Idee nie działają.
Same.
Ktoś musi stanąć za ideą.
Człowiek. Jeden lub wielu.

Idee pomagają wymyślić świat na nowo, kiedy trzeba to zrobić.
Ułatwiają zrozumienie, podtrzymują nadzieję, uwalniają od lęku.
Idee nie są odważne. Nie mają wyobraźni. Nie mają kolorów.
To człowiek, który stanął po stronie idei – jest bohaterem.

Zobaczył i pokazuje innym to, co niewidoczne.
Uwierzył, że utopia wypowiedziana dziś,
jutro może stać się barwną rzeczywistością.

Idee rodzą się z krytyki.
Powstają z myślenia.
A kiedy budzi się rozum, kończy się marazm.
Krytyczne myślenie napędza do działania.

Idee to słowa.
Które mają wartość i moc.
Nie chcemy ich tylko tworzyć ani bronić.
Zamierzamy je urzeczywistnić.

Dla Polski otwartej, zielonej i solidarnej.
Tworzonej wspólnie z wami.
Słowem i działaniem.

Przepisujemy idee na rzeczywistość.
Krytyka Polityczna

Czytaj dalej

Dymek: Czas Kaczyńskiego, czyli czas, w którym żyjemy

Kaczyński i Tusk stworzyli polską politykę, jaka jest dziś. I jaka jeszcze przez co najmniej kilka lat będzie.

Czy wiele osób w Polsce jest dziś skłonnych przyznać, że ostatnia dekada to nie był czas Jarosława Kaczyńskiego? No właśnie. Choć premierem prezes PiS-u był ledwie przez kilkanaście miesięcy i to w dodatku w niestabilnej, populistycznej i ostatecznie autodestrukcyjnej koalicji z Romanem Giertychem i Andrzejem Lepperem, to przez ostatnie dziesięć lat umocnił się jego wizerunek demiurga – nie tylko polskiej prawicy, ale i polskiej polityki w ogóle. Można powiedzieć, że im bardziej Kaczyński nie rządził Polską, tym bardziej rządził Polską wyobraźnią.

Czy zatem Czas Kaczyńskiego, trzeci tom historii III RP, którą Robert Krasowski konsekwentnie spisuje, może nas w jakiś sposób zaciekawić i zdziwić?

Na ile świeżym okiem można spojrzeć na postać Prezesa i jego rolę w polskiej polityce?

Próba odarcia Jarosława Kaczyńskiego z mitu demiurga nie jest to rzecz najłatwiejsza – wierzą w końcu w ów mit i przeciwnicy, i zwolennicy Prezesa. Nawet jego najzacieklejsi wrogowie nierzadko nie tylko ów mit kupują, ale i sami dodają do niego kolejne warstwy – przypisując Kaczyńskiemu zdolność do knucia, mściwość, ale też i zdolność do długotrwałego planowania w nieludzkich wręcz proporcjach. Nie inaczej czynią wyznawcy – coś więcej niż wyborcy czy sympatycy – którzy z kolei mit ubarwiają opowieściami o niespotykanej mądrości, intuicji czy prawdomówności. W skrajnej wersji mit ten prowadzi do uznania Kaczyńskiego za lidera groźnej sekty albo autentycznego świętego, którego rola w polityce, rola odnowiciela i męczennika – zgodnie z romantycznym kodem polskiej kultury – została napisana nie ręką współczesnych, ale Boga i Historii (z dużej litery).

Próba rzetelnego i jakkolwiek ciekawego opisania tej postaci i jej wpływu na ostatnią dekadę wymaga rzecz jasna sprowadzenia tego mitu na ziemię. Kaczyński nie spadł z nieba (ani nie wygrzebał się z dna piekieł) – jeszcze w końcówce lat 90. był szefem słabej i upokorzonej partii, otoczonym gronem wiernych i w większości miernych akolitów. Wszystko to dopóki Lech Kaczyński nie zaczął na przełomie wieków „drugiego życia” jako doceniany urzędnik, popularny minister i prezydent Warszawy. To z kolei wyciągnęło Jarosława z marginesu sceny politycznej i nadało impet projektowi IV RP, który początkowo był silny tylko siłą swoich założeń, ale wraz z biegiem czasu i liczbą posiedzeń komisji śledczej w sprawie Rywina miał szansę na zdobycie prawdziwego poparcia. Na każdym z tych etapów pomocna była historia, ale nie ta przez wielkie „H”, ale przygodne okoliczności, które – co nie powinno w Polsce najzupełniej dziwić – zawsze zostawiały miejsce na projekt integrujący prawicę i żywiący się w równym stopniu realnymi bolączkami państwa, co świadomie podsycanymi emocjami, których najsprawniejsze nawet państwo nie byłoby w stanie ugasić: żądzą dumy, chęcią ukarania „innych”, potrzebą patosu, koniecznością przekierowania frustracji, lękiem przed rzekomo zgniłą Europą.

Kaczyński znalazł się – sam się wprosił – w środku tych problemów, ale dzięki świadomym zabiegom, a nie zrządzeniom losu czy opatrzności. Nikt nie odmawia mu zdolności i talentu, choć nie ma zgody, czy jest to niezwykły talent jedynie w polityce partyjnej – jak zdaje się twierdzić Robert Krasowski – czy może jednak większego kalibru. Jedno pozostaje bez znaku zapytania: Kaczyński w konflikcie żyje i w konflikcie żyć będzie, bo dzięki niemu nie dał się przez większość czasu trwania IIIRP wyprosić z centrum wydarzeń. Ale nie tylko przecież jemu samemu było to do czegoś potrzebne. Tak mit Kaczyńskiego, jak i rozpalane przez niego ogniska konfliktu, pozwalają bowiem ogrzać się i żyć również jego przeciwnikom.

Tak mit Kaczyńskiego, jak i rozpalane przez niego ogniska konfliktu, pozwalają bowiem ogrzać się i żyć również jego przeciwnikom.

Po co był Kaczyński Platformie przez te dziesięć lat? Dzięki niemu można było przez 10 lat skutecznie bronić swojej pozycji, ale i być zwolnionym z intelektualnego wysiłku (którego także i Kaczyńskiemu przypisuje się momentami zbyt dużo, jakby wizjonerstwo stanowiło jego podstawowy etat) konstruowania opowieści i spójnych planów. Wystarczyło zdezawuować – jako skandaliczny, faszystowski albo populistyczny – każdy, nawet sensowny pomysł Prawa i Sprawiedliwości, żeby przedłużyć własną legitymację i sens bycia w polityce o kilka kolejnych tygodni. Zamiast niszczyć, „będziemy PiS hodować”, miał powiedzieć Donald Tusk swoim ludziom po wygranych wyborach w 2007 roku. Wiemy już po co, wiemy dlaczego. Wiemy też, do czego ten schemat doprowadził.

Dlatego najciekawsze w Czasie Kaczyńskiego jest co innego – czas, w którym „wiecznego konfliktu” trawiącego polską politykę po 2005 roku jeszcze nie było. Chodzi o moment budowania POPiS-u i pomysłu na IV RP. Częściowo relacjonuje to wywiad-rzeka Krasowskiego z Janem-Marią Rokitą, Czas Kaczyńskiego dopowiada szczegóły – obustronne awanse niedoszłego premiera z Krakowa Rokity i Kazimierza Marcinkiewicza, którzy (przynajmniej do czasu, ten drugi być może do końca) wierzyli, że uda im się ów plan uskutecznić i domknąć dzięki negocjacjom. Kaczyński rzekomo już miał się „posunąć”, już miał do koalicji dopuścić, ale Tusk wcale sukcesu nie chciał – wiedział, że ani osobiste powodzenie Rokity, ani wejście do rządu w roli słabszego koalicjanta nie dadzą mu tego, czego chciał. Więc negocjacje uznał za niewarte ukończenia, może nawet je sabotował?

Jak to się skończyło? Wszyscy wiemy. Został więc tylko konflikt, tylko dalsza, całkowicie próżna z punktu widzenia dobra państwa inwestycja w fikcję, jakoby Tusk i Kaczyński, PO i PiS, były na tej ziemi ogniem i wodą, żywiołami tak odmiennymi, że niezdolnymi do istnienia inaczej niż jako swoje przeciwieństwa.

Dobrze sobie więc przypomnieć, że podstawowe rozpoznania na temat państwa, polityki i społeczeństwa niegdyś raczej Tuska i Kaczyńskich łączyły niż dzieliły.

Dobrze sobie więc przypomnieć, że podstawowe rozpoznania na temat państwa, polityki i społeczeństwa niegdyś raczej Tuska i Kaczyńskich łączyły niż dzieliły. Nawet stosunek do rynku i gospodarki nie był u Jarosława Kaczyńskiego i Donalda Tuska bardzo różny, „staromodnym socjalistą” przezywano przecież Lecha. Różnił ich co najwyżej słownik i inne rejestry patosu, przywiązanie lub jego brak do przyprawiania wszystkiego słowem „Polska” i narodowymi kolorami, odmienne podejście do historii i jej instrumentalizowania – to na tym tle rozgorzał też najłatwiejszy do rozgrywania i zarazem najbrutalniejszy konflikt między „dwiema Polskami”, rozpisany na „otwartych” i „zamkniętych”, „Europejczyków” i „kołtunów”. Do tych różnic dopisano później wielkie legendy o liberalnym Tusku, który nie miał z konserwatywnym Kaczyńskim nic wspólnego – ale to tak naprawdę didaskalia. W sprawach dotyczących rządzenia, polityki zagranicznej i gospodarki przyjdzie się liderom i ich wyborcom różnić dopiero później później – gdy Tusk będzie premierem, a Lech Kaczyński prezydentem. U zarania IV RP byli sobie bardzo bliscy – przypomina Krasowski. Ale w końcu nic razem nie stworzyli. Albo raczej: stworzyli polską politykę taką, jaka jest dziś, i jeszcze przez kilka lat będzie.

Rzecz druga i ostatnia (jeśli szukamy w Czasie Kaczyńskiego wątków autentycznie interesujących) to kwestia symetrii między Tuskiem i Kaczyńskim. Krasowski przekonuje, że Tusk kontynuował dzieło poprzednika w Alejach Ujazdowskich, że to on realizował ideę wiecznego konfliktu, którą podejrzał, uznał za skuteczną i przysposobił po Kaczyńskim. To on, jak Kaczyński wcześniej i później, uważał, że fundamentalnym zadaniem lidera jest utrzymanie swojej partii i przywództwa – dla którego można poświęcić najrozsądniejszych ludzi i pomysły.

W Czasie Kaczyńskiego teza o zbieżności metod obu polityków jest jednak rozciągnięta na jeszcze jeden ważny aspekt: zarządzanie emocjami. Tak jak Kaczyński i jego obóz byli w stanie sięgnąć i po narodowy populizm, i każdy właściwie rodzaj języka (z wyjątkiem może antysemityzmu), tak i Tusk zdaniem Krasowskiego nie miał zbytnich skrupułów. Wydaje się jednak, że w tym przypadku teza o symetrii jest nieco naciągana na potrzeby kontrowersyjnego wywodu. Z trudem bowiem odnajduję – poza wypominanymi przy każdej okazji „moherowymi beretami” i wezwaniem do „kastracji” pedofilów – u Tuska ten sam radykalizm, co u Kaczyńskiego.

Można stwierdzić, że Tusk rozniecał pogardę czy szczuł – ale nawet przy dużym dystansie do tego polityka trudno byłoby zaprezentować jakąś encyklopedię jego wyzwisk i zapalnych wypowiedzi. Szczególnie widać to dziś, na tle pierwszych miesięcy PiS-u u władzy – lista zdrajców, złych sił, spiskujących członków elit, „potomków UB” i uśpionych agentów rośnie w bezprecedensowym tempie, a nic nie wskazuje, żeby na tym się miało skończyć.

Przy całej marności polityki „ciepłej wody w kranie”, nie mogła ona obudzić realnej przemocy ani radykalizmu innego niż radykalny egoizm domu na kredyt – ale ten nawet bez Tuska został nad Wisłą skutecznie zainstalowany dawno temu.

Kaczyński i anty-Kaczyński nie są jednak ostatecznie pomysłami perfekcyjnie symetrycznymi.

Kaczyński i anty-Kaczyński nie są jednak ostatecznie pomysłami perfekcyjnie symetrycznymi. Kaczyński zaś, bez mitu, pozostaje po prostu politykiem skutecznym, szczególnie gdy oglądać go z perspektywy dziesięcioletniej drogi powrotu do władzy. Mit demiurga nie jest może konieczny, żeby docenić go (i opisać) jako polityka. Być może najnowsze działania każą zapytać, czy poręczniejszy nie będzie tu mit ucznia czarnoksiężnika, który umie co prawda wypowiedzieć odpowiednie zaklęcie, ale nie wie, jak nad wywołanymi przez siebie mocami zapanować. W końcu jednak mity też się przydają.

Robert Krasowski, Czas Kaczyńskiego. Polityka jako wieczny konflikt, wyd. Czerwone i Czarne, Warszawa 2016

 **Dziennik Opinii nr 89/2016 (1239)

 

Bio

Jakub Dymek

| publicysta, komentator polityczny
Kulturoznawca, dziennikarz, publicysta. Absolwent MISH na Uniwersytecie Wrocławskim, studiował Gender Studies w IBL PAN i nauki polityczne na Uniwersytecie Północnej Karoliny w USA. Publikował m.in w magazynie "Dissent", "Rzeczpospolitej", "Dzienniku Gazecie Prawnej", "Tygodniku Powszechnym", Dwutygodniku, gazecie.pl. Za publikacje o tajnych więzieniach CIA w Polsce nominowany do nagrody dziennikarskiej Grand Press. 27 listopada 2017 r. Krytyka Polityczna zawiesiła z nim współpracę.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.