Historia

Ciołkoszowa: Powstańcze obrachunki

Każda nowa publikacja związana z powstaniem warszawskim prowokuje nową polemikę i wywołuje w prasie emigracyjnej potok artykułów – pisała w latach 60. Lidia Ciołkoszowa.

Publikujemy fragment emigracyjnej, nigdy niepublikowanej w Polsce pracy Lidii Ciołkoszowej pt. „Publicystyka polska na emigracji: 1940–1960. Ciołkoszowa była wybitną działaczką oraz historyczką niepodległościowego ruchu socjalistycznego. W Publicystyce prezentuje panoramę „polskich sporów” dotyczących takich kwestii, jak formuła wspólnoty narodowej i patriotyzm, tradycje kształtujące polską tożsamość, warunki geopolityczne określające los Polski, stosunek do PRL czy – jak w poniższym fragmencie – powstania warszawskiego. Cała książka, w opracowaniu prof. Andrzeja Friszkego, wkrótce ukaże się nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej.

Rozpoczęta jeszcze w dniach walki dyskusja na temat powstania warszawskiego rozrosła się w atmosferze klęski jałtańskiej. Jest ona niesłychanie trudna przede wszystkim przez zawarty w niej ładunek uczuciowy; zagadnienie odpowiedzialności za powstanie jest zagadnieniem zbyt żywym i świeżym, by mogło nie budzić namiętności. Brak w niej spokoju, tak niezbędnego do bezstronnej i rzetelnej oceny, a namiętność polemiczna sprawia, że krytyka przybiera formę oskarżeń, często niesprawiedliwych i krzywdzących. Z drugiej zaś strony problem kojarzy się z dawnymi powstaniami zakończonymi klęską i narzuca zapytanie, podejmowane już nieraz w przeszłości przez historiozofię i publicystykę polską, co do celowości zrywów zbrojnych narodu, zagrożonego przez dwóch potężnych sąsiadów.

Każda nowa książka, każda nowa publikacja związana tematycznie z powstaniem warszawskim prowokuje nową polemikę i wywołuje w prasie emigracyjnej potok artykułów. Dyskusja ta trwa po dzień dzisiejszy i daleka jest od zakończenia.

Pisząc w drugą rocznicę powstania warszawskiego, na kilka dni przed swą śmiercią, Ignacy Matuszewski („Dziennik Polski” Detroit, 1 VIII 1946) przeprowadził wyraźne rozróżnienie między walczącą Warszawą a tymi, którzy spowodowali albo powzięli decyzję powstania: „Widziane w brudnym świetle jakoby zakończonej wojny, w której Polska utraciła wolność, powstanie warszawskie jest klęską, poświęceniem daremnym, wysiłkiem straconym, ofiarą zmarnowaną, porywem nieodpłaconym — przeciwnie, wykorzystanym przeciw Polsce ku jej obezwładnieniu, niewoli i zgubie. Lecz widziane w czerwonym zarzewiu nadchodzącej wojny powstanie warszawskie staje się tylko przegraną bitwą, bitwą… konieczną w niezakończonej wojnie…”. I teraz następuje rozróżnienie: „Wszystko, co w powstaniu było zwycięstwem, jest tryumfem tych, co w murach Warszawy walczyli. Wszystko, co w powstaniu warszawskim jest klęską, spada odpowiedzialnością na tych, co z daleka powstańcom kazali iść ku zgubie”. Odpowiedzialnością za zgliszcza Warszawy Matuszewski obciążał jednakowo Niemców i Moskali, dalej sojuszników Anglię i Amerykę, zaś odpowiedzialnością przed narodem polskim — polski rząd emigracyjny.

Zbigniew Florczak („W” nr 43/1947), były uczestnik powstania, na marginesie artykułów Tymona Terleckiego („Wiadomości” nr 14-15, 1946) i Andrzeja Pomiana („Trybuna”, wrzesień 1946) postawił twierdzenie, że do powstania nie należało dopuścić zarówno ze względów politycznych, jak i strategicznych. Gwałtownie uderzył on w podstawową myśl rozumowania Pomiana, że „były naturalnie błędy w wykonaniu, nie było ich w intencji”. Florczak usiłował dowieść, że „błąd był w intencji samej, a błędy wykonania były jedynie konsekwentną zemstą wypadków, tak lekkomyślnie sprowokowanych”. Oceniał też Florczak surowo nieprzygotowanie techniczne powstania, kończąc ciężkim oskarżeniem: „Kiedy się ogarnia wspomnieniem tę gigantyczną improwizację, przychodzi na myśl, że była ona śmiertelną zniewagą i nadużyciem zaufania całego kraju, pogrążonego od pięciu lat w konspiracji. Bo Kraj wierzył w dokładny, cudownie precyzyjny jak mechanizm zegarka plan akcji i miał prawo w taki plan wierzyć”.

Do podobnych wniosków doszedł Tadeusz Sołowij („Kultura” nr 48/1951), który w kilka lat potem, omawiając w paryskiej „Kulturze” książkę gen. Bora-Komorowskiego Armia Krajowa i trzeci tom wydawnictwa Polskie Siły Zbrojne w drugiej wojnie światowej, poświęcony Armii Krajowej, wrażenia z ich lektury zamknął bezwzględnymi słowami: „Decyzję powstania podjęli w Kraju i Londynie ludzie karmiący się złudzeniami, nie mającymi żadnego pokrycia w ówczesnej sytuacji międzynarodowej. Wykonano ją w momencie, który przesądził z góry o klęsce planu, któremu powstanie miało służyć”.

Do dyskusji na temat powstania Wiesław Wohnout wprowadził bardzo ważny moment — psychologii młodzieży polskiej, wyrastającej w warunkach okupacyjnych i żyjącej przez lata całe myślą o zbrojnym odwecie na Niemcach: „Powstanie warszawskie było błędem politycznym, nonsensem militarnym i — koniecznością psychologiczną”.

W obronie treści politycznej powstania wystąpił J. Zych (ps. Jana Nowaka) w broszurze Rosja wobec powstania warszawskiego. Pisał m.in.: „Prowadzenie jawnych operacyj powstańczych bez koordynacji z Rosjanami i bez żadnej pewności, w jaki sposób zachowają się oni wobec ujawnionych Sił Polskich, niewątpliwie kryło w sobie ryzyko bardzo poważne. Lecz powstrzymanie się od udziału w walce z Niemcami właśnie wtedy, gdy ta walka toczyła się na ziemiach polskich, przekreśliłoby wszystkie poczynania i ofiary poniesione przez społeczeństwo od początku wojny. Rosja uzyskałaby w ten sposób pełne poparcie i potwierdzenie dla swej kampanii, mającej na celu nie co innego, jak przesunięcie Polski do obozu nieprzyjacielskiego i przygotowanie sobie łatwego pretekstu dla późniejszej eksterminacji elementów niepodległościowych. Przez bierne zachowanie się w takim momencie podmurowalibyśmy zatem własnymi rękoma politykę sowiecką, skierowaną przeciwko naszej niepodległości”.

Podobnie Józef Mackiewicz („Wiadomości” nr 59/1947) bronił powstania jako akcji, której „najoczywistszym celem było restytuowanie suwerennej stolicy z suwerennymi władzami i suwerennym wojskiem, wtedy, gdy rzecz ta była łatwa do zrobienia. Jeden wróg odchodził, drugi nadchodził. Pomiędzy tych dwóch wrogów wstawić niepodległy skrawek, ba, centrum Polski! Co w tym było głupiego, albo zbrodniczego!”. Trzeba tylko porzucić pojęcie „sojusznik naszych sojuszników”, ukute w stosunku do Rosji w r. 1943, i zastosować powszechnie przyjęte założenie, że wrogiem jest każdy, kto najeżdża naszą ojczyznę, a wtedy „na powstanie będziemy mogli patrzeć obydwoma oczami, a nie jak dotychczas, przymrużając jedno dyskretnie”. W czasie powstania „w sposób najmniej oczekiwany i nieprawdopodobny, podobnie jak w r. 1939, odnowił się antypolski pakt sowiecko-niemiecki, nie pisany wprawdzie i nie podpisany, ale niemniej namacalny, a bardziej krwawy”.

W związku z artykułem J. Mackiewicza Józef Łobodowski („Wiadomości” nr 66/1947) raz jeszcze poddał krytyce decyzję powstania i twierdził, że „wybuch powstania warszawskiego był jedynie przypieczętowaniem błędów popełnionych od samego początku, od pierwszych chwil oporu, a znowu błędy te […] były konsekwencją psychicznego rozbrojenia narodu, dokonywanego systematycznie i w ciągu całych pokoleń w stosunku do naszego wschodniego sąsiada”. Przed podjęciem akcji zbrojnej na taką skalę — dowodził Łobodowski — zasadniczą rzeczą było przewidzieć nie to, co zrobi wróg pobity, ale to, co zrobi wróg zwycięski. Tymczasem ani społeczeństwo, ani jego kierownictwo nie zdawały sobie sprawy z istotnych zamierzeń sowieckich, powstanie wybuchło, ponieważ w dalszym ciągu łudzono się co do sowieckiej dobrej woli i wierzono w zapewnienia Stalina, dając się nabrać na azjatycką prowokację. „To nie tylko dowództwo popełniło błąd w kalkulacji — pisał Łobodowski — przez te 62 dni swojej agonii Warszawa płaciła potworny rachunek za kilkadziesiąt ostatnich lat naszej historii, podczas których naród polski z wolna zatracał rozeznanie niebezpieczeństwa grożącego mu od wschodu”.

Zupełnie nieoczekiwana ocena powstania warszawskiego wyszła w r. 1947 spod pióra Jędrzeja Giertycha, który przed wojną poświęcił dużo energii wykazywaniu rzekomej szkodliwości powstań 1830 i 1863 r. z punktu widzenia interesu narodowego. Giertych (Pół wieku polskiej polityki) wprawdzie uznał powstanie warszawskie za błąd polityki polskiej na terenie Kraju, mimo to uważał, że „w przeciwieństwie do powstań 1830 i 1863 r., które przyniosły nam nieobliczalne polityczne szkody, powstanie warszawskie 1944 r. w dziedzinie politycznej nie przyniosło nam szkód, lecz tylko pożytek; tyle tylko, że za pożytek ten zapłaciliśmy zbyt dużą cenę”. Powstanie uratowało nas — twierdził Giertych — przed możliwością wytworzenia się sytuacji, „w której istniałyby pozory, że skomunizowanie Polski nie jest dziełem zewnętrznego, rosyjskiego najazdu, ale wynikiem wewnętrznej w narodzie polskim rewolucji”. Mimo że powstanie było tylko logiczną konsekwencją ruchu oporu, Giertych zdecydowanie negatywnie oceniał akcję terrorystyczno-sabotażową w Kraju w czasie okupacji, gdyż jego zdaniem miała ona nikłe znaczenie z punktu widzenia wojskowego, wątpliwe — propagandowo, straszliwą zaś jej ceną były ogromne represje niemieckie z jednej strony, a anarchizowanie życia w Kraju i demoralizacja narodu, a zwłaszcza młodzieży — z drugiej. „Przez akcję tę — pisał Giertych — po prostu cofnęliśmy się cywilizacyjnie i moralnie, staliśmy się mniej europejscy, mniej zachodni i chrześcijańscy”.

Do tego samego zagadnienia wrócił Giertych po kilku latach w londyńskim „Życiu” (nr 148/1950), gdy na tle sztuki Zawieyskiego Rozdroże miłości wystąpił pod adresem ruchu podziemnego z ciężkimi zarzutami w słowach: „…Polska ma ręce splamione krwią. I ma z tego powodu wyrzuty sumienia […] Całe życie Kraju pod okupacją niemiecką […] wygląda jak zły i okrutny sen nie tylko dlatego, że sprawili to Niemcy, ale także i dlatego, że sprawiliśmy to sami. Krew, krew, krew — oto jest obraz Kraju pod okupacją. Przyszedł w końcu moment, gdy musiało to wywołać reakcję. Kraj zatrząsł się z obrzydzenia i grozy. Zatrząsł się — wyrzutami sumienia”.

Przeciw tej krzywdzącej ruch podziemny ocenie Giertycha zaprotestowała w tymże „Życiu” Zofia Kossak-Szczucka („Życie” nr 152/3, 1950), wykazując, że okres konspiracji pod okupacją „była to epoka niezaprzeczonej wielkości”, a zarazem „epoka konieczna”. „Trudno sobie wyobrazić, co stałoby się z Krajem, gdyby pozostał «rozsądny», gdyby walki nie było w ogóle”. Zasadniczą cechą tej epoki „była jedność — zespolenie całego narodu, prawdziwe, istotne […] braterstwo i ludzkość”. Nigdy i nigdzie nie spotykało się „tyle przejawów dobroci, ofiarności, poświęcenia dla drugich, co w życiu podziemia”. „Zaprawdę — kończyła Kossak-Szczucka swój apel do Giertycha — z ogromną ostrożnością i wielkim szacunkiem należy podchodzić do tej epoki… W niezliczonych mogiłach śpią gromadnie polegli, których zasadniczą cechą była młodość i którym nie śniło się nigdy, że Polak, rodak, nazwie ich kiedyś «zdziczałymi mordercami»”.

Dziesiąta rocznica wybuchu powstania przyniosła w „Życiu” dalszą dyskusję na temat zasadniczej koncepcji powstania oraz winy i odpowiedzialności za jego wybuch — w artykule Andrzeja Pomiana i Jana Bielatowicza z jednej strony, ks. Kamila Kantaka i Bolesława Taborskiego z drugiej.

Ks. Kantak („Życie” nr 380/1954), skądinąd znany ze swego stanowiska skrajnie antyniemieckiego, dowodził, że olbrzymie ofiary i straty nie zapobiegły temu, iż „Polska nie jest wyzwolona, niemiecki najazd zamieniła na najazd sowiecki. Gdyby nie było powstania — pisał — wynik byłby ten sam”,  powstanie zaś przyniosło zyski jedynie Niemcom i bolszewikom. Odpowiedzialnością za powstanie obciążał ks. Kantak rząd w Londynie, a zwłaszcza jego premiera Stanisława Mikołajczyka, ponieważ „rząd winien był pamiętać, że nastrój doprowadzonego do ostateczności Kraju będzie nastawać na powstanie. Tym bardziej — twierdził ks. Kantak — miał obowiązek oświadczyć: na żadną pomoc z zewnątrz nie ma co liczyć, ani sojuszników zachodnich, ani Sowietów…”. Za objaw dodatni uważał, że na emigracji „uznając bohaterstwo Warszawy, roztrząsamy na trzeźwo błędy i winy odpowiedzialnych osobistości: […] od motywów uczuciowych przechodzimy do postawy rozumu, jedynie godnej dojrzałego społeczeństwa”.

Taborski („Życie” nr 380/1954), publicysta młodszego pokolenia, były uczestnik powstania, zaakcentował również konieczność badania i dyskutowania celowości powstania, czy było ono nieuniknione, „czy też byli odpowiedzialni za nie ludzie, którzy z pobudek nierealnych, prestiżowych, bez należytego przemyślenia konsekwencji, podjęli z daleka decyzję ryzykującą ogromne straty ludzkie i zniszczenie stolicy. Zagadnienia te trzeba rozważać poważnie, nie w celach rekryminacji, ale z myślą o przyszłości: żeby następcy ich mogli uniknąć powtórzenia błędów, jeśli to możliwe. Również z myślą o przyszłości uwaga narodu winna być kierowana na ogrom biologicznych i kulturalnych strat spowodowanych przez powstanie. Bohaterska ofiara tylu ludzi nie była daremna, jeśli weźmiemy sobie do serca płynącą z niej lekcję: że już nigdy więcej”.

Po przeciwnej stronie w tej polemice stanęli Pomian i Bielatowicz. Według Pomiana („Życie” nr 380/1954) „powstanie warszawskie było nieuniknione. Gdyby nie rozpoczęła go Armia Krajowa, uczyniłaby to na benefis Rosji komunistyczna Armia Ludowa. Dlatego broniłem jego decyzji i bronię jej nadal po latach dziesięciu, mimo przeświadczenia, że w ówczesnych warunkach politycznych nie mogło się ono udać. Gdyby bowiem powstanie osiągnęło nawet swój cel wojskowy i utrzymało miasto w rękach polskich do chwili wkroczenia wojsk rosyjskich, Armia Krajowa stanęłaby wobec nowego przeciwnika, z którym musiałaby stoczyć walkę w obronie suwerennych praw Rzeczypospolitej. Samo miasto nie uniknęłoby zniszczenia”.

Bielatowicz („Życie” nr 380/1954) podjął problem odpowiedzialności za powstanie i — winy. Choć również sądził, że „celowość i błędy powstania muszą oczywiście być poddane surowej krytyce”, to jednak uważał, że „warunkiem jej jednak nieodzownym jest wstępne założenie, że nie ma osobiście odpowiedzialnych za wybuch powstania Polaków, nie ma oszustów i oszukanych […] Powstanie w Warszawie było zgodne z wolą całego narodu, nie licząc garstki germanofilów […] Za powstanie w Warszawie odpowiedzialni są wszyscy Polacy. Tak samo, jak za nieugiętą postawę wobec Niemiec w r. 1939”. „Więc na miły Bóg — pisał Bielatowicz — przestańmy mówić o winie! Wszak powstanie było nie tylko dziejową koniecznością między dwiema niewolami, ale bodaj najwspanialszym czynem Polaków w ciągu ostatnich lat kilkudziesięciu, płonącą pochodnią, zapaloną przez naród na długie lata niewoli… Mimo całopalnej ofiary i kapitulacji Warszawy powstanie zakończyło się zwycięstwem powstańców. Osiągnęli oni cel, o który walczyli: że Polska pragnie pozostać niepodległą i niezależną, zarówno od Niemiec, jak i od Rosji. Powstanie w Warszawie było jasnym jak słońce pokazem, że Sowiety pragną Polski podległej, uzależnionej od nich, a nie wolnej. Natomiast powstańcy dowiedli, że naród polski nie jest bierną masą uzależnioną od gry postronnych sił”.

Opublikowane w Kraju książki o powstaniu warszawskim płk. Adama Borkiewicza i gen. Jerzego Kirchmayera otwarło na nowo w publicystyce emigracyjnej polemikę na temat podstawowych założeń powstania. Bolesław Taborski, wspólnie z młodym publicystą Zbigniewem Czaykowskim, w artykule Polska technika powstań po raz drugi” („Kultura” nr 147/8, 1960) dochodzą do wniosku, że cel powstania — niezależne oswobodzenie miasta — był celem dobrym, natomiast metoda realizacji była zła. Mimo że uznają za uzasadnione ówczesne obawy Polaków w stosunku do Rosji, wyciągają stąd jednak wniosek, że „teoria dwóch wrogów” nakazywała raczej powstania nie robić. Skoro Rosjanie nie są przyjaciółmi i nie można liczyć na ich pomoc, a Niemców bez pomocy rosyjskiej Polacy nie są w stanie pokonać, trzeba było starać się o zabezpieczenie biologicznego potencjału i majątku narodowego i czekać na lepsze czasy, albowiem koniunktury historyczne ulegają zmianie.

Natomiast w londyńskim „Tygodniku Polskim” płk Kazimierz Iranek-Osmecki postawił tezy zgoła odmienne. W cyklu artykułów pod wspólnym tytułem (numery 23 I 1960, 6 II 1960, 20 II 1960) omówił on zarówno polityczną, jak i wojskową stronę powstania. Poruszył więc problem zasadniczy, czy można było uniknąć walki, jak też i problem strategiczny: czy wojsko mogło opuścić stolicę, by jej nie narażać na zniszczenie i bić się na innym terenie oraz czy z punktu widzenia wojskowego, wobec ówczesnej pozycji Armii Czerwonej, można było liczyć na jej zaangażowanie się w bitwę o Warszawę. Iranek polemizuje przede wszystkim z koncepcjami, że po Teheranie, po zdradzie Zachodu i stwierdzeniu zaborczych zamiarów Rosji, którym nie byliśmy w stanie się przeciwstawić, należało zarówno w kraju, jak i na Zachodzie „wycofać się z wojny, przejść na pozycje obronne” i „chronić biologiczną substancję narodu”. Autor, dla którego powstanie było konsekwencją postawy narodu od chwili wybuchu wojny, uważa taką koncepcję w r. 1944 za spóźnioną, albowiem nie było już wtedy odwrotu z drogi obranej w okresie poprzedzającym. „O tym, że można było inaczej pokierować polityką polską — pisze Iranek — łatwo jest dzisiaj pisać rozprawy krytyczne. Ale bywają w dziejach chwile przełomowe, w których wola zbiorowa narodu narzuca decyzje”. Opanowanie Warszawy miało podwójny cel: było wymierzone wojskowo przeciwko Niemcom, politycznie sprzeciwiało się zaborczym planom Moskwy. Tak walkę tę rozumiały zarówno władze Polski Podziemnej, jak i uczestnicy powstania.

Naturalnie dyskusja tocząca się wokół powstania warszawskiego z r. 1944 nie mogła oddzielić go od poprzednich powstań narodowych.. Przeciwnie, traktowała je ona jako dziedzictwo zakorzenionej w narodzie ideologii powstańczej, kultu bohaterstwa i walki zbrojnej; co więcej — jak pisała Stefania Zahorska (broszura zbiorowa Literatura a polityka) — „nie byłoby powstania warszawskiego, gdyby nie było poezji romantycznej i literatury powstaniowej […] Wizja bohaterstwa, urzeczywistniona w powstaniu warszawskim i w ogóle w tej wojnie, zrodziła się sto lat temu, została wyhodowana przez poetów i pisarzy, aż stała się dziś ciałem i krwią”.

Krytycy powstania warszawskiego przerzucają swój krytycyzm także na powstania dawne, wywoływane ich zdaniem — tak jak i warszawskie — w niesprzyjającej koniunkturze politycznej i oparte o złudzenia pomocy wielkich mocarstw. Pragną przełamać tę „romantyczną” postawę jako źródło klęsk narodowych i przyczynę zaniku instynktu samozachowawczego w narodzie. Na przykład Bolesław Taborski („Merkuriusz” nr 63/4, lipiec-sierpień 1955) w artykule Powstańcze rozdroża nawoływał, by dojść do źródeł politycznego błędu warszawskiego powstania i uniemożliwić podobne błędy w podobnych okolicznościach. „A nie unikniemy błędów, jeśli będziemy traktowali powstanie 1944 r. za imprezę udaną i korzystną w skutkach, a także, jeśli nie zrewidujemy poglądów na powstania poprzednie”.

Do tej samej myśli wrócił Taborski w kilka lat potem, w artykule Pokolenie, czyli traktat o niszczeniu kwiatów („Kultura” nr 126/1958), gdzie ponownie oskarżył wychowanych w romantycznych tradycjach kierowników powstania o lekkomyślność decyzji, brak przygotowania i nieudolność, a przede wszystkim krzywdę, jaką wyrządzili młodemu pokoleniu przez wysłanie go na bezsensowną śmierć. Ubolewał, że z klęski powstania nie nauczyliśmy się niczego, skoro generałowie i publicyści — co prawda nie wszyscy — stwierdzają, że w podobnej sytuacji podjęliby po raz drugi tę samą decyzję; skoro w dalszym ciągu karmi się serca i wyobraźnię dzieci czcią bohaterów, bez zwracania należytej uwagi na podstawowe błędy powstania, na niepotrzebność tylu ofiar i śmierci. W czci dla poległych, „w pamięci o utraconym pokoleniu — pisał Taborski — musi się też zawierać postanowienie odrzucenia szablonowego wzorca rozrzutnej gospodarki skąpymi ludzkimi zasobami naszego narodu. Pamięć nie może być zachętą do nowych hekatomb, ale powinna zmierzać do ich zaoszczędzenia w przyszłości”. W konsekwencji wzywał, by naród polski wydobył się z prymitywizmu w myśleniu i działaniu, który przejawia się między innymi w nieproduktywnym bohaterstwie.

Przeciwstawny biegun reprezentują ci, co w dawnych powstaniach widzieli źródło przetrwania narodu polskiego, jak np. Zygmunt Nowakowski, który pisał: „[…] Zawsze ratowały nasz naród romantyczne powstania i rewolucje, mogły go zaś zgubić kompromisy, zawierane pod poszczególnymi zaborami […] Tak było, tak jest dzisiaj i tak będzie zawsze” (Romantyczność w zbiorze Księga zażaleń pielgrzymstwa polskiego). Podobnie oceniał przeszłość Józef Kisielewski, gdy w artykule Romantyzm i realizm w polityce polskiej („Życie” nr 220/1951) przestrzegał przed zbyt pochopnym i zbyt powierzchownym potępianiem tzw. postawy romantycznej: „Można mieć o powstaniach polskich — pisał — takie czy inne zdanie i twierdzić, że były to dziecinne porywy, daremne przelewanie krwi; można i trzeba dociekać w ich przebiegu wpływu sił obcych, wykorzystujących cudzą niedolę. Ale przecież to ta właśnie krew w powstaniach głupio, patetycznie przelana scementowała naród polski po rozbiorach […] Z jej głupiego posiewu wyrobiła się w porwanym na trzy części, na trzy systemy eksterminacyjne wydanym narodzie ta cecha, która sprawiła, że w takim uścisku, w sprzysiężeniu wszystkich ówczesnych potęg świata, naród nie zginął, ale wytrzymał, stężał i znalazł przy pierwszej okazji siłę do odbudowania samodzielnego państwa”.

Tu dochodzimy do charakterystycznego rysu publicystyki emigracyjnej, różniącego go zdecydowanie od publicystyki dawnych emigracji. W przeszłości, bezpośrednio po upadku powstania, gdy społeczeństwo w Kraju pod obuchem klęski odwracało się od myśli o walce zbrojnej, na emigracji w dalszym ciągu żywa była ideologia powstańcza. Dziś jest inaczej: nie ma na emigracji publicystów, którzy by w obecnej sytuacji politycznej walkę o odzyskanie niepodległości wiązali z planami nowych akcji zbrojnych w Kraju, z planami powstańczymi. I dlatego na początku okresu emigracyjnego Tymon Terlecki pisał w „Trybunie” (nr 7, grudzień 1946): „Emigracja polska 1945 r. zawiesza irredentę”, jako że w dzisiejszym świecie „każde powstanie lokalne jest przedsięwzięciem beznadziejnym, krwawym ponad miarę i ponad skutek kosztownym. I dlatego w dziesięć lat później, po wydarzeniach poznańskich r. 1956, gdy Z. Nowakowski („Dziennik Polski i Dziennik Żołnierza” 5 VII 1956) przeciwstawiał „rosyjskiemu heroizmowi niewoli” polski „heroizm powstań”, widział obok niego także zmienioną sytuację polityczną, zniszczenie i wyczerpanie Kraju. Pisał więc, że Polska „ma w tej dziedzinie olbrzymie, tragiczne, bolesne doświadczenie. I na pewien czas ma już dosyć wszelkich powstań”.

Postawa narodu w czasie przełomu październikowego 1956 r., tak odmienna od postawy w dniach powstania warszawskiego, musiała przed publicystami emigracyjnymi postawić pytanie, jakie były przyczyny i konsekwencje tego zjawiska. Najobszerniej zajął się tym zagadnieniem Juliusz Poniatowski w artykule Krwią czy myślą („Kultura” nr 115/1957). Skoncentrował się on na kwestii, czy odmienność tej postawy wypływała jedynie z małego dystansu czasu dzielącego oba wydarzenia i czy klęska powstania warszawskiego była wyłączną przyczyną, która temu samemu pokoleniu nakazała więcej rozwagi, lecz w gruncie rzeczy nie naruszyła tradycyjnej formacji psychicznej, czy też odwrotnie, jest to proces nieprzemijający — narastanie zasadniczo innych ocen zbiorowego działania. Stwierdzając zjawisko pozytywne, jakim było upowszechnienie świadomości narodowej  u progu II wojny światowej, powszechną i żarliwą gotowość walki obronnej we wrześniu 1939 r., jednocześnie wskazał Poniatowski, że w czasie ostatniej wojny umysłowość nasza nie była dość uodporniona na siew złudzeń wiążących nadzieję obcej pomocy z ofiarami naszej krwi; eksploatacja bohaterskiej postawy narodu w imię pozyskania sojuszników była zaślepieniem anachronicznym w rozwoju naszej myśli narodowej. Zwycięstwo nad sobą, jakie osiągnięto w Kraju w dniach październikowych 1956 r., uważa Poniatowski za realny skutek powstańczej ofiary, skutek wyrażający się w nowym stosunku żyjącego pokolenia do zagadnień  politycznych. Z powstania warszawskiego narosła prawda, że nawet najsłuszniejsza walka pozostanie osamotniona, pozbawiona pomocy obcych, jeśli ich interesy nie nakazują jej udzielić; że krwią własną i sympatiami pomocy tej zdobyć nie można: „Nowy składnik historycznej mądrości — pisał Poniatowski — przybył narodowi, dopełnił jego sumy doświadczeń, ostrzegł przed nowym porywem do walki, gdy siły własne nie dają dość nadziei, a siły obce nie są zawczasu rozumną myślą związane we wspólny węzeł interesów ogólnoludzkich. To nie doraźna pamięć klęski powstania warszawskiego, przemijająca w jednym pokoleniu, ale dokonane realne przybliżenie się czasu dojrzałości”.

Skutki powstania warszawskiego w sytuacji październikowej przedstawił również Juliusz Mieroszewski („Kultura” nr 138/1959), lecz w zupełnie innym aspekcie. Skutkom tym przypisywał, że w Polsce nie wyzyskano ani w połowie możliwości stworzonych przez śmierć Stalina i proces destalinizacji, że w październiku brak było zdecydowanych żądań politycznych, jak np. żądania utworzenia rządu koalicyjnego. Twierdził, że gdybyśmy wówczas mieli w kraju ludzi wybitnych, istniały niewątpliwie możliwości wymuszenia na Gomułce poszerzenia platformy rządowej. „Ale Październik — pisał Mieroszewski — był niedokrwistym dzieckiem warszawskiego powstania. I tak błędy rodzą błędy. Naczelnym obsesyjnym hasłem październikowego przewrotu było: nie prowokować! Bezsensowne warszawskie powstanie rozbroiło Październik. Nie twierdzę, że jesienią 1956 trzeba było robić powstanie. Twierdzę natomiast, że gdyby tragedii warszawskiej uniknięto, dynamizm przewrotu październikowego być może nie ugrzązłby w ćwierć drogi. Rosjanie imperialne doświadczenie mają we krwi. W jesieni 1956 r. przełknęliby wiele, byle tylko uniknąć zatargu zbrojnego, który groził pożarem w centrum Europy. Ale to nie Rosjanie bali się powstania — to myśmy się go bali. Wodzowie warszawskiej Burzy przegrali podwójnie — raz w 1945, a drugi raz w 1956. W obu wypadkach przegrali na korzyść Rosji”. Tu należy jednak przypomnieć, że jesienią 1956 r. Rosjanie bez obaw zgnietli czołgami dynamizm przewrotu węgierskiego.

Przypisy zostały skrócone i zmodyfikowane.

Czyta także:

Barbara Engelking, Dariusz Libionka, Żydzi w powstańczej Warszawie

Jan M. Ciechanowski, Powstanie odniosło odwrotny skutek, niż zamierzano

Krzysztof Garbaczewski, Marcin Cecko, Powstańcza koparka z ostrymi zębami

Jakub Majmurek, Trzy filmy o powstaniu, które chciałbym obejrzeć

 

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij

Zapisz się na newsletter Krytyki Politycznej
i bądź na bieżąco