Czytaj dalej

Europejska wojna domowa

Nowy nacjonalizm

Trwa starcie między obrońcami europejskiego status quo a populistycznymi siłami, które za cel obrały sobie rozsadzenie UE i po raz kolejny w historii wzięły na swoje sztandary państwa narodowe.

Ciekawie czyta się Europejską wojnę domową Ulrike Guerot, jednocześnie śledząc wydarzenia w Katalonii. Zderzenie marzenia o Europie z twardą rzeczywistością instytucji, ale też ruchów politycznych i procesów społecznych, które po raz kolejny do tego marzenia nie dorastają – oto najsilniejsze wrażenie z lektury.

Referendum w Katalonii [relacja Krytyki Politycznej]

O czym jest esej Guerot? Tytułowa „wojna domowa” to starcie pomiędzy obrońcami europejskiego status quo a populistycznymi siłami, które za cel obrały sobie rozsadzenie Unii Europejskiej i po raz kolejny w historii – przynajmniej tak mogłoby się wydawać – wzięły na swoje sztandary państwa narodowe. Guerot przekonuje co prawda, że wojna ta wcale nie toczy się na toczy się pomiędzy siłami narodowymi, a ruchami kosmopolitycznymi, ale że, paradoksalnie, jest to wojna ideowa przekraczająca ramy narodowe. Wskazuje, że siły populistycznej prawicy w istocie tworzą międzynarodówkę, która Europę obrała sobie za domyślny obszar działania, a i wartości, których chce bronić, odnoszą się do Europy. Niespodziewanie pomaga w tym kryzys uchodźczy, kierując ruchy prawicowe nie przeciwko sobie nawzajem, ale przeciwko jednemu, zewnętrznemu „zagrożeniu”, w obliczu którego muszą działać solidarnie.

Europa zatem, chcąc nie chcąc, sama tego nieświadoma, pozbywa się więzów myślenia narodowego. W tym upatruje Guerot szansę na wymyślenie Unii na nowo. Siły progresywne powinny wedle niej ten kryzys wykorzystać i – tak jak to działo się już wielokrotnie w dziejach, w Europie i poza – przekuć w nowy akt zjednoczeniowy. Do tego jednak potrzeba europejskiego przebudzenia mieszkańców i mieszkanek kontynentu, którzy powinni poczuć się bardziej obywatelami Europy niż jakiejkolwiek innej wspólnoty, zwłaszcza narodowej. Nie jest to cel łatwy do osiągnięcia, ale możliwy. Guerot jest przekonana, że takie przebudzenie wywołać może radykalne odnowienie europejskiej demokracji. Kryzysy i podziały mogą doprowadzić do nowego otwarcia wtedy, kiedy kształtuje się z nich nowy podmiot, zdolny na nowo ukonstytuować się politycznie. W warunkach Unii byłoby to stworzenie nowego ustroju Europy, opartego na równej reprezentacji wyborczej (jedna osoba – jeden głos), likwidacji Rady Europejskiej jako residuum myślenia narodowego w UE i wzmocnieniu podziałów politycznych w gremiach europejskich, przy zlikwidowaniu podziałów narodowych.

Europa w stanie „zimnego pokoju”

To wszystko nie może się udać bez radykalnych ruchów na płaszczyźnie socjalnej. Guerot widzi dwie idee, które mogłyby poruszyć mieszkańców Europy na tyle, by zaczęli się utożsamiać z jej wielką odnową: europejskie ubezpieczenie od bezrobocia oraz europejski dochód podstawowy. Wskazuje – interesująco – na analogie historyczne, a konkretnie zjednoczenie Niemiec, które dokonało się na poziomie mentalności dzięki wprowadzeniu ogólnoniemieckich ubezpieczeń społecznych. Europejska demokracja zrealizować się może w pełni dopiero, gdy obejmie wymiar socjalny ludzkiej egzystencji.

Książka Guerot to bardziej manifest niż wykład czy analiza. Nie znajdziemy w niej danych, faktów, wykresów. Sporo jest za to odwołań do myślicieli i dużo analogii historycznych. To ostatnie jest niewątpliwie mocną stroną książki. Autorka jest świadoma ograniczeń formatu, w którym się porusza, ale posługuje się nim bardzo sprawnie. Szczególny nacisk kładzie Guerot na koncepcje zjednoczenia Europy pojawiające się w przededniu pierwszej wojny światowej – kiedy podobnie jak dziś były one próbą wyjścia z impasu pomiędzy siłami nacjonalistycznymi a obrońcami starego porządku. Co ważne, Guerot – w przeciwieństwie do tak wielu innych intelektualistów – nie ignoruje istnienia Europy na wschód od Odry i poświęca sporo uwagi procesom zachodzącym w krajach postkomunistycznych. Wreszcie, nie szczędzi krytyki państwu niemieckiemu i pokazuje, że bez jasnego ruchu ze strony Niemiec Europa prawdopodobnie nigdy nie wyjdzie z klinczu, w którym się znalazła.

Przy wszystkich zaletach książki Guerot, polska czytelniczka może poczuć pewien niedosyt podczas lektury. Jest on dwojakiego rodzaju. Po pierwsze, mimo sporego wysiłku, by wciągnąć Europę Wschodnią w orbitę swoich zainteresowań, Guerot wchodzi w tematykę płycej niż można by na to mieć nadzieję. Owszem, dostrzega pęknięcie pomiędzy wschodem a zachodem Unii, ale opisuje je jedynie w kategoriach mentalnościowych (Europa „otwarta” i Europa „zamknięta”), zdając się nie dostrzegać głębokich ekonomiczno-społecznych przyczyn tego stanu rzeczy. Narzędzia analizy ekonomicznej czy ujęcia lasowego, zasadniczo w wywodzie nieco spychane na drugi plan, w odniesieniu do Europy Wschodniej w ogóle nie są stosowane – co prowadzi np. do dość kontrowersyjnego wniosku, jakoby nacjonalistyczny zwrot w państwach postkomunistycznych był jedynie wynikiem odreagowania internacjonalistycznej propagandy sprzed 1989 r. Po drugie, książka, jak na manifest, czyta się dość opornie, co prawdopodobnie jest kwestią nieprzekładalności fraz oryginału na język polski.

No i zastrzeżenie ostatnie, ale kluczowe: Guerot zamiast państwa narodowego jako podstawową jednostkę składową Unii Europejskiej widzi wspólnotę regionalną. Idzie tutaj za pomysłami ze swojej wcześniejszej publikacji. Pytanie pozostaje: czy tego rodzaju wyzwolenie od myślenia w kategoriach narodowych jest możliwe? Czy odwrót od narodów w stronę dziś nieistniejących jeszcze wspólnot regionalnych może się powieść? Widzimy dziś na żywym przykładzie, że małe wspólnoty, czując swoją odrębność od większych, ubierają ją nadal wyłącznie w kostium narodowy. Jeśli nawet europejscy decydenci skłonni byliby zatem poprzeć projekt odejścia od państw na rzecz innych jednostek, czy koncept taki mógłby paść na podatny grunt? Dziś wydaje się, że nie ma na to szans. Weźmy choćby Katalonię: czy nęcąca skądinąd koncepcja, by stała się ona niepaństwowym członkiem UE w ogóle zaświtała komukolwiek, czy to w Barcelonie, czy w Madrycie, czy w Brukseli? Wątpliwe. Na wszystkich poziomach sprawa niepodległości Katalonii uwikłana jest w nieprzezwyciężalne narodowe ramy myślenia o wspólnocie.

Choć zatem przedstawiona przez Ulrike Guerot idea odejścia od narodów na rzecz wspólnot regionalnych warta jest krzewienia i wspierania, a sam postulat wart przedyskutowania i może wzięcia na polityczne sztandary, to trzeba to robić ze świadomością, że idzie się całkowicie pod prąd nurtowi przemian w Europie. Już nawet koncepcja superpaństwa federalnego, w którym zmienione byłyby proporcje pomiędzy tożsamością lokalną (narodowo-państwową) i europejską, choć również cokolwiek utopijna, wydaje się nieco bliżej w zasięgu ręki. Przy całej utopijności manifestu Guerot, kluczowe jest wszakże, aby jak najwięcej osób w Europie odbyło gimnastykę umysłową, którą proponuje. Bez fermentu, nowych idei, bez pomysłów na ucieczkę do przodu, Europa skazana jest na dryf, który zakończyć się może wcale już nie przenośną wojną.

**

Zapraszamy na debatę Europa na nowo. Jaka Unia po europejskiej wojnie domowej? z udziałem Ulrike Guérot, Witolda Jurasza, Michała Sutowskiego i Adama Traczyka. 5 października, czwartek, godz. 18.30, Krytyka Polityczna, ul. Foksal 16, II piętro, Warszawa.

Bio

Marta Tycner

| Historyczka, ekonomistka, publicystka
W 2007 r. ukończyła studia magisterskie w Szkole Głównej Handlowej oraz w Instytucie Historycznym UW. W 2013 r. obroniła pracę doktorską. W latach 2007-2011 pracowała jako asystentka naukowa dyrektora Niemieckiego Instytutu Historycznego w Warszawie. Od 2014 r. zatrudniona w Instytucie Historycznym UW w projekcie realizowanym wspólnie z Uniwersytetem Oksfordzkim. Członkini Partii Razem.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.

"Owszem, dostrzega pęknięcie pomiędzy wschodem a zachodem Unii, ale opisuje je jedynie w kategoriach mentalnościowych (Europa „otwarta” i Europa „zamknięta”)"

A państwo z Europy jakoby "otwartej", które w imię "zamknięcia" wychodzi właśnie z UE nie jest przypadkiem dowodem na to, że ta teza jest fałszywa?
Albo Austria niby z "otwartej" a jednak bardzo wroga "otwarciu", w której wkrótce kanclerzem będzie chyba najbardziej antyimigrancki polityk w UE.

Przedstawione tezy z gruntu są fałszywe. Jeśli wg autorki siły postępowe bronią europejskiego status quo - chcą konserwowania istniejącego porządku, a siły konserwatywne czy jak to się teraz określa "populistyczne" z rewolucyjnym zapałem dążą do zmian w UE to nie ma sensu dalej czytać. Zachodnie postrzeganie rzeczywistości jest skażone jakąś dziwną mieszanką naiwności, arogancji, pięknoduchostwa, radosnej ignorancji, hipokryzji i europocentryzmu, która u inteligentnych ludzi spoza Europy musi wywoływać z trudem skrywane uśmiechy zażenowania.

O otwarciu elit zachodniej Europy najlepiej świadczą komentarze o tym, że przyjęcie krajów Europy wschodniej do UE było jednak błędem.
O wysokiej otwartości świadczą też postępy w budowie Nordstream 2 oraz mianowanie Gerharda Schroedera prezesem Rosnieftu. Tak się składa, że Sigmar Gabriel odchodzi wkrótce ze stanowiska wicekanclerza, będzie więc mógł zostać prezesem Gazpromu.

Według Guerrot "wojna domowa" toczy się między obrońcami status quo, a tymi którzy chcą je obalić. Rzecz w tym, że w świadomości prawicy (bo domyślać się można, że głównie to rozumie przez "populistyczne siły") jest dokładnie odwrotnie: to oni/my generalnie bronimy status quo przeciwko tym, którzy chcą się "pozbyć więzów myślenia narodowego".
Oczywiście mamy do czynienia z całą paletą postulatów od: rozwiązać UE; po: powrócić do korzeni projektu (przynajmniej sprzed Lizbony, albo Maastricht); również obecny kierunek definiowany jest czasem właśnie jako "antydemokratyczne przyśpieszenie w stronę multikulturalnego superpaństwa", a czasem - prościej - "niemieckiej dominacji maskowanej Brukselą".
Jednak generalnie właściwie wszystkie te ruchy mają poczucie, że to one próbują się przeciwstawić zmianom i przywrócić "status quo ante".

Cóż, szkoda, że zaproszenie na spotkanie dociera w dniu wydarzenia... Bo temat tyleż ciekawy, co ważny.
Moim zdaniem, wbrew może obawom Recenzentki, pomniejszenie roli państwa narodowego jest tylko kwestią czasu, i nawet jeśli dotyczy to dłuższej perspektywy raczej niż krótszej, to taka będzie kolej rzeczy. Ale, uwaga!, dotyczy jedynie Europy większej prędkości, a nie marginesu, a więc nie dotyczy Polski.

Hiszpania jest lewacka i Katalonia najprawdopodobniej też. Zgnilizna.

Tezy są skrajnie nieuczciwe, bo nie ma w UE rządu, który cieszyłby się napływu uchodźców i był wstanie to przeżyć w pewnym procesie ciągłym - w tym sensie postawa lewicy nawet jeśli ktoś uzna ją za szlachetną jest politycznie samobójcza. Pytanie jednak czy polityka według lewicy miała i ma sens ? Być może gdyby nie było liberalnej polityki imigracyjnej, a punktowa, lepiej przemyślana to nie byłoby takiej pożywki dla rozwoju ruchów skrajnych, populistycznych ? Ba można zapytać czy wszystkie te ruchy są w rzeczywistości takie skrajne, populistyczne, czy to nie lewica jest tu skrajna, dogmatyczna i sadomasochistyczna w swoim otarciu na imigrantów z Bliskiego Wschodu - Afryki - co wiąże się z procesem islamizacji wielu krajów Europy ? Nie ma prostego podziału na kraje starej i nowej Europy, po prostu w Polsce, czy na Węgrzech nie ma takiej politycznej poprawności i środowiska prawicy biją na głowę - lewicę, liberałów, więc pewne rzeczy są mówione na zasadzie - kawa na ławę, gdy w innych krajach ludzie zachowują pewien umiar, ale w gruncie rzeczy myślą podobnie i także tam tożsamość narodowa, cywilizacyjna raczej rośnie w opozycji do islamu, masowej imigracji i jak przy bardzo wielu sporach mam wrażenie, że autorytety lewicy opisują jakąś nieistniejącą Nibylandię - a nie dzisiejszą Europę z jej sporami - można mieć różne poglądy, ale żeby istniała taka przepaść na poziomie opisu zjawisk ? Absurd widzimy na przykładzie Katalonii - która ma się stać niepaństwowym członkiem UE - no ludzie ręce opadają ! Fakt nikt o tym nie pomyślał - po za autorką, bo jest jakaś granica debilizmu. Ludzie walczą o polityczną podmiotowość, bo nie wystarcza im daleko posunięta autonomia i można tu rzucać argumenty za i przeciw, ale żeby tworzyć własną polityczną rzeczywistość i dziwić się, że nikt jej nie akceptuje ?