Czytaj dalej

Czytelnia Krytyki Politycznej (5)

Shana Penn, Toni Morrison, Barbara Stanosz – w Czytelni KP co miesiąc piszemy o książkach, które czytamy. Tych, które chcemy polecić lub przed którymi chcemy ostrzec.

Dan Brown, Inferno, przeł. Robert J. Szmidt, Wydawnictwo Sonia Draga 2014

Mam słabość do Dana Browna od pierwszej jego książki, którą przeczytałam. Wciąga mnie ten sposób opowiadania kryminalnej intrygi z historią sztuki w tle. Bawią mnie nawiązania i powiązania, szukanie tajemnic ukrywanych w dziełach dawnych mistrzów. Z tego samego powodu sięgnęłam też po Inferno.

Na pierwszym planie niby znowu Robert Langdon, a wraz z nim Dante i jego Piekło. Ale tak naprawdę problem, który jest kanwą tej opowieści, jest zupełnie inny i nie jest on fikcją wypływającą z umysłu pisarza. Jest bardzo rzeczywisty i namacalny – chodzi bowiem o przeludnienie.

W ostatnim czasie dzięki zdobyczom technologicznym i medycznym, ludzkość zaczęła rozmnażać się w dużo szybszym tempie, niż miało to miejsce w przeszłości. Próby regulacji urodzin – zarówno te drastyczne (jak w przypadku Chin), jak i humanitarne (związane z antykoncepcją i edukacją seksualną) przynoszą rozwiązanie jedynie lokalnie. Globalnie nadal rozmnażamy się szybciej, niż jesteśmy to sobie w stanie wyobrazić. Na domiar złego planeta, która ma nas wyżywić, również nie nadąża za naszymi potrzebami, a my ciągle je zwiększamy. Wydobywamy coraz więcej surowców, ścinamy coraz więcej drzew, zabijamy coraz więcej zwierząt i ciągle wyciągamy ręce po kolejne dary natury.

Te wszystkie aspekty rozrostu ludzkości poruszone są w Inferno. A wszystko z zagadką kryminalną w tle.

Po tę książkę warto sięgnąć nie tylko po to, by poznać fabułę. Ważniejsze jest to, że przedzierając się przez meandry opowieści i poznając coraz to nowe spojrzenia na problem przeludnienia i czasem bardzo nowatorskie i kontrowersyjnie rozwiązania, zaczyna się nad tym myśleć samemu. Kto pokona kogo – człowiek naturę czy natura człowieka?  Dlaczego wydaje się, że ludzkość niczym pasożyt wyżera organizm swojego żywiciela, co w ostateczności musi doprowadzić do obopólnej śmierci, a nikt jakby tego nie zauważa?

Dan Brown w swojej książce wysuwa problem przeludnienia na pierwszy plan. I chociaż przez tych 590 stron nie sposób od niego uciec.

Klaudia Wojciechowska, Klub Krytyki Politycznej w Łodzi


***

Patrick Deville, Dżuma & Cholera, przeł. Jan Maria Kłoczowski, Noir sur Blanc 2014

Bardzo dziwna powieść biograficzna. Jej bohaterem jest Aleksander Yersin (1863-1943). Nawet gdybym wcześniej wiedziała, kto zacz, nie przyszłoby mi do głowy, że należy o nim czytać. Ale to bardzo nietypowa biografia, z przemieszaną chronologią, duchem z przyszłości podglądającym bohatera i nieoczekiwanymi analogiami z innymi biografiami, np. Artura Rimbauda.

Yersin zapisał się w historii medycyny przede wszystkim jako odkrywca bakterii dżumy oraz szczepionki. Rozpoczynał swoją karierę jako lekarz i współpracownik Pasteura. Nudzi go to jednak i rusza w świat – podróżuje. Osiada we francuskich Indochinach, w Wietnamie. Zakłada w małej wiosce instytut naukowy oraz ogromne, większe od księstwa Monako, gospodarstwo. Robi majątek, ale czasem też go rozdaje. Jego samotne życie jest właściwie nieustanną podróżą jeśli nie po świecie, to po rozmaitych zagadnieniach, które go fascynują – praktycznych i teoretycznych. Nie sposób wymienić wszystkiego, czym się zajmował. Medycyna, biologia, etnologia – napisał książkę o nieznanym plemieniu. Kiedyś został przebity dzidą. Kartografia, to kiedy pływał po morzach. Produkował kokainę i chininę. Miał plantację kauczuku. Oraz kolekcje egzotycznych ptaków i roślin. Hodował ogromne stada bydła i koni. Budował drogi według własnych projektów i rozmaite urządzenia. Bywał meteorologiem i astronomem. Na starość zajął się tłumaczeniem poezji z greki i łaciny. Był bardzo dobrym kolonialistą, zatrudniał miejscowych na godziwych warunkach, a dla dzieci sprowadzał filmy z Paryża. 

Jak pisze Deville; „Jego życie można opisywać jak żywot świętego. Anachoreta w wiejskim domu w zimnej dżungli, odporny na społeczny przymus, eremita, odludek, dzikus, genialny oryginał, cudowny postrzeleniec”.

Jednym słowem Kurtz w wersji białej.

Kinga Dunin, Dziennik Opinii


***

Bruno Jasieński, Palę Paryż, Towarzystwo Wydawnicze „Rój” 1928

… czyli komunistyczna utopia na zgliszczach cywilizacji – taki podtytuł czytelnik mógłby nadać nieco (niesłusznie!) zapomnianej powieści fantastycznej Jasieńskiego. Faktycznie bowiem dokładnie taki jest jej wydźwięk, i tak też – jako marzycielską utopię – należy ją traktować.

Jasieński buduje fabułę w sposób prosty: oto robotnik, który traci pracę i ukochaną, w szale zemsty na paryskich burżujach zaraża wodę wyjątkowo zjadliwą odmianą dżumy. Miasto pogrąża się w epidemii, sam robotnik zresztą, pretekst tylko, szybko usuwa się z planu – skupiamy się na innych wydarzeniach: w pewnym sensie na opisach zbiorowości wyłaniających się ze zgliszcz.

Na gruzach wymierającego Paryża ma bowiem miejsce prawdziwa rewolucja społeczna: w obawie przed chorobą kolejne dzielnice odgradzają się i tworzą „autonomiczne republiki” (toczące ze sobą boje): robotniczą, żydowską, imperialno-kolonialną, azjatycką, „murzyńską” oraz – chyba najciekawszy, absolutnie groteskowy przykład: republikę policyjną, która cały swój czas poświęca na znalezienie jakiejś republiki bądź władcy, który by jej potrzebował do obrony ustroju, „policja bowiem która nie chroni Państwa traci swój sens istnienia”.

Każda zaś z republik ma swoją emanację w postaci jednej kluczowej postaci, której waleczne losy, moralne rozterki i awanturnicze przygody śledzimy równolegle. Całość zmierza oczywiście do utopijnego, choć zaskakującego rozwiązania, o czym jednak będę tu milczał.

Jasieński nawet dziś imponuje niezwykle barwnym, gęstym językiem, iskrzącym się od metafor, symboliki i porównań rodem z poezji, a książkę pochłania się jednym tchem – jedyne, co rzutuje negatywnie na jej odbiór, to wielokrotne (charakterystyczne dla autora) apologetyczne odwołania do Związku Radzieckiego, do którego Jasieński w końcu zresztą wyjechał i w którym zginął.

Zabawa jednak z Palę Paryż jest absolutnie przednia. Warto wydobyć go z zapomnienia.

Szymon Pytlik, Klub Krytyki Politycznej w Opolu


***

Toni Morrison, Najbardziej niebieskie oko, przeł. Sławomir Studniarz, Świat Książki 2014

Debiut prozatorski noblistki. I tematyka, którą rozwijała w następnych znakomitych powieściach. Wczesne lata 40., ubogie czarne rodziny. To nie tylko literatura, ale także wnikliwy portret socjologiczny czarnej społeczności. Biedna, czarna i brzydka dziewczynka, Pecola, codziennie modli się o to, żeby mieć niebieskie oczy. Wierzy, że zapewniłoby to jej wreszcie akceptację otoczenia. Oczywiście marzenie to nie spełni się i na nic dobrego nie może w życiu liczyć.

Ważniejsze jednak jest to, czemu to właśnie niebieskie oczy mają świadczyć o pięknie. Czemu czarni nie mają własnych kanonów urody i jaśniejsza karnacja pozwala uzyskać wyższy status. Oczywiście na wszystko to nakładają się też podziały klasowe. Najbardziej niebieskie oko jest więc opowieścią o uwewnętrznionym, wielowymiarowym upośledzeniu, z którym jest nie mniej trudno walczyć niż z obiektywnymi warunkami. Przede wszystkim jest to jednak ciekawie pomyślana i poruszająca powieść.

Kinga Dunin, Dziennik Opinii


***

Joyce Carol Oates, Zbłocona, przeł. Andrzej Grabowski, Świat Książki 2014

Jak pisałam w poprzedniej „Czytelni”, Oates lubi mocne początki. I tym razem powieść otwiera dramatyczna scena. Matka próbuje utopić swoją córeczkę w bagnie. Uratowana, oczywiście cudem i w ostatniej chwili, dziewczynka znajduje nowych opiekunów. Później zaś zostaje filozofką, profesorką i rektorką uniwersytetu, i to nie byle jakiego, bo z Ligii Bluszczowej. Pierwszą kobietą na tym stanowisku. Jest lewicowa i gorąco sprzeciwia się wojnie w Iraku. Jej życie osobiste nie jest zbyt udane, wieloletni kochanek nie może opuścić żony, a poza tym jest zaangażowany w swoją pracę naukową. Zasadniczy zrąb powieści to, można by powiedzieć, historia pani rektor na skraju załamania nerwowego. Musi zmagać się z konserwatywnym akademickim establishmentem, seksizmem i brakiem etyki. A także z przeszłością, prześladującymi ją strzępami wspomnień. Grzebie w przeszłości i w podświadomości. Jawa i sen przenikają się ze sobą.

Fajny psychologiczny thriller.

Kinga Dunin, Dziennik Opinii


***

Luke Pearson, Hilda i troll, Hilda i nocny olbrzym, przeł. Hubert Brychczyński, Fundacja Tranzyt / Centrala – mądre komiksy 2013, Hilda i ptasia parada, przeł Hubert Brychczyński, Fundacja Tranzyt / Centrala – mądre komiksy 2014

Nie lubię, gdy teksty o komiksach zaczynają się od ubolewań, że w Polsce komisy wciąż traktowane są jako coś gorszego, nie do końca poważnego. Wydaje się, że to pogląd dość już skompromitowany i kompromitujący, nie ma więc sensu stale go przytaczać. Jednak w praktyce rzeczywiście wciąż można spotkać się z wyobrażeniem, że komiksy to „takie wesołe historyjki dla dzieci”. Mnie po raz ostatni zdarzyło się to na spotkaniu Mokotowskiego Dyskusyjnego Klubu Książki poświęconym Fun Home Alison Bechdel (od razu dodam, że wyobrażenie to przytaczane było przez uczestniczkę spotkania w czasie przeszłym – Bechdel skutecznie mu zaprzeczyła). Ale przecież oprócz tak wyrafinowanych powieści graficznych jak właśnie Fun Home czy Jesteś moją matką Bechdel albo Habibi Craiga Thompsona rzeczywiście istnieją komiksy przeznaczone dla dzieci – choć na szczęście również dalekie od wyobrażeń o wesołych historyjkach. Do tych zdecydowanie wartych wspomnienia należy cykl przygód Hildy autorstwa Luke’a Pearsona, obejmujący dotąd cztery książki, z których w Polsce ukazały się trzy (czwarta część zapowiadana jest na jesień).

Hilda to dziewczynka w typie „małej łobuziary” (kategoria, której nazwę zaczerpnęłam ze znakomitej Tonji z Glimmerdalen Marii Parr, ale która obejmuje oczywiście także „starsze” bohaterki, jak Ronja, córka zbójnika) – bystra, samodzielna, odważna, empatyczna odkrywczyni świata, który ją otacza, zaprzyjaźniająca się z zamieszkującymi go dziwnymi stworzeniami. Przygody Hildy są zabawne i zaskakujące (polecam przewrotny „morał” Hildy i trolla), a świat skonstruowany przez Pearsona przebogaty i wspaniale narysowany. Oprócz eksploracji świata mamy tu też relację Hildy z samotnie ją wychowującą mamą, w której jest miejsce na obustronną troskę, negocjowanie zakresu wolności (bardzo duży w dwóch pierwszych częściach zostaje ograniczony w części trzeciej, w której bohaterki przeprowadzają się do miasta) i na to, że to córka może napomnieć mamę: „Nigdy więcej nie wychodź bez uprzedzenia!”.

Jeśli szukacie wzmacniającej literatury dla dziewczynek, nie przegapcie Hildy. Nie przegapcie jej też, jeśli lubicie dobre komiksy. A dla tych, którzy i które dopiero wdrażają się w ich lekturę, gęsty świat stworzony przez Pearsona będzie znakomitą okazją trenowania czytania obrazu – a to właśnie przyzwyczajenie, że tylko tekst znaczy, dla wielu osób jest jedną z największych barier w kontakcie z komiksami.

Magda Majewska, Dziennik Opinii


***

Shana Penn, Sekret „Solidarności”. Kobiety, które pokonały komunizm w Polsce, przeł. Maciej Antosiewicz, W.A.B. 2014

W tym roku minęło dwadzieścia lat od publikacji pierwszego tekstu Shany Penn o kobietach Solidarności. Jedenaście lat temu ukazała się jej książka Podziemie kobiet, dwa lata wcześniej wyszedł zbiór wywiadów Ewy Kondratowicz z działaczkami opozycji – Szminka na sztandarze. Szmat czasu, a jednak poruszamy się wciąż po temacie nieznanym i zapomnianym, który trzeba na nowo odkrywać i uwiarygadniać. W tym sensie główny trzon Sekretu „Solidarności” opisujący działalność kobiet w podziemiu, przede wszystkim historię „Tygodnika Mazowsze”, jest potrzebny i wart przypomnienia. Gorzej dzieje się w ostatnich rozdziałach, gdzie autorka postanowiła opowiedzieć o polskim feminizmie po ’89 roku w kontekście losów swoich bohaterek, sztucznie kreując takie osoby jak Helena Łuczywo na jego główne sojuszniczki.

To smutne, ale chyba najwyższy czas uświadomić sobie, że debata o kobietach Solidarności, aby ruszyła do przodu, musi się obejść bez samych opozycjonistek. Do mnie dotarło to w czasie warszawskiej premiery Podziemia kobiet, która odbyła się pod koniec marca 2003 roku w klubie Foksal. Obecna była Shana Penn, bohaterki jej książki: Ewa Kulik i Anka Grupińska, a także Agnieszka Graff i prowadzący dyskusję Adam Szostkiewicz. Działaczki opozycyjne obecne licznie na sali (m.in. Joanna Szczęsna, Anna Bikont, Monika Krajewska, Anna Dodziuk) wśród śmiechów wyjaśniły, że są nieprzygotowane do dyskusji, nie widzą problemu, robiły co musiały i ABSOLUTNIE nie była to polityka. Publicysta „Polityki” zaczął od pytania: „Czy kobietom ukradziono Solidarność?”, a potem wyjaśnił, że bardzo docenia rolę pań w podziemiu, bo pamięta Halinę Bortnowską, która będąc już starszą osobą, przemierzała duże odległości, żeby dowieść mu paczki do więzienia. W takiej atmosferze odbyła się większa część dyskusji. Te, które zabierały głos, zapewniały, że nikt ich nie dyskryminował, podziały według płci są im obce, a mężczyźni działający w podziemiu zawsze je doceniali. Były równorzędnymi partnerkami, ale najwyraźniej tylko we własnej ocenie. Tak się bowiem składa, że żaden z działaczy solidarnościowych nie przybył, żeby oddać sprawiedliwość swoim koleżankom. Żaden z nich nie napisał także recenzji książki, w której by się cieszył, że wreszcie dostrzeżono pracę kobiet w opozycji. A jedyny, który był na owym spotkaniu niejako zawodowo, pokazał, jak naprawdę widzi rolę kobiet: jako opiekuńczych matek, które w śniegu pokonują ogromne odległości, żeby dostarczyć strawę. Okazuje się więc, że niektórzy nie wyszli poza wyobrażenie żon zesłańców, które jechały za mężami na Sybir. Mijają dekady, a ta dyskusja stoi w miejscu.

Krzysztof Tomasik


***

Barbara Stanosz, W cieniu Kościoła. Demokracja po polsku, Książka i Prasa 2004

Po śmierci emerytowanej profesorki Uniwersytetu Warszawskiego warto przypomnieć zbiór jej publicystycznych tekstów z lat 1989-2004. Opowiadają o grzechu pierworodnym polskiej demokracji, która od początku znalazła się w tytułowym „cieniu Kościoła”. Nie jest prawdą, że nikt tego nie widział ani nie krytykował, Stanosz stała się jedną z postaci dosłownie wyplutych przez główny nurt życia publicznego, bo konsekwentnie poruszała tematy niewygodne. Równie ciekawe co same teksty są informacje, skąd pochodzą. Pierwszy został zamieszczony jeszcze w drugoobiegowym piśmie „Kos”, następne w „Polityce” i „Gazecie Wyborczej”. Szybko się to zmieniło, wkrótce działaczka opozycyjna okresu PRL-u mogła wyartykułować swoje poglądy jedynie na łamach takich tytułów, jak „Trybuna”, „Nie” i niskonakładowy periodyk „Bez Dogmatu”, którego była współzałożycielką i wieloletnią redaktorką naczelną.

W kontekście hucznie obchodzonych dwudziestu pięciu lat wolności warto przywołać diagnozę Stanosz z połowy lat 90., kiedy próbowała podsumować PRL: „Był to totalitaryzm nieudany – w tej samej mniej więcej mierze, jak nieudana jest obecna demokracja. Niektórzy twierdzą, że nad Wisłą nie da się zainstalować żadnego systemu politycznego w postaci zbliżonej do modelu idealnego; byłaby to słaba, ale jednak pociecha, że może i państwo wyznaniowe będzie tu zaledwie wegetowało”. Pytanie, czy jesteśmy już w punkcie, kiedy te słowa mogą być swego rodzaju pocieszeniem?

Krzysztof Tomasik


***

Matt Taibbi, The Divide: American Injustice in the Age of the Wealth Gap, Spiegel & Grau 2014

Matt Taibbi, znany z ostrego, barwnego języka dziennikarz polityczny „Rolling Stone’a”, w swojej ostatniej książce skupił się na podziale USA. Na podziale, który sprawia, że kraj ten przestał być jednym krajem, a jest dwoma odrębnymi światami, z różnymi systemami prawami, obowiązkami, karami. Tworzy to rzeczywistość niemal orwellowską. Z tym że – jak sam pisze – u Orwella przestępstwem była „myślozbrodnia”. W USA – przestępstwem jest posiadać potrzeby, zwłaszcza – potrzeby finansowe.

Całość to porażające zderzenie świata, w którym urzędnicy banków odpowiedzialni za niszczenie innych firm, wychodzą z sądu bez zarzutów, bo „nie sposób ustalić”, w jakim stanie powinna odbyć się rozprawa: w stanie, gdzie pracowali, w stanie, gdzie była siedziba niszczonej firmy, czy tam, gdzie odbywał się obrót papierami. Z tym światem zderza się rzeczywistość, w której urzędnik może po prostu wejść do twojego mieszkania, przeszukać każdą szufladę, włącznie z tą, w której trzymasz bieliznę, a następnie, wyciągając ją na wierzch, grozić utratą świadczeń dla samotnych matek, argumentując, że osoby samotne nie potrzebują tak seksownej bielizny.

Zderzenie świata, gdzie niektórym wolno niemal wszystko, innym zaś niemal nic. Gdzie jedni, przyłapani na gorącym uczynku, płacą grzywnę i sprawa jest zapominana, a inni, mimo że nie popełnili wykroczenia, są wtrącani do aresztu na kilka dni za stanie przed własnym domem. Zarzut: blokowanie ruchu na chodniku.

Te dwa światy w niepokojący sposób dzielą się nie tylko pod względem zarobków, ale także przeważającego koloru skóry. Jeden jest biały, drugi kolorowy.

Ten drugi to świat, gdzie w więzieniach jest więcej osób, niż w jakimkolwiek momencie było w gułagach, i więcej czarnych, niż było w niewoli u szczytu niewolnictwa.

Mimo solidnego materiału dziennikarskiego czyta się to jak najczarniejszy z kryminałów. A może dystopijny horror?

Szymon Pytlik, Klub Krytyki Politycznej w Opolu


***

Astra Taylor, The People’s Platform: Taking Back Power and Culture in the Digital Age, Metropolitan books 2014

„Czyj jest internet? Korporacji. A czyj powinien być? Nie korporacji” – bałem się trochę, że ten truizm Astra Taylor, reżyserka i autorka związana z ruchem Occupy, będzie wałkować na ponad 200 stronach swojej książki o władzy i nierównościach w sieci. Jest inaczej. Choć ogólnikowych wezwań do budowy międzynarodowej współpracy, wzięcia spraw w swoje ręce i stawiania oporu korporacjom – gdyby to było takie proste, chyba nie trzeba byłoby pisać książkowych apeli? –  nie brakuje, to im dalej, tym lepiej. Świetnie udokumentowane i kipiące argumentami rozdziały o mediach czy pracy kreatywnej dają amunicję w toczących się dziś sporach: o rolę i kształt mediów, regulację internetu i ekonomię bezpłatnej pracy, społeczne i polityczne cele realizowane za pomocą technologii sieciowych. Choć żarliwość Taylor wygrywa czasem z klarownością i realizmem jej propozycji, to jest to jednocześnie świetny dowód na to, że można pisać o sieci i polityce z zaangażowaniem (a nie tylko optymizmem opłacanym krzemowymi dolarami, jak w przypadku choćby Cohena, Benklera i innych) i bez wyższościowego cynizmu (specjalności naszych rodzimych krytyków).

Jakub Dymek, Dziennik Opinii


***

McKenzie Wark, Spektakl dezintegracji. Sytuacjonistyczne drogi wyjścia z XX wieku, przeł. Katarzyna Makaruk, Bęc Zmiana 2014

To nie przypadek, że dziś przypominamy sobie Międzynarodówkę Sytuacjonistyczną i Guy Deborda, że głośno brzmią ponownie odczytane oskarżenia wobec ukontentowanego i biernego społeczeństwa, jakie wysuwał Henri Lefebre, że wczesne teksty Deleuze’a i Guattariego czy Lyotarda wracają pod modną etykietą #accelerate. Przeglądanie się we wczorajszych radykalizmach to jednak uczucie bardzo ambiwalentne. Z jednej strony dające pocieszenie, że gdzieś został zakreślony dojmująco aktualny i inspirujący do dziś horyzont krytyki kapitalizmu, spektaklu, życia codziennego. Z drugiej gorzkie, bo wobec partykularnych, nieskładających się na drapieżną i silną całość – a czasami wprost reakcyjnych i niewychodzących poza „odstaw komputer, przesiądź się na rower, nie pij mleka” – krytyk dzisiejszego społeczeństwa usieciowionego spektaklu i nowych form władzy czyta się je jako pogrobowy wyrzut odważniejszych, mniej kompromisowych i całościowych pomysłów. Tak też jest ze Spektaklem dezintegracji, pełnym cytatów i przypominającym najlepsze z momentów sytuacjonizmu pamfletem McKenzie Warka. To wywód czasami arogancki, niespójny, konsekwentnie wypierający własne zadłużenie w instytucjach i dyskursach, które chce krytykować – a jednocześnie dający do myślenia i narzucający to samo poczucie ambiwalencji, z którym czytamy dziś Deborda. Dobrze, że ta książka ukazała się po polsku.

Jakub Dymek, Dziennik Opinii


***

Francis Wheen, Marks. Kapitał. Biografia, Wydawnictwo Muza, 2007

Ten miesiąc jest dla mnie pełen stresów związanych z zakończeniem studiów, wobec tego nie mogę oddać się czytaniu na tyle, na ile bym chciał. Stąd krótka, 136-stronicowa pozycja dość popularnego w Polsce Francisa Wheena. Książka jest niewielka i przystępna w dwóch wymiarach: jako zaznajomienie z podstawami ekonomii Marksa oraz komentarz do tejże. Dziełko Wheena jest wbrew pozorom bardzo potrzebne. Nie oczekujmy wszakże, że wszyscy przebrną przez Kapitał oraz go zrozumieją, a miło by się stało, gdyby nauki Marksa nie poszły w las. Francis Wheen daje taką możliwość. Zachęcam do skorzystania z niej.

Michał Pytlik, Klub Krytyki Politycznej w Opolu


Czytaj także:

Czytelnia Krytyki Politycznej, odc. 1

Czytelnia Krytyki Politycznej, odc. 2

Czytelnia Krytyki Politycznej, odc. 3

Czytelnia Krytyki Politycznej, odc. 4

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij

Zapisz się na newsletter Krytyki Politycznej
i bądź na bieżąco