Muzyka

Tanecznym krokiem do krainy łagodności

Wielu najciekawszych producentów ze sceny tanecznej zaczynało od klejenia hip-hopowych bitów albo od DJ-ki. A jak poszło Kixnare’owi?

Z czasem gusta się zmieniają. Parę lat temu, gdy słuchałem płyty Welcome 2 Detroit Dilli, moim ulubionym numerem z niej był Me and my Man (Feat. Phat Kat). Całość była nieskomplikowana, jak włącznik światła: potężne bębny i prościutki pochód syntetycznego basu, w tle samplowany hałas, które wypełniał pustą przestrzeń pozostawioną przez sekcję rytmiczną. Od czasu całość rozjaśniała melodyjka elektrycznych organów. I tyle. Ta melodyjka prześladowała mnie bardzo długo, do tego stopnia, że zrobiłem sobie edit tego numeru. Nie potrafiłem tylko zrozumieć dlaczego Dilla ukrywa taki skarb. W ciągu 3 minut i 45 sekund trwania Me and My Man melodyjka pojawiała się na 15–20 sekund. Teraz myślę, że dobrze wiedział, co robi i po co. Ten minimalizm i dyscyplina imponują mi do dziś i są jednymi z podstawowych kryteriów, którymi posługuję się przy wyborze muzyki. I innych rzeczy też.

Mniej więcej w tym samym czasie usłyszałem też o Kixnarze. Nie wiem, czy już wtedy miał taką ksywkę. Pamiętam, że wziął udział w konkursie na bit zorganizowany przez Konkret, jedną z pierwszych hip-hopowych stron w sieci. Zajął chyba drugie miejsce, ale jak to z konkursami talentów bywa, wyszedł na tym lepiej niż zwycięzca i już wkrótce zaczął trzaskać bity dla tuzów sceny i jej wschodzących gwiazd. (Tutaj krótkie ujawnienie: sam też brałem udział w tym konkursie i nawet wszedłem do pierwszej 20, więcej sukcesów jednak nie odniosłem). 

Zwycięstwo było absolutnie zasłużone – jego bity były surowe, ale nie spartańskie. W tamtych czasach najbliżej mu było chyba do Pete’a Rocka. W Kix Jazz czuć było inspirację Pete’s Jazz, ale jak dla mnie nie była to jakaś tania podróbka. 

Dziś Kixnare jest zupełnie gdzie indziej. To dobrze. Hip-hop bywa zachowawczy, a jego słuchacze – konserwatywni bardziej niż Terlikowski, i nie chodzi mi tutaj o to, że są przeciwko aborcji, Unii Europejskiej i dechrystianizacji Europy. To dlatego hip-hopowy artysta z głową otwartą na inne gatunki częściej znajdzie słuchaczy wśród hipsterów niż przeciętnych słuchaczy Ostrego. Dlatego bazą dla Kixa nie są dziś młodzi hip-hopowcy, ale klubowicze i uciekinierzy ze sceny indie-rockowej. Jego album Red, już drugi dla polskiej wytwórni UKnowMe, to kolejny krok na drodze wiodącej od hip-hopu na parkiet.

Kix nie jest tutaj pionierem. Wielu najciekawszych producentów ze sceny tanecznej zaczynało od klejenia hip-hopowych bitów albo od DJ-ki. Jeff Mills startował jako radiowy DJ o pseudonimie The Wizard, a chłopaki z Autechre – jako b-boye. Zdarzały się też transfery równie udane, co baseballowa kariera Michaela Jordana. Timbaland np. powinien natychmiastowo przestać tłuc idiotyczne EDM-owe przeboje i wrócić do połamanego R&B. A jak poszło Kixnare’owi?

Według mnie nie najlepiej. Zacznijmy od pierwszego singla, Gucci Dough. Tak jak inne numery na płycie jest on inspirowany chicagowskimi footworkami i hip-hopem prosto z południa Stanów Zjednoczonych. Mieszanka smaków jest tutaj dość standardowa: zmanipulowana fraza wokalu, zbasowana stopa z maszyny perkusyjnej Rolanda, mnóstwo przeszkadzajek. Niestety całość jest przykryta grubą warstwą lukru, jak dla mnie nieprzyswajalną. Za dużo tutaj elektrycznego pianina, słodkich melodyjek i – niestety – w większości oklepanych brzmień.

Ten sam problem mam z innymi numerami. Automatik ma ciekawy i surowy rytm, którego z chęcią posłuchałbym saute, i kompletnie nietrafioną solówkę na syntezatorze. To samo dotyczy Chicago Bulls – easy listening i footwork to naprawdę nie jest dobre połączenie. Żeby nie było, że tylko wybrzydzam – No More to bardzo udana i przebojowa wariacja na temat broken beatu, a Mindfuck, choć to tylko krótki przerywnik, pokazuje, że Kix ma w zanadrzu wiele ciekawych brzmień i mimo wszystko nie boi się brudu i kurzu w muzyce. (Całej płyty Kixnare’a można przesłuchać tutaj).

Czym tłumaczyć tę dziwną tęsknotę do krainy łagodności? Problem chyba w odwiecznych kompleksach, jakie mają producenci muzyki elektronicznej wobec muzyków – nazwijmy to – pełnoprawnych. Ci pierwsi na ogół nie odebrali żadnego formalnego kształcenia muzycznego, z reguły wszystko robią na czuja – tak, żeby dobrze brzmiało. Często nie potrafią nawet prawidłowo obsłużyć syntezatora czy sekwencera, ale to niekoniecznie wada. Czasem single, które powstały w wyniku nadużycia technologii czy niestosowania się do teorii muzycznej, zyskują status klasyków, właśnie dzięki niedoskonałościom i błędom. Footworki, którymi inspiruje się Kix, też są na wskroś amatorskim gatunkiem – na kompilacjach Bangs & Works, dzięki którym europejscy słuchacze poznali ten gatunek, znajdują się utwory żywcem ripowane z YouTube’a, bo ich autorzy nigdy nie pomyśleli o archiwizacji. Czy jest coś bardziej amatorskiego?

Naturalnie ten etap nie może trwać wiecznie. Z czasem uczymy się, rosną ambicje, wymuszona prostota już nie wystarcza. Producenci poznają teorię, opanowują swoje narzędzia i chcą się pokazać światu jako pełnoprawni muzycy, a nie tylko uzdolnieni amatorzy. Niektórych jednak te chęci prowadzą na manowce. Gdy czytam w wywiadzie, że mój ulubiony producent chce sięgnąć po żywe instrumenty (najgorsza jest zdecydowanie współpraca z perkusistami) albo że album powinien być czymś więcej niż zbiorem parkietowych singli, wiem już, że będzie źle.

Dlaczego? Techno, house, footworki, wszystkie gatunki parkietowe mają własną dynamikę i strukturę. Tu nie chodzi o chwytliwe hooki, ale o stałą progresję, trans, minimalne zmiany, które jakimś cudem wywołują euforię na parkiecie. Tutaj brzmienie i faktura są o wiele ważniejsze niż melodie. Naturalnie nikt nie zabrania producentom próbować wchodzić na nieswój teren. Ale kiedy to robią, muszą być przygotowani na to, że będą ocenieni miarą, która panuje nie na ich podwórku. I nagle okazuje się, że słaba nieciekawa melodia jest tylko słabą nieciekawą melodią.

Wydaje mi się, że Kixnare’a też dotknęła ta choroba. Po raz kolejny nie byłby w tym osamotniony. Tuzy sceny footworkowej, czyli DJ Spinn i Rashad, również zwalniają tempa, umuzykalniają kompozycje, słodzą. Ich muzyka już nie jest soundtrackiem do frenetycznego tańca, już bardziej nadaje się do przejażdżki lamborghini. Brytyjska scena basowa też utonęła w morzu słodyczy, a skuteczną odtrutką na to okazał się dopiero powrót monolitycznego i brutalnie industrialnego techno.

Wiem, że to wszystko jest skrajnie subiektywne. Kiedy rozmawiałem o Red z jednym z dziennikarzy muzycznych, powiedział mi, że to jest elektronika, której może słuchać nawet jego mama. Sami oceńcie, czy dla was to wada, czy zaleta.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Jakub Bożek
Jakub Bożek
Publicysta, redaktor w wydawnictwie Czarne
Publicysta, redaktor inicjujący w wydawnictwie Czarne, wcześniej (do sierpnia 2017) redaktor prowadzący w Wydawnictwie Krytyki Politycznej. Absolwent Centrum Kształcenia Międzynarodowego Politechniki Łódzkiej i socjologii na Uniwersytecie Łódzkim. Redagował serwis klimatyczny KP. Otrzymał drugą nagrodę w konkursie w Koalicji Klimatycznej „Media z klimatem!”. Współtworzył Klub Krytyki Politycznej w Łodzi.
Zamknij