Hanna Gill-Piątek

Bon na rozum dla rządu

Kiedy ukazała się książeczka Bieda. Przewodnik dla dzieci, kilka szkół zaprosiło mnie do poprowadzenia lekcji na jej podstawie. Nie mam żadnego przygotowania pedagogicznego, a wobec żywej gromady dzieci staję się kompletnie bezradna i czuję się, jakbym miała mówić do stadka kosmitów. Nie mając w ręku gotowego scenariusza, by kompletnie nie polec w tym nierównym starciu, przygotowałam kilka slajdów oraz pewną bardzo życiową zabawę, zawierającą odrobinę matematyki. Polegała ona na tym, że ówczesny ustawowy dochód minimalny dla czteroosobowej rodziny staraliśmy się podzielić tak, żeby starczyło na wszystkie konieczne wydatki. Ja stałam z kredą, a dziatwa wymyślała, na co rodzice mogą wydawać pieniądze.

Jedzenie, ubrania, środki czystości, leki – to było raczej oczywiste. Jeździcie do szkoły, a rodzice do pracy? Tak. No to wpisujemy cenę biletów miesięcznych w danym mieście. Mówiliśmy o minimum, więc samochodu nie braliśmy zupełnie pod uwagę, choć w Polsce jeden przypada średnio na każde gospodarstwo domowe. Tylko średnio. Dalej czynsz i opłaty za małe mieszkanie (proszę pani, to naprawdę tyle kosztuje?), dorzucaliśmy podzielone na 12 koszty podręczników dla dzieci. Coś trzeba było założyć na lodówkę, pralkę, komputer czy telewizor, nawet jeśli był to sprzęt używany i wymieniany po maksymalnym zużyciu. Do tego internet, czasem nawet kablówka, kino, książki, a raz w roku prezenty na Gwiazdkę i wyjście do teatru. W życiu naszej przykładowej rodziny nie było żadnych innych luksusów, nawet lodów. Zabawa była przednia i pouczająca dla obu stron. Do czasu, kiedy te wszystkie wydatki nie musiały zmieścić się w miesięcznych dochodach.

Wtedy zaczynaliśmy główkować i oszczędzać. Pewnych rzeczy nie dało się wyrzucić, ale zaczynały pojawiać się trudne pytania: czy jedno dziecko nie może nosić starych butów po drugim? Czy koniecznie wszyscy muszą mieć prezenty pod choinką? A kiedy już nic nie zostawało do zminimalizowania, coś trzeba było obciąć. Zawsze, w każdej szkole był to automatyczny wręcz wybór: pierwsze odpadały wydatki na kulturę. I to nie tylko na książki czy kino, nawet na codzienny dostęp do mediów: kablówkę, internet, prasę. Telewizor i komputer jako przedmioty zwykle zostawały, ale nie były wypełnione żadną ciekawą treścią. W ten sposób otrzymywaliśmy na końcu model, który może i umożliwiał podstawowe przetrwanie, ale blokował jakikolwiek rozwój czy szerszą edukację.

Tak samo jak dzieci na tych lekcjach postępują w prawdziwym życiu dorośli. Tylko że to nie jest już zabawa. Owszem, w domach o wysokim kapitale kulturowym, nie tylko tych inteligenckich, może i szuka się bezpłatnych form dostępu do kultury, nawet kiedy przyciśnie bieda. Ale to margines. Zwykle ubóstwo oznacza zerwanie kontaktu z kulturą w jakiejkolwiek formie. To pogłębia jeszcze wykluczenie i przekreśla szanse na lepszą przyszłość, zwłaszcza wśród dzieci wychowanych w takich domach. Jeśli ktoś w tej chwili ma ochotę pisnąć, że przecież egalitarna, zrejonizowana na pierwszym etapie szkoła wyrównuje ich szanse, niech zerknie do Raportu Fundacji Amicus Europae Szkoła i nierówności społeczne autorstwa Przemysława Sadury, który na tym wygodnym micie nie pozostawia suchej nitki.

To, że bieda skutecznie zamyka dostęp do kultury, a więc w ogóle do szanse na lepsze życie, zrozumiał rząd Brazylii. Po długich pracach właśnie wprowadzono tam bon kulturalny, kolejny z szeregu instrument wyrównujący szanse ubogich na godną przyszłość. Każdy, kto zarabia poniżej pięciu płac minimalnych, będzie miał prawo do pobrania 50 realów (25 dolarów) w formie karty, które będzie mógł wydać tylko na cele kulturalne. Słowa Silvy, które były prezydent wypowiedział przy tej okazji: „Odżywianie głowy jest tak samo ważne jak żołądka”, należałoby wykuć złotymi zgłoskami w polskim parlamencie i przykleić na ministerialnych laptopach obok naklejki z napisem „admin1”.

Choć może na polskie warunki należało by to hasło nieco zmodyfikować: „Odżywianie głowy i odżywianie żołądka są ważne nie tylko dla sytych”. Bo polityka wspierania silnych na każdym szczeblu – czy to miast, czy korporacji, czy jednostek, którym już się powiodło – jest złotym cielcem ostatnich dwóch kadencji. A bogactwo, zarówno to materialne, jak i intelektualne, wciąż jakoś nie chce samo spływać i podnosić ogólnego poziomu. Oczywiście ma to swoje odzwierciedlenie w kulturze: system edukacji oparty na selekcji wypluwa z siebie elity albo dzieci-śmieci, które nie pójdą nigdy do biblioteki czy teatru. Nikt w ich klasie, złożonej z samych mało obiecujących, nigdy tego nie robił. Nie mają też żadnych innych nawyków kontaktu z kulturą. Ale jak na razie jesteśmy w tyle za Brazylią nawet w kwestii rozwiązań zwalczających biedę. O tych likwidujących różnice w kapitale kulturowym nawet nie ma co wspominać.

Brazylia, licząca sobie prawie 200 milionów mieszkańców, szacuje koszt swojego programu na 3,5 mld dolarów rocznie (ok. 11 mld zł). W pięć razy mniejszej ludnościowo Polsce rząd lekką ręką wydaje 130 mld zł na zbrojenia, czemu przeciwstawia się nawet Witold Gadomski, rzadko goszczący na tych łamach jako nasz sojusznik. Drony, samoloty, czołgi, zastaw się a postaw się – armię zrobimy sobie naprawdę na bogato. I tu z jestem wdzięczna za puentę Maciejowi Strzemboszowi który przypomniał mi ostatnio pewną anegdotę: otóż kiedy Anglia była w naprawdę trudnej sytuacji w 1940 roku, domagano się w związku z wydatkami wojennymi większych pieniędzy na zbrojenia. Proponowanym źródłem pieniędzy były cięcia w kulturze. „No dobrze” – zapytał wtedy Churchill – „ale czego mamy w takim razie bronić?”. No właśnie.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.