Historia

Czas rozrzucania kamieni

„Przychodzę do stoczni czternastego sierpnia o piątej rano – wspomina Borowczak. – Lutek zjawia się zaraz po mnie, ale nie ma ani Felskiego, który ma plakaty z postulatami, ani Lecha”.

Borusewicz wyznaczył termin na 13 sierpnia. Umówił się z pod stocznią na piątą, by wszystko przygotować jeszcze przed rozpoczęciem zmiany. Chodziło też o to, by Wałęsa mógł w tłumie wcisnąć się do stoczni. Scenariusz był taki: Borowczak, Prądzyński i Felski zaczynają strajk. Wałęsa w pewnym momencie przejmuje dowodzenie.

Lutek pojechał na Stogi do Wałesy, by mu to zakomunikować, ale nie ustnie, bo bał się podsłuchu, napisał więc datę i godzinę na foliii i zaraz zamazał. Wałęsa albo nie zrozumiał, albo zapomniał, i trzeba było przełożyć strajk na następny dzień.

– Przychodzę do stoczni czternastego o piątej rano – wspomina Borowczak. – Lutek zjawia się zaraz po mnie, ale nie ma ani Felskiego, który ma plakaty z postulatami, ani Lecha. Wściekamy się, bo ludzie już zaczynają wchodzić do stoczni. Daję Lutkowi ulotki i każdy idzie na swój wydział. On na K-3, ja na K-5. Wydziały położon są daleko od siebie, oddzielone kanałem.

Prądzyński idzie sam, bo Fela ciągle nie ma.

I to był ten najtrudniejszy moment. Zaczął rozdawać ulotki… Myślał, że zrobi to w szatni, tam byłoby łatwiej, bo jest bardziej swojski nastrój. Ale już jest za późno – ludzie zajęli stanowiska, przygotowują sie do pracy, włączają maszyny.

Strajkujemy” – mówi i wręcza ulotki z postulatami. „Strajkujemy!”.

Idzie i coraz mniej się boi, że strajk się nie uda, bo widzi, że koledzy biorą ulotki i czytają. Pierwsze lody przełamane. Idzie i idzie, bo wydział K-3 jest ogromny, pracuje tu tysiąc pięćset osób. Nagle pojawia się zaspany Felski z plakatami, już mu raźniej, i we dwóch idą dalej, powtarzając „Strajk, strajk…”.

Ludzie zaczynają wyłączać maszyny, przestają szlifować, spawać, stukać młotami… i stocznia, która jak orkiestra rozbrzmiewa wieloma dźwiękami, z wolna cichnie. I wtedy rozlega się i niesie daleko krzyk Jurka Borowczaka:

– „Chodźcie z nami! Chodźcie z nami!”.

Borowczak zgodnie ze scenariuszem nadciąga z ludźmi z K-5, dołączają robotnicy z W-4, pracownicy z biura projektów, przewodniczący SZMP z K-5 pędzi na rowerze do Prądzyńskiego, by go powiadomić, że wszystko idzie dobrze i że zaraz będzie tu Borowczak. Coraz więcej ludzi dołącza do pochodu, dochodzą do K-3… Ściskają się z radości z Ludwikiem i Bogdanem.

Tłum jest jak rzeka, która wylała, zabiera ze sobą wszystko, co napotka. Docierają do placu przed drugą bramą. Ktoś krzyczy „Wychodzimy!”. Ale oni mają zakodowane, że wszystko, tylko nie to! Więc we trzech: Borowczak, Prądzyński, Felski wskakują na koparkę, która stała na placu i wołają:
– Zostajemy w stoczni, nie wychodzimy! – I żeby uspokoić ludzi, proponują: – Uczcijmy minutą ciszyc zabitych stoczniowców!

Wszyscy milkną. Śpiewają „Jeszcze Polska nie zginęła”. Hymn dodaje skrzydeł, podnosi na duchu.

– Żądamy podwyżki, poprawy warunków bhp, przywrócenia do pracy zwolnionych, Anny Walentynowicz…

Gdzie, do cholery, jest ten Lechu?

Co się z nim dzieje?

– Wybieramy komitet strajkowy, proszę się zgłaszać! – wołają.

Gdy zapisano dwadzieścia osób, na koparkę znienacka wchodzi dyrektor Gniech. Krzyczy:
– Komitet strajkowy już wybrany! Zapraszam panów do siebie na rozmowy. Reszta wraca do pracy…

Jezu, ale zagrał. Co robić? Ludzie się rozchodzą. „Już po nas” – myśli Borowczak i rozgląda się niepewnie. I nagle widzi Lecha Wałęsę, który biegnie od strony ulicy Jana z Kolna. Nie, nie biegnie, galopuje, gna, pędzi, przedziera się przez tłum, wskakuje an koparkę i krzyczy zdyszany do Gniecha.

– Czy pan mnie poznaje?

Ludzie się zatrzymują.

Wałęsa przejmuje dowodzenie.

 

Jacek, w stoczni coś się dzieje! – woła.

Poczekaj, złotko, idę po długopis – sapie Kuroń i milknie na dłuższą chwilę, która Alinie wydaje się wiecznością.

Wreszcie wraca: – Już jestem. Mów!

Mamy postulaty. – Pienkowska dyktuje je po kolei. Wreszcie mówi: – Zapewnienie bezpieczeństwa strajkującym…

Jakim strajkującym?

No, przecież stocznia strajkuje!

O kurwa, to ty mi to dopiero teraz mówisz!!??

 

 

Po dwóch godzinach Radio Wolna Europa podaje wiadomość o strajku i niedługo zaraza rozlewa się po całej Polsce. Staje zakład po zakładzie, fabryka po fabryce, przedsiębiorstwo po przedsiębiorstwie. Mężczyźni w kufajkach wciągają na rękawy opaski, wywieszają na bramach biało-czerwone flagi i siadają, zapalając papierosy. Wszyscy nasłuchują wieści ze Stoczni Gdańskiej.

 

[…]

 

 

Bożena Rybicka była wściekła. Strajk się zaczął, a Maciek pływa sobie żaglówką po jeziorach i nie ma z nim kontaktu. Rzuciła słuchawką i rozejrzała się bezradnie dookoła. Z informacją, że stocznia stoi, zatelefonował do niej Bogdan Borusewicz.

 

 

Gdy weszła do stoczni, było już całkiem ciemno. Zatrzymała się za bramą, bo otoczyła ją atmosfera grozy, którą potęgowała niczym niezmącona cisza. Cisza dzwoniąca w uszach, cisza, która była czymś nienormalnym w tym miejscu, zawsze pełnym hałasów, przeciągłego skrzypienia dźwigów, głuchego dudnienia młotów, zgrzytu blach, przeraźliwego syku spawarek, gwizdków statków, krzyków, nawoływań, przekleństw…

 

 

W sali bhp w kłębach papierosowego dymu siedziało kilka osób: Borusewicz, Wałęsa, Borowczak, Prądzyński… Innych nie było widać, spali pochowani na swoich wydziałach. Bożena pamięta, że ktoś zapytał, czy na ulicach są czołgi.

Myślę, że oni wszyscy, choć się do tego nie przyznawali, mieli pod powiekami Grudzień ’70. My zresztą też.

 

 

Piętnastego sierpnia motornicza Henryka Krzywonos jedzie trójką koło stoczni i patrzy na stoczniowców stających przy bramie.

A może by tak zatrzymać tramwaj?” – przychodzi jej do głowy. Nie śpi całą noc. „Kurde, co mam do stracenia?” – myśli, przewracając się z boku na bok.

 

Jest sama, rozwód w toku, młodsza siostra, którą się opiekowała, właśnie wyszła za mąż… Czyta ulotki, które stoczniowcy rozrzucają w tramwajach. Wolne Związki Zawodowe to dobry pomysł, ktoś musi bronić praw pracowniczych… a ten Borusewicz, co to za facet?

 

 

Rano wyjeżdża piętnastką z zajezdni. „Raz kozie śmierć” – powtarza sobie. Im bliżej gmachu opery, tym jest

bardziej zdecydowana. Wyskakuje z wagonu, przekłada zwrotnicę i krzyczy:

Tramwaj dalej nie jedzie! Stocznia stoi, to i tramwaje nie będą jeździć!

Pasażerowie zaczynają klaskać! Skrzydła jej rosną. Jest bliska płaczu… Podjeżdża jakiś autobus i zabiera ją do bazy. Tam poruszenie, już ogłosili strajk okupacyjny, trzeba wspomóc stocznię…

 

 

Przyjeżdża do stoczni i oczom nie wierzy:

Strajk właśnie się kończy! Stoczniowcy zaczynają wychodzić!

Szlag ją trafił. „Jaki ja opierdol od kolegów w zajezdni dostanę!” Denerwuje się.

Dostaliście swoje tysiąc pięćset i idziecie do domu?

Opamiętajcie się! Zgniotą nas jak pluskwy! – woła.

 

 

Ewa Osowska, ekspedientka ze Stogów, krzyczy: „Zdrada!”.

Alinka Pienkowska i Ania Walentynowicz – dopiero potem dowiedziała się, że tak się nazywają, wtedy ich nie znała. I te dwie, jakże różne kobiety, jedna starsza, druga młoda, ubrana w różową bluzkę, wołają, przekonują, zaganiają z powrotem do stoczni… a stoczniowcy jakby nie słyszeli, idą ku bramie i wychodzą (choć niektórzy się zatrzymują i rozglądają niepewnie…).

 

 

Pienkowska wskakuje na beczkę i wykrzykuje: „A co z tamtymi ludźmi? Jak my spojrzymy w oczy wszystkim, którzy poparli nas w mieście?!”.

 

 

Krzysztof Wyszkowski miał wrażenie, że widzi postać z obrazu Delacroix Wolność wiodąca lud na barykady.

Boże, jaka była wspaniała! Za to jedno wystąpienie należy jej się pamięć wieczna – przekonuje mnie z zapałem.

 

 

Alina pędzi do trzeciej bramy. Tłum stoczniowców wylewa się już na ulicę.

 

 

Zamknijcie bramę, zamknijcie! – krzyczy. – Nie wychodzić! Nie możemy zostawić innych zakładów, które zastrajkowały w imię solidarności z nami!”.

 

 

I to był ten decydujący moment i ta wielka rola Alinki!

Życiowa rola! – podkreśla Henryka.

Do bramy zbliża się ojciec Aliny, który nie słyszał jej wystąpienia. Kolega łapie go za ramię i woła: „Dokąd idziesz? Twoja córka mówi, że musimy zostać!!”.

 

 

Przy wózku, na którym stała Henia, zatrzymali się dwaj mężczyźni.

Co robimy? – pyta jeden.

Strajkujemy! – Drugi nie ma wątpliwości. Też jest zdenerwowany, ale widać, że pewny swego. Pierwszy wskakuje na koparkę: – Robimy strajk solidarnościowy! – woła.

Balon strachu pęka. Napięcie się rozładowuje. Ludzie zawracają.

 

 

Ten na koparce – słyszy Henryka – nazywa się Lech Wałęsa. Jego towarzysz – Bogdan Borusewicz, i to on kręci całym strajkiem.

W sali bhp Henia zgłasza tramwajarskie postulaty, podchodzi do Borusewicza i pyta: – Czy mogę pana uściskać?

Borsuk robi zdumioną minę i mówi:

No to ściskaj, kobieto.

To za te ulotki w tramwajach i za to, że się pan podpisywał nazwiskiem.

 

 

Poetka Bożena Ptak zostawiła w domu małą córeczkę z mężem i poszła do stoczni z delegacją Związku Literatów Polskich. I została.

Tak się nieraz zastanawiałam, czy mój pobyt w stoczni nie był ucieczką. Małżeństwo mi się sypało, i nad kanapkami z mortadelą myślałam o tym, co będzie dalej, co zrobić z tą naszą miłością. Tu, w stoczni, coś się scalało, rosło, a u mnie przeciwnie – rozsypywało się. Czy tęskniłam za córką? Oczywiście, że tak, przecież ją kocham. Ale stocznia była jak magnes; przyciągała z taką siłą, że nie mogłam stąd wyjść!!!

 

 

Ojciec parę razy przywiózł małą w wózku pod stoczniową bramę, ale szybko podrzucił dziecko babci i też pojawił się na strajku. Napisał Piosenkę dla córki i puścił anonimowo w obieg. Tekst Krzysztofa Kasprzyka wpadł w ręce aktora Macieja Pietrzyka, który skomponował muzykę i zaśpiewał piosenkę w sali bhp.

 

 

Nie mam teraz czasu dla Ciebie,

nie widziała Cię długo matka,

jeszcze trochę poczekaj, dorośnij,

opowiemy Ci o tych wypadkach.

O tych dniach pełnych nadziei… […]

O tych ludziach, którzy poczuli,

że są wreszcie teraz u siebie,

solidarnie walczą o dzisiaj

i o przyszłość także dla Ciebie…

 

 

Aplauz był ogromny, wiele osób miało łzy w oczach.

 

 

Alina słucha piosenki i myśli o Sebastianie, którego dziadek przyprowadził raz i drugi do stoczni. Mały nie chciał się od niej oderwać.

Jeszcze trochę poczekaj, dorośnij, opowiemy ci o tych wypadkach – przekonuje synka.

 

 

Ale już ją wołają, już musi biec do drugiej bramy, ktoś powiedział, że przyjechało dwóch pisarzy z Warszawy i nie wiadomo, czy można ich wpuścić.

Tomasz Łubieński – przedstawia się szczupły mężczyzna.

A to pan! – Alina się cieszy, bo esej Łubieńskiego Bić się czy nie bić? był lekturą obowiązkową w WZZ-ach

i podczas zebrań debatowano z przejęciem o sensie polskich powstań narodowych.

Zapraszamy, zapraszamy. – Wyciąga rękę do Łubieńskiego.

Janusz Głowacki – dodaje stojący obok przystojniak.

Pan nie wchodzi – decyduje Alina.

Bogdan, tam przy bramie został jakiś Głowacki z Warszawy, znasz go?

Janusz Głowacki? Każ go natychmiast wpuścić!

Głowacki, opromieniony sławą Wirówki nonsensu, a przede wszystkim filmu Rejs, którego był współscenarzystą (razem z Markiem Piwowskim), napisał potem, że jakaś niedouczona pielęgniarka nie rozpoznała go w stoczni. Fi donc! […]

 

 

Poziom napięcia, by nie powiedzieć lęku, był wśród stoczniowców duży. Józek Przybylski starał się rozładować sytuację, powtarzając co jakiś czas: – Mam nadzieję, że jak nas będą zamykać, to według alfabetu, i wtedy Przybylski będzie siedział z Pienkowską w jednej celi!

 

 

Bożena Rybicka uznała, że trzeba wspólnie odmawiać dziesiątkę różańca. Z Magdą Modzelewską, z którą wcześniej prowadziła w kościele Mariackim modlitwy w intencji aresztowanych, uklękła na placu przed drugą bramą.

Jakieś intencje wypowiedział Wałęsa, chyba także Lenarciak – przypomina sobie Bożena – więc modliliśmy się już potem regularnie za Wolne Związki Zawodowe, za zatrzymanych, za rządzących, za drukarzy, za kolejarzy, intencji przybywało z dnia na dzień… Ktoś zażartował nawet, że niedługo będziemy się modlić za korbkę od powielacza.

 

Widziałam padających na kolana ludzi, którzy wcześniej deklarowali się jako ateiści – mówi Bożena Ptak. – I zapewne były to szczere nawrócenia, bo wiem, że niektórzy praktykują do dziś. Mnie jednak te wspólne modlitwy nie pociągały, stałam z boku.

 

 

Alina też się nie modliła. Postarała się o stempel i wypisywała przepustki. Gromadziła wyżywienie, które ludzie przynosili do stoczni. Otworzyła punkt przyjmowania darów i pilnowała, by Międzyzakładowy Komitet Strajkowy miał dostęp do radiowęzła – wspominała Anna Walentynowicz.

 

 

Nagle pojawił się Maciek! – Bożena Rybicka-Grzywaczewska się uśmiecha. – Gdzieś pod Iławą usłyszał w Wolnej Europie, że stoczniowcy strajkują. Zostawił rodziców na łódce i ruszył syrenką ojca w kierunku Gdańska. Pamiętam, że wpadł do stoczni z workiem pieczywa, który dostał po drodze od jakiegoś piekarza. Ucieszyłam się, że jesteśmy razem. W stoczni nie byłam wprawdzie sama, bo moi dwaj bracia, Aram i Mirek, także zaangażowali się w strajk, ale jednak czekałam na Maćka.

 

Napisałam kilka wierszy – ciągnie Bożena Ptak. – Niektórych nie chcę pamiętać, bo się ich wstydzę, takie strasznie zaangażowane były. Oto ostatnia zwrotka jednego z nich:

 

 

Na czele tych żądań

nie inne czy nowe

lecz wolne od władzy

związki zawodowe.

 

 

Ja też napisałam wierszyk. – Henryka się śmieje. – Gdy dowiedziałam się, że wicepremier Pyka pojechał do zajezdni i obiecywał łamistrajkom po aucie, napisałam tak:

 

 

Pyka nam obiecał małego fiacika

motorniczy nie jest głupi, fiacika obsika.

 

 

Najbardziej rzucała się w oczy zjawiskowo piękna Jadwiga Staniszkis. Rozpuszczone długie blond włosy, w jakichś oszałamiających ciuchach, jak kolorowy ptak wśród szarych wróbli.

Zjawili się Tadeusz Mazowiecki z Bronisławem Geremkiem – opowiada Grzywaczewska. – Nie byli wtedy

sławni, bo kto w stoczni znał redaktora naczelnego „Więzi”? Albo mediewistę z Warszawy? Ale chodziło o sam fakt: opozycyjni inteligenci ze stolicy są z nami i chcą pomagać. Mówiło się o nich z szacunkiem – intelektualiści.

 

 

Nie, w stoczni nie nocowałam, nie było powodu, choć nieraz siedzieliśmy tam do późna. Ustalanie postulatów trwało i trwało, Alinka Pienkowska je spisywała, także Magda Modzelewska… – kontynuuje Grzywaczewska. – Wracaliśmy ze stoczni bardzo późno, więc Maciek zaczął u mnie nocować – dla mojej mamy było to o wiele cięższe przeżycie niż nasz udział w strajku… Któregoś ranka, widząc przez okno przechadzających się przed domem esbeków, wymknęliśmy się z Maćkiem tylnym wyjściem przez werandę. Zamieszkaliśmy u znajomych na Przymorzu. Esbecy dali nam wtedy spokój. Mama też zapewne odetchnęła, bo ten nasz wspólny pokój ją niepokoił i drażnił. Dla mnie prywatnie był to ważny okres, byłam zakochana i cieszyłam się, że jesteśmy razem…

 

 

Wtedy już było widać, że Alina i Bogdan są parą, cały czas starali się być blisko siebie, naradzali się i konspirowali, a wieczorem gdzieś znikali – twierdzi Jurek Borowczak i dodaje, że zwróciła mu na to uwagę koleżanka, bo kobiety mają na takie sprawy lepsze oko. – Alinkę, Bożenkę, Magdę i Marylę Płońską traktowaliśmy jak… – szuka słowa – …nie powiem towarzyszki, bo to określenie było zarezerwowane dla komuchów. Nasze dziewczyny nie kojarzyły mi się jednak z romansami, raczej z modlitwami i walką. Mieliśmy w pamięci to, co pisał Brandys w Nierzeczywistości: Dla Polaka romans jest zawsze romansem z ojczyzną.

 

 

Zauważyłem jednak, że Lutek Prądzyński podkochiwał się w Alince i nosił jej zdjęcie w portfelu.

 

 

Była ładna – zgadza się Lech Wałęsa. – Ale ja wtedy na kobiety nie patrzyłem, nawet żonie poświęcałem za mało uwagi i teraz, patrz pani, żali się na mnie w swojej książce.

 

 

Ale zrazy wołowe Aliny zrobiły na nim wrażenie – dodaje Bogdan. – Pamiętam, że kilka razy przymawiał się, żeby znowu zaprosiła naszą grupę na obiad.

 

 

Lesio jej słuchał – wspomina Borowczak. – Lubił ją i miał do niej szacunek, przez nią docierał do Borsuka. Jej pozycja w WZZ, a potem w stoczni była wysoka. Wałęsa brał pod uwagę to, co mówiła, a ona często podczas rozmów z komisją rządową przekazywała przemyślenia Bogdana. Ale miała własne zdanie. Komisja rządowa truchlała, gdy zabierała głos, bo mówiła bardzo emocjonalnie. Już nie była nieśmiała, już nie zaczynała, jak kiedyś, każdego zdania od: „Ja bardzo przepraszam, ale…”, co strasznie denerwowało Andrzeja Gwiazdę. Już dojrzała i wiedziała, czego chce, a miłość Bogdana dodawała jej odwagi i pewności siebie. Ludziom się to podobało, bili jej brawo.

 

 

Kłóciła się ze mną, to fakt – potwierdza Wałęsa. – i podczas zebrań WZZ, i w stoczni podczas strajku, i potem. Czasem miała rację i musiałem ustąpić, choć tego nie lubię. Czasem upierała się na wyrost, ale w dobrej sprawie. Intencje zawsze miała szlachetne. „Dobro ludzi, załogi, dobro Polski” – powtarzała. To była dziewczyna wyjątkowo oddana sprawie. Niezwykle pracowita. Inni zapomnieli, nie zdążyli, zabałaganili, a ona robiła to, co trzeba.

 

 

Profesor Joanna Pensonowa, która stała pod stocznią, usłyszała nagle z głośnika głos Aliny: „Panie premierze, ja mam dziecko na koloniach i nie mogę się z nim porozumieć, bo wyłączyliście telefony! A jeśli syn zachorował?”.

 

 

Oniemiałam – mówi mi pani profesor. – Ona na niego krzyczała! Na wicepremiera!

 

 

Była współautorką szesnastego postulatu i szukała ludzi do pomocy – opowiada mi Olga Krzyżanowska. – I znalazła bystrą i inteligentną lekarkę, Barbarę Przedwojską ze szpitala wojewódzkiego, która znała realia ówczesnego systemu opieki zdrowotnej jak nikt.

 

 

Telefonuję do doktor Przedwojskiej-Szwarc, która mieszka teraz w Prabutach. Właśnie przyjechała do córki do Gdańska.

 

 

Do stoczni wchodziłam zlana zimnym potem, bo mówiło się przecież o planach wysadzenia zakładu, a ja miałam dwoje nastoletnich dzieci, mąż zaś, który pracował w stoczniowym biurze projektów, od początku uczestniczył w strajku – opowiada. – No, ale ktoś musiał zawieźć postulaty z naszego szpitala i padło na mnie, a padło dlatego, że moi koledzy ułożyli sto dwadzieścia postulatów, a ja zaprotestowałam na zebraniu: „Czyście zwariowali? W stoczni mają dwadzieścia jeden, a my – o sto więcej!? Ośmieszymy się”. „To niech pani coś z tym zrobi”. Zrobiłam i pojechałam z doktorem Wyszomirskim do stoczni. Doktor polecił mnie Alince, bo miałam już przecież doświadczenie w redagowaniu postulatów! – Śmieje się. – Wiedziałam też, jakie są braki w województwie, bo na polecenie lekarza wojewódzkiego przygotowałam wcześniej informację o służbie zdrowia potrzebną na posiedzenie plenum Komitetu Centralnego PZPR.

 

 

To są jakieś gorzkie żale! Pani doktor ma pisać o tym, co jest – wrzasnął, patrząc na mnie jak na wariatkę, gdy przeczytał sprawozdanie. – A nie o tym, czego nie ma!” Powykreślał, powykreślał i wyszło, że sytuacja w szpitalach i przychodniach jest po prostu fantastyczna.

 

 

Ale wracajmy do strajku. Poszłyśmy z Aliną do pomieszczenia, w którym piętrzył się stos postulatów pracowniczych służby zdrowia nadsyłanych z całego kraju. Zabrałam się do pracy. Najpierw połamałam sobie paznokcie, bo co drugi klawisz w maszynie był zepsuty. Gdy postulat szesnasty wraz z załącznikiem został już zredagowany i zaakceptowany przez Alinę, zaprowadziła mnie do Tadeusza Mazowieckiego, żebym go przekonała, że trzydziestopunktowy załącznik do postulatu jest niezbędny. „Nie chcą go przyjąć – martwiła się. – Szczególnie dziwią ich te samochody”.

 

 

Chodziło o przydziały aut dla lekarzy rejonowych. Dziś może to wydać się śmieszne, ale lekarz podstawowej opieki zdrowotnej często jeździł do chorych tramwajem lub autobusem. Przydziały dostawali tylko partyjni, bo rozdzielała je egzekutywa. Albo taki punkt załącznika: „Przydzielać opał dobrej jakości do szpitali i żłobków”. Komiczne? Szpitale i żłobki dostawały tylko miał, który nie chciał się palić.

 

 

Wchodzimy więc z Alinką do sali ekspertów, kilkanaście osób siedzi na podłodze, niektórzy leżą wprost na deskach, wcale nie na styropianie. Zmęczeni, wyczerpani, dosłownie na ostatnich nogach, bo mówię teraz o niedzieli 31 sierpnia. Mazowiecki popatrzył na mnie błędnym wzrokiem, potem wstał i wyszedł bez słowa.

 

 

Ale nasz trzydziestopunktowy załącznik się obronił!

 

 

W niedzielę krążyli po stoczni w oczekiwaniu wicepremiera Jagielskiego, który miał przekazać decyzję: podpisują porozumienia czy nie? Pogoda była piękna, świeciło słońce. Przekonywali samych siebie, że „oni” nie mają wyjścia, bo hutnicy zaczęli straszyć wygaszeniem wielkich pieców. A ponadto pierwszego września zaczynał się rok szkolny, nie mówiąc już o rocznicy wybuchu wojny, kiedy w kraju powinien być spokój, by można było obywatelom przypomnieć, kto na nas napadł, a kto nas wyzwolił.

 

 

W radiu usłyszeli wreszcie informację, że plenum KC „przyjęło do zatwierdzającej wiadomości” tekst szczecińskiego porozumienia. Ale co właściwie znaczyła owa „zatwierdzająca wiadomość”, nikt nie miał pewności. No i w końcu wicepremier Jagielski się pojawił. Jest zgoda na wolne związki! A więc zwycięstwo.

 

 

Gdy wydawało się, że podpisanie porozumienia nastąpi za moment, Alinka Pienkowska zażądała natychmiastowego zwolnienia aresztowanych!

Gdy to usłyszałam, aż się skuliłam. Nie mogłam się nadziwić, że jest taka odważna – wspomina Barbara Przedwojska.

Negocjowała znakomicie, spokojnie, dobitnie akcentując słowa, dobrze dobierając argumenty. Trudno było ją zbić z tropu.

Jagielski początkowo kluczył: – Proponuję iść dalej, byśmy mieli spojrzenie na pozostałe sprawy… Ja jestem przedstawicielem rządu, a te sprawy leżą w kompetencji generalnego prokuratora…

 

 

Bogdan Lis, potrząsając kudłatą czupryną, czytał: „[…] przywrócić do pracy ludzi zwolnionych z pracy po strajkach w roku siedemdziesiątym i siedemdziesiątym szóstym, studentów wydalonych z uczelni za przekonania, uwolnić wszystkich więźniów politycznych […]”.

 

 

Bardzo proszę mieć na uwadze fakt, że ci aresztowani ludzie w siedemdziesiątym szóstym pomagali rodzinom robotników zwolnionych ze stoczni. Robotnicy nadal to pamiętają, dlatego w imieniu pracowników Stoczni Gdańskiej prosimy o natychmiastowe uwolnienie aresztowanych zatrzymanych w związku ze strajkiem – precyzuje Pienkowska.

Jeszcze raz oświadczam z pełną odpowiedzialnością. Jadę, przekazuję, może nawet jeszcze dziś zreferuję sprawę… Ja innych kompetencji nie mam. – Wicepremier nie daje jasnej odpowiedzi.

 

 

Ale Pienkowska patrzy spokojnie na Jagielskiego przez swoje duże okulary.

Pan premier obiecał bezpieczeństwo wszystkim strajkującym oraz osobom wspomagającym. Na początku strajku przybyła do stoczni jedna osoba z Warszawy, która pomagała nam redagować pismo „Solidarność”. Nauczyła nas po prostu, jak to robić. Nie jesteśmy pracownikami drukarni ani specjalistami w tej dziedzinie. Był to Mirosław Chojecki. Przed chwilą, jadąc z Gdańska do Warszawy, został aresztowany. Otrzymał sankcję prokuratorską. Chciałabym zaznaczyć, że jest on jedną z osób, która pomagała MKS-owi. Prosiłabym pana premiera o wypowiedź w tej sprawie.

 

 

Wałęsa proponuje przerwę, żeby Jagielski mógł skontaktować się z Warszawą.

Po przerwie wicepremier Jagielski powiedział wreszcie to, na co czekali: – Władze prokuratorskie podejmą decyzję o zwolnieniu osób zatrzymanych do jutra do godziny dwunastej.

Panie premierze! – zawołał Lech Wałęsa. – Mogę z zadowoleniem powiedzieć, że nasz spór zakończyliśmy bez użycia siły. Pokazaliśmy, że Polacy mogą się ze sobą porozumieć…

 

 

Gdy Wałęsa przemawiał, Pienkowska z Lisem porwali oryginał porozumień i ukryli ten cenny dokument u matki koleżanki Aliny, która mieszkała obok stoczni.

Zastanawialiśmy się, co zrobić z papierem – przypomina sobie Borusewicz. – Mieliśmy w stoczni pół tony i nie mogliśmy go zostawić, bo porozumienia porozumieniami, ale komunistom dalej nie wierzyliśmy. Korzystając z uprzejmości ekipy filmowej, która użyczyła nam auta – ciągnie Bogdan – zrzuciliśmy papier pod drzwiami Butkiewicza na Głównym Mieście.

 

 

Bogdan z Aliną wyszli ze stoczni ostatni. Zdjęli jeszcze z bramy krzyż i portret Ojca Świętego, bo bali się, że straż może wyrzucić je na śmietnik. Poszli do domu. Razem.

 

 

Alinka od początku wiedziała, że zwycięstwo należy do nas – twierdzi Andrzej Wajda. – Stała się pierwowzorem Agnieszki z filmu Człowiek z żelaza.

 

 

W filmie Wajdy jest jednak taka scena: dziennikarz Winkel, który podczas strajku przeżył duchową przemianę i ostatecznie stanął po stronie stoczniowców, mówi do prominentnego działacza partyjnego: „Przecież mamy porozumienia”. Ten się śmieje: „To tylko świstek”.

 

 

Andrzej Kołodziej pokazuje mi dokument, który znalazł w IPN i zamieścił w swojej książce. Jest to „bardzo pilny” szyfrogram numer 3367 KG MO z dnia 31 sierpnia 1980 roku. Godzina 14.50.

 

 

Komendant wojewódzki MO w Krakowie, Łodzi, Poznaniu, do wiadomości komendant wojewódzki w Gdańsku. Z polecenia kierownika sztabu MSW proszę skierować do Gdańska 20 funkcjonariuszy plutonu specjalnego ZOMO. Funkcjonariusze ubrani po cywilnemu, bez broni palnej, powinni zabrać ze sobą umundurowanie moro, liny taternicze, pasy, zatrzaski oraz typowy sprzęt saperski. Przerzut funkcjonariuszy dokona się śmigłowcami. Zastępca dyrektora biura operacyjnego KG MO, ppłk mgr Józef Chudzik.

 

 

No, ale najważniejsze jest to, że tego sprzętu saperskiego et cetera zomowcy wtedy nie użyli.

 

Fragment książki Barbary Szczepuły Alina. Miłość w cieniu polityki, W.A.B. 2013

 

 

Czytaj też: Agnieszka Wiśniewska, Biografia w cieniu polityki

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.