UE

Cichocki: Hegemonia w niemieckiej Europie

Dzisiejsze Niemcy rozdarte są pomiędzy „wyjściem z Europy” a pozostaniem w Europie z koniecznością przetworzenia jej na swoją modłę.

Powrót „kwestii niemieckiej”, tzn. dylematów i pytań związanych z usytuowaniem Niemiec na politycznej i gospodarczej mapie Europy, nastąpił w warunkach wielkiego kryzysu gospodarczego całego niemal świata oraz egzystencjalnego kryzysu Unii Europejskiej. Obawy o nadmierną potęgę tego kraju zgłaszano już w trakcie debaty o zjednoczeniu na przełomie lat 80. i 90. XX wieku, z nową siłą powróciły one jednak po upływie około dekady od utworzenia Europejskiej Unii Walutowej, w warunkach zasadniczej nierównowagi w obrębie strefy euro oraz niejednoznacznych tendencji polityczno-instytucjonalnych, jakie określą przyszłość projektu integracji europejskiej.

W okresie powojennym polityka europejska republiki „bońskiej”, względnie „reńskiej”, na której szczegółowy opis nie ma tu miejsca, określona była celem ścisłego wbudowania RFN w struktury polityczne i gospodarcze Zachodu, przy czym uświadomionym tego efektem ubocznym miała być cesja części suwerenności państwowej na struktury międzynarodowe i sojusze; można powiedzieć, że RFN była chyba najbardziej okcydentalistycznie zorientowanym projektem państwowym, jaki Niemcom przydarzył się kiedykolwiek w ich historii, połączonym z pedagogiką społeczną w duchu anglosaskiej, liberalnej kultury politycznej.

Taka pozycja i postawa Republiki Federalnej Niemiec w Europie była czymś niewątpliwie szczególnym, ale dziś to już zamknięty rozdział. Zjednoczone Niemcy są już innym tworem, zarówno pod względem potencjału, jak też wyborów dokonanych w obszarze kultury politycznej. Wpłynęły one bardzo na sposób zachowania Niemiec po zjednoczeniu, a zwłaszcza po utworzeniu strefy euro i po rozpoczęciu kryzysu – i jest to jeden z kluczowych czynników określających „centralną” dziś pozycję Niemiec w Europie. Zarazem przyczyny i okoliczności wzrostu relatywnej pozycji Niemiec wydają się niezwykle złożone, a składają się na nie zarówno długofalowe strategie elit politycznych tego państwa, zjawiska przygodne i niezależne od niemieckiego wpływu, jak również cały szereg niezamierzonych konsekwencji działań będących reakcją na bieżące, partykularne wyzwania polityki wewnętrznej. Warto w tym kontekście krytycznie przemyśleć stwierdzenie Helmuta Schmidta, iż to „rozwój ekonomiczny i jednocześnie kryzys organów decyzyjnych Unii Europejskiej zmusiły Niemcy ponownie do odgrywania roli centrum”.

Nowy paradygmat kultury politycznej „republiki berlińskiej” nie jest bynajmniej jednoznaczny; ścierają się w nim różne stanowiska i to na kilku płaszczyznach. Jedną z nich jest wciąż bardzo silna „kultura cywilna”, która stanowi akurat jeden z przejawów ciągłości raczej niż zerwania z epoką RFN. Głęboko zakorzeniony pacyfizm społeczeństwa niemieckiego jest jednym z głównych źródeł słabszej pozycji Niemiec w obszarze obronności i polityki zagranicznej, którym zwyczajnie brakuje komponentu „twardej” strategii bezpieczeństwa – wspólnota polityczna de facto nie uznaje komponentu wojskowego za uprawniony instrument uprawiania polityki międzynarodowej czy realizacji narodowych interesów Niemiec.

Ów czynnik wewnętrzny w coraz większym stopniu koliduje jednak z rosnącą skalą geopolityczną Niemiec, ich potencjałem oraz interesami, na których się ten potencjał opiera. Napięcie to znalazło swój wyraz w głośnej „aferze” z udziałem prezydenta Köhlera, który w wywiadzie z maja 2010 dla niemieckiego radia stwierdził, że wojskowe misje zagraniczne powinny służyć także ochronie gospodarczych interesów kraju – a fala ostrej krytyki tej wypowiedzi doprowadziła ostatecznie do jego rezygnacji ze stanowiska. Faktycznie jednak wypowiedział on tylko dylemat, przed jakim Niemcy realnie stają: nie można w wymiarze gospodarczym zachowywać się jak mocarstwo i operować globalnie, a zarazem odżegnywać się od zastosowania instrumentów „twardej” polityki bezpieczeństwa, bo we współczesnym świecie to niemożliwe.

Potencjał Niemiec pcha ten kraj w kierunku roli hegemona, zaś pacyfistyczna kultura cywilna, będąca niewątpliwie dziedzictwem Niemiec „reńskich” oraz idei zaszczepionych Niemcom przez takich polityków jak choćby Konrad Adenauer – dążenia te powściąga i nie pozwala na jawną artykulację niemieckich interesów.

Inny wymiar kontrowersji dotyczy samej polityki europejskiej Niemiec, która oscyluje między dwoma modelami. Pierwszy, zakładający kontynuację „reńskiej” polityki tego kraju, reprezentuje m.in. słynny „stary kanclerz”, Helmut Schmidt. Podkreśla on, że Niemcy powinny pełnić rolę lidera kontynentu, ale niejako „zza zasłony”, prowadząc politykę samoograniczenia się. Drugi model bliższy jest np. obecnemu ministrowi finansów – Wolfgang Schäuble, który ewidentnie traktuje kryzys jako okazję do przepoczwarzenia Niemiec i całej Europy. Może deklarować i podkreślać w swych artykułach, że nie chodzi mu o pozycję hegemoniczną dla jego kraju; konsekwencje jego postępowania są jednak dość oczywiste – to przekształcenie Europy w zupełnie nowym duchu.

Choć źródeł obecnej pozycji gospodarczej Niemiec w Europie można dopatrywać się już w czasach planowych reform Gerharda Schrödera, to jednak ostateczne efekty ewolucji modelu gospodarczego Niemiec na tle reszty Europy są raczej wypadkową rozmaitych czynników wewnętrznych i zewnętrznych niż zrealizowanym celem jakiejś spójnej strategii; to samo dotyczy przesunięcie geopolitycznego i zamiany układu „dwóch motorów napędowych” integracji europejskiej na jeden. W latach 90. dla głównego nurtu niemieckich elit ścisłe partnerstwo z Francją w ramach integrującej się Europy stanowiło oczywistość i niekwestionowany priorytet; istotnym – nieraz negatywnym – punktem odniesienia dla planów integracyjnych była również Wielka Brytania; agenda rozszerzenia Unii na Wschód uznawana była za kluczowy element realizacji niemieckich interesów; wreszcie Rosja traktowana była jako najpewniejsze źródło bezpieczeństwa energetyczno-surowcowego dla niemieckiego przemysłu, gwarantujące jego wysoką produktywność.

Na te polityki Niemiec nałożyły się czynniki kolejne: przede wszystkim wprowadzenie wspólnej waluty oraz reformy rynku pracy kojarzone przede wszystkim z rządami czerwono-zielonej koalicji i kanclerza Gerharda Schrödera. Choć kursu przeliczenia marki niemieckiej na euro stwarzał korzystną sytuację dla niemieckiego sektora eksportowego, nie wydaje się, aby zamierzonym celem było wykreowanie aż tak dużej nadwyżki eksportowej przez Niemcy, będącej źródłem istotnej nierównowagi bilansów handlowych w Europie. Jeśli zaś chodzi o reformy Agendy 2010, one podobnie przyczyniły się do podwyższenia konkurencyjności sektora eksportowego Niemiec, ale w momencie ich projektowania i wdrażania były przede wszystkim odpowiedzią na bardzo konkretną – niekorzystną – sytuację społeczno-gospodarczą Niemiec po zjednoczeniu, nie bezzasadnie nazywanych jeszcze dziesięć lat temu „chorym człowiekiem Europy”. Kanclerz Schröder otrzymał niejako rachunek wystawiony za historyczną politykę zjednoczeniową Helmuta Kohla, prowadzoną w imię wielkiego celu wchłonięcia NRD przez RFN, acz bez oglądania się na koszty.

Dopiero kumulacja kilku procesów i polityk – powołania do życia unii walutowej, reform Schrödera uwarunkowanych konsekwencjami zjednoczenia, ale także np. zwrotu w polityce zagranicznej USA za czasów Obamy, oznaczającego przeniesienie jej punktu ciężkości z Europy na Azję Wschodnią – w kontekście ogólnoeuropejskiego kryzysu złożyło się na obecną sytuację. Sytuację, w której powojenny projekt integracji europejskiej zdaje się wyczerpywać swoje możliwości samo-reformy, a zarazem jedyną siłą polityczną na placu boju, zdolną narzucić projektowi integracyjnemu nową dynamikę i nowy kształt instytucjonalny pozostają Niemcy – reszta potencjalnych podmiotów została albo przygnieciona trudnościami kryzysu (jak Francja czy Włochy), albo też wycofuje się z dotychczasowego zaangażowania na rzecz integracji europejskiej (jak Wielka Brytania czy Skandynawia).

Całość obrazu dodatkowo komplikuje fakt, że sam kryzys strefy euro, będący bezpośrednim katalizatorem wzrostu relatywnej potęgi Niemiec na tle pozostałych krajów UE, trudno jednoznacznie określić jako czynnik zewnętrzny bądź wewnętrzny względem Niemiec – to bowiem ich gigantyczna nadwyżka eksportowa, wynikła nie tylko z „tradycyjnych” przewag konkurencyjnych (wysoka jakość produktów o dużej wartości dodanej, dobra marka kraju), ale też utrzymywania inflacji poniżej założonego w strefie euro celu oraz świadomego powściągania wzrostu płac, stanowi jeden z głównych czynników kryzysu. Tym samym kryzys strefy euro nie daje się bynajmniej zakwalifikować jako czynnik „zewnętrzny” wzrostu potęgi Niemiec, aczkolwiek trudno go również uznać za intencjonalny skutek jakiejś świadomej strategii polityczno-gospodarczej tego państwa.

***

Współczesne Niemcy charakteryzuje zatem dynamiczna, niezwykle produktywna gospodarka nastawiona na ekspansję eksportową, za którą kryje się zreformowany w ostatnim dziesięcioleciu, stosunkowo stabilny i cieszący się szeroką akceptacją model społeczny, obudowany mocnym gorsetem polityczno-prawno-państwowym. Skala i obecny potencjał Niemiec w kontekście wspomnianej wyżej kultury cywilnej stawiają obecnie kraj przed zasadniczymi pytaniami: czy bez wymiaru „twardego” bezpieczeństwa można kontynuować globalną ekspansję gospodarki oraz czy można pretendować do zajmowania centralnego miejsca w Europie. Kryzys rodzi jednak pytanie najbardziej zasadnicze – czy w związku z koniecznością zastosowania rozmaitych instrumentów walki z kryzysem, politycznych, gospodarczych i społecznych, instrumentów stosowanych na poziomie ponadnarodowym i związanych z pogłębieniem integracji polityczno-gospodarczej UE, Niemcy będą zmuszone do dokonania korekt swego obecnego modelu gospodarki nastawionej na ekspansję eksportową? Czy będą musiały dopuścić większe zrównoważenie swego bilansu handlowego, czy będą musiały uzupełnić – choćby ze względu na potrzebę stymulacji popytu wewnętrznego – swój model społeczny o elementy, które dziś wyraźnie się w nim nie mieszczą? Czy będą zmuszone dokonać zmian w swej ustawie zasadniczej?

W moim przekonaniu Niemcy nie są obecnie chętni ani gotowi pójść na takie kompromisy, co oczywiście stoi w sprzeczności z przypisywaną im rolą europejskiego hegemona. Złożoność tej sytuacji pogłębia fakt, że obecny model niemieckiego rozwoju gospodarczego wydaje się na dłuższą metę niemożliwy do podtrzymania – kreowanie nadwyżek eksportowych niemieckiego przemysłu w relacjach przede wszystkim z krajami UE, na które popyt finansowany był częściowo poprzez kredyt udzielany przez niemiecki system bankowy, nie daje się łatwo kontynuować; kłopoty odbiorców niemieckich towarów wynikające z kryzysu pogłębiają jeszcze, paradoksalnie, niemieckie żądania konsolidacji budżetów krajów Południa i cięcia tamtejszych wydatków publicznych, w oczywisty sposób osłabiające ich łączną siłę nabywczą.

Na horyzoncie rysują się zatem dwa wyjścia: albo Niemcy zgodzą się dobrowolnie zmniejszyć swą przewagę konkurencyjną poprzez podwyższenie inflacji i zwiększenie płac, tym samym – kosztem ogromnych dziś zysków niemieckich przedsiębiorstw – wspierając swój popyt wewnętrzny i ograniczając nierównowagę w handlu zagranicznym; albo poszukają nowych rynków zbytu na swe towary poza Unią Europejską, co jednak wymagałoby zmiany podejścia do takich kwestii jak np. ochrona wojskowa i wywiadowcza niemieckich koncernów, kanałów transportowych czy po prostu pracowników niemieckich za granicą.

***

Obok wymiaru ekonomicznego, interesująca jest również ewolucja polityki europejskiej Niemiec, którą pod pewnymi względami da się ująć w ramach sformułowanej przez Tomasza Manna w słynnym wykładzie z 1949 roku dychotomii „europejskich Niemiec” i „niemieckiej Europy”. Okres republiki bońskiej odznaczał się aktywnym poparciem dla głównego nurtu procesów powojennej integracji zachodniej części kontynentu przy jednoczesnych dążeniach do zbudowania jak najlepszej pozycji kraju wewnątrz tworzących się struktur. Podejście to kontynuowano aż do lat 2007-2008 i traktatu lizbońskiego; ostatnim chyba jego przejawem była niemiecka obsesja wokół podziału głosów w Radzie Europejskiej i likwidacji niemiecko-francuskiego parytetu na rzecz rozwiązania przyznającego Niemcom pozycję adekwatną do ich wielkości i potencjału.

To podejście jest już historią. Zmieniło się ono zasadniczo ze względu na zmianę całej sytuacji w Europie. Nawiązując do jednej z ulubionych metafor Jeana Monneta o integracji europejskiej jako pędzącym rowerze powiedziałbym, że znaleźliśmy się w momencie, w którym nasz europejski rower należy rozkręcić i skręcić na nowo. A to, co uzyskamy, to już nie będzie ten sam rower. Stąd wynika właśnie, że Niemcy nie są już krajem, który wpasowuje się w wieloletni, trwający od powojnia proces integracji europejskiej, lecz stoją przed wyzwaniem – jako jedyny podmiot o wystarczającym do tego potencjale, być może także jedyny obdarzony odpowiednią wolą polityczną – do skonstruowania na nowo porządku w Europie.

Takie postawienie sprawy brzmi dla wielu strasznie – także dla samych Niemców, ponieważ zwraca ich na powrót w stronę ich dawnego, historycznego dylematu. Za każdym razem, kiedy Niemcy stawali przed perspektywą zbudowania na nowo porządku w Europie, kończyło się to źle dla Europy i dla samych Niemiec – a pamięć historyczna tego doświadczenia jest wciąż bardzo silna. Niemcy świadomi są powagi sytuacji, a zarazem zdają sobie sprawę ze skojarzeń i realnych zagrożeń, jakie ich pozycja rodzi. Osobiście byłem świadkiem ucieczki konsula niemieckiego w Salonikach przed tłumem rozwścieczonych Greków do toalety tamtejszego muzeum, będącej jedynym miejscem, w którym nie mogli oni go dopaść – przerażenie w oczach tego człowieka było bardzo wymowne. Niemcy wiedzą, że mają siłę, że mogliby nawet znaleźć polityczną wolę do podjęcia działania – ale rozumieją doskonale, że ich pomysły na urządzenie Europy na nowo niekoniecznie muszą napotkać na entuzjazm.

***

Jeśli obecny klincz – utrudnionej ekspansji eksportowej w przyszłości przy słabych perspektywach gospodarczego „wyjścia na świat” pozaeuropejski oraz wyraźnej niechęci Niemców do modyfikacji własnego modelu gospodarczego – zestawimy ze zmianą paradygmatu myślenia o Europie („niemiecka Europa”), wówczas jako niewykluczone jawi się trzecie wyjście. Nie zmiana modelu niemieckiego w Europie, nie wyjście Niemiec z Europy na świat, lecz właśnie modyfikacja modeli społeczno-gospodarczych innych krajów Europy. Oznaczałoby to, rzecz jasna, petryfikację obecnej nierównowagi w Europie i utrzymanie uwydatnionej przez kryzys dysproporcji potencjałów poprzez jakiś układ polityczno-instytucjonalny, który mógłby ową nierównowagę kontrolować i pacyfikować zrodzone przez nią napięcia.

Europa w takiej sytuacji mogłaby się trwale podzielić na Północ, jako sferę wysokiej produktywności oraz Południe, jako sferę trwałego niedorozwoju – najpełniej chyba wizję tę nakreślił niemiecki badacz społeczny Wolfgang Streeck, porównując (już dziś istniejącą) Unię Europejską do wielkich Włoch, w których część rozwinięta podtrzymuje metodami politycznymi niedorozwój reszty, pacyfikując opór dzięki redystrybucji pewnej części bogactwa.

Najpoważniejszy problem, jaki wiąże się ze spetryfikowaniem tak dysproporcjonalnego układu polega na tym, że choć zakłada on pewien zakres redystrybucji wewnątrz wspólnoty, to prawdopodobnie nie mógłby on działać na zasadach demokratycznych. Istotna część suwerenności niektórych podmiotów musiałaby zostać zarzucona na rzecz struktury o charakterze technokratycznym. Dyskusje na ten temat słychać w Niemczech coraz wyraźniej: skoro musimy pożegnać się z mirażem konwergencji gospodarek i społeczeństw, jaki towarzyszył nam jeszcze w początkach istnienia unii walutowej; skoro nie nastąpi zrównywanie poziomów życia między Północą a Południem, względnie centrum a peryferiami Europy; skoro zatem ta dysproporcja ma charakter strukturalny i nieprzezwyciężalny w obecnych warunkach, a my, Niemcy. Nie zmienimy własnego modelu, bo jest on tak dobry – to musi być ona przynajmniej zarządzalna. Celem przestaje być powszechna równość i dobrobyt, redukujemy ambicje do chęci zapewnienia spokoju i bezpieczeństwa w Europie – choć wydaje się to wykonalne, to zarazem odpowiadająca za to struktura raczej nie będzie miała charakteru demokratycznego.

Trwające obecnie negocjacje umowy handlowej Unii Europejskiej ze Stanami Zjednoczonymi traktowane są przez niektórych jako źródło nadziei na „rewitalizację” Zachodu, a specyficznie dla Niemców – jako szansa na nieco bardziej „miękkie” wyjście w świat i choćby częściowe zredukowanie nierównowagi bilansu handlowego z resztą Unii Europejskiej. Trudno jednak obecnie przewidzieć, jakie będzie realne znaczenie tego dokumentu, nie mówiąc o jego szczegółowym kształcie. Nie zmienia on jednak podstawowego faktu: dzisiejsze Niemcy rozdarte są pomiędzy „wyjściem z Europy”, oznaczającym między innymi zdystansowanie się od wspólnej waluty i swego najbliższego sojusznika, Francji, a pozostaniem w Europie z prawdopodobną koniecznością przetworzenia jej na swoją modłę.

***

Uwarunkowania mentalne oraz silne zakorzenienie gospodarcze Niemiec w Europie wariant „wyjścia” poza kontynent czynią mniej prawdopodobnym. Tak czy inaczej, możliwości wpływu ze strony Polski na obrany przez Niemcy kierunek są mniej niż nikłe. Unia Europejska, której jesteśmy członkiem, w jej obecnym kształcie stanowi projekt wyczerpany, i w tym sensie historyczny – jej instytucje przestają decydować o biegu najważniejszych procesów. Polski nadzór bankowy nie ma wglądu w sytuację banków-matek dla przeważającej części naszego systemu bankowego; polski rząd nie ma praktycznie żadnego wglądu w to, co dzieje się wewnątrz Europejskiego Banku Centralnego, który w „poskręcanej na nowo” Europie urasta do rangi najważniejszej instytucji. My po prostu „nie wiemy jak jest” w obszarach kluczowych dla rozwoju nowego, europejskiego porządku.

Przez jakiś czas liczyliśmy, że łącznikiem, który nam powie, „jak jest”, będą Niemcy, ale ostatnimi czasy zwyczajnie tracimy dla nich na znaczeniu. Nie odgrywamy żadnej roli w strefie euro, bo nas w niej nie ma, nie mamy możliwości wpływu na Europejski Bank Centralny ani na Europejski Mechanizm Stabilizacyjny. Co gorsza, gdybyśmy nawet tam byli, również nie bylibyśmy Niemcom do niczego potrzebni. W tej sytuacji jedynym sensownym rozwiązaniem będzie, z jednej strony, zdefiniowanie własnych, regionalnych warunków rozwoju i oparcie o nie swej strategii; z drugiej zaś uważna obserwacja ewolucji instytucjonalnej, na którą nie mamy wpływu – i ewentualne podjęcie decyzji o włączeniu się do procesu nowej integracji.

 

 Projekt finansowany ze środków Parlamentu Europejskiego.

 

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać