę”. Przyznam, że pod koniec czytałem już niedokładnie, ale odrzucało mnie dominujące założenie, jakoby w żeglowaniu po morzu dominowały „patriarchalne schematy…”upokarzające wrzaski”… „rozliczne przykłady dyskryminacji”… „stereotypowo męski sport”, etc, etc… Sorry, ale straciłaś, droga Kaju-autorko, kontakt z rzeczywistością. Ja w każdym razie zwyczajnie nie wiem o czym Ty piszesz. BTW – moja żeglująca od czasu do czasu po morzu żona – też…

    Na koniec się narażę – wśród dziesiątków osób, z którymi żeglowałem po morzu zdarzały się takie, których stosunek do wiedzy żeglarskiej można podsumować stwierdzeniem „nie umiem i nie lubię pływać” – i jeszcze „ni cholery nie chce mi się tego uczyć”.
    Podkreślam słowo „osoby”, bowiem ich płeć nie miała żadnego znaczenia. Osoby te kończyły przygodę z morskim żeglowaniem po pierwszym, najczęściej króciutkim rejsie… i tyle!
    Jeżeli ktoś, kto już sprawdził, że morskiego żeglowania „nie umie i nie lubi”, decyduje się dalej „wozić się” pod żaglami po morzu, w niczym nie zmieniając swego niechętnego stosunku do żeglowania – to postępuje irracjonalnie, by nie rzec, że po prostu…głupio. I – co bardziej istotne – obciąża swoim tumiwisizmem innych członków załogi.
    Niemniej – jeżeli któraś z koleżanek – żeglarek, z którymi wspólnie po morzu żeglowałem uważa, że doznała z mojej strony złego traktowania, albo nawet że była dyskryminowana – to przepraszam.
    Pamiętam bowiem kilka nieprzyjemnych rozmów, po „wyczynach” różnych członkiń załóg. Z góry jednak proszę, aby każda z pań rozważyła, czy musiała odbyć ze mną nieprzyjemną rozmowę dlatego, że jest kobietą, czy może tylko dlatego, że coś w naszym wspólnym żeglowaniu koncertowo spierd… khem… schrzaniła albo że naraziła jacht, załogę i siebie samą na zbędne niebezpieczeństwo. No i że ewentualny opier…l otrzymała tak samo, jak otrzymałby go każdy inny członek załogi, całkowicie niezależnie od płci.

    Pozdrawiam,
    żeglarz,
    mężczyzna 50+,
    na morzu poza kokpitem – programowo w szelkach i przypięty

    1. „droga Kaju-autorko, kontakt z rzeczywistością”

      Cała prasa kobieca nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. To są zmyślone teksty mające ukoić szukające ujścia emocje czytelniczek.

      1. Hmmm…
        Serdecznie proszę, byś nie nadużywała (używał?) wyrwanych z kontekstu cytatów z mojego komentarza. Zwłaszcza po to, by napisać coś, czego ja napisać nie mógłbym.
        Zacytowana przez Ciebie uwaga o kontakcie z rzeczywistością dotyczyła konkretnego artykułu i konkretnej autorki – w związku z wyrażonymi przez nią, oderwanymi od znanej mi rzeczywistości poglądami na polskie żeglarstwo morskie.
        Zauważ – nie pisałem nic o „prasie kobiecej”.
        Zauważ – w szczególności o „całej prasie kobiecej”….
        W przeciwieństwie do żeglarstwa, nie czuję się na siłach, by wypowiadać się na ten temat.

        Posługiwanie się wyrwanym z kontekstu cytatem z cudzej wypowiedzi, po to by wyrazić pogląd całkiem tej wypowiedzi obcy – to ograna, taniutka sztuczka erystyczna.
        Myślę, że warto byś rozważył (ła?) w przyszłości ciut bardziej ambitne rozwiązanie, w którym Ty, wyrażając swoje własne poglądy, używać będziesz swoich własnych słów – a nie kiepsko dobranych cytatów…

        1. Jak erystyka? O ci człowieku chodzi? Nie wszyscy szukają kontaktu z rzeczywistością, czasami trzeba poczytać prasę kobiecą, która wcale nie jest gorsza! Ja wolę jak pani Puto pisze o „upokarzających wrzaskach” niż prawdziwej słonej wodzie. Koniec tematu z mojej strony.

          PS: mnie od żeglowania odrzucał brak prysznica

  6. Nie da się udawać mężczyzn, bo nie ma czegoś takiego jak zachowanie męskie lub zachowanie żeńskie.
    Są zachowania ok, albo nie ok. Każde zachowanie jest dostępne Ludziom – pytanie, co wybiera świadoma jednostka.
    Wszyscy jesteśmy takimi samymi Ludźmi. Podziały są w naszych głowach wpojone mocno schematami przekazywanymi w drodze kulturowo-społecznych naleciałości.
    Jeżdżę morami, składałam je sama, jestem osobą technicznie zdolną. Manualnie – bardzo.
    Jestem osobą techniczną. jestem kobietą.
    Nigdy nie dawałam faceta, bo nie ma czegoś takiego. Byłam i jestem sobą. I nie śmieję się z dowcipów o Paniach. Ani o Panach. Tych stygmatyzujących i poniżających.
    Są KRETYŃSKIE. Niezależnie od tego, Kto je głosi.
    Prowadzę stronę Kobieta To Człowiek Nie Przedmiot.
    Pozdrawiam

  7. Komuś wszystko kojarzy się z patriarchatem. Może i tak być w tym przypadku, z tym, że patriarchat znajduje się w głowie bohaterki. Nie ma powodu sądzić, że mąż izolował ją od wiedzy jak odpalić silnik. Po prostu ją to przerażało, nie interesowało, nie myślała, że może się przydać, wolała nie wiedzieć, bo wiedza to odpowiedzialność. Ona się jej suwerennie zrzekła, a nie żaden patriarchat jej zabrał.

  8. Wszystkiemu winna jest szkoła oraz brak edukacji i wychowania. Ale czemu się dziwić, jeśli ogromną większość stanu nauczycielskiego stanowią osobnicy bez prącia, żeby użyć konwencji zastosowanej w artykule.

  9. Smutna historia? Naprawdę? Pan Stanisław, lat 74, zginął na ukochanym morzu, a pani Elżbieta wreszcie, w wieku 67 lat, będzie mogła robić to, na co sama ma ochotę, co powinno ucieszyć każdą feministkę 🙂 Nie zdziwiłbym się, gdyby to ona dała mu wiosłem po głowie 😉

  10. Tak to smutna historia ale…. to się ciągle, codziennie, powtarza – kiedy kolejna kobieta/mężczyzna wsiada do auta ze swoimi dziećmi, którym kieruje pijany/a. I to nie jest komentarz nie na temat. To jest bardzo na temat- nic nie zwalnia od myślenia! ani patriarchat, ani feminizm, ani wykształcenie, ani certyfikaty. NIC!

  11. Bardzo trafna obserwacja. Moja córka, bynajmniej nie zaangażowana feministka, potwierdza istnienie takiego zjawiska – gdy wybrały się na żeglowanie po Mazurach tylko w dziewczyńskim towarzystwie, spotykały się bez żadnych ku temu podstaw ze sceptycyzmem ze strony mężczyzn, czy dają sobie radę.
    Ale po co Autorka napisała artykuł w tak nieeleganckim stylu? Dla niektórych to dodatkowa bariera, powód by Autorkę zaklasyfikować jako osobę, która nie ma nic mądrego do powiedzenia i której argumentów się nie wysłuchuje, bo bardziej jej zależy na ujściu emocji niż na przekonaniu kogoś do swoich racji.

    1. Powyższy przypadek przypomniał mi że w skali społecznej taki patriarchat też przynosi szkody. W Szwajcarii do początku lat ’70 kobiety nie miały prawa głosu, więc nawet gdy im je dano, frekwencja kobiet w grupie „scocjalizowanej” wcześniej wyłącznie do kuchni, dzieci i kościoła jest znacząco niższa niż innych grupach. No i jak przyszło referendum ws. ustępstw na rzecz związków cywilnych, w tym homoseksualnych, Kościół Katolicki i dwa główne kościoły protestanckie mimo, że wezwały swoje żelazne zaplecze do masowego głosowania przeciw, przerżnęły głosowanie, bo starsze wiekiem katoliczki i protestantki nie ruszyły do urn, gdyż nie przystoi kobiecie zajmować się sprawami publicznymi.

    2. Podejrzewam, że bardziej chodziło o to co w Samych Swoich „pomoc Ci ? Nie trzeba. To Ci pomogę.” a nie patriarchat. Trochę się boję o swoją córkę.

  12. Jeżeli żona spróbowała żeglarstwa i faktycznie Jej to nie odpowiada – to rozsądek. Jeżeli nawet nie pozwoliłeś Jej spróbować, czy nie wsparłeś Jej kiedy próbowała – to sam sobie odpowiedz.

  13. jeśli żona była taka odporna i oporna na dośc podstawową i ważną wiedze to po prostu powinna zostać w domu, niepotrzebnie ją gośc zabierał ze sobą

  14. W tym przypadku winę ponosi jednak brak rozsądku. Oczywiście patriarchat jest nie ok, ale żeby pływać na jachcie i nie umieć na nim zrobić samodzielnie kompletnie nic, to patriarchat nie wystarczy…

  15. „ta potwornie smutna historia pokazuje, jak ogromny popełniałyśmy z koleżankami-żeglarkami błąd, przemilczając rozliczne przypadki dyskryminacji na jachcie i dla świętego spokoju „udając” mężczyzn. Winy za wypadek na Atlantyku nie ponosi do końca ani pan Stanisław, który nie dopełnił obowiązków kapitana, ani pani Elżbieta, która dla swojego męża zrzekła się podmiotowości dorosłego człowieka. Winę ponosi … patriarchat”. Lepiej powiedzieć, że Wy jako środowisko żeglarskie w tym i autorka tekstu ponosicie odpowiedzialność za wypadek, skoro pisze, że popełniła błąd przemilczając. Ja jako nie żeglarz, nie poczuwam się wcale do odpowiedzialności za ww. wypadek, mimo że jestem mężczyzną. Każdy powód jest dobry, żeby uderzyć w patriachat, kowal zawinił, Cygana powiesili.

    1. Przecież bije się pierś w tym artykule. Czy tylko ja przeczytałem to ze zrozumieniem?

  16. „Jaki udział w efektywności tej strategii miały fantazje seksualne zebranych na jachcie panów, nie chcę nawet wiedzieć…” Pewnie taki sam, jaki kierował Tobą, Kajo Puto pisząc ten tekst 🙂 Poza tym to takie naiwne oskarżać niemal wszystkich mężczyzn za delikatność większości kobiet. Kiedyś mojej dziewczynie zaproponowałem, że nauczę ją rozpalać ognisko. Zgadnijcie jak zareagowała. Obraziła się na mnie. I czytając wypociny jakiejś aktywistki, z przedmieścia Warszawy, która chce na nowo mi wyjaśnić świat i jego mechanizmy, dochodzę do wniosku, że cokolwiek facet nie zrobi, to będzie źle. A roszczeniowa postawa K. Putek tylko to potwierdza, i trudno jako taką brać ją na serio. Zresztą jak większość naiwnych postulatów lewicy liberalnej.

    1. „dochodzę do wniosku, że cokolwiek facet nie zrobi, to będzie źle” – nie jeśli zabierzesz swoją dziewczynę na wyprawę morską, a ona obrazi się, bo będziesz chciał nauczyć jak zachować się na dużym akwenie i skasujesz, to zachowasz się bardzo źle, tak źle, że skończysz martwy w słonej wodzie. Wyobrażam sobie sytuacje, że zabierasz swoją dziewczynę w jakieś pustkowie, spadasz ze skarpy, tracisz przytomność, wszędzie daleko, a nocą temperatura spada poniżej zera, a ty umierasz w nocy z wyziębienia. I ty będziesz głupi, bo nie potrafiłeś wyjaśnić dziewczynie, czemu warto znać sposoby rozpalania ogniska.

      1. Facet będzie głupi, bo nie potrafił wyjaśnić dziewczynie, ale nie dziewczyna już nie będzie głupia, gdy nie nie będzie chciała się nauczyć. Nie rozumiem tego, ale cytując komentarz Judyty „To wszystko jest logiczne dla tych, którzy chcą zrozumieć i się zastanowić, a wśród mężczyzn wciąż jest takich osób niewiele. „

        1. Nie dziwie się, że nie rozumiesz, przecież artykułu też nie zrozumiałeś. Piszę wprost, że jeśli wybierasz się z jakąś osobą w miejsce wymagające jakiś umiejętności i nie zadbasz o ich zdobycie (podstawowe!), to ty jesteś winy, nie ta osoba, bo teoretycznie posiadasz większą wiedze i doświadczenie. To takie życiowe BHP.

          I wiesz, jedną z największych umiejętności to dar przezywania wiedzy. Mam poczucie, po sposobie jak piszesz, że dziewczyna miała uzasadnione powody do obrażenia się, wystarczy nieraz protekcjonalny ton.

          1. Piszesz, że jedną z największych umiejętności to dar przekazywania wiedzy, więc może staraj się jej używać, zamiast atakować kogoś kto ma inne zdanie od Twojego.

          2. Miałem wrażenie, że piszę do mężczyzn, którzy bardzo chcą być traktowani po męsku. Więc takie męski szturchniecie w ramie zrozumieją. Przyznam, że nie wiem, czy kogoś obrażam, nazywam głupotą wchodzenie w niebezpieczne sytuacje bez przygotowania i bez przygotowanych osób. Zresztą o tym jest ten tekst powyżej.

          3. Piszesz nie tylko do mężczyzn, Twoje komentarze czytają pewnie również kobiety. Artykuł jest też o takim męskim poszturchiwaniu (ja się nie obraziłem), które w świetle artykułu jest przejawem patriarchatu. Kaja Puto wykorzystuje opisaną niebezpieczną sytuację z tragicznym finałem, do oskarżenia patriarchatu jako jej sprawcy (patrz tytuł), co moim zdaniem jest nadinterpretacją.

          4. Czyli mam formę wypowiedzi kierować nie do konkretnej osoby do której się odnoszę, ale do każdego. Hmy. Nie widzę tu nadinterpretacji, Puto podaje cały kontekst społeczny i środowiskowy, jest to spojrzenie od środka. I podobne mechanizmy patriarchalne zapewne można odnaleźć w innych teoretycznie męskich środowiskach np. wędkarzy, czy myśliwych.

          5. W przedostanim komentarzu stwierdziłeś, że piszesz do ogółu mężczyzn, a teraz że odnosiło się to konkretnie do mnie, więc jak w końcu. Twoje werbalne poszturchiwanie w ramie jest również zachowaniem patriarchalnym, nigdzie nie pisałem, że chcę być bardzo traktowany po męsku. Czyli jak Kali ukraść krowę dobrze…

          6. Mężczyzn, ale dwóch, czyli ciebie i autora wpisu. Choć się nie udziela. I widzę, że ty nie całkiem podzielasz jego poglądy. Uff, trafiłem na wojującego feministę.

          7. Feminizm chce równości płci, postulat jak najbardziej słuszny. Ta dyskusja w tym wątku toczy się między 2 mężczyznami na temat zachowań wobec kobiet, ale bez ich udziału, co również może zostać uznane za przejaw patriarchatu (patrz dyskusja „Viagroholizm…” w KP). ?

          8. Trochę to smutne, że żadna pani się nie dołączyła. Bo nie jest to zamknięta forma rozmowy. Choć może tylko czytają i kiwają na nas głowami: „Oj, chłopcy, chłopcy”.

          9. To żeby panom nie było smutno, ja się wypowiem.

            Do autora pierwszej wypowiedzi: to, że pana dziewczyna nie chce palić ognisk nie znaczy, że żadna inna nie będzie chciała. Ja np. palę ogniska od 8. roku życia i sprawia mi to frajdę, natomiast myśl o, dajmy na to, zajęciach tańca nowoczesnego, napawa mnie umiarkowaną radością. Widzi pan do czego zmierzam? Kobiety są różne, i to właśnie traktując nas jak homogeniczną całość, na podstawie anegdotycznego dowodu, sprawia pan, że „będzie źle”. Jeśli jeden facet jest w stanie kochać wędkarstwo, a drugi całe dnie spędzać przy x-boxie to jest to zrozumiałe, ale to że jedna kobieta pali ogniska, a druga tańczy już nie?!

            Co się tyczy reszty dyskusji: twierdząc, że za brak chęci nauki kobiety odpowiedzialny jest mężczyzna odbiera pan, moim zdaniem, podmiotowość kobiecie. To ona decyduje o tym czego chce się nauczyć, i póki co jeszcze nie ma w Polsce tak, że za kobietę odpowiedzialny jest mężczyzna.

            W podanym przez pana przykładzie wg mnie mężczyzna jest raczej winny lekkomyślności, ponieważ wybiera się na wyprawę z osobą, która nie jest do tego przygotowana. Zakładam przy tym, że takie rzeczy dogaduje się przed wyjazdem, jeśli faktycznie możemy znaleźć się w trudnej sytuacji.

  17. To wszystko jest logiczne dla tych, którzy chcą zrozumieć i się zastanowić, a wśród mężczyzn wciąż jest takich osób niewiele. Mężczyźni – zwolennicy patriarchatu nie przyjmują argumentów feministek, ani się nad nimi nie zastanawiają, bo nie chcą rezygnować ze swojej uprzywilejowanej pozycji (nawet jeśli to „uprzywilejowanie” ma skutki jak w artykule”). Nic się nie zmieni dopóki większość mężczyzn nie zobaczy dla siebie korzyści płynących z równouprawnienia.

    1. Ale ma Pani świadomość, że równouprawnienie już istnieje w Polsce i bardzo wielu innych krajach?

  18. Smutna historia. Dlatego nie żegluję z żoną. Ona nie lubi i nie będzie się niczego uczyć poza zabezpieczeniem sztućców. Czy to patriarchat czy zdrowy rozsądek niezależny od płci?

  19. Bardzo ciekawy komentarz do tego smutnego wydarzenia. Niestety nie mogę się zgodzić z tym, iż to patriarchat jest winien tej śmierci. Winny jest kapitan (nie wiem, czy niewiedza jego żony wynikała z jej niechęci do nauki czy z braku odpowiedniego przeszkolenia przez męża), bo to on powinien 1) przypinać się 2) mieć pewność, że załoga jest przeszkolona i wie co zrobić na wypadek wypadku. Pływałem z niejednym kapitanem, i tutaj należy zdecydowanie odróżnić kapitanów od pseudo-kapitanów. Tym pierwszym przede wszystkim zależy na nauczeniu załogantów jak najwięcej i przekazanie im pasji żeglarstwa. Tym drugim zaś na wszystkich innych aspektach, jak kasa, picie, wywyższanie się itp. Zawsze tak było, jest i będzie, że to kapitan odpowiada za jacht, więc respekt względem niego musi być. Nieważne, czy to kapitan-facet, czy kapitan-kobieta. Kocenie? Nie ma sensu. Zdecydowanie lepiej pokazać swoją wyższość wiedzą i doświadczeniem. Dla Pani Kapitan mam poradę: Jak facet rzuca brzydkie żarty czy się niewłaściwie zachowuje, to niech raz czy dwa wyczyści wszystkie Kingstony (Toalety) na jachcie. Jestem prawie pewien, że większość więcej tego nie zrobi.