Czytaj dalej

Jestem autorem wyłącznie prowokacji udanych

slawomir-jastrzebowski

Moja książka jest genialna, to arcydzieło. Najlepsza rzecz, jaką w ostatnim czasie czytałem – mówi Sławomir Jastrzębowski, naczelny „Super Expressu”, w rozmowie z Martyną Słowik.

Martyna Słowik: Po co napisał pan Toksynę?

Sławomir Jastrzębowski: Najpierw opowiem historię, jak powstała, bo ona jest nieco tajemnicza również dla mnie. Ta książka nie jest i nie była mi do niczego specjalnie potrzebna.

Oprócz pieniędzy.

Nie. Jestem dobrze zarabiającym człowiekiem. Nie są mi potrzebne pieniądze z książki. Nawet nie wiem, ile się na tym zarabia.

I oprócz taniej sensacji.

Ja mam dużo drogiej sensacji, pracując w „Super Expressie”. Tania sensacja też nie jest mi potrzebna.

To co jest?

Gdybym wierzył w natchnienie, to powiedziałbym, że ono. Ale ja wierzę tylko w to, że się człowiekowi w głowie kręcą różne kółka. Mnie kręciły się filmowe, związane z poezją, beletrystyką, dniem codziennym, kpinami, żartami, komiksami, niewybrednymi żartami… Pewnego dnia siedziałem u siebie w domu i czytałem książkę polskiego pisarza literatury współczesnej. Powieść polecił mi znany dziennikarz. Przebrnąłem przez 20 czy 30 stron. Była potwornie, beznadziejnie słaba (śmiech). Głupia, płaska i zawstydzająca. Wpisywała się w pewien nurt i schemat tych książek, które dostaję.

Jaki?

Literatury wypoconej, bzdurnie wymyślonej, napiętej, banalnej, nudnej przede wszystkim. Nienawidzę nudy. Po prostu zdenerwowałem się tą książką, proszę pani. Zupełnie niepotrzebnie. Wrzuciłem ją do kominka i pomyślałem: „Kurwa, zrobię książkę teraz”. Powinna wyglądać tak: bohater, totalnie zły typ, powinien mieć wszystko co najgorsze. Być tak zły, że w pewnym momencie weźmiesz jego stronę. Niech on znajdzie kochankę, którą wszyscy potępią, a ona będzie z nim szczęśliwa, on z nią. Niech on ją bije, a ona niech bije jego. Niech to będzie krańcowe, ekstremalne. Niech to będzie wreszcie jakieś. I zaczęło się pisać.

Kiedy umawialiśmy się na wywiad, powiedział mi pan, że pisał tę książkę dwa dni. Niestety tego się nie da ukryć.

Pani się ze mnie śmiała, że to dwa dni i że to widać (śmiech). Niech tak będzie. Może to pani wyższość, może nie. Przez dwie noce ta książka się napisała. Co mnie trochę zdziwiło. A potem ja sobie na nią patrzyłem przez miesiąc, gdzieś tam szlifowałem, coś dodawałem. Niespecjalnie chciałem ją wydawać. Naprawdę.

Napisał pan do szuflady, a ona nie wiadomo kiedy z niej wyszła i się wydała. Tak samo jak napisała, bardzo szybko i niepostrzeżenie. Nic tylko współczuć.

Nie. Miałem olbrzymią frajdę, pisząc tę książkę. Po prostu. Na pewno była pani wielokrotnie w takim stanie, że robiła coś, zapominając się, w stanie hipnotycznego transu, fantastycznego napięcia, np. grając w piłkę nożną. Nie chcę mówić o uprawianiu seksu, bo to jest nie na miejscu. Człowiek zapomina o czasie, przestrzeni, jest cały w tym robieniu. I ja byłem cały w tym robieniu.

Przez całe dwa dni.

(śmiech) Czułem w sobie najróżniejsze rzeczy. Małego chłopca, który robi psikusa sam sobie. Myślałem: „I niech bohater powie jeszcze tak, a ona niech mu odpowie tak”. „Dlaczego nikt nie zrobił takiego odniesienia do Bukowskiego albo innego do Tarantino. Zróbmy sobie to odniesienie”. „A napiszmy wreszcie, jak działają sterydy anaboliczne”.

A pan skąd wie jak?

Mam mnóstwo różnych znajomych, chodzę na siłownię, czytam fora internetowe, jestem znakomitym researcherem, świetnie skonstruowanym dziennikarzem, który potrafi pozyskać informacje i je przetworzyć (śmiech).

Koniec autoreklamy. Zaryzykuję twierdzenie, że pan to wie z własnego doświadczenia.

Nie. Nigdy nie brałem żadnych narkotyków, sterydów, nie paliłem marihuany, natomiast piłem wódkę. Lubię pić wódkę w dobrym towarzystwie (śmiech). Długo będzie pani w Warszawie?

To ja tutaj zadaję pytania, a pan odpowiada.

Ta książka się napisała.

To pan ją napisał, a ja pytam, po co i dlaczego? Bo stwierdził, że potrafi zrobić coś mniej płaskiego niż współczesna polska literatura?

Nie myślałem wysokimi kategoriami.

I to widać.

Więc nie doczytała pani pewnych kwestii, do których zaraz dojdziemy. Zarzuca pani mojej książce płaskość.

Brak głębi na pewno.

Nie myślałem wtedy wysokimi kategoriami, co nie oznacza, że się w niej nie odbiły.

Jest pan z siebie zadowolony?

Ktoś powiedział, że jestem najgłośniejszym polskim pisarzem, który jeszcze niczego nie wydał (śmiech). Po napisaniu Toksyny poczułem fantastyczną radość, że to zrobiłem. Jestem 49-letnim facetem, a zachowuję się jak dzieciak. I pewnie ten dzieciak zawsze we mnie będzie. Nabroiłem, ale ekstra. Narobiłem sobie!

Dzięki, mamuś!

Po napisaniu ochłonąłem, przeczytałem to i stwierdziłem: ja pierdolę, to jest przerażająco dobre. Skowyt. Jedno wielkie smutne wycie faceta, który ma wszystko i nie ma nic. Najbiedniejszy facet na świecie, który jest niezwykle inteligentny i woła: Nawróćcie mnie, zróbcie coś ze mną. Nie chcę taki być. Brzydzę się sobą. Cały czas mówi, że chce się zabić, umrzeć, że jest śmieciem, to są jego słowa. Moja książka jest genialna, to arcydzieło. Najlepsza rzecz, jaką w ostatnim czasie czytałem.

Pewność siebie i swojego pióra godna pozazdroszczenia.

Jestem znany z braku skromności.

Uważa pan, że ta książka to antidotum na polską płaską literaturę współczesną?

Chyba nie. Ale gdybym prowadził warsztaty dla pisarzy, czego oczywiście nie powinienem robić, bo nie uważam się za żadnego pisarza, ale gdybym, to mówiłbym im tak: spróbujcie w sposób ciekawy opowiedzieć swoją historię. Zero nudy. Większość z nas lubi słuchać historii, w których coś się dzieje, które wyrywają nam serce i targają naszymi emocjami.

Chciał pan wydrzeć serca czytelnikom, świetnie się przy tym bawiąc?

I mi się udało. Zrobiłem z twoimi emocjami tak, że wyrzucasz tę książkę do kosza, a później idziesz do niego, grzebiesz i sprawdzasz, na której stronie skończyłeś.

Czyli ma być ekstremalnie? Maksymalnie szczegółowe opisy najohydniejszej przemocy i wszystkich okropieństw, rodem z brukowca…

Może pani to nazywać mentalnością człowieka z brukowca, a może pani to nazywać mentalnością człowieka awangardy, który kształtuje świat w inny sposób. Pamiętam, kiedy powstał American Psycho, krytycy nie chcieli tego recenzować, a redaktorki zbuntowały się i powiedziały, że nie będą pracować przy tym syfie. Dzisiaj American Psycho jest taką sobie książką, którą dobrze się czyta. Ale to już jest klasyka. W nikim nie wzbudza wielkich emocji, ponieważ okrzepła i my w niej okrzepliśmy.

A pana książka wzbudza i przez to jest awangardowa?

Tak, ponieważ jest swobodną żonglerką wieloma konwencjami, co będzie wielu ludziom i wielu krytykom niezmiernie trudno przyznać ze względu na moją osobę.

Bo?

Jestem zaklasyfikowany. Chodzę na siłownię i noszę koszulki żołnierzy wyklętych, więc jestem nikim więcej, tylko skrajnym cynikiem, koksem, sterydziarzem. Niektórzy recenzenci twierdzą, że Toksyna jest zła, bo nie odpowiada im mój profil mentalny.

Pana książka nie jest awangardą. Nie przełamuje żadnego tabu i nie dokonuje żadnej rewolucji.

Niektórzy recenzenci twierdzą, że „Toksyna” jest zła, bo nie odpowiada im mój profil mentalny.

Co pani opowiada! Dla osób, które parają się literaturą na co dzień, tak jak pani, z całą pewnością ta książka nie będzie przełamywała tabu. Że już mieliśmy de Sade’a czy scenę w Trainspotting, gdzie panowie defekują i mierzą długość stolca. Ale mam taką przewagę nad wszystkimi innymi pisarzami i krytykami literackimi, że mnie kompletnie nie obchodzi, czy ktoś zgodzi się z tym, że Toksyna jest awangardowa, czy nie.

Uważa pan, że prowokacja to dobra strategia na życie?

Przez prowokację i szok szybciej dociera się do ludzi. Jeżeli do czegoś panią sprowokuję, to pani np. mnie nie lubi. To podświadoma reakcja. Pani mnie nie lubi, więc chce mnie obrazić, dotknąć albo przyszpilić, żeby mi oddać. Cios za cios. Jeżeli pani już to zrobi, ja robię unik lub przyjmuję ten cios i patrzę, co robi pani dalej. Pani to musi przetrawić. I np. dojść do wniosku, że ten cios był za prosty. Zacznie się pani zastanawiać: czy on ma rację, czy nie ma racji? A to oznacza, że dotarłem do pani. Prowokacje docierają do ludzi.

To zależy.

Proszę pani, jestem autorem wyłącznie prowokacji udanych.

Tak jak udanych i genialnych książek. Zastanawiam się, co pan tu jeszcze robi.

Jak to co? Prowadzę najlepszą gazetę w tym kraju. Mam mnóstwo osobistej satysfakcji. Nie miałem w swojej pracy ani jednego takiego samego dnia. Tak, ja wiem, że szmatławiec, brukowiec, znam wszystkie te opinie. Nie mam z tym żadnego problemu z prostego powodu: nie jestem intelektualistą. Nie byłem i nie chcę być. Wychowałem się w rodzinie robotników, na robotniczym osiedlu. Mój tata był kolejarzem, mama nas wychowywała. Na moim osiedlu określenie inteligent to była obelga. On wyglądał zawsze tak samo. My byliśmy te brudne chłopaki, upłakane, umorusane, bijące się i radosne, a inteligent chudy, nieporadny, miał okulary bardzo grube i zawsze leciała mu z nosa krew. Okulary były tutaj, proszę pani (wskazuje boki swoich okularów), taśmą posklejane. I on zawsze przemykał, ten inteligent.

I pan nie chciał podzielić jego losu, dlatego postanowił, że będzie ciągnął w przeciwnym kierunku.

To też nie jest tak, że nie chciałem nim być. Śmiesznie mi się kojarzył. Taka trochę żałosna postać.

Widzę, że ludzie z wielu różnych środowisk bardzo chcą być postrzegani jako osoby oczytane, z szerokimi horyzontami, które widziały świat, były w muzeach, są w stanie zabrać głos na temat Kanta albo opowiadać o Platonie…

To źle?

Mnie to śmieszy, takie napinanie się. Wzruszam ramionami i mówię: nie, ja jestem konsumentem. Konsumuję kulturę w taki sposób, w jaki mi się podoba. Gdyby to była książka kogoś obcego, to daję pani uroczyste słowo honoru, że przeczytałbym i stwierdził: wow, to jest genialne.

Kino-polo, czyli co takiego Patryk Vega wie o Polakach?

Pana córka przeczytała?

Córka ma 11 lat, niech jeszcze z tym zaczeka. Synowi dałem, ma 18 lat. Jest dorosły, chodzi do warszawskiego liceum.

I uważa pan, że to dobra lektura w wieku lat 18?

Mam dobre układy ze swoim synem. Dużo ze sobą rozmawiamy, mamy fajną relację. Myślę, że się przyjaźnimy. Nauczyłem go m.in. tego, że jak mnie napierdalają różni ludzie, to ja się uśmiecham. Don’t give up. Rób swoje w życiu. On uznał, że ta książka to fantastyczne filmowe sceny. I że jest trudna.

Co dokładnie powiedział po przeczytaniu?

Że zrobiła na nim duże wrażenie.

I myśli pan, że po tej lekturze z jego psychiką i życiem będzie wszystko w porządku?

Wie pani… czy z jego psychiką będzie wszystko w porządku… Rozmawialiśmy o tej książce. Nie wiem, jak wyglądało pani życie w wieku 18 lat, ale moje na robotniczym osiedlu było dalece zaawansowane (śmiech).

To znaczy?

(śmiech) Ogólnie rzecz biorąc, 18-latkowie – nie sądzę, żeby to się specjalnie zmieniło – posmakowali wielu różnych rzeczy, też ciał kobiet na robotniczym osiedlu (śmiech). Alkoholu również posmakowali, i niebezpiecznych przygód też. Wielu moich kolegów w tym czasie siedziało w poprawczakach, inni w więzieniach.

Pana syn takie doświadczenia też ma już za sobą?

Nie wiem. Ale chciałbym, żeby ta książka wpłynęła na jego psychikę, bo główny bohater jest osobą, która wyje o wartości. Więc ja mam nadzieję, że ona na niego wpłynie, że będzie szukał wartości i że je znajdzie. Chciałbym, żeby znalazł w sobie coś, co będzie dla niego warte życia. Nie prosty konsumpcjonizm. Nie koszule najdroższych marek, chociaż niech je ma, czemu nie. Ale żeby znalazł coś, co będzie jego trwałym motywatorem i wielką siłą do pokonywania przeszkód.
Chce pani wiedzieć, czy on mnie odtrącił z powodu tej książki i uznał tatusia za degenerata? Nic takiego się nie stało. A nie interesuje panią bardziej, co powiedziała moja żona?

O tym pan mi już mówił: wie, że istnieje taki świat, ale nie chce o nim słyszeć. Co będzie, jeżeli „Toksyna” dostanie się w ręce córki, zanim będzie dorosła?

Postaram się jej wytłumaczyć książkę najlepiej, jak umiem. Czy nie powinna w wieku 18 lat dostać rodzaj przestrogi o tym, jaki świat potrafi być zły, okrutny, brudny? W książce jest pewna 16-latka, która pokłóciła się z rodziną i poszła do Galerii Mokotów. I pada ofiarą Sławcia, głównego bohatera, który ją morduje za nic. Ludzie są zdolni i skłonni do zrobienia krzywdy dla własnej uciechy. Może ona powinna to wiedzieć w wieku 16 czy 18 lat. Może jak się na mnie wkurzy z powodu tego, że nie kupię jej nowych markowych spodni, to będzie chciała uciec z domu, a jak przeczyta ten fragment, to nie ucieknie od podłego ojca, który jej nie kupił spodni, i uratuje sobie życie.

Pan żartuje.

Nie. Ta książka jest głęboko moralna.

Ta książka jest pornografią, przemocą zamkniętą w morzu wulgaryzmów. Czymś, co może niszczyć psychikę człowieka. Właśnie pan to przyznał.

Totalnie się z panią nie zgadzam. Pornografia jest po to, żeby wywołać podniecenie seksualne. To jest jej główny cel. Celem tej książki nie było w żadnym stopniu wywołanie podniecenia seksualnego. Oczywiście nie jest to wykluczone… ale jeżeli ktoś się podnieci tym, że główny bohater kopie kobietę po plecach z całej siły, aż słychać łamiące się żebra, to… ma kłopot ze swoją seksualnością. Więc jeżeli rozstrzyga pani, że to pornografia, to ewentualnie dla skończonych dewiantów.

Ja nie powinienem chyba tłumaczyć książki. Rozumiem ją zupełnie inaczej niż pani. Dla mnie jest niezwykle głęboka. Nie wierzę, że nie znajduje tam pani mnóstwa tropów, jest pani zbyt inteligentna.

Nawiązania w pana książce są pobieżne lub dodane na siłę. Prześlizguje się pan po nich.

Pani potrzebowałaby więcej czasu?

Innej formy.

Ale ja nie chcę innej formy.

Może dlatego, że pan jej nie potrafi stworzyć?

Może. Nie czuję się pisarzem. Na pewno można było niektóre rzeczy pokazać w scenie 20-stronicowej, ale nie chciałem. Daję czytelnikom o podobnej do mnie wrażliwości pewne impulsy. Ktoś może ich nie odbijać. Ktoś potrzebuje wolniejszej narracji. Myślę, że parę książek jeszcze napiszę.

Proszę nie pisać.

Mam nadzieję, że nie będzie pani recenzentką. Uważa pani, że to grafomania, tak?

To co pan napisze następnym razem?

Niech się pani trzyma. Następna książka zaczęła się pisać sama. Zatrzymało mnie po 50 stronach. Tytuł: Furia. Będzie kontynuacją Toksyny i zacznie się od słów „Ona pisze do mnie tak – wróć, będziesz mógł mnie przypalać żelazkiem, a mnie się wtedy dzieje wszystko, wszystko”.

Pan naprawdę nie widzi, że to jest skrajnie tandetne?

Jak mi się to wymyśliło, to mnie przeszły dreszcze po plecach, a jedna z moich znajomych zapytała: „Kurwa, przypalałeś kogoś żelazkiem?” Odpowiedziałem: „Zwariowałaś?”.

Jest panu na rękę, że ludzie wkładają pana do szufladek. Zresztą sam pan im podpowiada, do których. Rozsmakowywanie się w tanich prowokacjach to pana życiowy cel?

Łapię ich za nos i ciągnę tam gdzie chcę. Chodzą za mną jak pieski. Chodź tutaj. Teraz pójdziesz do tej dziurki, teraz zrobisz to, a teraz powiesz dokładnie to, co będę chciał. Dobrze się tym bawię.

„Black Mirror”: Uciec z muzeum okropności

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.

Komentarze archiwalne

  1. A ja wiem na pewno, że to co opisuje Sławek Jastrzębowski jest częścią jego osobistego życia, bo go niestety doświadczyłam. Przestałam być jego kochanką po 6 latach, wtedy kiedy zaczął stawać się brutalny i niebezpieczny. Zaczął używać przemocy słownej i fizycznej w seksie. Słowa redaktora naczelnego do mnie: „przeproś to przyjadę Cię wyruchać”. Nie chciałam. Nie mógł wytrzymać jak widać chłopak ciśnienia i napisał książkę, której chce nadać jakieś głębokie znaczenie. Żona nie chce słyszeć o takim świecie? Żona SJ wie o kochance. Być może nawet wie, że jej mąż prowadzi podwójne życie, ale woli udawać, że nie wie. A co do samego Sławka. No cóż publicznie jest zupełnie inną osobą niż prywatnie. Na zewnątrz niby pewny siebie (to mnie w nim zafascynowało) a tak naprawdę w środku zlękniony mały chłopiec bojący się chyba wszystkiego. Pod swoim narcyzmem i wizerunkiem dresiarza skrywa bardzo głębokie problemy emocjonalne. Dlaczego właśnie tak buduje swoją karierę i właśnie w taki sposób tworzy swój wizerunek, bo rozpaczliwie potrzebuje czyjejś uwagi. W tym chodzi tylko o to. Dlaczego pisał tylko dwa dni książkę, bo odpłynął. Tak jak kompletnie odpływał w czasie seksu. Ja osobiście widziałam coś takiego pierwszy raz. Tak właśnie mają seksoholicy. Seksoholicy nie dość, że muszą uprawiać seks to jeszcze muszą o nim ciągle gadać. Ja już nie mogłam tego słuchać. Mogę mu jednak przysłać granatowe body w pomarańczowe kropeczki, które mu się tak podobało. Może będzie miał lepsze natchnienie przy pisaniu kolejnej książki 🙂

  2. Nie czytałem książki pana Jastrzębiowskiego i wątpię żebym znalazł na nią czas, ale wywiad ten przekonał mnie, że chętnie wódki bym się z autorem napił. Sprawia wrażenie strasznie przyjemnego gościa.

  3. Nie rozumiem po co robić wywiad z człowiekiem do którego czuję się pogardę. Ten wywiad o wiele więcej mówi o Słowik niż o Jastrzębowskim.

  4. To jest piękne.

    Przykład, czemu lewica jest w takiej dupie. Rozziew między tym inteligentem i dzieciakami robotniczymi. Ta wywiadująca i ten pan.

  5. Też zastanawiam się po co. O ile sama analiza przyczyn dla których twórczość Vegi jest taka popularna (o ile zrozumiałem to Jastrzębowski napisał książkę bo brakowało mu literackiej odpowiedzi na Pitbulla) byłaby ciekawą lekturą (uważam, że znajduje się tam odpowiedź na pytanie o słabość polskiej lewicy) to publikacja wywiadu nie jest dla mnie zrozumiała.

    1. Pewnie dlatego, że zderzenie dwóch światów, dwóch sposobów myślenia może być cholernie interesujące. Przecież Słowik i Jastrzębowski nadają na zupełnie innych falach i za żadne skarby nie mogą dojść do porozumienia. Dla Słowik Jastrzębowski jest prostakiem, dla Jastrzębowskiego Słowik to „nadęta okularnica”.

      Uważam paradoksalnie, że jednak Jastrzębowski ma albo zbyt wygórowane mniemanie o sobie i swoim czytelniku, albo szuka alibi dla swej rynsztokowej literatury, jednak nadzieja, że ktokolwiek poza seksem i przemocą dostrzeże głębię, jest w mojej opinii płonna. Jeśli piszemy pulpę, nie udawajmy, że to jest pulpa i rozrywka niskich lotów. Ale co ja wiem – targetem Super Expressu nigdy nie byłem.