Muzyka

Czy liczba 4553 ma jakieś znaczenie?

Pen-drive'y w toaletach, tajemnicze przesyłki z płytami, na których zakodowano jakąś wiadomość… Dziś muzykę promuje się w dość niecodzienny sposób.

20 kwietnia do Other Music, nowojorskiego sklepu z płytami, przyszła paczka świeżutkich winyli. Niby nic w tym dziwnego, 20 kwietnia to na całym świecie Record Store Day – święto niezależnych wytwórni i sklepów muzycznych, którym jakoś udało się utrzymać na rynku. Ale ta przesyłka nie była aż tak zwyczajna, pracownicy sklepu znaleźli w niej jedno tajemnicze nagranie. Ktoś przykleił do niego żółtą samoprzylepną karteczkę z nabazgranym: „Sprzedaj mnie”. Na okładce z szarego kartonu nadrukowano ciąg znaków „—— / —— / —— / XXXXXX / —— / ——”. No i nazwę zespołu: Boards of Canada.

Prawie czuję podniecenie, które wywołało to znalezisko. Boards of Canada w niektórych kręgach otoczeni są kultem równym, co Jezus. Poza tym ich ostatni album miał premierę w 2005 roku i od tego czasu milczeli metodycznie i wytrwale. Tajemnicza płyta dostarczona do Other Music zawierała zaledwie trochę radiowego szumu oraz 20 sekund eterycznej melodii z syntezatora, przerwanej sześciocyfrowym kodem recytowanym przez syntetyczny głos. 

Szczęśliwy fan, który kupił płytę, szybko domyślił się, że to nie singiel, ale zagadka. Uruchomił Reddita i napisał:

Udało mi się kupić jedno z sześciu nowych nagrań Boards of Canada, które zostały wysłane do „przypadkowych” sklepów muzycznych. Sądzę, że jeśli wszystkie cyfry znajdą się na swoim miejscu, możemy rozgryźć, o co tutaj chodzi. Niech pozostali posiadacze nagrania podadzą swoje cyfry i ich miejsca w sekwencji. Potem będziemy tylko musieli odgadnąć znaczenie cyfr. 

Aha, nie pracuję dla Warpa [wytwórni Boards of Canada – przyp. J.B.], jestem ich fanem. Po prostu chcę to rozgryźć.

Nie było to takie łatwe, spośród wszystkich sześciu nagrań odnaleziono tylko trzy. Były identyczne. Kolejne fragmenty kodu rozsiano jednak w innych mediach, np. w serii coraz bardziej minimalistycznych filmów wrzucanych na YouTube’a. Oto dwa ostatnie z nich:

Kolejne wideo zostało nadane w stacji Adult Swim, a inny fragment kodu wyemitowano w BBC Radio One. Żeby poznać kolejne, trzeba było nieźle się nagłowić, m.in. rozszyfrować ciąg znaków zakopanych w indeksie strony cosecha-transmisiones.com, do której odsyłała strona zespołu. Można też było podążać za instrukcjami ukrytymi za banerem na internetowym forum Twoism poświęconym zespołowi. 

Rozwiązaniem zagadki była data premiery nowego albumu – 10 lipca 2013 roku – jego okładka i tytuł, Tomorrow’s Harvest. Trzeba przyznać, że to absolutnie fantastyczny pomysł na kampanię promocyjną. Fani BoC to nerdowie, którzy i tak traktują każde kolejne nagranie zespołu jak zaszyfrowaną wiadomość. Przy okazji premiery przedostatniego albumu Geogaddi zastanawiali się np., czy to przypadek, że czas trwania albumu to 66:06. (Mike Sandison i Marcus Eoin odpowiadają, że przypadek, ale kto ich tam wie). Tym razem też nie obędzie się bez numerologicznej policji. Już teraz na notce z wiki przeczytamy: „Winylowa edycja albumu jest dwupłytowa. Strona A ma 4 nagrania, strona B – 5, strona C – 5, strona D – 3. Czy liczba 4553 ma jakieś znaczenie?”. Sami artyści jeszcze podsycają te nastroje. W jednym z rzadkich wywiadów dla „Guardiana” Sandison mówi, że: „Płyta jest pełna zagadek i ukrytych sygnałów, jestem ciekaw, ile z nich zostanie rozszyfrowanych”. 

Naturalnie kampania promocyjna Boardsów nie była aż tak bardzo unikatowa. Dla przykładu, mniej więcej w tym samym czasie marketingowcy Daft Punk też wpadli na to, że mogą zrobić o wiele więcej zamieszania rozpowszechniając informacje w realu, a nie w sieci. I tak trailer promujący Random Access Memories po raz pierwszy zobaczyli festiwalowicze na Coachelli. Dla odmiany Boards of Canada zaprezentowali swojego singla na wielopowierzchniowym ekranie gdzieś w tokijskiej Shibuyi. 

 

Oczywiście Boards of Canada nie są pierwszą ekipą, która lubuje się w tajemniczych kampaniach promocyjna. Chyba najbardziej znana taka kampania towarzyszyła premierze albumu Year Zero Nine Inch Nails. Reznor i jego ekipa stworzyli wtedy sieciową grę, której akcja toczyła się w alternatywnej rzeczywistości. W grze w roku 2022 (czyli właśnie w roku zerowym) w Ameryce miało dojść do kilku poważnych zamachów terrorystycznych, w reakcji na które rząd Stanów ogłosił stan wyjątkowy. W Ameryce zaczęli rządzić chrześcijańscy fundamentaliści, którzy zaostrzyli prawo, poddali całą populację ścisłej kontroli, także przy pomocy pewnego narkotyku wprowadzonego do wodociągów, oraz brutalnie represjonowali wszelką opozycję. Ta zresztą była słaba, nieliczna i ograniczała się głównie do aktywizmu sieciowego. Jednej z tych grup udało się jakoś przesłać ostrzeżenie w przeszłość, w postaci kilku stron internetowych. (Reznor znalazł też intrygujący sposób wpuszczania nowych nagrań obieg: podczas koncertów Nine Inch Nails fani znajdowali w toaletach pen-drive’y z niepublikowanymi piosenkami).

Znacznie skromniejsza była łamigłówka, jaką dla fanów przygotował Jam City. Wpuścił na YouTube’a pięć krótkich filmów, w których znajdował się kod do niepublikowanych nigdzie nagrań. Może nie robi to wielkiego wrażenia, ale i tak estetyka tych fragmentów była dość frapująca.

 

Naturalnie, nawet najlepsza kampania nie obroni słabej muzyki, chociaż może ją sprzedać. Z drugiej strony muzyka smakuje lepiej z historią. W końcu czy nie jest tak, że wszystkim najlepiej pamiętanym albumom towarzyszy jakaś opowieść? Rumors Fleetwood Mac – to historia miłosnych komplikacji wewnątrz zespołu, Loveless My Bloody Valentine – to ambicja i perfekcjonizm rujnująca wytwórnię, Closer Joy Division – wiadomo. Dziesiątki innych narracji towarzyszą dziesiątkom ukochanych płyt. Dziś opowieści jest jakby mniej, niektóre z nich dorabiamy sobie sami, innych dostarczają sztaby marketingowe albo – w przypadku mniejszych budżetów – same zespoły. Dopóki muzyka pasuje do narracji nie widzę w tym nic złego. U Boards of Canada pasuje jak ulał.

Tomorrow’s Harvest to dźwiękowy odpowiednik Melancholii Larsa von Triera, obraz pięknej apokalipsy podziwianej z oddali, atomowych grzybów rozkwitających nad atolem Muroroa. Być może jako łodzianinowi łatwiej mi się tym cieszyć, w końcu w tym mieście obserwuję piękno nadchodzącej apokalipsy na co dzień. A i tak uderzyło mnie zestawienie singlowego Reach For The Dead i widoku remontowanej rozkopanej Piotrkowskiej. Być może urzędnicy powinni pomyśleć nad nowym hymnem?

Reszta albumu jest równie elegijna, co zresztą sugerują tytuły kolejnych utworów: Sick Times, Collapse, Palace Posy (to anagram dla słowa „apocalypse”), Come To Dust, Semena Mertvykh (nasiona umarłych). Piękna okładka przedstawia zaś widok San Francisco sfotografowany z nieczynnej bazy lotniczej w Alamedzie. Ale jeśli właśnie tak ma wyglądać koniec świata, to ja się piszę. Pozostaje zaśpiewać za Morrisseyem: „Come, come nuclear bomb”.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Jakub Bożek

| Publicysta, redaktor w wydawnictwie Czarne
Publicysta, redaktor inicjujący w wydawnictwie Czarne, wcześniej (do sierpnia 2017) redaktor prowadzący w Wydawnictwie Krytyki Politycznej. Absolwent Centrum Kształcenia Międzynarodowego Politechniki Łódzkiej i socjologii na Uniwersytecie Łódzkim. Redagował serwis klimatyczny KP. Otrzymał drugą nagrodę w konkursie w Koalicji Klimatycznej „Media z klimatem!”. Współtworzył Klub Krytyki Politycznej w Łodzi.